Zobacz temat
 Drukuj temat
Finite
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

Yishen lubił przechadzać się wśród publiczności i łowić urywki rozmów. Na widowni zdarzali się prawdziwi koneserzy, którzy byli zdolni tyleż do zainteresowania się sylwetkami pozostałych muzyków, co rzucenia mimochodem kilku komplementów albo wręcz przeciwnie: cierpkich uwag, ale to w niekłamanym zachwycie i przejęciu przeciętnych widzów zwykł kąpać własną próżność. Nie uważał się przy tym za pysznego w ten sam sposób, w który ze swoim talentem umieli obnosić się pierwsi skrzypkowie - ukochał sobie w końcu instrument, z którym w parze szła pewna odmiana pokory - jednak to te spływające falami wyrazy uznania sprawiały mu przemożną przyjemność, obmywając jego ego przy akompaniamencie zlewającego się w szmer poszeptywania w atrium.
Tamtego wieczoru krążył bez celu ze szklanką wody - ot, rozprostowywał nogi, przyglądając się ludziom, których sylwetki miały wkrótce zginąć w mroku. Jego uwagę zwrócił krótki, urwany wybuch śmiechu. Kilka głów obróciło się z przyganą, ale większość gości była zbyt zaaferowana sobą, by zwrócić uwagę na skupionych w półokręgu tuż przy przeszkleniu cudzoziemców. Nie, to nie byli sami cudzoziemcy, zdał sobie sprawę, niespiesznie zbliżywszy się do nich na tyle, by zasłyszeć rozmowę prowadzoną po chińsku. Przesłonięty przez parę mężczyzn, jednego o kaukaskich rysach i włosach w kolorze gałki muszkatołowej, drugiego o posągowej urodzie popiersia wyciosanego z czarnego marmuru, stał prawdopodobnie gospodarz spotkania - a przynajmniej tak wówczas myślał Yishen, pozwoliwszy sobie na założenie, że mogło ono mieć charakter biznesowy - w wybornie podkreślającym smukłość sylwetki garniturze z błyskiem przebiegłości w oku i powściągliwym uśmiechem, który czaił się w kąciku ust; zdawałoby się, że stojąca tuż obok niego kobieta w dopasowanej sukni, niewątpliwie pochodząca stąd, w ustronnym kącie mogłaby ten uśmiech scałować, gdyby tylko zechciała. Ona jednak z elegancją węża niespodziewanie zwróciła się w stronę nowoprzybyłego obcokrajowca, który dołączył do nich, z kelnerską wprawą niosąc kieliszki. Gdyby Yishen miał wówczas zgadywać, powiedziałby, że ostatni z nich pochodził z południa Europy - może z Włoch, może z Francji - chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że wygląd bywał mylący. Niezależnie od tego, skąd w zasadzie pochodził, musiał zabrać ze sobą cząstkę słońca z rodzinnych stron - zdawał się emanować ciepłem, do którego lgnęli inni, co stało się zrozumiałe w momencie, w którym dołączył do pozostałych. To dla niego zostawili wolną przestrzeń w środku.
Nowoprzybyły musiał poprosić o pomoc tego, który przed momentem musiał rozbawić towarzystwo komentarzem, tego, który przywodził na myśl statuetkę - i lampki wina przeszły z rąk do rąk nim ich zawartość rozchlustała się na koszulę. Znów padł komentarz, którego Yishen za sprawą poruszenia za plecami nie był w stanie usłyszeć; komentarz niechybnie adresowany do spóźnionego cudzoziemca - ale ten musiał zripostować na tyle sprawnie, że tym razem sam gospodarz zaśmiał się uprzejmie na głos. Ale to ten ciepły, nasuwający skojarzenia z mruczeniem tembr głosu nieznajomego, który przyniósł wino sprawiło, że Yishen poczuł mrowienie na karku, zupełnie jakby owiał go jego oddech.
Zdołał przysunąć się na tyle, by musieć zacząć rozważać odwrót niczym planeta, która zbliżyła się do gwiazdy na tyle, na ile pozwalała jej na to załamująca się orbita. I może rzeczywiście oszczędziłby sobie wielu bezsennych nocy, gdyby tamtego wieczoru coś nie wytrąciło go z kursu - gdyby mimowolnie nie skorygował niedorzecznego stwierdzenia wygłoszonego przez jednego z zebranych w kręgu mężczyzn, który nieudolnie spróbował zaimponować pozostałym swoją wybiórczą erudycją. Wraz z upływem czasu w pamięci Yishena zatarł się przedmiot rozmowy - pamiętał, że rozmowa zboczyła wówczas na program: pozostałe utwory i okoliczności ich powstania, w tym ciekawostki z życia kompozytorów; pamiętał, że cudzoziemcy rozstąpili się, a ni Włoch, ni Francuz o ustach kupidyna i wygłodniałym spojrzeniu, które można było dostrzec wyłącznie z bliska zachęcił go do tego, by mówił, mówił i mówił jak w transie, i pamiętał, że kiedy do rzeczywistości przywołał go gong, wolał udać się na widownię wraz z nim niż szybkim krokiem wrócić na stanowisko na scenie. Pamiętał też, że zdziwiła go zakrawająca na bezczelność śmiałość tamtego, kiedy zaproponował, że mogliby wrócić do rozmowy po koncercie. I rzeczywiście, wyszli stamtąd razem i niemal wyczerpali temat przy późnej kolacji, a to, czego nie zdołał wyjaśnić, dopowiedział w inny sposób, gdy Francuz - tak, wtedy już wiedział, że to był Francuz - klęczał przed nim, wydobywając z niego dźwięki, do których Yishen nie wiedział, że był zdolny.
Tyle, że nad ranem w miejsce rezonujących w piersi westchnień rozkoszy niepostrzeżenie zakradły się wyrzuty sumienia - i kiedy wschodzące słońce odbiło się w obrączce wsuniętej na palec ręki przerzuconej przez pierś Claude'a, Yishen zrozumiał, że ten wybryk, nie pierwszy zresztą, mógł go kosztować więcej niż wszystkie poprzednie razem wzięte, biorąc pod uwagę to, że tym razem nie zostawił kochanka w innym mieście, gdzieś na innym kontynencie. I chociaż Claude przy śniadaniu, na które nalegał, z powagą obiecał, że ten sekret będzie z nim bezpieczny, Yishen nie umiał mu zaufać - ale też nie umiał trzymać się od niego z daleka i potrzeba było miażdżącego poczucia winy, z którego wyszedł z któregoś z powtórnych spotkań, by nie powtórzył tego samego błędu trzeci raz.
Ich drogi już raz się rozeszły, ale teraz, patrząc na to, jak Claude porzucił dość skromny bagaż w hotelowym lobby i niemrawo skubał śniadanie - na którego zjedzenie tym razem nastawał on sam - Yishen nie czuł strachu przed tym, że ich wspólna przeszłość mogłaby ujrzeć światło dzienne ani też ulgi z powodu wyjazdu jedynej osoby, z której inicjatywy mogłoby do tego dojść. Patrzył na człowieka, który w niczym nie przypominał tamtego nieznajomego we foyer.
- Zastanów się nad tym - zaproponował Claude'owi, ale on wbił w niego martwy wzrok kogoś zbyt zmęczonego na to, by się kłócić. Pokręcił głową.
- Myślisz, że tego nie zrobiłem?
- Możemy zatroszczyć się o taki porządek dnia, że nie będziecie mieli z Ralfem sposobności do mijania się choćby na korytarzu. Przemyśl to.
- Nie chcę o nim rozmawiać - uciął, ale w tonie jego głosu pobrzmiewała wyłącznie rezygnacja, nie gniew. - Pozwól mi zjeść w spokoju, proszę.
Reszta pory posiłku upłynęła w milczeniu. Przybyli jako pierwsi i zalana światłem sala jadalniana była pusta. Kiedy kończyli, rozległy się kroki osób oddelegowanych do kuchni - tym razem Claude, który zwykle przyłączał się do nich popołudniami i wieczorami zaczekał, aż znikną za dwuskrzydłowymi drzwiami i skierował się z powrotem w stronę recepcji. Yishen powoli zebrał się i zarzuciwszy na ramiona przewieszony przez oparcie płaszcz, wyszedł za nim na zewnątrz - poranek był rześki, by nie rzec: chłodny, ale niebywale słoneczny.
- Gdzie zamierzasz się zatrzymać? - zapytał, dołączywszy do niego przy samochodzie. - Pekin jest po sąsiedzku. Możesz nas odwiedzać.
- "Nas"? - Claude wyprostował się z kwaśnym uśmiechem na ustach. - Spójrz mi w oczy: nie ma tu ani jednego człowieka, który ucieszyłby się z takiej wizyty. Poza tym nie wiem, czy zostanę w Pekinie. To prawdopodobnie będzie tylko przystanek.
- Co z Fei?
- Ralf się nią zajmie - stwierdził. Po krótkim namyśle przesunął bagaż tak, by torba z prowiantem stała stabilnie. - Mogę cię o coś prosić?
- W granicach moich możliwości - zastrzegł Yishen. - Oczywiście.
Claude wyraźnie zawahał się i niezdecydowanym ruchem wsunął w usta papierosa, którego jednak nie zapalił; zamiast tego kilkukrotnie strzyknął zapalniczką i uciekł na moment wzrokiem w bok. Bił się z myślami.
- Ralf nie jest impulsywny, ale brakuje mu hamulców - rzekł z wolna - a Jianshe nie będzie w stanie go zatrzymać. Któregoś dnia może sobie tym zaszkodzić. Poza tym gdyby wydało się, że... Sam wiesz. Będziesz mieć na niego oko pod moją nieobecność?
- Na tyle, na ile będę w stanie - potwierdził łagodnie Yishen, ale zaraz rzucił okiem przez ramię. Ktoś musiał ich zobaczyć, być może sama Fei, ponieważ szła ku nim w bluzie zapiętej pod samą brodę, rozcierając ramiona. - Uważaj na siebie, Claude.
Uścisnęli sobie ręce - krótko, ale mocno, czego Fei nie była w stanie dostrzec. Przystanęła z boku w odległości paru metrów, przyglądając się torbom w otwartym bagażniku. Każdy jej oddech ulatywał w kłębach widocznej na mrozie pary.
- Dopiero wróciłeś - zauważyła oskarżycielskim tonem, odprowadzając wzrokiem Yishena i przestępując z nogi na nogę, by się rozgrzać. - Czego chciał? Na jak długo wyjeżdżasz?
- Na dobre - odparł Claude, starając się wykrzesać z siebie dość życzliwości, by ukryć odrętwienie, które zdołało sięgnąć nie tylko skostniałych rąk, ale i serca. - Tak będzie lepiej dla wszystkich. Zostaniesz pod opieką Ralfa i Yishena, ale w razie potrzeby-
- Nie - przerwała mu po bezceremonialnie Fei. - Nie, zaczekaj. Jest wcześnie. Umówiliśmy się, że nie będziemy zaczynać z rana-
- Nie próbuję z tobą niczego przećwiczyć, Fei - wtrącił się Claude i przyklęknął, by mogli odnaleźć się wzrokiem na tym samym poziomie. - Wyjeżdżam. Nie wrócę. Zostaniesz pod opieką Ralfa i Yishena, ale w razie potrzeby zwróć się do Qiaozhen. Niezależnie od tego, co mówiłby Ralf, nie możesz polegać na Jianshe, zrozumiałaś?
- Czy Ralf wie?
Claude zwalczył pokusę powiedzenia, że Ralf, którego jeszcze do niedawna znał - albo lubił sobie wyobrażać, że go znał - pamiętał o swoich zasranych obowiązkach, ale nowy Ralf nosił w sobie przede wszystkim pamięć o wyrządzonych mu krzywdach i zimną furię, i w związku z tym powinna nauczyć się liczyć przede wszystkim na siebie.
- Zajmie się tobą - powtórzył kategorycznie zamiast tego.
- Tak, ale czy on wie, że wyjeżdżasz? Pożegnaliście się...?
- W pewnym sensie tak. Nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia. - Claude zatrzasnął klapę bagażnika. - Nie ściągaj go tu, nie życzyłby sobie tego. Ten rozdział jest już zamknięty.
- I dlatego wyjeżdżasz?
- Chryste - stęknął i poprawił zatkniętego między pogryzione wargi papierosa, zanim zdecydował się zapalić. - Wyjeżdżam, ponieważ wszyscy odetchną wtedy z ulgą. Ja też, Fei. Robię to dla siebie. Dlaczego ja ci się w ogóle tłumaczę?
- Może zmienisz zdanie, kiedy usłyszysz samego siebie - stwierdziła z przekąsem Fei, i Claude nie po raz pierwszy odniósł wrażenie, że rozmawiał z echem. Pomyślał, że być może w towarzystwie osób znacznie od siebie starszych Fei podłapała znacznie więcej niż powinna, ale zaraz uznał, że tym wkrótce będzie martwić się ktoś inny. - Będę się tu bez ciebie nudzić.
- Ale będziesz też bezpieczna
- Wiem - przytaknęła - i dlatego nie ogarniam, dlaczego zamierzasz wyjechać. Prosisz się o kłopoty.
- Kłopoty ciągnęły do mnie i bez tego - zauważył, pozwalając się objąć. Kiedy przycisnął do siebie Fei, zorientował się, że drżała z zimna. Odsuwając od siebie na odległość wyciągniętych ramion, rzekł tylko:
- Wróć do środka zanim się rozchorujesz.
- Do zobaczenia, Claude.
Fei truchtem ruszyła w stronę hotelu. Podobnie jak przedtem w przypadku Yishena, Claude nie spuścił zeń wzroku póki nie zniknęła w środku, a gdy wreszcie został sam, strzepnął popiół na wilgotny żwir i przymknął oczy. Jeszcze przez moment nasłuchiwał odgłosu kroków - po trosze w nadziei na to, że będzie w stanie umknąć przed niezręcznym pożegnaniem z kimkolwiek, kto mógłby zechcieć wyściubić nos za próg, a po trosze w skrytości ducha licząc na to, że na jawie zdołałyby przywołać te same widma, które nawiedziły go w snach w Pekinie - ale wnet uznał to za bezcelowe, ponieważ zarówno dla żywych, jak i dla martwych było zbyt wcześnie. Ci pierwsi zasiedli do śniadania; ci drudzy pierzchali przed światłem poranka.
Przez chwilę przyglądał się przemykającym przez recepcję zaspanym maruderom, których sylwetki przypominały wyblakłe powidoki. Część z nich poprzedniego wieczoru musiała święcić triumfy i była zbyt skacowana, by zadać sobie choćby trud rozejrzenia się wokół siebie, zaś pozostali - ci, którzy pili mimo braku powodów do radowania się - zerkali na nich ukradkiem i niepokoili się o to, co przyniosą im nadchodzące dni, jeżeli triumwirat zamieni się w rządy czterech. Mimo to umiał wyobrazić sobie, że do nich dołącza - że zarzuca pomysł w ostatnim momencie, że pozostawia torby za kontuarem recepcji, że zasiada przy stole w pustoszejącej sali i wyciąga rękę po resztki ze śniadania. Wyobraźnia nie pozwalała mu jednak na dalsze wybieganie w przyszłość. Jak miałaby ona wyglądać, zapytywał sam siebie już ostatniej nocy, kiedy bezmyślnie wsłuchiwał się w niosący się korytarzem pogłos muzyki i śmiechu. Jak miałaby ona wyglądać, gdyby decydował o niej Ralf, ten sam Ralf, który kazał mu nie wracać, ten sam, który był za pan brat z Jianshe - Jianshe, który z kolei wyrównałby rachunki z Claudem, gdyby tylko nadarzyła się ku temu sposobność?
Już wolał zniknąć na własnych warunkach.
Zdusił niedopałek i wsiadł do auta.
Silnik zamruczał ostrzegawczo w tej samej chwili, w której Claude kątem oka zarejestrował nagły ruch przy drzwiach. Spomiędzy kręcących się w opętańczym tempie skrzydeł wypadł nie kto inny, jak właśnie Ralf. Claude zaklął szpetnie pod nosem i byłby wycofał samochód z podjazdu, gdyby Ralf - który niespodziewanie puścił się sprintem przez parking - nie wpadł mu na maskę, zapierając się o nią obiema rękoma, jakby był gotowy spróbować zatrzymać auto siłą własnych mięśni.
- Zejdź mi z drogi - polecił oschle, uchyliwszy okno na tyle, by być słyszanym.
- Nigdzie nie jedziesz - sprzeciwił się Ralf, wciąż oddychając ciężko, jakby biegł...
On zdołał zbiec z samej góry, uzmysłowił sobie raptem Claude, rzucając okiem na wejście. Fei musiała rzucić się w te pędy po schodach, by przekazać mu wiadomość, a on zdołał zbiec z samej góry w czasie potrzebnym na wypalenie nawet nie całego papierosa.
- Co ci strzeliło do głowy?
- Spełniam twoje życzenie. Zejdź mi z drogi - powtórzył z większym zniecierpliwieniem.
- To nieporozumienie. Zgaś silnik i wysiądź, proszę - zaproponował Ralf, poprawiwszy płaszcz, który wysuwał się mu spod ramienia. Musiał porwać go z wieszaka, wychodząc w pośpiechu. Nie zdążywszy go włożyć, pozostało mu przyciskanie go łokciem do boku. - Możemy porozmawiać. Możemy sobie to wyjaśnić.
- Próbowałem z tobą porozmawiać i wyraziłeś się na tyle jasno, żeby nie musieć się powtarzać - odparł kwaśno. - Wyjeżdżam. Nie chcę cię przejechać, ale zrobię to, jeśli się nie przesuniesz.
- To mnie przejedź! - Ralf wyrzucił ramiona do góry. - Obaj wiemy, że tego nie zrobisz. Nie wyjedziesz nigdzie beze-
I wówczas samochód ruszył do przodu zbyt gwałtownie. Nim zdołał przejechać choćby metr, Ralf zachwiał się, poleciał z nóg i zniknął mu z oczu niczym ścięte drzewo. Nie zobaczywszy, że odczołguje się na bok, Claude mimowolnie wyciągnął szyję, usiłując dostrzec ciało rozciągnięte w martwym polu. Wiedział, że nie mógł zrobić mu tym krzywdy, ale gnieżdżący się w sercu niepokój podpowiadał, że przecież mógł przewrócić się na tyle niefortunnie, by uderzyć się w głowę. By coś się mu stało.
- Ralf? - rzucił w przestrzeń. - Ralf...?
Nim zdążył wysiąść, trzasnęły drzwi od strony pasażera.
- Kurwa - wydyszał Ralf. - Mówiłem, że beze mnie nigdzie nie wyjedziesz.
- Wysiadaj.
- Wyciągnij mnie siłą.
- Kurwa, wyśmienicie - Claude uderzył rękoma w kierownicę. - W porządku. Wyrzucę cię w Pekinie, co ty na to? Jeżeli chcesz wracać stamtąd piechotą, nie ma sprawy.
- Fantastycznie - podsumował Ralf, sięgając do pasów. - Ile nam to zajmie? Godzinę, dwie...? Zdążysz w tym czasie ochłonąć.
- Ralf, ja nie wracam.
- Dobrze - przytaknął tamten. - Przecież nie musimy.
- Czy ty w ogóle rozumiesz, co do ciebie mówię? - zapytał Claude, patrząc na Ralfa, jakby miał do czynienia z osobą niespełna rozumu. - Nie wracam. Nie będę zawoził cię tu z powrotem, żebyś się nie zgubił. Cokolwiek sobie zaplanowaliście z Jianshe, może się opóźnić przez twoje błądzenie w-
- Jak dobrze, że nie będę błądzić. Chyba znasz drogę, co? - Ralf spojrzał na niego zupełnie przytomnie i to właśnie ten spokój, to przekonanie, z którym to powiedział na krótko wprawiły Claude'a w konsternację. - No, to jedziemy.
I pojechali.

- To mi nie wygląda na Pekin.
- To nie jest Pekin - potwierdził Claude, zatrzymawszy się pod przeszklonym wieżowcem mieszkalnym. To na nim skupił uwagę, by nie zerkać w bok. - Stąd powinieneś zdołać wrócić.
- Nie wrócę tam - oznajmił Ralf, a Claude usłyszał, że poruszył się na siedzeniu. - Nie bez ciebie. Jeżeli nie zamierzasz zawracać, zostaniemy tu - tu lub gdziekolwiek, gdzie postanowisz się zatrzymać.
Pomimo tego, że nie odzywali się do siebie przez całą drogę, dopiero w tym momencie - kiedy nie mogli udawać, że skupiali się na czymś innym, choćby tak błahym jak prowadzenie czy podziwianie widoków - zapadłe po tych słowach milczenie stało się zauważalne. Zgodnie z przewidywaniami, początkowy, wynikający poniekąd z zaskoczenia, a poniekąd z niepozwalającej się zignorować tęsknoty gniew wypalił się w mgnieniu oka, pozostawiając po sobie zgliszcza, na których na nowo zaczął rozrastać się żal.
- Czego ty ode mnie chcesz? - zdołał w końcu zapytać ochrypłym głosem Claude. Odchrząknął, ale nie był w stanie przełknąć własnych uczuć, które zdawały się stać mu w gardle niczym ość. - Masz wszystko, czego chciałeś: mocne karty przetargowe, szansę na odzyskanie twarzy, szansę na awans, na uznanie, a nawet na pieprzonego klakiera, który będzie za tobą wszędzie łaził i bez przerwy prawił ci komplementy. Czy nie o to ci chodziło? Czego ode mnie, kurwa, chcesz?
- Kiedy powiedziałem, że- Kiedy powiedziałem, żebyś nie wracał, ja-
Ralf umilkł na moment potrzebny na zebranie myśli i za sprawą tego niespodziewanego urwania zdania w połowie Claude na przekór sobie zerknął na niego. Ani myślał ułatwiać mu zadania i podsuwać słów, na które prawdopodobnie czekał - że nie musiał się tłumaczyć, że zostało mu to już darowane - i patrzyli na siebie przez chwilę w zupełnej ciszy.
- Pożałowałem, że te słowa padły, kiedy się odezwałem - powiedział w końcu Ralf. - Że w ogóle się wtedy odezwałem. Że doszło do tej wymiany zdań między nami, że wyszedłem, kiedy mogłem zostać, i że wtedy nie zamknęliśmy tego tematu.
- "Tego tematu" - prychnął w ślad za nim Claude. - A jaki to temat - "ten temat"? Bo jeżeli chcesz znać moje zdanie, "ten temat" ciągnie się za nami, odkąd zamknęliśmy za sobą drzwi mieszkania Gasparda i wraca za każdym razem, kiedy musimy rozprawić się ze sprawą wpadkową, jak na przykład tym, co zrobić z Zhanną, co zrobić z Zhengiem, co zrobić z Joshuą, co zrobić z tym, że za każdym razem uznawałem, że nawet jeżeli nie będę w stanie wyłgać się z sytuacji, w której się akurat znaleźliśmy, za sprawą kłamstwa lub dwóch przynajmniej tobie nic się nie stanie. I za każdym razem odbija mi się to czkawką, bo za każdym razem "ten temat", jak to ująłeś, wraca i wraca, ale zamiast się nad nim pochylić, wolimy udać, że sednem problemu od samego początku była właśnie kwestia uboczna.
- Czy pomyślałeś, jak ja się czuję, kiedy dostarczasz mi wszelkich powodów do tego, bym miał wrażenie, że rozmawiam z dwiema zupełnie różnymi osobami? Za każdym razem jest to samo: prywatnie zapewniasz mnie, że zależy ci na partnerstwie, na obustronnym zaufaniu, że stoisz po mojej stronie, że nie zrobisz tego czy tamtego, a zaraz potem publicznie się ode mnie dystansujesz i robisz właśnie to, co zarzekałeś się, że jest nie do pomyślenia. Czy wiesz, ile razy przerabiałem ten scenariusz? I to nie tylko z tobą...? Przecież o tym wiedziałeś - przypomniał osowiale. - Gdybyś zachowywał się konsekwentnie, nie musielibyśmy raz za razem przerabiać tego samego, a teraz, w tej chwili, właśnie jako ostatni wstawalibyśmy od stołu. I nie, Jianshe nie siedziałby z nami, bo nie szukałbym jego towarzystwa, bo nie myślałbym, że mnie zwodzisz. Że mimo wszystko możesz być przeciwko mnie.
- Czy ty postradałeś rozum? - Claude z wyraźnym trudem nad sobą panował. - Od samego początku grałem z tobą w otwarte karty: powiedziałem ci, że zależy mi na partnerstwie, tak, ale powiedziałem, co przez to rozumiem: nie ma rzeczy, których nie zrobiłbym dla siebie, a to oznacza, że nie ma rzeczy, których nie zrobiłbym też dla ciebie. Jeżeli krycie cię oznacza, że się na mnie wkurwisz - zdarza się, martwy nie byłbyś w stanie tego zrobić. Martwego nie byłbym w stanie przeprosić. Powiedziałem ci, że się o ciebie bałem - i nie kłamałem, bo na osobności nie muszę się do tego uciekać, ale nikt poza nami nie powinien się o tym wiedzieć. Czy ty jesteś w ogóle świadomy tego, jak można wykorzystać taką wiedzę...? Do kurwy nędzy, bałem się o ciebie bardziej niż o siebie, bo co mogli zrobić mi gorszego? Zabić mnie? Nic by w ten sposób nie osiągnęli. Pociąć twarz z drugiej strony? Znowu...? - Claude zaśmiał się wymuszonym, pozbawionym radości śmiechem, lecz zaraz spoważniał. - Ale mogliby to zrobić tobie. Wiedząc to, co wiedzieli i będąc na ich miejscu, zrobiłbym to bez wahania. Wiedziałem, że to, co zrobiłem, żeby uniknąć tego scenariusza było niedopuszczalne - ale wiedziałem, że pomimo tego, że będziesz na mnie wściekły, nic ci się nie stanie, gdyby coś poszło nie tak. I wiedziałem, że będę musiał za to odpokutować, ale błędnie przypuściłem, że w końcu zrozumiesz, dlaczego przeciągałem tę farsę. Czy wiesz, jak się poczułem, kiedy przyszedłeś do mnie w nocy? Czy wiesz, jak serce podeszło mi do gardła, kiedy zorientowałem się, w jakim jesteś stanie? Jaka to była ulga, kiedy uspokoiłeś się przy mnie na tyle, żeby zasnąć? Jak wykorzystany się poczułem, kiedy zorientowałem się, że wziąłeś to, czego potrzebowałeś i wyszedłeś?
- Nie chciałem wychodzić.
- Ale ja też nie chciałem zrobić wielu rzeczy i dlatego tego wyjścia samego w sobie nie miałbym ci za złe, naprawdę, ale w świetle wszystkiego, co stało się potem...
- Nie chciałem wychodzić, Claude, ale gdybym został-
- Wybaczyłbyś mi? Czy to byłoby tak straszne? Myślałem, że choćby z uwagi na dawny sentyment pewnych zagrywek powinniśmy sobie oszczędzać.
- Uznałem, że jesteś taki, jak pozostali. Że bawisz się moim kosztem, ale musisz mnie przy sobie zatrzymać, żeby zabawa mogła trwać. Tak strasznie cię za to wszystko przepraszam - powiedział ze skruchą niemalże szeptem. - Zamierzałem powiedzieć ci to już wczoraj, ale nie chciałem- Miałem świadomość, jak by to wyglądało, gdybym przyszedł do ciebie w nocy, w dodatku tym razem cuchnąc alkoholem.
- Słyszałem cię, a w zasadzie: słyszałem Jianshe. Możesz myśleć, że jestem aktorzyną, ale przynajmniej nie tak marnym jak on. Ten teatrzyk w środku nocy - co to miało być, Ralf...?
- Przepraszam. Biłem się z myślami pod drzwiami i- Byłbym zapukał, gdyby nie on, naprawdę, ale w tamtej chwili zobaczyłem siebie takiego, jakim ty byś mnie wtedy widział: pijanego, kołyszącego się na nogach, z Jianshe z butelką wina za plecami. Stwierdziłem, że jeżeli nie mam pogrążyć się już na wstępie, powinienem złapać cię rano. Na trzeźwo. W cztery oczy.
- I zdążyłeś, przeprosiny przyjęte, ale powiedz mi, bo to nie da mi spokoju: dlaczego w ogóle założyłeś, że miałbym być tak okrutny względem ciebie?
- Na podstawie doświadczenia - powiedział z rozżaleniem Ralf. - Nie byłbyś pierwszym, który postąpił w ten sposób, a ja... Cóż, czy możesz mieć mi za złe to, że nie stać mnie na to, żeby przechodzić przez to ponownie? Wyrwanie się z błędnego koła nie przyszło mi z łatwością. Wydawało mi się, że rozpoznałem znajomy schemat i pospieszyłem się z oceną sytuacji. Być może nie zareagowałbym tak ostro, gdyby zamieszany był ktokolwiek inny, ale nie, chodziło o ciebie, ze wszystkich ludzi akurat o ciebie, i wiedziałem, że to mnie zaboli do tego stopnia, że wolałem uprzedzić wydarzenia.
- Jak w ogóle mogłeś pomyśleć, że jestem przeciwko tobie, skoro wiedziałeś, że gdyby coś się stało - gdybyś potrzebował pomocy, jak tamtej nocy - zrobiłbym dla ciebie wszystko. - Claude znów wbił wzrok przed siebie. - Nigdy nie zostawiłbym cię z tym samego. Nigdy. Ja- Nie zniósłbym tego, gdyby coś ci się stało. Przepraszam, że w tym wszystkim zupełnie zapomniałem, że sam też mogę cię skrzywdzić. Przepraszam, że tak cię potraktowałem.
Kiedy spróbował przełknąć ślinę, zorientował się, że zaschło mu w ustach.
- Kocham cię. Zdaję sobie sprawę, że to nie jest szczególnie ekscytujące wyznanie, nie w tych okolicznościach, nie kiedy wyglądam... t a k, ale kocham cię.
I znów słowa rozpłynęły się w brzemiennym milczeniu, które zakłócał szum krwi w skroniach, ten bliski pogłos serca rozpaczliwie tłukącego o żebra. Z odmętów pamięci na wierzch wypłynęło znienacka wspomnienie kogoś bliskiego, z kim niegdyś w trakcie któregoś z parnych, letnich wieczorów rozmawiał o miłości, samemu jeszcze nie poznawszy jej smaku. To jak przejażdżka wirówką przeciążeniową, usłyszał wówczas, i wyśmiał tę myśl, która nie przystawała do szumu fal niewidocznego w mroku morza, do gwaru rozmów przy barze i słodko-cierpkiego alkoholu rozlewającego się na podniebieniu. W następnych latach utwierdził się w przekonaniu, że tamto porównanie było przesadzone, że niepewność i zdezorientowanie towarzyszyć mogły co najwyżej nastoletniemu coming outowi, ale nie poważnemu porywowi uczuć.
Nie w porę uzmysłowił sobie, że w pewnych przypadkach - tych rzadkich, rzadkich przypadkach, kiedy wraz z pojedynczym wyznaniem rzeczywistość ulegała nieodwracalnemu przekalibrowaniu - świat niespodziewanie zaczynał wirować na pełnych obrotach i nawet oddychanie zaczynało wymagać znacznego wysiłku. Claude usilnie wpatrywał się w punkt w przestrzeni, mając wrażenie, że ciśnienie miażdżyło mu pierś, a tętno rozsadzało żyły i naczynia włosowate. Nie był w stanie spojrzeć Ralfowi w oczy.
Ale Ralf łagodnym ruchem ujął go za brodę i pomału zwrócił ku sobie, z pewną nieśmiałością pogładziwszy kciukiem bliznę na twarzy Claude'a.
- Czy to boli? - zapytał cicho, a kiedy Claude zaprzeczył zdawkowym pomrukiem, Ralf palcami powiódł po wyrzeźbionych nożem załamaniach, aż te skryły się we wnętrzu jego dłoni, która przylgnęła do nich niczym zimny kompres. - Powinienem zdać sobie sprawę z kilku rzeczy tamtego dnia. Nigdy o nikogo nie bałem się tak, jak wtedy o ciebie. Może gdybym doszedł do pewnych wniosków szybciej, moglibyśmy tego uniknąć - i nie mówię tylko o tym, co zrobili tobie, ale o tym, co zrobiliśmy sobie sami. Zmarnowaliśmy tyle czasu na kłótnie.
- To dość przydługi wstęp do "i dlatego uważam, że dla własnego dobra powinniśmy zostać przyjaciółmi" - zauważył miękko Claude. - Posłuchaj, nie musisz robić uników. Nie oczekuję niczego w zamian. Byłem ci winny prawdę.
- Ale ja tobie również. I nie chcę zostać na przyjacielskiej stopie. Powiedz to jeszcze raz, proszę.
Nie spuszczając wzroku z Ralfa, Claude ucałował jego rękę tuż poniżej kciuka.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.
Dopiero wówczas Claude zorientował się, że od dobrych kilku chwil musiał wstrzymywać oddech. Westchnął z ulgą, pozwalając sobie na wtulenie się w przyciśniętą do policzka dłoń Ralfa, który przyciągnął go bliżej siebie w geście tak ostrożnym i tak badawczym, jakby nie był do końca przekonany, czy go tym nie przepłoszy. Przerabiali to wielokrotnie, ale nigdy przedtem nie byli wobec siebie równie pełni pokory. Smak skruchy miał sam pocałunek, w którym zatracili się, kiedy tylko Claude wyszedł mu na spotkanie. Przepraszam, zdawał się mówić, pochyliwszy się do przodu, by zatrzymać Ralfa - swoje serce, swój cały świat - przy sobie. Już dobrze, mówił z kolei pewny chwyt tamtego, nie przestając troskliwie wodzić kciukiem wzdłuż i wszerz blizny. Już dobrze, mam cię. Nie wrócę bez ciebie.
Z następnym westchnieniem odsunęli się na tyle, by móc objąć się wzrokiem. Patrząc w te roziskrzone, modre oczy, na spłonioną twarz, na pociemniałe od wilgoci włosy, które niespiesznie przeczesywał palcami, Claude zdał sobie sprawę, że w istocie rzeczy patrzył w lustro: że Ralf musiał widzieć ten sam gorączkowy rumieniec, którym on sam się okrył, to samo rozpłomienione spojrzenie, którym go pożerał. Przez moment żadne słowa nie były im potrzebne.
Potem Claude ściągnął brwi i ten niewłaściwie zinterpretowany grymas musiał zaalarmować Ralfa, bowiem byłby się mu wymknął, gdyby nie został natychmiast w pierwszym odruchu w uspokajającym geście pogładzony po nodze.
- Masz tu pastę - wytłumaczył ze słabym uśmiechem i potarł własny kącik ust, zanim nieskrywana panika do reszty zmąciła beztroskę. Widząc, że Ralf - niczym w zwierciadlanym odbiciu - uczynił to samo, ale z niewłaściwej strony, zwilżył opuszek i delikatnie starł zaschnięty ślad. - I już po krzyku.
- Zdążyłem pomyśleć, że-
- Nie byłem pewny czy dobrze widzę. Chodzenie z pastą do zębów na twarzy jest do ciebie niepodobne.
- Wiesz, zaplanowałem ten dzień inaczej i nie uwzględniłem tego, że Fei zaskoczy mnie w łazience - przypomniał mu Ralf, ale w tej uwadze nie krył się wyrzut. - Gdybyś nie wyjeżdżał tak wcześnie, może nie wyglądałbym jak klaun w niekompletnym makijażu.
- Nie wyglądasz jak klaun.
- To była kwestia dziesięciu, może piętnastu minut. Ale dobrze, że postanowiłem ubrać się zanim zacząłem myć zęby, bo-
- Chciałbym zobaczyć, jak lecisz po schodach w samym szlafroku. Nie mógłbyś się po tym im pokazać na oczy - prychnął Claude z wyzywającym uśmiechem. - Wielmożny, zadzierający nosa pan Voigt przyłapany w negliżu niczym bawidamek wyrzucony z sypialni kochanki przez jej męża! A właśnie, jak tam Jayne? Zdrówko dopisuje?
- Wiedziałem, że to była twoja sprawka - westchnął Ralf i wzniósł oczy ku niebu. - Wiedziałem od początku, odkąd tylko zorientowałem się, że ktoś rozpuścił plotkę na mój temat. Powiedz mi: musiałeś, Claude? Naprawdę musiałeś?
- Poczułem się zraniony - Claude wzruszył ramionami. - Może wyszedł ze mnie pies ogrodnika, przyznaję, ale musisz zgodzić się ze mną, że ta historia całkiem nieźle się przyjęła.
- Ale z tym chirurgiem z Seulu-
- Zabiegiem chirurgicznym w Seulu - poprawił go skromnie.
- Czy to było konieczne? Ja i fascynacja wielkimi piersiami...? Claude, do kurwy nędzy.
- Co jest bardziej prawdopodobne: to, że prawie niczym nie różnisz się od dziewięćdziesięciu pięciu procent innych facetów w tym kurwidołku, ale lubisz na Hiszpana, czy to, że lubisz kutasy?
- Podpowiedź druga, Hiszpania - wyrwało się z ust Ralfa, którego wzrok na ułamek sekundy stał się nieobecny nim skoncentrował się na powrót z pełną intensywnością na Claudzie. - To było hasło. Ja pierdolę.
- Chciałem się z tobą podroczyć, a nie ci zaszkodzić - a wyszło na to, że zdołałem ocieplić twój wizerunek. Dokonałem tego, co nie udało się twojemu nowemu przyjacielowi, Jianshe. Nie ma za co, Ralf.
- Jaki kit im wcisnąłeś? Co jeszcze powiedziałeś? O jakim rozmiarze w ogóle mowa? Guanting nie zamierzał mi odpuścić ani na minutę, jeśli byłem w zasięgu wzroku.
- Och, większy niż standardowy. No dobrze, na osobności mogłem wspomnieć, że znacznie większy. Można by rzec: przerastający marzenia - dodał Claude, kiedy Ralf zmierzył go pełnym powątpiewania spojrzeniem. Pohamowawszy śmiech, teatralnym ruchem pociągnął za kołnierz bluzy, by rzucić okiem na własną płaską klatkę piersiową, następnie przechylił głowę to na lewo, to na prawo, jakby się nad czymś zadumał, po czym ścisnął rękoma fałdy materiału. - Sam nie będę w stanie zaproponować ci niczego podobnego, ale na upartego może coś się znajdzie.
- Ja pierdolę - powtórzył Ralf, ale nie powstrzymał przy tym sygnalizującego rozbawienie parsknięcia, które od dłuższej chwili musiało cisnąć mu się na usta. - Nie wierzę. Jesteś bezczelny.
- I twój, złotko - podpowiedział Claude zmienionym, łagodnym tonem. - Przynajmniej tak długo, jak będziesz mnie chciał.
Głowa Ralfa przetoczyła się po zagłówku i kiedy spojrzał na Claude'a, ten zdał sobie sprawę z tego, że znał ten nieuchwytny wyraz ni to ukontentowania, ni rozczulenia, który zagościł na jego twarzy. W ten sam sposób patrzył na niego tych kilka ostatnich razy, kiedy spędzili razem noc; kiedy leżeli razem w skotłowanej pościeli, snując plany na przyszłość. To przypuszczalnie była cała wylewność, na którą Ralf był w stanie sobie pozwolić, a w konsekwencji również cała, na którą Claude mógł liczyć. Sięgając jednak po jego rękę i wyciskając na niej pocałunek, myślał o tym, że przecież nigdzie się nie spieszyli, już nie, i nic nie stało na przeszkodzie temu, by zaczekać - zaczekać, aż Ralf znów zaufa mu na tyle, by nie obawiać się, że ktoś mógłby ponownie spróbować wykorzystać tę bliskość; aż uzna, że pora opuścić mury twierdzy, którą wzniósł wokół własnego serca.
Mieli czas.
- Brakowało mi tego - rzekł Ralf. - Brakowało mi ciebie. Wczoraj dotarło do mnie, jak bardzo.
- Na tyle, żeby zostawić za sobą te twoje kontenery i Jianshe?
- Pies jebał kontenery, ale nie mów mi, że jesteś o niego zazdrosny. Poważnie?
- Nie wyłupili mi oczu, Ralf. Widziałam was razem. A może mam uwierzyć, że uwieszał się tak na tobie, bo daje się mu we znaki strzaskane kolano jak Yishenowi? Na marginesie - skoro i tak już przy tym jesteśmy - to zabawne, że Yishen, z którym rzeczywiście kilka lat temu się przespałem, obecnie prędzej dałby sobie rękę uciąć niż publicznie położył mi ją na krzyżu, a i to pod warunkiem, że w ogóle poczułby coś poza rozgoryczeniem na mój widok.
- Przypuszczałem, że było coś między wami.
- Można powiedzieć, że nadal jest: żal, może poczucie wstydu - sprostował beznamiętnie Claude. - Gdybym wiedział, że wpędzi go to w takie wyrzuty sumienia - że mi się to udzieli, że sam będę czuł się z tym tak, jakbym zrobił coś... zdrożnego - każdy z nas wróciłby oddzielną taksówką. Było, minęło, ale uważam, że powinieneś o tym wiedzieć. Dla jasności. Nie chcę, żebyś miał wrażenie, że coś przed tobą ukrywam.
Ralf nie zabrał ręki z uścisku Claude'a ani też nie odwrócił od niego spojrzenia, ale westchnął w sposób, który sugerował, że - pomimo tego, że spodziewał się to usłyszeć - potrzebował chwili na przetrawienie tych słów.
- Czy umiesz wyobrazić sobie, jak zmieszany byłem tamtego dnia, kiedy zorientowałem się, że byłem skazany na łaskę lub niełaskę kogoś, z kim pożegnałem się w, no cóż, nienajlepszej atmosferze? - zapytał Claude. - Nie chciałem prosić go o wyświadczenie mi jakiejkolwiek przysługi przy pozostałych. On nigdy nie był gwałtowny, ale nie mógł pozwolić sobie na utratę twarzy - ani wtedy, ani teraz. A ja jestem plamą na jego życiorysie.
To rozwinięcie myśli Ralf był w stanie przełknąć, ponieważ w zamyśleniu pokiwał nieznacznie głową.
- Poza tym i tak nie wracamy - przypomniał mu Claude. - To znaczy, ja nie wracam. Ty możesz-
- Ja mogę zastanowić się nad tym dokąd jedziemy - przerwał mu Ralf. - Przestań sugerować, że mógłbym wrócić bez ciebie, skoro-
- Ze wszystkich rzeczy, które udało ci się załatwić poza ogrzewaniem - z których pewnie znakomitą większością nie zdążyłeś się nawet pochwalić - ani jednej nie zorganizowałeś z dobroci serca. Znam cię, Ralf. Jesteś interesowny. Zamierzasz pozwolić, żeby Jianshe przypisał sobie zasługi?
- Myślisz, że z jakiego powodu wybiegłem tak, jak stałem? Myślisz, że to, co zostawię w tyle coś dla mnie znaczy? Że nawet przy założeniu, że zostałbym należycie doceniony, umiałbym czerpać z tego jakąkolwiek satysfakcję, wiedząc, że pozwoliłem ci zniknąć?
Tym razem to Claude ciężko oparł się o zagłówek i przez moment milczał.
- W porządku - powiedział w końcu. - W bagażniku mamy skromne zapasy - dla nas obu powinny wystarczyć na trzy-cztery dni. Zakładałem, że zatrzymamy się w Pekinie, ale skoro już tu jesteśmy... Fei powiedziała, że zostawiła klucze do ciebie na progu.
- Właściwie... - Ralf zaczął przeszukiwać kieszenie płaszcza. Grzechot kluczy był słyszalny zanim zakręcił nimi na palcu. - Na skutek szczególnie niefortunnego incydentu zostały stamtąd zabrane i znowu zacząłem nosić je przy sobie. Dokumenty i telefon też. Ale może byłoby lepiej, gdybyś zaczekał chwilę na korytarzu, bo prawdopodobnie zastaniemy tam rozgardiasz.
- To Zheng...?
- Nie, nie do końca, ale i tak wątpię w to, żeby to mieszkanie było w takim stanie, w jakim je zostawiłem.
- Ja pierdolę. Mnie też sporo ominęło, co?
- Nawet nie masz pojęcia.

Siedząca w pojedynkę przy stole Fei nie spuszczała wzroku z Jianshe, za którym zeszła na śniadanie, upewniwszy się, że zamknął za sobą porzucony przez Ralfa apartament. Tam, na górze, nie uznała za stosowne konfrontowania się z nim w pojedynkę, ponieważ była świadoma różnicy wzrostów i siły, a nade wszystko: braku odpowiednich świadków, których bliskość niwelowała zagrożenie w postaci możliwości użycia przemocy. Nie musiała roztrząsać szczegółów sporu, za sprawą którego zarysowały się linie podziałów towarzyskich. Patrząc na Jianshe, pospieszającego do kuchni za Jin, zdała sobie sprawę, że pod nieobecność Ralfa liczba przychylnych mu osób musiała skrócić się na tyle, by padł łatwym łupem kogokolwiek, kto zechciałby powziąć na nim rewanż w momencie, w którym byłby zdany sam na siebie.
- Hej, Jin! - zawołała za nią, kiedy zauważyła, że skierowali się w stronę holu, sprzątnąwszy po sobie naczynia. - Jin, możesz mi z czymś pomóc?
- Co się stało? - Jin zawróciła na pięcie. Jianshe bez komentarza podążył za nią, choć kontrolnie rzucił okiem na korytarz, którym niósł się zgiełk towarzyszący rozpakowywaniu i inwentaryzowaniu kartonów ze sprzętem medycznym.
- To bardzo kłopotliwe - przyznała szeptem z zakłopotaniem Fei, zbliżywszy się na tyle, by zostać usłyszaną. - Przepraszam, że zawracam ci głowę, ale... zaskoczył mnie okres. Podpaski zostały na górze. Boję się ruszyć, żeby nie... No wiesz. Masz może coś przy sobie? Albo mogłabyś mi przynieść? Proszę.
- Żaden kłopot. Zaczekasz tu? - zapytała Jin, a kiedy Fei przytaknęła z wdzięcznością, zwróciła się do Jianshe:
- Zostaniesz z nią na wypadek, gdyby szukali kogoś do pomocy przy wynoszeniu śmieci? - Wskazała brodą w kierunku recepcji. - Źle się czuje.
- Oczywiście - przytaknął Jianshe, wsparłszy się na krześle. Fei poczuła na sobie jego badawcze spojrzenie. - To coś poważnego? Masz temperaturę?
- Nic z tych rzeczy - zapewniła Jin na odchodnym. - Niech siedzi i nigdzie się nie rusza. Zaraz wrócę.
- Ciekawe, kiedy wróci Ralf - rzuciła mimochodem Fei, patrząc, jak Jin znika za progiem. - Jak pan uważa?
- To ty powinnaś mi powiedzieć.
- Dlaczego?
- Nie wybiegłby, gdybyś nie przekazała mu, że Claude wyjeżdża.
- A wie pan, co by się stało, gdybym mu nie powiedziała i Ralf usłyszałby o tym od kogoś innego? - Fei uniosła brwi, a kiedy Jianshe nie udzielił odpowiedzi, zacmokała. - Nie byłby zadowolony. Zdecydowanie nie byłby zadowolony, a on w takich sytuacjach staje się nieprzyjazny w obyciu. Nieprzyjazny w obyciu - słowa Claude'a, nie moje, ale nie uważam, żeby rozumiał pan, co przez to rozumie.
- To śmiałe założenie. Prawdopodobnie rozumiem znacznie więcej niż ty.
Na ustach Jianshe zagościł wyniosły uśmiech, ale zaraz na nich zamarł i zniknął, a linia warg zamieniła się w wąską kreskę, jak gdyby Fei zdążyła już zrobić użytek z noża motylkowego miast tylko go rozłożyć.
- Myślę, że gówno rozumiesz, Jianshe - skwitowała, i pomimo strachu poczuła też przypływ czegoś na kształt zadowolenia na widok wyrazu niepewności, w którym skrzywił twarz, zanim przypomniał sobie, że miał do czynienia z nastolatką i na powrót nad sobą zapanował. - Myślę też, że Ralf nie byłby zadowolony, gdyby ktoś wszedł do niego pod jego nieobecność. Oddaj mi kartę do jego pokoju. Popilnuję jej.
- Zapominasz się, dzieciaku.
- To ty się zapominasz - Nóż złożył się i rozprostował ze złowrogim trzaśnięciem. Fei wstała i postąpiła do przodu, z nieznanym dotąd poczuciem satysfakcji zauważając, że Jianshe cofnął się o krok. - Wiesz, co będzie, jeśli krzyknę? Bo ja myślę, że oni tu wpadną, żeby sprawdzić, kto krzyczał, a kiedy zobaczą nas samych... Myślę, że dadzą ci przedsmak tego, co kryje się za byciem nieprzyjaznym w obyciu. Oddaj mi kartę.
- Nie odważysz się.
- Nie? Pana Zhanga ledwie zadrapałam, ale kto wie, gdzie w obronie własnej niechcący dźgnę ciebie...
I gdy ruszyła w stronę Jianshe, ten uskoczył do tyłu, unosząc ręce w pojednawczym geście. Jego pewność siebie musiała stopnieć, ponieważ w pośpiechu przeszukał kieszenie w spodniach i wydobywszy obie karty, własną i Ralfa, po krótkim namyśle podał jej tę z właściwym numerem pokoju.
- Poniesiesz konsekwencje - zapewnił oschle. - Nie jest mądrze robić sobie wrogów.
- Powiedział ktoś, kto właśnie próbował mi grozić. Byłam tu przed tobą - przypomniała mu, schowawszy zdobycz wraz ze złożonym nożem - i będę po tobie. Ralf za jakiś czas wróci, wróci z Claudem po mnie. Chyba nie wierzysz, że oni będą się kłócić wiecznie, co?
- Fei, chodź! - zawołała znienacka Jin od wejścia. - No chodź, skoro już wstałaś.
- Dziękuję za pomoc! Jesteś taka kochana! Nie wiem, jak ci się za to odwdzięczę! - zaświergotała Fei, zanim odwróciła się do Jianshe i zniżyła głos:
- Spróbuj coś mi zrobić, a oni cię rozszarpią.

Na pustym korytarzu trzydziestego piętra przywitały ich niedomknięte drzwi. Niegdyś stanowiłoby to o serdeczności, z którą gospodarz wyczekiwał przybycia gości, ale w tych czasach mogło zwiastować wyłącznie kłopoty. Sam fakt, że z mieszkania zdawał się wydobywać silny, rozchodzący się po klatce schodowej zapach perfum wzbudzał niepokój - a kiedy zbliżyli się na tyle, by spostrzec leżące tuż za progiem wieszaki i pocięte ubrania, które z nich spadły, wiedzieli, że ich obawy były uzasadnione. Ralf przestąpił przez łachmany i wszedł do środka jako pierwszy; Claude zostawił nagrzewnicę na zewnątrz i podążył za nim, raz po raz uderzając o nogę rozłożoną pałką teleskopową.
O ile we własnym mieszkaniu zastał szkody wyrządzone przez wiatr wpadający do środka przez uchylone okno, tak nie miał wątpliwości, że patrzył na zniszczenia dokonane przez człowieka lub, co wydawało się mu znacznie bardziej prawdopodobne, grupę ludzi, którzy rozproszyli się, pustosząc wszystkie pomieszczenia w tym samym czasie. Po porządku, który kiedyś musiał panować w urządzonym zgodnie z zachodnimi standardami wnętrzu, nie został ślad. To, co składało się na zapomniane życie Ralfa zostało powywlekane z szuflad, pozrzucane z regałów, poszarpane i podeptane. Pod ich butami tu i tam niczym żwir pochrupywała szklana tłuczka - wszystko, co zostało z potłuczonych flakonów; rozlaną zawartość wchłonęły rozsypane wokół kartki wydarte z książek pozbawionych grzbietów. Claude przykucnął i podniósł z ziemi uszkodzony egzemplarz, którego kapitałka wprawdzie nosiła ślady po nożu, ale uchroniła trzon przed rozerwaniem. Po pobieżnym przekartkowaniu zorientował się, że tusz rozmył się w tych miejscach, w których sfałdowany papier wchłonął perfumy.
- Kto, jeśli nie Zheng, za to odpowiada? Wen w tamtym czasie nie był już jego prawą ręką. Ten skurwiel, Jianshe? - zgadnął, prostując się. - Znalazł to, czego szukał? To ten szczególnie niefortunny incydent?
- Wątpię, żeby marnował czas na rozpieprzanie mi mieszkania. Pewnie nie przyszedł tu sam. Zheng nie byłby na tyle lekkomyślny - stwierdził Ralf takim tonem, jakby zastany stan rzeczy nie wywarł na nim większego wrażenia. Zbierał kawałki szkła i podarte w nierówne pasy pościele do wyciągniętego skądś worka na śmieci. - Ale tak, udało mu się. Znalazł mój telefon.
- I co z tego? - Claude wniósł do środka rzeczy pozostawione na korytarzu i z ulgą przekręcił za sobą klucz w zamku. - Nie wyglądasz mi na bałwana, który zostawia hasła na żółtych karteczkach.
- Poradził sobie. Nie mogę odmówić mu zaradności.
- To z tego powodu cię torturowali?
- Nie, nie - uspokoił go Ralf, choć skrzywił się przy tym tak, jakby wraz ze wspomnieniem powrócił ból. - Jianshe załatwił to w białych rękawiczkach i dał mi przy tym do zrozumienia, że nie widzi potrzeby dzielenia się tym, czego się o mnie dowiedział z kimkolwiek innym - a przynajmniej tak długo, jak nasza współpraca układałaby się pomyślnie.
- Zabrał kartę pamięci?
- Nie musiał.
- Jak on się do tego, kurwa, dorwał? Ralf...? Co ty tam właściwie miałeś...?
- Nic, czego ty byś nie trzymał, będąc święcie przekonanym, że nikt nie przetrzepie ci historii rozmów i tego, co zapisałeś.
- Ralf, większość heteryków też wychodzi z założenia, że wysłanie zdjęcia kutasa jest równoznaczne z zaproszeniem na randkę. Większość z nich pewnie nie robi porządków w pamięci na bieżąco. To za mało, żeby uznać- Och, kurwa. To nie były tylko ujęcia od pasa w dół, co? - westchnął Claude i widząc wyraz twarzy Ralfa, który powiedział mu znacznie więcej, niźli chciałby wiedzieć, przysiadł na kanapie. - Co tam miałeś? Zdjęcia ze swoimi eks, zdjęcia z łóżka, sekstaśmy? Jak on się do tego-
- Claude - Ralf podniósł się z klęczek. Przestał mocować się z workiem. - Wszystko ci wyjaśnię, ale zacznijmy od początku, proszę. Sam widzisz, jak tu wygląda. Daj mi posprzątać, to zajmie tylko chwilę - możesz w tym czasie sam się oprowadzić po pokojach.
- Albo zaparzyć ci paskudną, zwietrzałą herbatę, która pamięta jeszcze twojego ostatniego chłopaka. Jadłeś coś w ogóle? - zapytał Claude, podźwignąwszy się na nogi i skierowawszy do kuchni, która podobnie jak salon - gdyby nie samotny kubek, na dnie którego zaschły resztki kawy i wstawiony do zlewu, pokryty zaskorupiałym brudem talerz - do złudzenia przypominała wystawę przeniesioną ze sklepu meblowego. Nie był zaskoczony tym, że zarówno w zmywarce, jak i w szafkach znalazł komplety naczyń w neutralnych, identycznie pozbawionych charakteru barwach.
- Nie jestem głodny.
- Nie? A może obejrzymy razem te nagrania, które się zachowały? Myślę, że wtedy może wrócić ci apetyt - zaśmiał się, nastawiwszy wodę. Ralf, który akurat wyciągał zmiotkę i szufelkę zza kosza na śmieci, jedynie uniósł brwi.
- Jeszcze będziesz miał okazję je zobaczyć, nie martw się - zacmokał. - Nie chcę słyszeć ani słowa, że jesteś zazdrosny.
- Aż tak wysoko oceniasz swoje zdolności reżyserskie? A może aktorskie? - zawołał Claude, przechodząc wolnym krokiem do sypialni. - Przyznaj: wmawiałeś rodzinie i nowopoznanym ludziom, że byłeś prawnikiem, bo to brzmi nieźle, ale utrzymywałeś się z czegoś innego. Nie ma w tym nic złego.
- Powinieneś wiedzieć, że niektóre spotkania z niektórymi ludźmi mogłyby nie mieć końca. Można powiedzieć, że w ten sposób pielęgnowałem piękne wspomnienia.
- Czy ty wkręciłeś sobie nad łóżkiem czerwoną żarówkę?
- Co? - Ralf zajrzał do środka i w ślad za Claude'em utkwił wzrok w na pierwszy rzut oka niczym niewyróżniających się lampkach, a kiedy pośród nich spostrzegł, tę, która jako jedyna w świetle dnia zdawała się mienić karmazynowymi refleksami, kącik jego ust uniósł się w nonszalanckim uśmiechu. - A, to. Tak. Szkoda, że nie ma prądu. Wieczorem pokazałbym ci, jak się pali.
- Tak? I co jeszcze byś mi pokazał? - wymruczał Claude, podążając za Ralfem z powrotem w głąb mieszkania, wprost do kuchni, gdzie tamten zalał im pęczniejącą w zaparzaczu herbatę. Wykorzystawszy ten moment skupienia przy rozlewaniu gorącej wody, Claude po szelmowsku zaszedł gospodarza od tyłu i tak, jak niegdyś na balkonie Gasparda zaparł się rękoma niby od niechcenia na blacie tak, by uniemożliwić mu odwrót, uśmiechnąwszy się przy tym do własnych wspomnień, ponieważ ani tamtego, ani tego, ani żadnego innego dnia Ralf nie zdradzał chęci wyśliźnięcia się. Ba, kiedy już odsunął od nich obu kubki na tyle, by nie zagrażało im wylanie na siebie przez przypadek wrzątku, a następnie bez pośpiechu obrócił się w miejscu na pięcie, sam sposób, w jaki patrzył na Claude'a - z wyraźnym zadowoleniem, ale też zaciekawieniem, jakby rzucał mu wyzwanie - nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do tego, że podobała mu się ta bliskość. Zaraz zresztą skorzystał z idącego z nią w parze niemego zaproszenia i pociągnąwszy za przednie szlufki spodni, przyciągnął Claude'a do siebie tak, że nie pozostała między nimi żadna przestrzeń.
- To zależy, co chciałbyś zobaczyć - odparł uwodzicielsko Ralf, wodząc palcami po miękkich fałdach bluzy, aż natrafił na podwiniętą krawędź. Za sprawą dotyku jego chłodnych dłoni w całym ciele Claude'a zdawała się odżyć pamięć o okolicznościach, w jakich ostatnim razem pozwolili sobie na taką śmiałość.
Pamięć o ciężkich, urywanych oddechach. O prześcieradle zmiętym w zaciśniętych pięściach. O westchnieniach stłumionych przez poduszkę. O pojękiwaniach w chciwych pocałunkach spijanych z rozchylonych w uniesieniu warg.
- Wszystko - wyszeptał głosem schrypniętym z pożądania, wodząc ustami wzdłuż linii żuchwy i szyi, tym samym zmuszając tamtego do odwiedzenia głowy w tył. Naparł na Ralfa; kolanem wbitym niby klin pomiędzy jego nogi rozstawił je szerzej. - Tęskniłem za tobą. To nieznośne uczucie.
- Myślisz, że go nie znam...? - zapytał Ralf z przymkniętymi powiekami, a jego pierś uniosła się w raptownym wdechu, kiedy Claude jednym zdecydowanym ruchem rozpiął spodnie, a wnętrze sunącej w dół dłoni otarło się o podbrzusze. - Przez cały ten czas nie umiałem wyrzucić cię z głowy. Nie było mi łatwo-
Urwał w połowie zdania, a Claude poczuł rozkoszny dreszcz, który przeszedł Ralfa niczym prąd, gdy palce we władczym geście zacisnęły się wokół zaczynającego odkształcać się na materiale wzwodu, by zaraz rozluźnić uścisk i przesunąć się wzdłuż wyczuwalnych pod skórą splotów żył.
- Tak, serce? - podjął za niego z przymilnym, tylko z pozoru niewinnym uśmiechem. - Nie było ci łatwo - co? Chyba że mam przestać, żebyś mógł zebrać myśli?
- Nie - sprzeciwił się chrapliwie Ralf. - Nie, nie przestawaj.
- Nie? No dobrze - zgodził się z wystudiowaną spolegliwością Claude. Wolną ręką zsunął rozpięte spodnie na tyle, by pożądliwie wbić palce w pośladki. Gdyby nie ograniczający pole manewru blat, byłyby zsunęły się między nie, z czego Ralf musiał zdać sobie sprawę, ponieważ pozwolił przygarnąć się jeszcze bliżej, by mu to umożliwić. - Więc twierdzisz, że mimo wszystko o mnie myślałeś.
- Że chciałem mieć cię obok. Że pragnąłem cię niemal każdej bezsennej nocy - poprawił półgłosem Ralf z ustami tuż przy ustach Claude'a, przeczesując przy tym jego włosy. Gdyby pozostawiono je samym sobie po tym, jak zaczęły odrastać być może byłyby dość długie, by zacisnąć na nich palce, ale przystrzyżone na krótko wyślizgiwały się z pewnego uchwytu. W tym zachłannym dotyku kryła się zaborczość, która ujście znalazła w żarłocznym pocałunku, przerwanym dopiero przez wyrywające się z ust stęknięcie, gdy Claude kilkoma stanowczymi ruchami podrażnił przeczulony za sprawą pieszczot penis, rozpierający jego pięść. Ralf w miarowym tempie napierał na nią całym swoim ciężarem, ale ilekroć usiłował narzucić rytm, Claude zwalniał uścisk i ledwie zauważalnie zwiększał dystans, by przypomnieć mu o tym, kto sprawował kontrolę.
- Tuż obok, tak? - powtórzył, robiąc to po raz kolejny.
- Nie, we mnie - Ralf szarpnięciem przytrzymał go przy sobie. - We mnie. Chciałem, żebyś mnie wziął.
- I nadal tego chcesz? - zapytał szeptem, zanim przygryzł szyję w miejscu, które jeszcze przed chwilą chciwie całował.
- Tak.
- "Tak, proszę", kochanie.
- Tak, proszę. Proszę.
Claude ostatni raz wpił się w jego usta nim uklęknął przed nim jak przed ołtarzem, na którym zamierzał złożyć z siebie ofiarę. Kiedy jednak przesunął językiem wzdłuż linii nabrzmiałego wzwodu aż do nasady, kiedy zassał przywodzące na myśl wezbrane od soku owoce jądra, to z gardła tego, któremu miał zostać złożony ten cielesny hołd wydobył się zduszony jęk; nie zdołał nad nim zapanować, gdy - wsparłszy się ciężko na kuchennym blacie - między rozsunięte szeroko nogi wsunęła się dłoń o zwilżonych naprędce palcach szklących się od śliny. Ta ostatnia zdążyła pokryć już pajęczymi nitkami podbrzusze i uda, łącząc je z rozchylonymi wargami i brodą, w miarę jak Claude raz za razem z nieskrywaną namiętnością przyjmował w siebie Ralfa w całości.
W pewnym momencie ich spojrzenia się spotkały - kontrolnie uniesionym, lubieżnym wzrokiem ten pierwszy odnalazł w oczach drugiego rozkosz, tak, ale też ślad uczucia, którego nie umiał z początku nazwać i w którym rozpoznał ulgę. Zaraz jednak znów pozwolił opaść powiekom i z błąkającym się na ustach nieobecnym uśmiechem odchylił głowę do tyłu. Ralf przypominał otwartą ranę, jednak bezbrzeżna czułość, z którą był traktowany zdawała się przynosić mu ukojenie; coś w nim zaczęło się wreszcie zabliźniać.






[...]


_____________________

TAJEMNICZY GOŚCIE WYŚWIETLAJĄCY SIĘ NA LICZNIKU, POWIEDZCIE NAM ANONIMOWO SKĄD PRZYBYWACIE XD

KLIK, LINK DO TELLONYM

Edytowane przez wewau dnia 18-09-2022 18:36
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Przejdź do forum:
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Aktualnie online
· Gości online: 1

· Użytkowników online: 0

· Było użytkowników: 211
· Ostatni użytkownik: Acanthi
1,769,982 unikalne wizyty