Zobacz temat
 Drukuj temat
Finite
Choo
i.imgur.com/t2xvtud.png

Przytknięte do policzka Claude'a usta zacisnęły się z powściągliwością na wtapiającej się między nie skórze i poluzowane uśmiechem przesunęły wgłąb twarzy; przywierali do siebie nimi i resztą ciała jak nieustannie zmieniające swą biegunowość magnesy i kradli sobie nawzajem powietrze dopóki jego brak - nieproszony gość, któremu oboje obyczajowo wysłali zaproszenie - nie zmusił ich do przedłużenia dystansu, na jaki pozwalali się sobie od siebie odsunąć; zaśmiali się z niego; wydech znów owiał bok głowy Ralfa i przyciągnął ją bliżej Claude'a. Pod oplatającą jego plecy ręką jak liny okrętu naciągały się kolejne mięśnie; nie sprzeciwiając się odruchom przyciskał je bliżej i bliżej siebie i coraz wyraźniej czuł pod dłonią ich skręt i fakturę, dopóki odlewające się w niej palce nie spłynęły po linii jego wcięcia w boku; szarpnięcie; popatrzyli na siebie z lusterka i kawałek po kawałku odlepili jeden od drugiego, aż stade du miroir zadziałał i rozpoznali się jako oddzielne, lecz uwieszone siebie nawzajem osoby. Ralf bez większego zaangażowania wyłuskał rękę z jego własnej i przywracając ją w okolice swojego ciała poklepał go po policzku.
- Zdarza mi się zapomnieć o klasykach.
- Skąd. - Wzrok Claude'a wspiął się na wysokość jego oczu; wzruszył ramionami i obrócił się; znany mu już uśmiech mrugnął krótko w lusterku. - Grecy klaszczą. Rzym - w charakterze togi przerzucił przez ramię zgarniętą po drodze bluzę - wstaje do owacji.
W kroku spłynęła w dół i idąc za przykładem pieniędzy - uciekających im spod nóg jak nic niewarte konfetti - wyścieliła podłogę. Ralf z ociąganiem ruszył za nim, jak pies, którego uwagę na chwilę zaabsorbowało coś innego niż głos właściciela.
- Hej, Claude.
Claude obrócił się na pięcie.
- Ona się nada czy wolisz coś żywszego?
Przewieszona przez jego ramię ręka manekina - którą trzymał jak element kontrapostu - wypadła ze stawu i zostawiona w tyle prześlizgnęła się przez rozciągany w procesie rękaw bluzki; plastikowe palce dotknęły podłogi jak dłoń gotowego do biegu sprintera. Jedynie dany strzałem sygnał zdawał się dzielić plastikowy korpus od podjęcia za nimi pościgu.

Przeszklonym sufitem pasażu handlowego jak przez oculus panteonu wpadało słońce; jego poszatkowana ramami plama przypominając nienaturalnych rozmiarów żółwia przesuwała się po wyścielających podłogę kaflach. Sakralna cisza czekała na wysłuchanie spowiedzi - ciągnący od ścian chłód spijał słowa z milczących ust i wyrażał dezaprobatę niezażądaną pokutą.
Był już antykiem; cywilizacja, która go postawiła, umarła tygodnie temu. Kręcili się po nim turyści i z każdym krokiem naruszali konstrukcję, której odbudowania miał już nikt się nie podjąć.

Claude wyglądając za ciasny boks, w którym siedzieli, oderwał się od nóg Ralfa - przerzuconych ponad wypełniającą wnękę kanapą i dogorywającymi normami społecznymi - które ten, tak jak plecy na całym stosie poduszek, oparł o przeciwległą ścianę.
- Barbarzyńcy - oderwał od ust butelkę, których szyjkami przed paroma minutami zderzyli się w niedbałym toaście. Lokalna oranżada musowała cicho na języku Ralfa. - Te stada proszą się o wzięcie ich pod panowanie.
- Powiedz im to i daj demokratycznie przegłosować się prawem pięści. Ale to miłe, że gdy na mnie patrzysz myślisz o imperium - obawiam się jednak, że tu pomyślnie panuje Głód i Strach, wspierany legionami bakterii. To najskuteczniejsza armia świata.
- Nasza Sparta ma się lepiej, Ralf.
- Tak, z powodzeniem w niej panujemy. - Odłożona na blat butelka zadźwięczała. - Panujemy, ale ledwo nad sobą nawzajem, mein Herr.
Claude zdusił śmiech.
- Uzbrój się w cierpliwość.
- Wolę w co innego. - Ralf zrzucił nogi na podłogę. - Mam poczekać aż pomyślisz o broni, gdy ktoś nią w ciebie wyceluje? Raz byłem na celowniku. Drugiego mogę nie zauważyć. Któregoś dnia poproszę cię o rachunek wszystkich straconych okazji-
- Okazji? Mówiłeś coś o poczuciu moralności.
- I nie wyrobisz z jego zrobieniem. Dalej. Twoi koledzy z ambasady pewnie byli w nią zaopatrzeni-
- Francja-
- .... jeżeli tobie samemu, na wszelki wypadek, nie podskakiwała w schowku przy ostrzejszym hamowaniu. Powinniśmy popytać ich czy ochronę na lotnisku? A może masz inne propozycje?
- Miałem, Ralf, ale chyba się z nimi wstrzymam.
- Śmiało. Przystań na moją a nie usłyszysz słowa sprzeciwu.
- Zabawne że ufasz mi bardziej niż ja tobie.
Ralf nachylił się nad stołem.
- To powinno dać ci podstawy do odwzajemnienia tego uczucia.
Claude jakiś czas z rehabilitacyjną metodycznością przesuwał butelkę po blacie z dłoni do dłoni.
- Pomyśl o Li. Li! - wołał jak odeszła dalej niż na dwa metry. Gdyby nie szła za rączkę z tamtym facetem bylibyśmy krok do przodu. Jebane małżeństwo.
- Mogli znać się ledwo dobę. Może nawet miała dosyć jego nieustannych krzyków.
- Nie udawaj, że walające się tu i tam trupy nie zawiązują między ludźmi ślubów skuteczniej niż robili to księża i urzędnicy.
- Temu nie zaprzeczam. Proszę cię tylko by następnym razem twoją pierwszą myślą nie była niemiecka kulka w łeb a, na przykład, zapytanie kobiety, czy ten pan jej się nie naprzykrza.
- Jasne. Podejdę i przekonam ją, że u jego boku trzyma ją syndrom sztokholmski.
- Widzisz. Wystarczyło pomyśleć wcześniej.
- Ty też mogłeś.
 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

Nieprzystrzygane za zamkniętymi bramami żywopłoty rozrosły się, zatracając wymyślne formy, ale poza tym niewiele się zmieniło - na maszcie przed budynkiem w agonalnych podrygach podrywała się flaga; wybielony żwir, którym wysypany był podjazd chrzęścił przy każdym kroku; w oknach odbijały się rozmyte zarysy okolicznych zabudowań, a kiedy zbliżyli się dostatecznie - ich samych.
Zgodnie z przewidywaniami frontowe drzwi okazały się zamknięte. Claude z lekkim sercem i kluczami pobrzękującymi przy każdym ich podrzuceniu zawrócił i poprowadził Ralfa po kostkach wybarwionych jak kruszywo przed budynkiem przez marniejący trawnik na tyły; tam zarówno zamek, jak i klamka ustąpiły.
- Nie powinienem się cieszyć z powrotu tu - promień latarki prześliznął się po kamiennych posadzkach, szklanych powierzchniach i metalowych wykończeniach - a jednak. Poczekaj na mnie.
- Dokąd idziesz? - zapytał Ralf, będąc wyraźnie rozdartym między ruszeniem za nim a przed siebie, do pustych sal konferencyjnych, gabinetów i zapieczętowanych archiwów. Claude'owi to miejsce pod wieloma względami przypominało katakumby - zaduch przemieszany z zapachem kurzu i słabą na tym poziomie wonią rozkładu, która miała nasilić się w miarę wędrówki do prywatnych apartamentów wzbudzał w nim niepokój zakrawający na nabożny; postawa Ralfa wskazywała na to, że czuł się tu jak w labiryncie w opuszczonym parku rozrywki; stay out, no trespassing.
- Na dole jest generator. Mieliśmy zasilanie na wypadek awarii - kwestia niedowierzania aniżeli potrzeby - wyjaśnił - z naciskiem na mieliśmy - musieli go zajechać po upadku sieci. Mimo wszystko wolałbym się upewnić.
- Dlaczego nie-
- Dlaczego nie powiedziałem? Dlaczego się tu nie zadekowaliśmy? - Claude wykręcił głowę przez ramię, podnosząc wzrok na niknącego za załomem muru u szczytu schodów Ralfa - w mroku jego oczy, w których odbijały się migoczące światła przypominały studnie życzeń; w toni połyskiwały monety. W martwej ciszy rozbrzmiewały wyłącznie odgłosy stawianych przezeń kroków na schodach i ich zwielokrotnione przez odbicie głosy. - Przyczyna jest dość prosta - to ambasada.
- Nie widzę problemu.
- Ralf, ludzie byli zagubieni - chcieli się stąd wydostać za wszelką cenę i nie przyjmowali do wiadomości, że wszystkim tu również utrudniano wyjazd. Zawodzili, wrzeszczeli, odgrażali się - jesteśmy francuskimi obywatelami, mamy prawo do powrotu, do przekroczenia granicy, do ucieczki! - i kiedy ich marzenia diabli wzięli, przychodzili tu nadal. Dziwi mnie, że nie wyważyli drzwi, nie wywlekli wszystkich, których akurat mogliby zastać i nie powiesili. Popraw mnie jeśli się mylę, ale czy nie cenimy sobie ciszy i braku kamieni ciskanych w nasze niekuloodporne, ale pomimo tego całe okna?
- W takim razie pozwolisz, że się tu rozejrzę - zabrać dla ciebie flagę, popiersie Marianny...?
- Bardzo zabawne - Claude przewrócił oczami. - Uważaj na siebie. Od strony prywatnych pokoi jest jeszcze jedno wejście i nie wiem czy o nim też nie powinniśmy mówić w czasie przeszłym.

Lampy rozjarzyły się przyćmionym, migotliwym blaskiem, jakby niepewne tego, czy powinny świecić, czy zgasnąć; generator zakrztusił się jak przesilony robotnik, któremu pomimo narzucanych nadgodzin i spowodowanego nimi wyczerpania nie pozwalano udać się na odpoczynek przed końcem zmiany; przez szum towarzyszący pracy klimatyzatora przebiło się crescendo uruchamianych urządzeń, które - niby pracownicy przyłapani na chałturzeniu - natychmiast wróciły do porządku dziennego. Powstający z klęczek Claude wyprostował się i żywszym, przechodzącym w trucht krokiem - przed setkami tysięcy lat to ogień wyrwał człowieka z mroku i pozwolił wstąpić na ścieżkę przemian; triumf nad ciemnością był pierwszym krokiem ku ucywilizowaniu - wrócił na parter, gdzie w sekretariacie zastał Ralfa. Rzucone "przesuń się" nie zostało dosłyszane - wpadli na siebie; padły przekleństwa; wreszcie Ralf ustąpił. Wyłamana pokrywa ochronna panelu kontrolnego odpadła od ściany. Klimatyzator umilkł. Światła w holu przygasły.
- Musimy obejść się bez udogodnień - powiedział po chwili, oderwawszy się od konsoli. - I bez nich wszystko inne zaraz padnie... Zostaw to, i tak niczego nie znajdziesz - polecił ostrzej niżby zamierzał, zobaczywszy jak tamten wysuwa szuflady w biurku; zaraz tego pożałował. - Przepraszam - po prostu nie grzeb tam, gdzie nie musisz.
- To bezwartościowe dokumenty - zauważył Ralf, odkładając terminarz. - Zapisane kartki. Nie zdradzasz niczyjego zaufania.
- Chciałem przez to powiedzieć, że nie mamy czasu. Ta nieszczęsna szafa pancerna sama do nas nie przyjdzie, ani tym bardziej sama się nie otworzy. To może potrwać.

Strony kalendarza przewrócił wiatr; ten sam zimnego powiew nocnego powietrza sprawił, że owiane nim kark i ramiona pokryły się gęsią skórką, która nadawała się do zeskrobania nożem; po tylu latach pobytu w Chinach pamięć o stosunkowo ciepłych porach przejściowych w południowo-zachodniej Francji nie zatarła się. Siedzący po turecku na podłodze Claude wzdrygnął się i rzucił okiem na zabrany z półki zegarek - droższy od połowy wyposażenia w mieszkaniu, które porzucił - którego ciężar na nadgarstku przypominał o tym, że po ponad godzinie wpatrywania się w zamek numeryczny i wprowadzeniu kilkunastu kombinacji nadal byli w polu.
- Czy już rozumiesz dlaczego byłem sceptycznie nastawiony? - zapytał dostatecznie głośno, by usłyszano go w sąsiednim pomieszczeniu. - Myślisz, że na lotnisku czy komendzie broń będzie na nas czekać na wierzchu?
- Rozumiem, ale zarazem dziwi mnie, że ty nie masz niczego w zanadrzu - odparł Ralf; szeleściły wertowane stronice notatników i akt. - To by zaoszczędziło nam trudu.
- Interesowałeś się warunkami uzyskania pozwolenia na posiadanie?
Odpowiedziało mu nadto wymowne milczenie.
- Zastanów się - podjął po pewnym czasie Ralf - Znałeś tego człowieka.
- Mogłeś nie zauważyć, ale zastanawiam się od dłuższego czasu, do kurwy nędzy, w przeciwieństwie do ciebie. Uważasz, że wybieram przypadkowe numery? Chcesz tu usiąść i spróbować? - wybuchnął Claude. Rozgoryczenie wzbierało w nim na podobieństwo ropy. - Co z tego, że go znałem? - nie na tyle, żeby znać też ten jebany kod!

Uderzenie; stalowe drzwiczki pozostały niewzruszone, podobnie jak mahoniowe biurko, w którego przedłużony bok wmontowano kasę.
Claude odsunął się na tyle, by rozprostować ścierpnięte nogi - stawy strzyknęły; oparty o mur za plecami raz jeszcze zlustrował wzrokiem przyciski - niewytarte, niezatłuszczone, jakby ich nie używano, czego nie można było wykluczyć, nie poznawszy zawartości - i przymknął powieki. Z twarzy o rysach równie melancholijnych, co sam jej wyraz patrzyły na niego nieruchome oczy; cichy, choć ekspresywny głos; Bailly, marnujesz się na własne życzenie; w samochodzie unosił się drzewny zapach; przekrzywione lusterko, w którym odbiły się skierowane doń uśmiechy dziewczyny - nie powinna tego robić; w poświacie ulicznych latarni kolie na jej szyi zdawały się płonąć jak przeżywający kryzys wieku średniego kochanek z pożądania; nieraz bywało, że odwoził ją nad ranem; za którymś razem wręczyła mu wizytówkę jego pracodawcy ze swoim numerem na odwrocie - kolejne niewłaściwe z jej strony posunięcie; zadzwoń do mnie - on nie musi wiedzieć; przepraszający uśmiech. Zaślepiony przyziemnymi chuciami ambasador zostawiłby dla niej rodzinę, gdyby tylko nie przekreśliłby tym kariery; ona postanowiła zaryzykować i dać swój numer kierowcy.
Nie pamiętał go. Nie wiedział nawet, czy zostawił sobie tę wizytówkę.
W portfelu poza dokumentami i bezużytecznymi kartami tkwiły rachunki, które zmiął i wyrzucił wraz z potwierdzeniami wypłat z konta. Spod śmieci wyjrzały narożniki grubego, kremowego kartonu z wytłoczonymi personaliami.
- Ralf...
Pierwsza część numeru. Cisza.
- Ralf, módl się za mnie.
Wprowadził drugą część.
Trzask zwolnienia blokady.
Ekstatyczny krzyk.

- Smith & Wesson, pierwsza komora pusta ze względów bezpieczeństwa - nie odstrzelisz sobie niczego, gdyby cudem się odbezpieczył; gdyby ktoś zabrał go mi lub tobie będziemy mieli tylko chwilę na poderżnięcie gardła. Poza tym wystarczy na dwa przeładowania - będziemy musieli oszczędzać. Kabura na ramię. Co za to od ciebie dostanę?

Edytowane przez wewau dnia 06-08-2018 14:03
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo
i.imgur.com/t2xvtud.png


- Mnie. - Ralf z trudem przeniósł spojrzenie na Claude'a; mieniło się podnieceniem jakby odrywając je od pistoletu zdarł nim z niego ziarnisty połysk metalu. - Jestem twój. Nawet gdybym chciał odejść dosięgnęłaby mnie kulka.
- Takie zachowania są raczej twoją domeną; mi żal byłoby ją na ciebie zmarnować. Dwa przeładowania - powtórzył Claude, wznosząc ramiona i kąciki ust; zdawały się być ze sobą złączone.
Jedno, krzyczał zagłuszony falami euforii głos, który każdego dnia tracił ochotę by przypominać o swoim istnieniu, jedno, jeżeli chcemy by chociaż połowa drugiego trafiła do celu.

Blady na niebieskim niebie księżyc zdawał się ich nie dostrzegać jak objęta zaćmą soczewka; kiedy świat przekrzywiał głowę by spojrzeć na nich obojgiem oczu Ralf czuwał w oknie oczekując najmniejszej reakcji na to, że znów - noszony niemającą ujścia energią, której poprzedniego wieczoru Claude podejrzliwie odmówił; jutro - znów uprzedził go o minuty, jeżeli nie całe godziny; czas płynął w nierównym tempie jak chmury po nieboskłonie, popychane z różnych stron uderzeniami przedmonsunowego wiatru. Ralf był ożywiony jak naiwność dziecka złożoną tylko po to by umilkło obietnicą; jutro, jutro, jutro; na komodzie w sypialni błyszczała nowa zabawka, którą prędzej by zepsuł niż pojął samodzielnie - miał jej nie ruszać, jakby było Boże Narodzenie i dopiero o poranku mógł zauważyć rozrzucone pod choinką prezenty. Odbicia jego palców pokrywały zaparowaną szybę jak malowidła ściany Lascaux; nylon - triumf nad zawodzącą wymagania człowieka naturą - szorował cicho pastą o zęby, ułożone w dwa lata stopem nieznanych mu metali na modłę standardów piękna przyjętych przez martwy teraz ogół; odgarnięte do tyłu włosy powoli porzucały nadany im przed dwoma miesiącami kształt, który wówczas wtapiał go w naczelne stado razem z wyprasowanymi koszulami.
- Salut, Claude.
Ręka uderzyła o wstające spod kołdry plecy i ze zrezygnowaniem zsunęła się po nich na brak reakcji; Claude powoli obrócił się w jego stronę twarzą i namierzył go wzrokiem; z otwierających się ospale ust prosto w jego głowę zdawał się mieć wystrzelić pocisk; pusta komora, nie odstrzelisz sobie niczego.
- Myślałem - zaskoczył kolejny nabój - że zabrzmi to gorzej. Ile razy-
- Mniej niż ty.
Z nieba niczym przez sito konewki posypały się drobne jak piasek krople deszczu; w następnej kolejności zdawała się mieć z niego sięgnąć gotowa wyrwać chwasty ręka, ale wspomnienie przedzierającej się pomiędzy konającymi ludźmi informacji o wybuchach samo uzupełniło spływającą po szybach wodę o chwastobójcze związki - choć jej świeży jak nigdy zapach, jak rozpylona przy szyi woda kolońska, przeczył niepokojowi, który przebiegłszy przez myśli znów schował się za którymś rogiem.
- W taką pogodę nie licz, że stąd wyjdę. - Siadając Claude podsunął wyżej kołdrę; Ralf oparł się łokciem o jego zgięte kolano.
- Gdzie obiecane jutro?
Kiedy jeszcze zanim nazwano to epidemią liczba odwoływanych planów zaczęła rosnąć - "źle się czuję"; "żona ma straszną gorączkę"; "chyba powinienem zawieźć ją do szpitala, wiesz?"; "zabawne, on też ostatnio narzekał na zwalający z nóg kaszel" - Ralf czuł się jedynie rozczarowany zaczynającym ziać pustkami grafikiem; gdy te bardziej dalekosiężne stanęły pod znakiem zapytania podniósł znad niego wzrok i sam zamarł zauważając, co działo się dookoła - świat płonął, a on jedynie odczuwał na skórze powiewy ciepłego powietrza; wreszcie każdą z mniej lub bardziej zapisanych stron można było spalić w jego płomieniach; nawet numery kolejnych dni nie miały już znaczenia.
- Przysięgam ci, że ten dzień jeszcze się nie zaczął.
- Naprawdę najchętniej przesypiałbym całe dnie, jakbym był na urlopie i miał wreszcie okazję nadrobić każdą z ukróconych przez obowiązki nocy, ale-
Nie umiał nazwać tego, co trzymało go na nogach; było tak obce i pierwotne, że słowo na to umarło tysiące lat temu.
Z kolejnym spojrzeniem na Claude'a poczuł na skórze tę samą pustkę, która pojawia się, gdy pies lub kot wybiera kanapę zamiast czekających na niego kolan; odwraca się od wyciągniętej by go pogłaskać dłoni; nie ociera się o nogę gdy mijacie się w progu.

- Może posłużysz za ruchomy cel, Claude? Co ty na to? Polowanie na gęsi jak za starych dobrych czasów.
- Oddaj to.
Kąciki jego ust popłynęły pod prąd odpływającej mu z twarzy krwi.
- Tylko żartowałem.
- A ja nie; trzymając to tak dostałbyś bardziej niż ktokolwiek na celowniku.
Smith & Wesson spojrzał lufą w podłogę jak pokornie opuszczona głowa i z trzema oplatającymi się na jego szyi dłońmi podniósł się znów w górę, jak podważony palcem podbródek.
Ciążąc na końcu wyciągniętej w przód ręki pytał, kiedy stał się lepszą odpowiedzią od którejś z dyplomatycznych kart.

W niektórych miejscach pewnego wieczoru noc zapadła na zawsze i - jeżeli w ogóle - rozpraszały ją najwyżej księżyce latarek, które po parokrotnej wędrówce północ, nów, północ, nów, gasły jak przykryte gęstymi chmurami stojącego powietrza; czasami pojawiały się dwa lub więcej, jakby ten kawałek świata został wybity z ziemskiej orbity i trafił w ramiona obcego, martwego układu, o który z tysiącletnim opóźnieniem ocierały się niemogące zostać odebranymi sygnały z Ziemi. Bujające się na boki w żałosnym tańcu cienie machały na pożegnanie i jak opadająca ręka wracały do nieruchomego ciała ciemności; nic tu nie ma, mówiły.
- Czego w ogóle szukasz?
W snopie światła źrenice Claude'a skurczyły się, jakby ich przepłoszona jasnością czerń poszła w ślady mroków uniwersyteckiej biblioteki; tęczówki rozżarzyły się na chwilę i jak zdmuchnięta w ruchu zapałka zgasły wraz z przeniesieniem wzroku na regały.
- Coś polecasz?
- Rozmówki francuskie. Będziesz miał zajęcie na długie tygodnie, patrząc na to ile czasu - Claude wysunął i odłożył książkę - ile czasu zajęło ci jedno słowo.
- Jeżeli obiecasz, że podejmiesz się chociaż angielskiego. Gdy do mnie mówisz umierają moje nadzieje na usłyszenie od ciebie po niemiecku czegoś więcej niż dzień dobry.
- Zaraziłeś się sentymentalizmem?
Ktoś kiedyś powiedział mu, że dzień w którym wiedza przestanie kosztować będzie kolejnym etapem rozwoju ludzkości i sunąc dłonią po grzbietach książek - na których jak na tysiącu nagrobków połyskiwały nazwiska ludzi, którym albo nie zdążono wypisać aktu zgonu przed upadkiem sądownictwa, albo którzy gdzieś po drugiej stronie globu trzymali się równie dobrze co oni, mając wreszcie wytłumaczenie marnego popytu na ich powieści - chciałby obrócić się przez ramię i z uśmiechem, jak ściana echo, móc odbić te słowa.
- Jaką drogą, Claude?
Całe podręczniki leżały jak cegły, z których przy odpowiednim nakładzie pracy można by było postawić solidne fundamenty pod przyszłość, ale sam Ralf - zamieniając w ostatnich dniach słowa z jedną, zamiast przynajmniej parunastu osób; widząc ich parę, zamiast paru niemożliwych do rozróżniania tysięcy - nie wierzył, by w tym domu było komu mieszkać. Mimo wszystko przywiodła go tu ta sama myśl, która kazała mu zaciągnąć Claude'a w przeciwnym kierunku, gdy parę przecznic dalej na jednym z wyższych pięter wieżowca zamajaczyła sylwetka; spadła na asfalt i rozbiła się głośno jak wisząca na brzegu stołu szklanka; co to? - obrót w tył - co? patrz - wskazanie na znak - idziemy? - co to było? - nic - proszące spojrzenie, które nie mieściło w sobie prawdy; obrócił go chwyconym ramieniem - nic, chodź.
- Patrz - końcówkę słowa zatarł niemy śmiech. - Patrz!
Od jakiegoś czasu częściej wyglądał za okna - z niemal tą samą natarczywością, z którą dotąd sprawdzał telefon; od ich ram jak łuna brzasku próbowało sięgnąć w ich stronę słońce; w oddali, za czystą od deszczu szybą, sunęła kobieta lub dziewczyna; z tej odległości nie było różnicy między piętnasto- a czterdziestolatką; w tej sytuacji różnica miała przestać istnieć.

 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

Na twarzy w kształcie księżyca, której nie do końca trzymane na wodzy nerwy przydały koloru widocznego spod warstwy zaprawy z potu i kurzu jak w krzepnącym wosku odcisnął się wyraz lękliwej nieufności; niepewność i chęć ucieczki znajdywały ujście w niekontrolowanych ruchach, w kurczowym zaciskaniu palców o poobgryzanych lub połamanych paznokciach na szelkach plecaka, w przestępowaniu z nogi na nogę z zauważalnym zamiarem zwiększenia dystansu, w rozgorączkowanym spojrzeniu. Zawołaniem z oddali w obcym i wrogim dlań angielskim byliby ją przepłoszyli i stracili z oczu; wtórująca mu melodia rodzimego języka, która przezeń przebiła się, gdy już miała zerwać się do biegu kazała zawahać się. Na pierwszy rzut oka Claude przypisał jej dwanaście do szesnastu lat; kiedy ośmieliła się odezwać - niewysoki głos załamał się, nieużywane struny zawiodły; odchrząknęła; odzyskała na nim panowanie - utwierdził się w przekonaniu, że nie mogła mieć więcej niż zakładał. Claude, Ralf - wykluczony z rozmowy Ralf drgnął; Fei Fei; wraz z zapewnieniami o braku nieetycznych zamiarów z obu stron padały pytania, które w swoim czasie sprawiły, że pogrążony w kryzysie Gaugin zadecydował się sięgnąć po pędzel - skąd przyszli? kim byli? dokąd zmierzali? - a dziewczyna słuchała uważnie; kiedy sama mówiła, raz za razem odgarniała z czoła przetłuszczone włosy.
- Zna angielski - przekazał - możesz mówić, zrozumie cię. Przeprasza, ale jest zdenerwowana i boi się nieporozumienia - i tego, że się ośmieszy.
- Musiałaby się postarać, by skompromitować się bardziej niż ty, Claude.
Fei Fei z szacunku przesłoniła spieczone wargi, rozciągające się ku jej własnemu zdziwieniu w uśmiech, spomiędzy których zdążyły się jeszcze wydobyć słowa, zanim uniemożliwiły to ściągnięte mięśnie. Zarażony tym grymasem Claude przeniósł spojrzenie na Ralfa.
- Co powiedziała?
- Że wszyscy mówimy jak dzicy, jak barbarzyńcy. I że mój zbyt formalny na tę okoliczność chiński nie jest zaraz taki zły jak na przyjezdnego.

- To jeszcze dziecko.
- Pora dorosnąć.
Za zamkniętymi drzwiami łazienki Fei Fei korzystała z ich gościny; w oddanej do jej użytku sypialni Gasparda - podobnie zresztą jak w salonie - paliły się świeczki i kadzidła; przez woń drzewa sandałowego przebijał się odór śmierci, przypominając o tym, że musieli pomyśleć o przeprowadzce - jeżeli nie w tym momencie to na dniach.
- Jak zamierzasz jej to przekazać? - Po drugim pociągnięciu o bok opakowania na końcu zapałki wykwitł płomień, który odbił się wpierw w oczach Ralfa, a potem jego własnych, kiedy nachylił się tuż nad nią, by samemu zapalić. - "Przykro mi, wystarczy bycia dzieckiem - możemy zaoferować ci pomoc w staniu się kobietą" - tym nie zyskasz niczyjej przychylności.
- Ona rozumie, że życzliwość ma swoją cenę - w przeciwieństwie do ciebie.
- Zamykasz mnie w znanych sobie ramach.
- Staram się myśleć twoimi kategoriami.
- Z marnym skutkiem.
Oparty o balustradę Claude odrzucił głowę do tyłu; wraz z wypuszczonym dymem uleciał śmiech i powtarzane bezgłośnie nie rozumiesz, nie rozumiesz, ty nic nie rozumiesz.
- Obrazowo rzecz ujmując, na piedestale mojego ego nie ma zbyt wiele miejsca dla potrzeb osób trzecich - jestem w stanie wynieść jedynie ciebie, nikogo więcej; zrównanie mnie z tobą, moich potrzeb z twoimi, stawianie znaku równości pomiędzy "moje" a "twoje" - nie przerywaj mi - to nie przychodzi mi z łatwością. Jeżeli sprzedawanie jej może przynieść nam korzyści, nie zamierzam roztkliwiać się ani nad wiekiem, ani nad tym ile wody będzie musiało upłynąć, zanim poczuje się wykorzystana. Czy wyraziłem się dość jasno, czy może wolisz rozejrzeć się za kimś - Anglikiem, Amerykaninem, z pewnością ktoś się znajdzie! - kogo nienaganny akcent cię zachwyci, ale też przy pierwszej sposobności, przy pierwszym niekorzystnym podsumowaniu zysków i strat zechce się ciebie pozbyć? Chciałeś kredytu zaufania - oto on. Jesteś ze mną czy przeciwko mnie, Ralf?
- Bywasz patetyczny do przesady.
- Nadrabiam za ciebie.
- Przecież wiesz, że gdybym był przeciw nie stalibyśmy tu teraz i nie rozmawiali w ten sposób.
- Och, Gaspard też wyszedł z tego założenia - gdzie jest teraz? - zapytał tonem tak mdlącym w swej serdeczności, że zanim wybrzmiała ostatnia sylaba on już poczuł do siebie pewien rodzaj odrazy. - Umiem uczyć się na cudzych błędach.
- Na co w zasadzie liczysz? Przepraszam, czy powinienem podpisać krwią zobowiązanie, że nie zrobię tego, czego ty już raz się dopuściłeś? Czy nie widzisz tu ironii?
- Widzę tu to, o czym mówiłem - zrównanie mnie z tobą. Nie ma rzeczy, której nie zrobiłbym dla siebie.
Chociaż ani razu nie podniósł głosu ponad pełen poirytowania szept cisza, która wówczas zapadła wydawała się równie głęboką jak ta, która zwykła wypełniać uszy jak wata w miejsce natężonego zgiełku.
- Żyjemy na debecie, Ralf, i umrzemy nie będąc w stanie spłacić bijących odsetek - westchnął, ciągnąc zmęczonym głosem. Końcówka papierosa zatliła się. - Do tej pory zamierzam żyć ponad stan i brać garściami z tego, z czego tylko się da. A ty, jak ty chcesz wykorzystać ten czas? Żałując rzeczy, których nie miałeś odwagi spróbować? Nie ma Boga, nie ma rodziny, nie ma nawet współpracowników - nie ma nikogo kto wypominałby brak umiaru, ale to oznacza, że nie ma też nikogo, kto w razie upadku pomoże mi czy tobie podnieść się z ziemi; obaj jesteśmy zdani na siebie. Pytam: czy złapiesz mnie zanim skręcę sobie kark?
- Odpowiedz sobie - Ralf niespiesznie zdusił niedopałek w stojącej pomiędzy nimi popielniczce. - Mógłbym wygłaszać podobne mowy za każdym odwróceniem twojego wzroku od czegoś, czego nie chciałbyś zobaczyć; robię to z pokorą, której tobie najwyraźniej brakuje.
- Powiedziałem już, gdzie mam pokorę w dniach ostatnich - Claude obejrzał się przez ramię; nie mieli towarzystwa; w łazience Fei zmywała z siebie mydliny. - Chodź, pokażę ci coś. Bliżej.
Jego palce odcięły się na szyi anemicznego przy nim Ralfa - ale to były pozory; krew zawrzała; wargi, które zamknął swoimi okazały się równie rozpalone; pod naporem ust uśmiechy żarliwych grzeszników zostały rozprasowane; rozpłynęły się na języku, pozostawiając po sobie gorzki posmak tytoniu i cierpką słodycz wypitego do kolacji wina, które nie było w stanie zawrócić w głowie nawet w połowie tak, jak jedna chwila nieprzyzwoitego uniesienia. Ugryzienie tuż pod linią szczęki wydusiło z Ralfa niczym nieskrępowany śmiech, który został stłumiony zaborczym pocałunkiem. Pomiędzy poręczą a krzyżem znalazło się dość miejsca, by objąć go, przyciągnąwszy uprzednio do siebie; pomiędzy rozgrzanymi warstwami jego ubrań dość, by tam właśnie zostało, nie przestając pieścić nieodkrytego terytorium jakimi były nagie plecy i boki - wycofało się chyłkiem wraz z przekręceniem zamka w drzwiach łazienki, jakby były ze sobą sprzężone.
- To właśnie była zabawa - szepnął. - Podobało ci się - gdyby było inaczej, nie pozwoliłbyś mi na to drugi raz; nie zamierzam cię oceniać, nie dbam o twoje pobudki. Sam rozrywam się jak mogę - póki mogę. - Ze śmiechem przygładził włosy. - Śpij dobrze i proszę, nie budź mnie dziś bez potrzeby.

Edytowane przez wewau dnia 06-08-2018 14:10
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo


Chociaż każdy kto go dotąd znał powiedziałby, że się postarzał - nawet jeżeli nie mógłby przy tym powiedzieć dokładnie dlaczego: cieńsza skóra, zmiana w spojrzeniu, jakby zamiast mijających lat to brak sprawnej służby zdrowia postawił go parę kroków bliżej śmierci - on czuł się jedynie młodszy, w pewnych momentach nieomal zahaczając o nieśmiertelność; na przykład przy spojrzeniu na dłonie, które wchłonęły zadrapania szybko jakby jedynie mu się przyśniły, albo na puste ulice, przypominające przy każdym wyjściu, że przeżył coś czego większość ludzkości nie była w stanie znieść. Także patrząc na trzymającą gardę powagi Fei utwierdzał się w przekonaniu, że każdego dnia ubywało mu lat; dziecinniał - zdając sobie sprawę z tego jak niewiele wie o świecie i jak niewiele byłby w stanie zrobić, gdyby miał podjąć się czegoś wykraczającego poza znane mu z dotychczasowego życia rzeczy; należało do nich niemal wszystko to, co w obecnym stanie świata należałoby zrobić. Mógł się jedynie domyślać tego, jak działała tu elektryczność (jego wytłumaczenie rozbłyskujących z dotknięciem włącznika świateł brzmiałoby dla kogoś mającego o tym pojęcie jak mit, legenda, lub bajka) i co dokładnie wtłaczało wodę w obecnie suche rurociągi; mniej więcej rozumiał co dotąd powstrzymywało go i innych przed rzuceniem się do gardeł przypadkowych przychodniów, lecz nawet tego - patrząc na własne kompulsywne myśli - nie był do końca pewien. W obliczu wszystkiego, czego najbardziej potrzebowali, jego umiejętności zdawały się nie wykraczać poza chodzenie, mówienie i niezgrabne naśladowanie podpatrzonych u rodziców zachowań; równie dobrze mógłby tak jak oni położyć się nieruchomo na podłodze.
Rozłożony szeroko jak nogi kołnierz koszuli, której wymięcie ukrył podwiniętymi rękawami, leżał nisko pod jego szyją.
- Tamte mieszkania - wskazał niedbale ręką na drzwi; bez raz w niej trzymanej broni wydawała się lekka - są w zasadzie czyste i otwarte. Możesz do nich zajrzeć jak do lodówki po świeże ubrania; jeśli nie - możemy się za nimi rozejrzeć po śniadaniu. Nie mamy zbyt wielu rzeczy do roboty, chyba że Claude obudzi się dziś z bardziej wyraźną chęcią opuszczenia tych czterech ścian.
Fei zdobyła się na uśmiech; prawie mu nie odpowiadała, ale oczy, które przez jej milczenie wydały mu się bardzo stare, kreśliły w powietrzu znaki gdy latała wzrokiem od niego do wszystkich kątów kuchni; nawet nie próbował szukać w nich znaczenia - to nie był alfabet, którym umiał się posługiwać.
- Jeżeli jesteś głodna - powtórzył - wystarczy, że powiesz. Mamy pełno jedzenia i część pewnie by się zepsuła bez jeszcze jednej osoby do wykarmienia. Płatki z mlekiem? Coś na ciepło? Pijesz kawę, herbatę? - Czy nadal trzymasz się mleka matki? - Możemy też poczekać na Claude'a, jeżeli z nim jesteś w stanie się lepiej dogadać. Może zapomniałem jak rozmawiać z kimkolwiek poza nim.
- Możemy zjeść razem?
- To nie problem, chociaż sam robię się już głodny.
- Trudno mi tu o apetyt.
- Możesz mnie więc olśnić - nachylił się nad stołem - gdzie było ci o niego łatwiej.
Fei znów nie odpowiedziała; Ralf wstał by zaparzyć sobie kawę. Wraz z nią przełknął cisnące się na usta słowa.
- Balkon czy dach, Fei?

Gdy Claude z ospałą beztroską przeszedł salonem Ralf ponad głową kurczowo trzymającej naczynia Fei odpowiedział na jego spojrzenie stałym i nieprzerwanym przez ani jedno mrugnięcie sygnałem; bardziej zaśmiał się niż uśmiechnął.
- Mam nadzieję, że się wyspałeś.
- Im lepiej się znamy tym bardziej myślę, że dłuższy niż - ile? trzy? sześć? - godzin sen dobrze by ci zrobił. Dzień dobry.
- Dzień dobry.
Fei obróciła w progu głowę ale nie popatrzyła na żadnego z nich; ze schodów jej ciężkie kroki przez niedomknięte drzwi wbiegły do mieszkania.
- Świetnie idzie ci sprawianie pozorów. Wyglądasz jak porządny człowiek.
- Ile potrzebujesz czasu bym mógł to samo powiedzieć o tobie?
- Śpieszymy się dokądś? No tak, samolot, o której mamy to spotkanie? Zdążymy coś zjeść po wylądowaniu, czy skosztujemy wykwintnych dań podawanych na pokładzie? Nuggetsy brzmią świetnie; porcje pozostałych posiłków to niestety ledwo przystawki. Gdzie ją wysłałeś?
Ralf wskazał palcem w sufit.
- Przypomnij mi bym nie zostawiał cię z nikim samego.
Ralf przystawił się do niego zaczerpując biodrem w jego własnym; wraz z niosącymi się echem krokami do mieszkania wsunęła się Fei.
- Czy jest coś jeszcze?
Ralf wycofał się w stronę korytarza.
- Weź moją kurtkę, tam wisi, może cię bez niej przewiać. Zaraz przyjdę. Claude też. - Znów znikła. - Już wiesz co jej powiedzieć? - Znów konspiracyjnie się do niego nachylił.
- "Smacznego. Może ci nie smakować, ale Ralf naprawdę się stara."
Kolejne długie ponad przyzwoitość spojrzenie; zerknięcie na rozciągające się w zadowoleniu usta; bezwstydna myśl ulatująca z gwałtowniejszym wydechem, jakby wydusiły ją z niego spinające się na ułamek sekundy mięśnie.

Gdyby leżąc tak ze zgiętymi nogami na dachu rozejrzał się dookoła po oderwaniu wzroku od nieba i co jakiś czas przysłaniającego go Claude'a - który nachylał się, by w podmuchach wiatru słyszał go lepiej albo był lepiej słyszany - zdziwiłaby go pustka tej wysokości; tak trzymaną na ziemi głowę kojarzył jedynie ze spędzanymi na plaży dniami i drogą, którą kiedyś mógłby umrzeć - potrącony na środku zimnego asfaltu, z pękniętą czaszką, nasłuchując karetki. Mówił do mąconego chmurami błękitu jakby tylko on i martwi Bogowie mieli prawo ocenić świetność jego słów.
- Górne piętra oznaczają więcej miejsca, światła i lepszy widok, ale jeżeli chcielibyśmy wchodzić codziennie po schodach-
- Wyrobilibyśmy kondycję, która przydałaby się przy ucieczce przed sąsiadami. Ktoś musiał już zająć tamtą okolicę.
Odchylił głowę, by ze zmrużonych oczu Claude'a spłynął na niego pot, którym przed paroma dniami pokryli się biegnąc ślepo przed siebie; - jeżeli masz zachowywać się jak wtedy; - wiem, nie zaszkodziłoby to ani mi ani tobie, ale nie musimy już przed nikim uciekać; - mam poczekać aż zmienisz zdanie?
- Wszystkie hotele przy szpitalach mijają się z celem - kolejki musiały rozłożyć się po nich już w pierwszych dniach-
- Dlaczego hotele? - Fei podniosła wzrok znad talerza; Ralf nie przestawał patrzeć w niebo jakby to ono odpytywało go jak polujący na błędy nauczyciel.
- Klucze w recepcji. Drzwi, które będziesz mogła zamknąć, a nie zastawiać komodą dla poczucia bezpieczeństwa. Świeże pościele. Ręczniki. Może woda w zbiornikach. Niektóre pokoje musiały tylko czekać na nowych gości. Może nawet-
- Niczyj duch nie będzie nam towarzyszył w wystroju wnętrza i zostawionych rzeczach - zwrócił się do niej Claude, choć Ralf czuł, że mówił wyłącznie do niego. - Poza tym te dedykowane ekonomicznym turystom miały w sobie wszystko, o czym mogliby pomyśleć. Nie trzeba było nawet wychodzić na zewnątrz - znów pochylił się nad nim - prawda?
- Zobaczymy - Ralf poklepał go po policzku wyciągniętą w górę ręką, która bez tego czekałaby w powietrzu na utwierdzający umowę uścisk.
 
wewau

i.imgur.com/0WP3pbH.png

Dwa do trzech kroków Fei przypadały na jego jeden; ich rezonujące w pustych holach echo rozbijało się o przykurzone posadzki. Po sposobie w jaki doń podbiegała Claude widział, że pozostania w tyle i zagubienia w labiryncie korytarzy obawiała się w stopniu niewiele mniejszym od milczenia Ralfa i tych jego spojrzeń, które nie zdradzały samych myśli, ale zdawały się markować fatalistyczne życzenia - te ostatnie niczym niepomyślną wróżbę starała się odwrócić uniżonymi przeprosinami i usunięciem z pola widzenia, kiedy zapatrzywszy się na coś - cokolwiek; mogły być rzeźby w duchu znanym jej z ilustrowanych podręczników czy importowanych zza granicy filmów albo znany-nieznany z perspektywy apartamentów widok - wpadła mu na plecy. Pomimo "nic się nie stało" ucichła, jakby miast pięt podeptała własne szanse na ponowne dostanie się pod opiekę ludzi, którzy w jej opinii panowali nad swoim obecnym położeniem, i dopiero raz po raz zaczepiana na osobności z wolna i dość niechętnie zaczęła odpowiadać rozbudowanymi zdaniami.
- I? - rzucił w przestrzeń; promienie światła odbiły się w szkle butelek ustawionych rzędami za barem i przeszedłszy przez zawartość rzuciły na ścianę migotliwe refleksy; buddyjskie mandale. - Utrzymany w zbyt pretensjonalnym stylu? Zbyt skromny? A może zwyczajnie zbyt pusty i wolisz poszukać takiego, w którym znajdziemy też towarzystwo?
- Jedyny zbytek tu to ty. - Ralf powstał z fotela; na twarzy Fei zatańczyły cienie rzucane przez skąpane w blasku latarki arabeski; Claude przyglądał się jej przez moment urzeczony - wspomnienia zwabione jak ćmy trzepotały w powietrzu, obijając się o siebie - wiedząc, że on sam również pokrył się wzorami.
- W Shangri La mnie nie zastaniesz, masz moje słowo.
- A w Banyan Tree? - Snop zza przepierzenia padł prosto na niego, jakby znalazł się na przesłuchaniu; wkrótce miano zadać pytania o to, gdzie był, kiedy świat zachłysnął się krwią; gdzie zamierzał być w trakcie pogrzebu, na którym miało zabraknąć żałobników.
- Odwiedzę cię.
Byli rozkapryszonymi klientami, których oderwane od lokalnej rzeczywistości oczekiwania nie upadły wraz z dorobkiem ludzkości - posiadali podstawy ku zakrzyknięciu na chałturzącą obsługę: przywróćcie elektryczność i wodę, za które płacimy! otwórzcie kuchnię! otwórzcie sauny!; byli nieprzestawionymi jak ich zegarki turystami, którzy przychodzili na śniadanie pierwsi, jeszcze przed kucharzem, a ostatni wychodzili z kasyn; nocami to oni niczym meduzy mieli unosić się na plecach w basenie i przesypiać dnie w oparach alkoholu z pustymi butelkami przy łóżkach. Być może któregoś razu zapadłby w sen dość deliryczny, by wreszcie otworzyć oczy w odległym o ponad osiem tysięcy kilometrów domu.

Kotary załopotały na wietrze; płomienie stojących w pewnym oddaleniu od zaciągniętych okien świeczek zadrżały w konwulsjach - dwie z nich zgasły, knoty udusiły się w wosku; z intensywnym kwiatowym zapachem mieszała się woń parafiny i tytoniowego dymu. Claude przesunął się w progu, wpuszczając do środka Fei - i kiedy wrócił na rozkopane posłanie, ona wolnym krokiem śmiała ruszyć jego śladem korytarzem przez zaciemniony pokój dzienny do sypialni.
- Nie chciałam przeszkadzać - powiedziała. Podniósłszy wzrok znad rozłożonych w nogach kart gestem zaprosił ją do tego, żeby usiadła tuż obok; zrobiła to, ale nadal niepewnie przyglądała się talii i obracanemu w zamyśleniu między palcami waletowi.
- Nie przeszkadzasz.
- Gdzie jest Ralf?
- Nie tutaj. Nie wiem. Nie ma go u siebie?
- Wyszedł.
- Więc wróci... albo i nie - Papieros trzymany między knykciami zawisł tuż nad prześcieradłem; Claude niedbałym ruchem zrzucił z niego popiół. - Każdy z nas potrzebuje przestrzeni - Ralf jest w dodatku niepoprawnym introwertykiem, jak zapewne sama już zauważyłaś, ale zamierzam to uszanować - właśnie z tego względu układam pasjansa zamiast namawiać go na blackjacka; musi odetchnąć od mojego emocjonalnego ekshibicjonizmu.
Dziewczyna ledwie zauważalnie skinęła na znak, że zrozumiała. Po chwili siedzenia przy nim w ciszy wskazała na świece.
- Jaki to zapach?
- Fiołki.
- Dlaczego nie lawenda? - W głosie Fei dało się słyszeć skonsternowanie; ta nędzna garstka informacji, którymi dysponowała przesypała się pomiędzy palcami jak drobny piasek.
- Może gdybym był z Prowansji - to na południowym wschodzie, nad samym morzem - ale jestem z Midi-Pyrénées - to południowy zachód; tam uprawiane są fiołki. Prawie nie pachną, nie w porównaniu z lawendą, ale i tak przez długie lata za nimi nie przepadałem - kojarzyły mi się wyłącznie z idiotycznym świętem i turystami.
- Możemy się zamienić - zaproponowała po chwili. - W moim pokoju są cynamonowe - Ralf mi je dał. Mam po nie pójść?
- Dziękuję, nie ma potrzeby - sam je tu przyniosłem - westchnął. - To właśnie ów rzewny sentymentalizm, od którego mnie samego już mdli; Ralfa zapewne dusi - Z pewną dozą goryczy uśmiechnął się do kart. - Mimo wszystko z im większą sprawnością się oszukuję, tym lepiej się ze sobą czuję. Nie powinnaś iść już spać? - zapytał, rzuciwszy okiem na zegarek. - Dochodzi pierwsza. Czegokolwiek nie miałby w tym temacie do powiedzenia Ralf, rano będziemy musieli wrócić do tamtego mieszkania po wodę i kilka innych rzeczy.
Stuknęły postawione na ziemi pięty. Zanim Fei podniosła się, Claude nachylił się nad kartami i złożył pocałunek na czubku jej głowy. Spłonęła rumieńcem jak mak, co nie powinno było nastąpić; znak zwiastujący problemy. Onieśmielało ją samo muśnięcie ustami - jak miała zareagować na żądanie obnażenia się i oddania komuś, komu winna była wyłącznie wdzięczność za nie podniesienie nań ręki?
- Dobrej nocy.
- Dobrej nocy.

Z letargu wyrwały go kroki pod drzwiami - na poły zamroczony i zdezorientowany, na poły aż nadto przytomny i w pełni świadomy tego, że nie leżał w swoim łóżku, że pod numerem, pod który wydzwaniano w przypadku włamania nie odpowiedziałaby mu nawet sekretarka poderwał się i wsłuchiwał się w rytm serca, którego bicie wypełniło ciszę; uznawszy, że to Ralf w swoim zakrawającym na somnambuliczny transie przechadza się wte i we wte, nie będąc w stanie ani minuty przeleżeć na plecach w ramach z założenia skazanej na niepowodzenie próbie zaśnięcia pozwolił sobie opaść bezwładnie na poduszki; w tej pozycji mógłby poczekać na nadejście zawału, który - gdyby tylko zdecydował się go zaskoczyć - byłby go zabił po sprawdzeniu godziny i uzmysłowieniu sobie, że Ralf przed dwiema godzinami zapukał do jego drzwi po to, żeby wręczyć mu dwie z kilku znalezionych po drodze paczek papierosów, zdecydowawszy się wreszcie wrócić z przechadzki po hotelu.
Kroki umilkły. Odezwała się odbezpieczana broń. Szczęknął zamek.
Na korytarzu nie było nikogo, i jeśli nie liczyć szemrania wiatru w koronach drzew w pobliskim parku czy dżdżu rozbijającego się o okna panowała tu cisza. Zabębnił palcami we framugę; drzwi uchyliły się, zanim oderwał odeń opuszki. Chmury przesłaniały księżyc - po zgaśnięciu latarni ich jedyne źródło mdłego światła; kontury postaci Ralfa zginęły w mroku; podejrzewał, że jego własne również. Byli plamami rozlanego atramentu.
- Słyszałeś...? Może Banyan Tree nie był złą opcją.
- Zamierzasz przenosić się w środku nocy za każdym razem, kiedy coś usłyszysz?
- Nie.
- Cieszy mnie to.

Edytowane przez wewau dnia 06-08-2018 14:32
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo


Ciemność za oknami była nie mniej nieprzewidywalna od brzegów gęstego lasu, które przywierały do postawionych w jego środku domów i namiotów jakby jego krawędzie napuchły od wypełniających go cieni; zamiast ludzi mijał własne odbicia w naśladujących lustra szybach - gdyby za życia byli równie cisi co one nigdy nie zażyczyłby w myślach, by umilkli na wieki. Ściany kolejnych korytarzy - jak dzikie zwierzęta ślepiami - świeciły zielonym, żółtawym i czerwonym światłem żyjących na bateriach bezpieczników kolejnych drzwi; mrugały pod przykładaną do nich kartą jakby ten poczęstunek sprawiał, że przymykały oczy na naruszenie ich wyłącznego terytorium. Jego własny cień wyskakiwał mu zza pleców przy każdym rozbłysku księżyca; strasząc próbował go przekonać, by już stąd poszli, razem, i najwyżej wrócili w towarzystwie słońca, które było od nich bardziej racjonalne i potrafiło wytłumaczyć każdy podejrzany kształt; nie słuchał Ralfa, według którego kolejnymi piętrami prowadziła go za rękę wyłącznie nadzieja, chociaż nie był pewien czy jej lepki dotyk nie budził w nim wstrętu; podpowiadała kolejne kroki jak muzyka niewprawionemu tancerzowi.
Apartament był za duży dla jednej osoby; hotel miał ich zbyt wiele by mogło w nim być tak cicho; świat - bardziej koncepcja, niż rzeczywiste miejsce - był zbyt wielki by człowiek mógł w nim się odnaleźć, nie mówiąc już o innych.
Ralf nie mógł zaznać spokoju jak duch, który nie zamknął swoich ziemskich spraw, choć gdyby tak miało to działać porzucone tu i tam rzeczy tańczyłyby nieustannie w powietrzu i robiły więcej hałasu niż żyjący ludzie. Ognie świeczek w jego pokoju zadrżały w panice gdy do niego wrócił, jakby również one spodziewały się kogoś gorszego, i wpadły znów w stan wyczekującego, umiarkowanego bezruchu. Gdyby się zgubił mógłby spokojnie trafić tu po ich zapachu; pomimo upływającego czasu nie był wstanie przestać go zauważać wyraźniej od tracącego kontury otoczenia.
W szafce nocnej schowały się wszystkie zgarnięte z recepcji karty, chociaż na wyszarpanie tej uniwersalnej z jednej z zamkniętych szuflad poświęcił całą energię, która kiedyś w trakcie jakichkolwiek kłótni próbowała wyważyć jego zaciśnięte usta przesiąkniętymi krwią słowami; wypatroszył pomieszczenia dla personelu tak jak w duchu przysięgał to zrobić kolejnej niedoceniającej go osobie; rozczłonkował ich biurka i sekretarzyki jakby porcjował mięso, którego smak zdążył już zapomnieć.

Za zatrzaśniętymi drzwiami wpadli na siebie w mroku.
- Opróżniłeś swój barek czy boisz się spać sam?
- Ty też czujesz się tu nieswojo.
- Nie zapominajmy o Fei; może ona również sama nie zaśnie.
- Może powinienem dotrzymać jej towarzystwa.
- Nie.
Mokre od wody usta równie dobrze mogły być butelką; ostrożnymi łykami spił z nich kolejne krople; wzdrygnął się pod opadającymi na jego bok palcami i zbywszy to śmiechem znów znikł w sięgającej odległej świecy ciemności.
- Byłem u niej.
- A ona u mnie.
Pokręcił głową i wskazał nią na wyściełające podłogę przy barku butelki; wyglądały jakby wylały się z niego i tylko czekały na sprzątnięcie.
- Chciałeś mieć więcej dla siebie?
Z cichego głosu spadł do szeptu; cisza nocna 22-6 była tu złotą zasadą.
- Gdyby na dniach wyrobiła sobie wstręt do alkoholu mielibyśmy jedną kartę mniej - skoro już mamy tak aktywnie wspierać najgorsze wizje czystego, wolnego rynku. To moja odrobina moderacji.
Claude rozłożył się na łóżku jak u siebie i po chwili patrzenia w przestrzeń przeniósł na niego wzrok.
- Za ile nie obraziłbyś się, gdyby cię sprzedano?
- Pytasz o czas spędzony na jedynie niezbędnej do przeżycia ilości wody? - zaśmiał się w duchu; kośćmi, mięśniami i układem nerwowym rozeszło się tylko drgnięcie rozbawienia. - Nie musiałbyś kłopotać się liczeniem. Podsuń się.
Powieki Claude'a zamknęły się jak zasuwane drzwi i po chwili znów rozchyliły, gdy jarzące się ogniem grzechy wyjrzały zza nich wyczekująco. Ralf jakiś czas stał oparty o biurko, patrząc w dół zmrużonymi w uśmiechu oczami, jakby mierzył wzrokiem swoje najniższe instynkty - jak matka dziecko, którego nie może skarcić przy ludziach tak jak uczyniłaby to na osobności.
- W czymś ci przeszkadzam. Mam sobie pójść.
- W czym miałbyś?
- Nie pytam- wzruszenie ramion - i nie chcę wiedzieć.
Ralf odchylił zasłonę i spojrzał na miasto; czasami zdawało mu się, że gdzieś błyskało zapalane światło, ilekroć jednak przeniósł wzrok wyżej, na księżyc, ten przepraszał, to tylko ja. Gdy przed paroma godzinami zachodziło słońce wszystkie szyby zgodnie zaświeciły na chwilę ciepłym blaskiem, zamiast jednak ludzi poruszyły się w nich odbicia chmur, które jak widma przechodziły przez ściany, znikały w powietrzu i znów pojawiały się w szkle.
Ugiął się pod nim i materac i Claude, na którego niewyraźny w ciemności zarys patrzył chwilę powściągliwie; rozchylone w uśmiechu usta wabiły go jakiś czas; wreszcie niemal znużone czekaniem zaśmiały się pusto.
- To byłeś ty.
- Słucham?
- To ty chodziłeś korytarzem na chwilę przed tym jak sam tu przyszedłem.
- Nie, to była obsługa, nieśli szampana dla pary spod 426.
- Pomylili roczniki? Niech się pośpieszą.

Pukanie.
Kroki.
Pukanie. Głośniejsze i głośniejsze; ROOM SERVICE!; Zamawiałeś śniadanie?; pięść dobijała się do drzwi, zdawała się mieć ją zaraz wesprzeć druga i szloch. Gdy Claude sennie podniósł głowę odgarniając z jego oczu włosy położył ją znów na poduszkę i sam wstał, jakby dopiero teraz zrozumiał, że to jego pokój; jakby przypomniał sobie, że to on nastawił wodę w wyjącym teraz czajniku. Fei popatrzyła na niego z pewną ulgą, chociaż nadal tlił się w niej ten sam rodzaj strachu, który przysłuchując się usłyszałby wieczorem w jego głosie.
- Spałaś dobrze?
Fei kręcąc głową popatrzyła na niego z niejasnym wyrzutem.
- Zaproponowałbym ci nasenne, ale sam ich bym od siebie nie wziął - usłyszałabyś pewnie ode mnie parę nieprzyjemnych słów zanim zdążyłabyś popić je wodą. Claude pewnie nadal śpi jeśli go szukasz.
Milczała na tyle długo by z kolejnym mrugnięciem spodziewał się w jej miejscu zobaczyć pustą przestrzeń, którą wypełniło mgliste przedłużenie snu.
- Przepraszam. Myślałam, że nikogo tu nie ma.
W wyniesionym z martwych norm przyzwyczajeniu był gotowy zacząć się tłumaczyć z leżącej w jego łóżku osoby; sypialnia nie była stąd nawet widoczna; zrozumiał co miała na myśli zanim pierwsza sylaba wydostała się z jego gardła i śmiejąc się, jakby z niej zamiast własnej myśli, przytulił ją tak pocieszająco jak potrafił.
- Usłyszałabyś gdybyśmy próbowali stąd pójść.
Chwila chłonącego ciepło milczenia.
- Nie wiem co ze sobą zrobić - powiedziała wreszcie prosto w jego tors. Niemal czuł na skórze ruch jej ust i drganie strun głosowych w przyciśniętej do niej szyi; skrzywił się, ale widziały to jedynie zdające się nie mieć końca ściany korytarza.
- Masz wakacje. Możesz robić cokolwiek zechcesz; w basenie jest woda gdyby cię to interesowało - odpowiedział w przestrzeń, jakby szukał u niej aprobaty.
- Czysta?
- Kto mógł ją zabrudzić?
W nocy, gdy liznęło ją światło latarki, basen wydał mu się bardziej jeziorem; przy samym jego dnie pływały całe pokolenia topielic.
- Musiałabyś się postarać żeby się zgubić. Tylko zanim się zanurzysz sama ją sprawdź - może w słońcu to wszystko wygląda gorzej.

- Czysta? Czy nie to samo mówisz o swoim sumieniu?
Ralf czuł się dokładnie tak, jakby będąc na boisku usłyszał krzyczących zza telewizorów kibiców, którzy już wiedzieli jak rozwinie się sytuacja jeśli nie poda w prawo, lewo, lub nie strzeli właśnie teraz; jakby brał udział w teleturnieju i cała widownia znała odpowiedź, której on nie był w stanie udzielić. Dla części martwego panteonu Bogów musiał być odpowiednikiem głupiego czytelnika; reszta klaskała ostatkami sił, powoli i niemal z namysłem. Oparł dłonie o blat w mieszkaniu Gasparda.
- Później powiedziała, że nawet nie zamoczyła w niej palców.
- Przynajmniej ona myśli.
Claude stanął naprzeciwko niego.
- Nie powinieneś się z tego cieszyć. To słaba prognoza.
- Doprawdy? Żadne z nas nie będzie miało powodów do narzekań jeżeli jest wystarczająco inteligentna, by być gotowa do paru poświęceń.
- Jej to powiedz. Może to kupi - szepnął mu do ucha i wyminął go, by na dźwięk jego głosu znów obrócić się w jego stronę.
- Mogłaby właśnie teraz skręcać się od świądu, z jakąś bakterią budującą rodzinie dom na jej skórze.
- I tak któregoś dnia będzie, chociaż pewnie wolałaby to od rzeżączki! - krzyknął szeptem; znów spojrzał na stół i znów na niego.
Na dole klatki pilnując znoszonych rzeczy stała Fei.
- Pojedziemy samochodem? - zapytał wreszcie ze słodyczą w głosie i scenicznie naiwnym uśmiechem na ustach, chociaż jego oczy nie zmieniły wyrazu.
 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

- Ty pójdziesz piechotą - a nuż rozchodzisz ten skurwysyński uśmieszek.
- "Przepraszam, jeśli przypadkiem przejadę cię przy wykręcaniu, Ralf"?
- Nie byłoby śladów hamowania. - Claude znalazł się tuż przy nim; ze wzrokiem wbitym w porwane przy grzbietach obwoluty książek wepchnął mu w ramiona karton z umyślnym, choć zupełnie niepotrzebnym rozmachem. Tekturowe rogi wbiły się tuż pod żebrami. - Nie upuść.
- Jak ty swojej asertywności po drodze?
- Może rzeczywiście powinienem był wyjaśnić pewne sprawy przy śniadaniu - wysyczał; ugodowość pozostała pomiędzy kartami rzuconego na wierzch tomu Traktatu o tolerancji; zakupiony i ustawiony na regale stanowił jeden z wielu rekwizytów o zbliżonej wartości, mających za zadanie prezentować się i w oczach gości zaświadczać samą swą obecnością o erudycji gospodarza. - "Fei, odłóż na moment baozi; tu masz pałeczkę lukrecjową - musimy na jej przykładzie sprawdzić czy masz gardło równie głębokie co Ralf. Skąd to porównanie, skarbie? Rzuciłem nim bezmyślnie, ale wkrótce zdobędę punkt odniesienia". Wyśmienity pomysł, Ralf - z pewnością co najwyżej odebrałoby jej to apetyt!
- Może powinniśmy zrewidować założenia; może nadałbyś się lepiej niż którekolwiek z nas.
- Wystawmy mnie, proszę - ale w przeciwieństwie do was znam swoją cenę rynkową - Pochylił się nad kartonem z nieprzyjemnym, kwaśnym uśmiechem. - Nie stać cię na pięć minut mojego czasu. - Pchnięciem zmusił Ralfa do postawienia pierwszego kroku w tył. - Zanieś. To. W. Tej. Chwili.
Kilka chwil później na którymś z niższych pięter rozległ się przeraźliwy huk; trzeszczał rozdzierany papier; zrzucane woluminy spadały na ziemię jak grad; wszystko to rozeszło się echem po klatce schodowej i kościach Claude'a, którego zaciśnięte w tym momencie na oparciu krzesła palce pobielały.
Mieszkanie zostawili w stanie godnym politowania - żegnały ich rzeczy rozsypane na dywanie, pootwierane na oścież drzwiczki szafek oraz wysunięte jak języki lub wyrwane i odrzucone na bok szuflady. Tuż za progiem stał bambusowy kosz, a w nim znalezione przy przeszukaniu użyteczne drobiazgi i w ostatnim momencie zdarty z posłania koc; klucze do mieszkania utonęły w jego fałdach tak, jakby nigdy nie istniały jeszcze zanim po raz ostatni zszedł na parter.

To pojawiający się, to krztuszący się i ginący płomień wysłużonej zapalniczki nie zamierzał w swoich ostatnich podrygach obiec palnika jednej z wielu klasycznych kuchenek [weteranów w swojej klasie, których z uwagi na związane z tym aberracje w kosztorysie nie wymieniono na indukcyjne; miały przetrwać do momentu, w którym nagromadzony w rurach gaz ziemny za sprawą zbłąkanej iskry samoistnie rozsadzi instalacje] aż wreszcie pod uderzeniami krzesiwa w nim samym rozgorzał ogień nienawiści do samego siebie oraz tych wszystkich bezużytecznych przedmiotów, których roli w swoim życiu przedtem nie doceniał - bo i z jakich względów miałby...?
Zapalniczka zniknęła w mroku, ciśnięta przed siebie w wyrazie wściekłej bezsilności. Cienie na ścianach zatańczyły, kiedy Claude pochylił się nad stołem i wsparty na łokciach ukrył twarz w dłoniach złożonych jak gdyby do modlitwy. Takiego - pokonanego wśród porozkręcanych słoików, rozerwanych opakowań i strzępów folii - zastała go Fei.
- Dobrze się czujesz?
- Tak. - Powoli wyprostował się, nie patrząc jednak na nią. Na patelni pod przykryciem kasza wchłaniała przecier pomidorowy z ziołami i posiekanym suszonym czosnkiem; w innym garnku w wodzie pęczniał ryż; on dusił się we własnym zgorzknieniu i niewypowiedzianym żalu, które przez nieopatrzność wykipiały. - Przynieś mi zapałki - zostały na górze, a zapalniczka właśnie wyzionęła ducha.
- Na pewno?
- To już bez znaczenia. Wyrzuciłem ją, a zapalanie od świecy-
- Nie, nie - czy na pewno dobrze się czujesz? - Jej stroskane spojrzenie spoczęło na nim w miejsce ręki, której nie miała śmiałości położyć na jego ramieniu; zamiast tego bezwiednie wyłamywała sobie palce.
- Chryste, Fei. Tak. Tak - bywało lepiej, ale nie musisz się przejmować - odparł; silenie się na wykrzesanie z siebie tej odrobiny ciepła, która nie od razu udzieliła się głosowi kosztowało go więcej trudu niżby kiedykolwiek szacował. - Idź po zapałki - możesz też zapytać Ralfa - pod warunkiem, że na niego wpadniesz - czy nie jest uczulony na suszone kalmary. Jeśli zapyta czy mam w planach go nimi otruć to powiedz, że tak.
- Pokłóciliście się?
- Nie nazwałbym tak tego. - Nie wiem czy zabić jego czy siebie; poznasz to uczucie. - Nie zamierzam z nim walczyć. - Ty z nami również nie; opadniesz z sił na samą myśl. - Nie w tych okolicznościach.
Fei zawróciła. Zanim poszła, zawołał za nią:
- Możesz też zapytać czy zdarza mu się jadać desery; co lubi? - tylko dyskretnie, proszę. Nie musisz wspominać, że to wyszło ode mnie.
Skrzypnęły zawiasy u wahadłowych drzwi; kroki Fei oddaliły się. Zostawszy samemu w niewiele różniącej się od hangaru kuchni - w czasach świetności w godzinach popołudniowych zapewne i tak z masochistyczną lubością narzekano na brak miejsca, brak palników i zaduch pomimo pracy pochłaniaczy - przeszedł się między rzędami pustych blatów, wypolerowanych zlewów i nieczynnych lodówek; w pomieszczeniu obok szkielety nieużywanych wózków kuchennych czekały na kelnerów. Pchając jeden z nich przed sobą z powrotem do miejsca, z którego przyszedł czuł się nieomal jak patomorfolog - gdyby spuścił wzrok w odbiciu płyty zobaczyłby siebie; był zarazem lekarzem dokonującym wiwisekcji w poszukiwaniu zmian chorobowych, jak i samym badanym.
Znaleziona zastawa czekała już na Fei, kiedy wróciła; samym elementom składowym dań przełożonych z garnków do misek i waz przyglądała się niepewnie - może za wyjątkiem ryżu - acz pożądliwie; w ten sam sposób z początku spozierał na produkty wystawiane na targu - na krewetki, na ogórki morskie, na setki innych nienazwanych rzeczy - potrafiąc myśleć jedynie o tym, że wykazawszy się swoim brakiem obeznania skompromituje się w oczach sprzedawcy; to nie była znana im kuchnia, wyniesiona z domu wraz z dobrymi radami, słowami pożegnania i prośbami o skontaktowanie się tuż po dotarciu bez względu na czas lokalny.
- Umiesz nakrywać?
Fei zawahała się.
- W takim razie po prostu wybierz nam stolik i zabierz to stąd.
- Ralf powiedział, że nie jest-
- To świetnie - przerwał jej - na wszelki wypadek i tak zrobiłem dla niego wariant bez tego. Zabierz stąd te naczynia i przyprowadź go zanim wszystko wystygnie.

Przenikliwe zawodzenie przerywane szlochaniem niosły się korytarzem jak świszczenie wiatru. Z papierosem w ustach - trzecim czy czwartym z kolei; w sypialni Fei jeszcze kilka chwil po tym jak wyszedł z kluczem do jej apartamentu w kieszeni spodni unosiły się cuchnące nimi chmury; zwiewna kurtyna, zza której wyglądały jej rozwarte z niedowierzanie, potem zaszklone i po paru minutach rozmowy podpuchnięte, przekrwione oczy - rozpostartą dłonią załomotał do drzwi; z ostatnim uderzeniem stanęły przed nim otworem, a niesione zamachem ramię omal nie rozbiło się o mostek Ralfa - w ostatnim momencie zrywem zostało odwiedzione w bok w uniwersalnie niemym i pełnym wyrzutu nareszcie!.
- Nie mów mi, że to łamie ci serce.
- Za późno - Skurczony niedopałek zaczynał parzyć dolną wargę; Claude odjął go niedbale. - Pękło kiedy tylko przeszedłem do rzeczy.
Wpuszczony do środka rozejrzał się za popielniczką, którą Ralf podsunął mu chwilę później; nad zduszonym żaru jeszcze unosiły się popielatoszare wstęgi dymu, kiedy w zwolnionych rękach znowu pojawiła się paczka.
- I tak przyjęła to znacznie lepiej niż się spodziewałem.
Przez twarz Ralfa przemknął grymas będący osobliwym połączeniem z pogranicza pogardy, obrzydzenia i znużenia, który zniknął pod nobliwym niewzruszeniem.
- Zaczniesz rzucać bibelotami zamiast niej dla dopełnienia własnych oczekiwań?
- Zamknij się.
- Już porzucamy kurtuazję? - zapytał z politowaniem. - Niech będzie. Pozwól mi jedynie przypomnieć, że to ty sam przeforsowałeś ten pomysł - twój pomysł; bądź tak uprzejmy i wróć do siebie ze swoimi żałosnymi wyrzutami sumienia.
- Nie wyobrażasz sobie jak w tym momencie żałuję, że nie udusiłem cię we śnie.
- Jeszcze możemy to nadrobić.
Claude przeniósł spojrzenie z panoramy Tianjinu - wytapiany w samotności gniew wreszcie zgasł; zostały zgliszcza i popioły; rozdmuchiwany przez podmuchy wiatru pożar na gruzach malał w oczach - na zdystansowaną postać Ralfa; ten patrzył na niego jak na padlinę, na worek organicznych odpadów, który powinien zostać wystawiony przed dom w porze ich wywożenia.
- W zasadzie przyszedłem cię przeprosić.
- Robisz to w dość popieprzony sposób; mam nadzieję, że chociaż to dostrzegasz.
- I ze skutkiem odwrotnym do zamierzonego. - Wyciągnął w jego stronę paczkę papierosów. - Nie umiem inaczej.
Pod oziębłym spojrzeniem Ralfa woda w wazonach mogłaby ściąć się w lód, gdyby tylko przed tygodniami nie wyparowała, a same kwiaty nie zwiędły; Claude potrząsnął zachęcająco opakowaniem.
- Ralf, nie wszyscy mają szczęście urodzić się Niemcami; jestem tylko Francuzem - to o krok od bycia makaroniarzem, podnoszenia głosu bez powodu i bezsensownego wymachiwania rękoma. Nie wymagaj ode mnie zbyt wiele.
- Że też matka nie utopiła cię zanim przed ukończeniem dziesięciu lat.
- Matka to pierwszy wzór do naśladowania; ale polubiłbyś ją - umiała obchodzić się z mężczyznami; gotuje - gotowała - znacznie lepiej ode mnie.
- Ale nie żyje.
- Nie żyje - przytaknął. - Cóż za zaskoczenie.
Chwilę palili w milczeniu.
- Fei potrzebuje czasu na ochłonięcie. Nie sądzę, żeby potem miała sprawiać kłopoty - pomijając kwestię jej inicjacji; nie ma żadnego doświadczenia; ż a d n e g o - Wymiana spojrzeń. - Zdążyła jedynie zarazić się od nas umiłowaniem wygody.

Edytowane przez wewau dnia 06-08-2018 14:36
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo


- Co w tym zabawnego?
Niosące śmiech powietrze odepchnęło dym sprzed jego twarzy tak jak on miał przed paroma chwilami ochotę odepchnąć Claude'a; potknął się przepędzony odpowiedzią i znikł:
- To niedorzeczne.
- Co?
- Wszystko. Ty, ja, ona, to o czym teraz mówimy. Z pewnością dokładnie to miałeś na myśli odpowiadając pracodawcy na pytanie gdzie widzisz się za pięć, dziesięć lat. "Pogryzę się z przypadkowo poznanym Niemcem o sprawę cnoty chińskiej szesnastolatki".
- Nikt mnie nie pytał o kwalifikacje.
- Ja też nie zamierzam. Ale udało ci się - przecież przy braku zgody wystarczyłoby jej uciec! Myślisz, że jutro ją tu w ogóle zobaczymy, czy już na wszelki wypadek postarałeś się o zamknięcie jej drzwi - wiesz, trzeba otworzyć cały zamek-
- Zobaczymy.
- Albo nie - Ralf dmuchnął w jego twarz.
- Naprawdę cię to bawi?
- Mogę ratować się jedynie czyimiś słowami - to tak tragiczne, że śmiech jest jedyną zdrową reakcją. Dołączysz czy pójdziesz ze swoim żalem gdzie indziej?
- Przynajmniej jej tego nie mów.
- Nie? Może jej też by to pomogło. Popatrz na siebie; od razu ci lepiej - mogłeś przecież zareagować gorzej; byłoby z tobą dopiero źle gdybyś zaczął się śmiać, a tak - tak masz jeszcze dowód na jakąś poprawność we własnym myśleniu.
- Może na wszelki wypadek nie powinieneś się w ogóle odzywać.
- Może nie powinieneś wychodzić z kuchni. Więcej - może powinieneś pójść spać póki słońce nie zaszło, żeby nie szwendać się po cudzych pokojach.
- Mam poczekać na ciebie w swoim?
- Nie wiem czy Fei nie przyszłaby do ciebie prędzej. Nie bądź zawiedziony; naprawdę nie wiem czego ode mnie oczekiwałeś.
- Nie wiem - może że nie będziesz ciągnął uraz-
- Ich trzymanie jest naprawdę ostatnią rzeczą, na którą miałbym ochotę.
- Cały czas mówisz mi coś zgoła innego.
- Tak to odbierasz. Głowa do góry, Claude, gdybym miał do ciebie coś poważniejszego nie zastałbyś mnie w pokoju.
- Albo siebie na tym świecie?
Claude schował twarz w dłoniach jakby rozsmarowywał po niej wyciekający spomiędzy palców uśmiech; kąciki jego ust uplasowały się gdzieś między rozbawieniem a zażenowaniem.
- Wyszłoby na jedno. Spokojnych snów.

Nie przebierał się; wymiętą piżamę krył szlafrok, z którego splotu nie wywietrzał ten sam miękki zapach proszku, który czuć było od pościeli i prześcieradeł; nikt nie minie go na korytarzu i nikt przy recepcji nie omiecie go wzrokiem pytając o przeniesienie do większego pokoju, lub tego naprzeciwko, stoi pusty, z widokiem na rzekę.
Uformowane na zakrętach bloki światła przesiąkały półmrok korytarzy; przytulający go od wschodu słońca cień, który w nocy zniknął na krótko wraz z płomieniem świecy, rzucił mu się na plecy gdy obrócił się na jednym z nich twarzą do rażącego na błękitnym niebie okręgu - nieobecność chmur zapowiadała ich większą formację czekającą za liną horyzontu jak nożownik w kolejnej alei - i odciągnął go do tyłu, jakby chciał uchronić przed uderzeniem jasności.
W cieple słońca wyparował z niego sen o urlopie, na który odesłano go by nie wpłynął na podejmowane wtedy - kiedy? - decyzje; z tą samą sprawnością, z którą kiedyś wyparowywała z niego złość o takie rzeczy - jak kropla wody spadająca przypadkiem z umytych dłoni na rozgrzaną patelnię, syk, para, tobie też usmażyć?
Pod jego nogami przewijały się dywany i kafle, czerń, biel, czerń, biel, czerń, kwiatki, jak w europejskim saloniku, biel, drewno, drewno, ciemniejsze, biel; mijały go okna i kinkiety, których żarówki mogły już nigdy się nie zapalić, wreszcie szyldy restauracji i stoliki, które o tej porze powinny drgać pod stawianymi na nie śniadaniami, laptopami i opieranymi łokciami; ręce wspierałyby podbródki, a kawa ciągnęłaby powieki w górę; mimosa składałaby propozycję nie do odrzucenia i chłodnym, musującym pocałunkiem obiecywałaby dobry dzień.


- Zamierzasz do niej pójść i pogorszyć sytuację?
- Nadal uważasz że może być gorzej? Nie musisz tego słuchać.
- Rozdrapywanie cudzych ran sprawia ci radość?
- Więc przyznajesz, że je jej zadałeś. Nie wiem za kogo mnie uważasz, ale poczekam aż nazwiesz to ich opatrzeniem. Au revoir? Pokładaj we mnie więcej wiary, Claude, jakoś się jeszcze ze sobą trzymamy.
Przełożył tacę ze śniadaniem do drugiej ręki; z kieszeni wyjął kartę; drzwi cofnęły się przed nim.
- Fei?
Leżała pod kołdrą zwinięta jak zwierzę i gdyby nie oddech, który przyśpieszył wraz z zadźwięczeniem naczyń na szafce uznałby, że nadal spała.
- Nie wiem co Claude ci powiedział lub zrobił, może nie wyraził się jasno - w przeciwnym razie nie musiałbym ci tu tego przynosić; śniadanie. Posłuchasz mnie? Naprawdę wolałbym nie musieć ci tego mówić, on także, a ty nie powinnaś musieć ani tego słyszeć, ani o tym myśleć, ale to najlepsze co możemy zrobić.
Oparł się łokciem o materac; Fei ruszyła się i obróciła twarzą w jego stronę; z przekrwionych oczu - naczynia były w nich wyraźne jak ulice, rzeki i linie metra na zgniecionej mapie - na policzki wylewała się czerwień, którą jej skóra nabrzmiała jak przy poparzeniu. Pod oczami miała piasek, naskórek zdawał się mieć zacząć odpadać płatami jakby spaliła się w słońcu, pościel wchłonęła łzy jak ręcznik morską wodę; sól osiadła cienką warstwą na skórze.
- Miałem młodszą siostrę i nie mógłbym jej spojrzeć z tą myślą w oczy, ale spróbuj zrozumieć, że wcale nie wolałabyś być na naszym miejscu. Popatrz tylko dookoła - możesz brać co chcesz, ale nie wyszarpiesz niczego z cudzych dłoni. Nam samym sprawiało to kłopot. Jeśli komuś na czymś zależy możesz pożegnać się albo z tym, albo z własnym życiem, ewentualnie ten ktoś ze swoim; tak to działa. Nie odkupisz butelki wody za jej równowartość w juanach, bo już nie jest tyle warta. Kosztuje tyle co życie osoby, która boi się śmierci z odwodnienia.
Podniosła się naciągając jednocześnie kołdrę pod samą szyję i odsunęła aż pod ścianę, bez której wsparcia nie usiedziałaby w pionie.
- Ale niektórzy za tymi ścianami daliby jeszcze więcej za życie żony, narzeczonej, dziewczyny; dla nich jesteś jak chodzące wskrzeszenie. Nie powinnaś się bać, tym bardziej nie przy nas - niektórym musiało trochę odwalić, ale to też musisz spróbować zrozumieć. Pewnie nie wiesz o ile łatwiej jest mężczyźnie ciężko pracować, jeżeli wie, że robi to dla kobiety którą kocha; żeby była szczęśliwa, miała czym pochwalić się przy znajomych, by go podziwiała za wszystko co dla niej zrobił.
Przetarła oczy; Ralf chyba już to mówił, chyba w nie mniej zapłakane oczy.
- Teraz działałoby to podobnie. Popatrz na nas - sami pewnie gnilibyśmy jeszcze trochę w tamtym mieszkaniu gdyby twój grymas obrzydzenia nie przypominał nam, że to niezdrowe. - Ułożył usta w uśmiech; odwzajemniła go bardziej jak lusterko niż druga osoba. - Powinnaś korzystać ze stanowiska, które dała ci natura - nie musisz przelewać krwi, więcej, możesz skuteczniej niż cokolwiek zapobiegać jej przelaniu. Pomyśl o tym. Sam musiałbym kompletnie oszaleć by spojrzeć na to inaczej.
Zamilknąwszy zapomniał co mówił, jakby bezmyślnie wyartykułował słowa z podsuniętej mu przed nos kartki. Jej policzki były słone jak precle, które kiedyś można było kupić na ulicy; przetarł je nasączoną wodą chustką jakby ścierał kurz z mebla; idąc już korytarzem podciągniętą ponad brodę bluzką wytarł własne usta.

- Chcesz spróbować jak smakują twoje słowa?
Claude obrócił się w jego stronę z niejasnym grymasem lecz nie odpowiedział.
- "Ty i twoje gładkie kłamstwa jesteście mi potrzebni", Ralf, razem, Ralf; czy rozumiesz że staram się pomóc?

Piłka uderzyła o ścianę jakby wypadła mu z dłoni prosto na podłogę; świst rakiety, ściana, świst, uderzenie, ściana.
- Nie wierzę, że cię to zajmuje.
Uderzenie, ściana.
Świst.
- Nie mów, że ciebie nie.
Jakiś czas grali w milczeniu.
Claude oparł się o ścianę; piłka wytoczyła się za drzwi; rakieta do squasha wysunęła się z rozłożonych ramion Ralfa i uderzyła o pokrytą smugami podeszew podłogę; pokrywały je jak cięcia łyżew lodowisko i zdawały się nie mieć zejść przy najstaranniejszym szorowaniu. Ralf zatrzymał się na środku sali z wsuniętymi w kieszenie dłońmi i nie tracąc czasu na złapanie oddechu skierował w jego stronę powolne kroki.
Szept.
- Słucham?
Szept.
- Przestaliście grać bo nie mogliście znaleźć piłki?
Prefiks cichego śmiechu wpiął się pod jego słowa:
- Tak, Fei, dziękuję - nie zaczęliśmy nawet szukać.
Claude uśmiechnął się kwaśno w pustą przestrzeń za swoim ramieniem.
- Była za drzwiami.
Pogłos jej słów zabrzmiał jak omen; piłka dotykała dotykała podłogi i znów wracała do jego dłoni, góra-dół, góra-dół.
- Może nauczysz Ralfa grać, Fei?

Edytowane przez Choo dnia 13-09-2016 22:32
 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

Skrzenia gwiazd na bezchmurnym tego wieczoru niebie nie miały już ani razu przyćmić światła arterii Tianjinu; Droga Mleczna jak rzeka, która po latach wezbrała i niespodziewanie wystąpiła z brzegów zdawała się być wszędzie gdzie nie sięgnąć okiem; jej widmo odbijało się niewyraźnie w szklanych blatach stolików w hotelowym ogrodzie, w kieliszkach wina, które przy zapalonych świecach z powodzeniem przypominało krew ["to jest bowiem kielich krwi mojej, nowego i wiecznego przymierza, za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów" - śmiali się przy rozlewaniu], podobnie jak w ich oczach, ilekroć którykolwiek z nich zadarł głowę pod odpowiednim kątem.
- Prosisz się o kręcz szyi.
- Wszystko powszednieje - alkohol, używki, seks, nawet ten widok; ciebie dla przykładu nie rusza już nic. Pozwól mi się tym nacieszyć.
- Prawie nic, Claude, p r a w i e. Lista kurczy się z każdym dniem, ale jak dotąd jeszcze nie wykreśliłem wszystkiego.
- Powtórzę się, ale współczuję ci - W ciemności w popielniczce żarzyły się rozdmuchiwane niedopałki; jeszcze nosiły w sobie ciepło dotyku. Rozparty w wiklinowym fotelu Claude rzucił nań okiem poczuwszy niesiony powiewem wiatru zapach dymu, ale zaraz znów utopił spojrzenie w bezkresie nad ich głowami. - Wiedziesz ubogie życie.
Usta zanurzyły się w resztce Château Trotanoy; z pustym kieliszkiem trzymanym z tym samym wdziękiem sprzed chwili - jakby czekał na jednego z kelnerów z tacami, na które mógłby go odstawić; jakby tuż po tym miano mu zaoferować następny, a on jedynie na to czekał - wstał.
- Już idziesz? Nie ma nawet pierwszej - dokąd się tak spieszysz?
- Nie zamierzam więcej nadużywać twojej gościnności, Ralf; jeżeli zatęsknisz za towarzystwem możesz w każdym momencie mnie odwiedzić - Pełen niewymuszonej w tym stanie kokieterii uśmiech, tym bardziej wyzywający z im większym impetem w skroniach szumiało zebrane w gronach, przetworzone i zabutelkowane słońce Bordeaux. - Bonne nuit.
- Schlaf schön.
- Tobie również - cokolwiek to znaczy.

- Claude?
Wyłuskana z kieszeni (po uprzednim oklepaniu się) karta została zaakceptowana przez czytnik; przystanął z ręką na klamce.
- Fei? Jeszcze nie śpisz?
- Nie mogę zasnąć. - Jej wbity w palce bosych stóp wzrok na moment powędrował ku górze i w zaczerwienionych oczach dało się dostrzec pytanie, którego nie zdołała wypowiedzieć na głos zanim pod ciężarem innych myśli jej strapione spojrzenie ponownie uciekło w bok.
- Wejdź, proszę.
Potrząsnęła głową. Claude zamknął drzwi i przeciął korytarz; Fei bez słowa wpuściła go do środka.
- Chciałabym pomóc - zaczęła, usiadłszy na łóżku i odrzuconą niedawno, jeszcze rozgrzaną kołdrą przykrywszy się. W zamyśleniu rozcierała przez moment nogi, zanim zdecydowała się w defensywnym i zapewne nie w pełni uświadomionym geście objąć je ramionami na wysokości kolan, podsunąwszy je pod samą brodę. - Ja- jestem wam wdzięczna, naprawdę, tak się cieszę, że nie muszę być sama, i zrobiłabym wiele... Ale czy to jedyne wyjście? Czy naprawdę muszę? Przecież niczego nam nie brakuje i-
- Niczego nie musisz; nikt niczego nie musi - wyjaśnił łagodnie, odstawiwszy pusty kieliszek na szafkę nocną. - Fei, czy sądzisz, że któremukolwiek przeszłoby to przez myśl, gdyby istniało inne wyjście? Spójrz - Uniósł do góry prawą rękę; purpurowofioletowe sińce przechodziły w ropne żółcienie i zieleń rozkładu; szwy wżynały się w zrośnięte krawędzie, pokryte odkruszającymi się przy każdym zgięciu strupami, po których miały pozostać blizny. - Dotychczas szczęście nam sprzyjało; nadal możemy uciekać się do przemocy - to zresztą jedyne co zostanie nam w razie twojej odmowy; to przecież wyłącznie twoja decyzja, nie zmusimy cię do niczego - ale jak długo jeszcze, Fei, jak długo będzie nam ono towarzyszyć? Któregoś dnia to się skończy - nikt niczego nie musi, kochanie; nie musi nawet oszczędzać rannych, ponieważ nikt go za to nie osądzi - i któregoś dnia jeden z nas nie wróci - być może nawet żaden z nas. Zostaniesz sama. Czy tego właśnie dla nas chcesz?
- Nie, ale - urwała i odwróciła głowę chcąc ukryć łzy, których pojawienie się zwiastował niekontrolowane podrygi ramion i klatki, tym raptowniejsze im usilniej starała się nad nimi zapanować. Claude pochylił się nad nią i ostrożnie, możliwie łagodnie ujął jej podbródek; podniosła na niego wzrok; na to liczył.
- Fei, jesteś w stanie zatrzymać dla siebie to, co teraz powiem?
- Ja... Tak. Tak - powtórzyła; w jej zaszklonych oczach i samym głosie odbijało się zdezorientowanie.
- Każdego ranka budzę się przerażony. Każdego - ponieważ to wszystko mnie przerasta, ponieważ to się już nie zmieni - przyznał z wolna, jakby z oporami. Wytarte, puste frazesy wreszcie nabrały mocy; wraz ze swoim oddechem, który przyspieszył w miarę mówienia tchnął w nie życie. - Strach nie jest niczym złym, ale nie możemy pozwolić mu wpływać na nasze życie; razem możemy nad nim zapanować, razem jako rodzina - Pauza. Fei słuchała, nawet jeżeli z początku nie zamierzała tego robić; po tym jak wyszedł naprzeciw jej potrzebom - własnym potrzebom! - i potrącił właściwe struny, to rozkrzewiające się i zatruwające myśli pożądanie umiłowanej stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa i bycia potrzebnym, poddała się; uwierzyła wbrew sobie, ponieważ tego potrzebowała. - Rodzina możliwie daleka od ideału, nie całkiem z wyboru. Każdy z nas walczy ze sobą i każdy kiedyś pomyśli o tym jak niewiele potrzeba, by się poddać i poczekać na śmierć - jakież to byłoby wygodne, nie uważasz? Ale jesteśmy tu dla siebie; nie zostawimy nikogo w tyle.
- Ale ty i Ralf-
- Jesteśmy sobie równie bliscy jak ty i ja czy ty i on - przerwał jej - nie wprowadzajmy podziałów - przez cały ten czas mówimy o nas, ponieważ tylko to ma znaczenie. Trzymamy się razem.
Zapadła cisza - milczenie tak pełne zadumy, że nawet przy zamkniętych oknach słyszał cykady.
- I jeśli to zrobię - odezwała się po chwili Fei - jeśli to zrobię, pomogę nam.
Claude zmuszał się do myślenia o dawanym w tym momencie koncercie w pobliskim parku; starał się nie wybuchnąć gorzkim śmiechem. Podał jej jej własne serce na tacy, a rzuciła się nań jak przymierająca głodem hiena.
- To czasy wielu wyrzeczeń i poświęceń. Ja i Ralf złożyliśmy już na ołtarzu to, co mogliśmy; to za mało, by zapewnić nam dostatek; krwawimy, ponieważ już tylko to możemy z siebie dać - i będziemy otwierać żyły dalej, jeżeli w ten sposób będziemy w stanie zaoszczędzić tego bólu chociaż tobie. Twoja pomoc byłaby nieoceniona, ale jak już mówiłem-
- Nie zmusicie mnie, ponieważ jesteśmy rodziną.
- W rzeczy samej. To byłoby niewłaściwe.

Pukanie do drzwi. Przyciśnięcie palca do warg rozciągniętych w uśmiechu szerszym z każdym uderzeniem kostek o drewno. Niepoprawny chichot. Syczenie. Fei odwróciła wzrok w próbie pohamowania napadu wesołości.
Czytnik zawiadomił ich o przybyciu gościa; potwierdziły to kotary, których miękkie zagniecenia rozprostowały się pod wpływem przeciągu; po odciągnięciu ich na bok mrużącemu w blasku dnia Ralfowi ukazały się ich rozradowane twarze, wystawione na niekorzystne działanie promieni UV piersi, wreszcie wyciągnięte przed siebie i oparte na balustradzie nogi.
Wymiana zdań po chińsku. Wybuch śmiechu.
- Zastanawialiśmy się czy zauważysz nasz brak - i jeżeli tak, po jakim czasie? - zreasumował z rozbawieniem Claude, usłużnie wskazawszy mu leżak i stolik zastawiony wyniesionymi w nocy z kuchni przekąskami i szklankami. - Czekaliśmy na ciebie. Częstuj się.
- Dziękuję, śniadanie było wyborne - Grymas cynicznego politowania. - Nie kłopoczcie się, nie chciałem wam przeszkadzać.
Zasłony niczym kurtyna opadły; aktorom przestały wystarczać owacje, należało podnieść gaże, by zdecydowali się ponownie wyjść na scenę. Przeprosiwszy Fei Claude ruszył za kulisy za nim i dogonił go, kiedy tamten znalazł się za progiem.
- Ralf-
- O co ci znowu chodzi, Claude? Jaką błędną interpretację tym razem podsuwa ci twoja wybujała wyobraźnia? - Ralf z życzliwym uśmiechem złożył ręce, stykając palce obu dłoni czubkami. - Wszystko jest w porządku.
- Opatrywanie ran - jak sam to nazwałeś, Ralf - to jedno; dbanie, by mimo to nie wdało się zakażenie to drugie.
- Szlachetna postawa. Powiedziałeś jej już o tym czy wyczekujesz na lepszy moment? Byłbyś przecież niepocieszony, gdyby nie doceniła-
- Do twarzy ci z ustami ociekającymi sarkazmem, ale moja cierpliwość również ma swoje granice - wszedł mu w słowo. - Wolałbym poleżeć tam i pośmiać się z tobą, ale ty nadal masz do mnie pretensje - i proszę, nie mów że nie - i dlatego usuwam ci się z drogi.
- Zupełnie bezpodstawnie-
- Wpadnij do mnie wieczorem.
Zawahanie. Gorzki uśmiech triumfu.
- Nie masz ochoty mnie oglądać. To widać.
- Podobnie jak twoją skłonność do wpadania w przesadę.
- Świetnie - Claude przyklasnął. - Przynieś nam maotai - czy cokolwiek innego, co wprawi cię w dostatecznie dobry nastrój, żeby porozmawiać ze mną bez niepotrzebnego plucia jadem. Mamy tyle zaległości do nadrobienia!
- I vice versa.


Edytowane przez wewau dnia 16-09-2016 17:16
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo
i.imgur.com/t2xvtud.png

Miał ochotę nucić piosenki i wystukiwać ich rytm w podłodze i ścianach; uderzenia nóg i rąk jednocześnie zdawałyby mu się stosowniejsze, gdyby tłumiły je warstwy ubrań, tłuszczu i mięśni, w których mogłyby się zatopić. Chociaż nadęte słońce grzało jakby wzięło ostatni głęboki wdech przed zanurzeniem się pod wodą Ralf w drodze poprawił na sobie bluzę; po plecach jak w gorączce chodziły mu dreszcze, przez które zakończenia nerwowe zwijały się w nim jak odnóża umierającego insekta; z obrotem na pięcie chciał pomachać Fei i Claude'owi, ale choć widział stąd ich balkon oni go już nie - byli ślepi jak krzyże i ikony, powieszone tak wysoko, że ziemia znikła im z pola widzenia. Patrzył w niebo i pod nogi i starał się iść prosto, jakby każda z bocznych ulic była tylko kolejnym pokojem na ich piętrze, do którego nie było sensu zachodzić.
Krzyk ptaków falami zagłuszał marsz; budynki po obu brzegach ulicy chyliły się do niego jak rozstępujące się przed Mojżeszem Morze Czerwone; patrząc na nie zauważyłby wybałuszone oczy pojedynczych ryb, których usta nie przestawały szeptać.


Z głuchym uderzeniem otwartej dłoni w drzwi cisnął czytaną książkę na podłogę, jakby były one plecami krztuszącego się człowieka, a ona kęsem, który trafił nie tam gdzie powinien; sam Ralf dotychczas dławił się literami i ciszą, która rozlewała się między nimi i nie zawsze pozwalała na zlepienie ich w słowa; nasłuchiwał; odczekał; kroki oddaliły się korytarzem, głośne jak zawołania.
Gdy jego ciśnienie szło w górę i krew była parę stopni bliżej zawrzenia, coś w nim puszczało ciemne soki jak czarne pranie w bębnie wirującej pralki; wystarczyło wypłukać to z krwiobiegu i dobrze wycisnąć. Czuł się chory, choć nie przejawiał najmniejszego syndromu przeziębienia, jakby układ immunologiczny dał mu fałszywy alarm.
Przecierając twarz dłońmi sproszkował gipsowy odlew zobojętnienia na równie słodki co ulotny cukier puder; w ruchu zdmuchnęło go z niej powietrze; machnięcie zatrzaskiwanych drzwi pozostawiło jedynie cienką jego warstwę.
- Jesteś tak wybredny - usłyszał Claude'a, jeszcze zanim go zobaczył, przez co głos znów wydał mu się dochodzić z ust kogoś będącego wyżej od człowieka - by nawet teraz, gdy są taką rzadkością, odrzucać zaproszenia?
Claude spojrzał na niego z poziomu kanapy.
- Mój wieczór jeszcze się nie zaczął.
- Mój się zaraz skończy. Przestaw zegarek. Może w nim tkwi problem, wszystkie te pobudki, przypadkowe spóźnienia?
- Zaproponowałbym to samo tobie.
- Następnym razem upij się jeszcze zanim do mnie przyjdziesz.
- Kiedy przestałem sprawiać dobre wrażenie?
- Może nigdy-
- Może nigdy nie przestałem, masz rację, Claude - zastosuj się do tego a zaznasz wreszcie spokoju; ja przy okazji także. Skoro znów nie pasuję do obrazu, który spodziewałeś się zobaczyć, może przynajmniej mi go opiszesz, tak żebym wiedział, co mam udawać w imię twojego zadowolenia! To naprawdę nie problem. - Zaśmiał się w duchu; właśnie sam poprosił o swoje dziesięć przykazań tylko po to by wiedzieć, jakie zakazy łamać.
- Naprawdę miło, że wpadłeś, ale właśnie sobie przypomniałem, że już coś komuś obiecałem; może spróbujemy się spotkać jutro, albo w przyszłym tygodniu?
- Nie bądź śmieszny.
- Ty także, Ralf. Mówisz o przesadzie, a sam-
- Czy nie jej ci potrzeba do szczęścia?
- Nie, nie jej, jakkolwiek wiele rzeczy nie podpowiadałoby ci, że właśnie tak, tak, jej.
- W przeciwieństwie do ciebie nie mam oporów przed tworzeniem się na twoje podobieństwo - powiedz tylko słowo.
- W przeciwieństwie do mnie masz dobry wzór do naśladowania.
- Nawet nie widzisz jak podłapujesz moje wzorce.
- Bóg był na podobieństwo człowieka, czy człowiek na podobieństwo Boga, Ralf? Nasze zdrowie - mamy ważniejsze pytania.

Rozigrane spojrzenie przetoczyło się po jego jaśniejącej na ciemnej panoramie miasta sylwetce; odcinała się w szybie jak zadeptana kreda na chodniku. Przez ułamek sekundy Ralf chciał się z nim czymś podzielić, jedną z rzeczy które koniecznie ktoś musi usłyszeć; w następnym był znów myślami przy kolejnej opróżnionej butelce. Gdy pił w towarzystwie patrzył na boki, czy na pewno nie sięga po kolejne kieliszki szybciej od reszty; teraz stracił porównanie i pojęcie umiaru. Kolejny łyk zmył słowa ze ścianek gardła, wraz z kolejnym wydechem uleciała pamięć o reszcie świata; skurczył się do okna i przeciwległej ściany, jakby byli osiedlonym w centrum doliny plemieniem, które miało z wzajemnością pozostać niedostępne dla wszystkich pozostałych.
- Dalej. Spróbuj sprzedać mi Fei.
W górę podniebienia jak dusze do nieba leciały bąbelki szampana.
- Nie ma sensu. Mam niejasne uczucie, że mnie kupiłbyś chętniej.
Claude przywarł do szyby ramieniem, jakby miał zaraz spłynąć wzdłuż niej na podłogę.
- Przecież na ciebie mnie nie stać.
- Negocjuj promocję.
- Wolę poczekać aż sam obniżysz cenę.
- O zniżki naprawdę łatwo: popracuj nad nastawieniem.
- A ty nad angielskim.
- Karta stałego klienta czeka. Zabawne, Ralf. Chiński wystarcza mi do szczęścia. Fei także nie narzeka. Trochę dobrej woli a do końca naszej znajomości nauczę cię podstawowych zwrotów!
- Dobranoc, Claude, może jutro dobijemy targu.
- Śpij dobrze i odezwij się z już gotową ofertą.
- Du kannst sicher sein dass du wirst nicht in der Lage sein zu verweigern.
- Jawohl!

Ralf spłynął po poręczy i siekąc podłogę rozpędzonymi nogami odzyskał utraconą po drodze równowagę; Claude potknął się pchnięty rzuconym mu na plecy ramieniem i odepchnął go, gdy jego krzywy krok skierował ich obu na bok.
- Zataczasz się.
- To ty się odsuwasz; idź prosto!
Ralf zaśmiał się krótko; Claude krócej.
- Wypiłem trochę do śniadania.
Śmiech.
- Ja też.
- Zaraz mi przejdzie i przestanę to uważać za świetny pomysł. Daj mi chwilę.
Oparł się o ścianę; za trzecim razem zapalniczka wskrzesiła płomień; oddał Claude'owi ledwo napoczętego papierosa i rzuciwszy jeszcze jedno spojrzenie schodom, którymi powinna właśnie schodzić Fei, ruszył znów w kierunku wyjścia.
Przeszedł długim stołem sali bankietowej jak po murku - z jego poziomu miał najszczerszą ochotę otworzyć licytację, po raz pierwszy, po raz drugi, ale Fei, która nie bez pewnego niepokoju śmiała się prowadzona przed nim za rękę Claude'a, kneblowała mu swoją obecnością usta; Claude chwycił ją pod boki i odstawił na ziemię; zadarł głowę w górę i tłumiąc rozbawienie nie cofnął się, gdy Ralf schodząc w dół balansował na krawędzi.
- Świetny pomysł, Ralf, niepotrzebnie utrudniasz sobie życie.
- Pociągnę cię ze sobą.
- Wiem.
Kiedy prawie upadł Fei usiadła na ziemi nie mogąc ustać ze śmiechu; pomagając jej wstać Claude legł obok; z a b a w n e, powtórzył Ralf, zatrzymany obejmującymi jego nogi rękoma, zabawne, ale-
- Naprawdę trzeba więcej by mnie zatrzymać. Tylko wyglądam na spitego.
Z kolejnym krokiem lojalnie usiadł obok nich jak kolejny zbity na szachownicy posadzki pionek.
- Trochę - śmiech.
- Odrobinę. Kieliszek. Kropelkę. To tylko ty mi się udzielasz, jak nastrój tłumu artyście na scenie!
- Zawsze w porę.
Fei wstała chichocząc; drobne dłonie próbowały go podnieść dopóki jej otarcie się o skraj paniki nie zmusiło go do manifestacyjnego stanięcia na nogach i skupienia się na stawianiu ich w linii prostej; otworzył im drzwi; schował oczy za okularami. Słońce stawiało filary światła między rzucanymi przez budynki cieniami; na ich powierzchni jak nieczystości marmuru lub dym kadzidła tańczyły rzadkie, napływające od morza chmury.
Nie znał drogi i nie wiedział dokąd iść, lecz ruszył przodem jakby prowadził naród wybrany.

Edytowane przez Choo dnia 19-09-2016 21:28
 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

Wystarczyło przymknąć powieki i poczekać aż tuż pod nimi rozleje się przetykana plamami o rozmytych krawędziach karmazynowa łuna; zawierzyć dziecku i pozwolić poprowadzić się niczym ślepiec, wsłuchawszy się w niesione wraz z wiatrem poszeptywanie Haihe i lamentowanie mew. Wszystkim poza nimi przysługiwały dni urlopu - i skorzystawszy z nich po raz ostatni spakowali się i wyjechali; w niewielkich sklepach i przeważnie obleganych w porze obiadowej przydrożnych barach znużeni pracownicy umilkli, niektórzy nawet uznali przebywanie za kontuarem za bezcelowe; klientów nadaremno wypatrywano na wyludnionych ulicach; wreszcie we wszystkich drzwiach wywieszono kartki z uniżonymi przeprosinami; NIECZYNNE. Wzdłuż krawężników w nierównych rzędach na właścicieli czekały samochody; kochanie, taksówka czeka! - tuż przed główną halą lotniska ich rozgrzane dachy musiały zaginać się i mienić jak widziane z okien opustoszałych w ciągu kilku dni wieżowców morze, które z powodzeniem naśladowałoby Śródziemne, jeżeli przed śniadaniem pozwoliłby sobie na wypicie trzech czy czterech nadprogramowych kieliszków; po drugich tylu niewykluczone, że wygładzona niczym zmarszczka na wyprasowanym obrusie linia brzegowa przypominałaby mu poszarpane Lazurowe Wybrzeże ze swoimi urokliwymi niestrzeżonymi zatokami i urwiskami, z których (po paru piwach i przy akompaniamencie wrzasku i przejrzystego jak toń u ich stóp salw śmiechu) skakali na złamanie karku, nawet nie pomyślawszy o możliwych konsekwencjach.
Potem Fei zapewne nieświadomie zacisnęła palce; zmiażdżyła to wyobrażenie. Świat wdziany przez pryzmat bezosobowych lustrzanych soczewek zdawał się być przeniesionym na ekran kina 5D kadrem z komiksu - technikolor; pogrubione kontury; krawędzie obrazu pokrywały rastry mroczków. Spojrzał na nią z wyrzutem, którego za okularami ona nie była w stanie dostrzec - widziała jedynie uniesione w niemym pytaniu brwi i dwie poziome zmarszczki, która przecięły gładkie czoło; odpowiedziała równie pytającym przekrzywieniem głowy. W kolejnym beztroskim wymachu wypuścił jej dłoń z uścisku. Przed nimi Ralf tanecznym krokiem w rytmie jedynie sobie znanej melodii parł przed siebie, z rzadka oglądając się za siebie przez ramię; dopiero poklepany i zań pociągnięty zawrócił z nieokreślonym wyrazem twarzy, jaki - jak uzmysłowił sobie Claude - musiał być także jego udziałem, zanim wrócił myślami z daleka, bardzo daleka.

W oczach ponownie potrąconego Ralfa uraza odbiła się na podobieństwo nisko zwieszonych cumulonimbusów w zwierciadle jeziora; ten przegnany po chwili wiatrem front niżowy nie zniknął wprawdzie za horyzontem, ale zza zasłony ołowianych chmur wyjrzały promienie słońca.
- Rozpijanie mnie Bacardi jest doraźnym rozwiązaniem - zauważył z przewrotnym uśmiechem, wyjmując mu z rąk butelkę.
- Wystarczy, że nie wykroczysz zanadto stopniem swojego skwaśnienia ponad to właściwe mojito, a będę w stanie spijać twoje uwagi jak wodę.
- Co z twoją dziedzicznie słabą głową, Claude? Zamierzasz całymi dniami leżeć w łóżku, tłumacząc się ciężkim kacem?
- Mogę na to przystać pod warunkiem, że tam do mnie dołączysz - odparł ze spokojem, nim jeszcze raz w pojednawczym geście przesunął ręką po jego plecach i klepnął go zanim zaalarmowany odwrócił się w kierunku, z którego dobiegało niosące się w labiryncie korytarzy echem wołanie Fei.
Zastał ją w obłoku perfum - zbyt drogich, by zechciał je jej kupić ktoś poza mężem lub kochankiem; zbyt ciężkich, by używano ich przed zmrokiem - przed witryną jubilera; cudza pięść przy pomocy narzędzi utorowała sobie drogę przez szkło - część ekspozycji zniknęła, perły z rozerwanej kolii leżały na posadzce porozrzucane niczym wybite zęby, ale wiele wskazywało na to, że próżnym żądzom zadośćuczyniono, nakarmiwszy je żałosnym ochłapem.
- Mogę? - zapytała; widział, że nie spodziewała się odmowy, ale mimo to szukała u niego aprobaty, ponieważ to on w nocy zatruł jej myśli snami o blichtrze; wśród wygód jakie miał im do zaoferowania Ritz zapomniała, że do niedawna ani nie potrzebowała, ani też nie mogłaby pozwolić sobie na posiadanie biżuterii i co zrozumiałe, wyciągała rękę właśnie po to, czego w innych czasach nie pozwolony by jej posiąść.
- Wybrałaś już coś dla siebie?
Wskazała na wisiory, pod których ciężarem jej nienawykła do noszenia tego typu ciężaru szyja ścierpłaby od wżynającego się w kark metalu; mimo to zdobył się na uśmiech ciepły jak dzień poza murami pasażu.
- To wszystko jest nasze. Jeśli tylko ci się podoba - bierz!
Patrząc na to z jaką starannością zatrzaskiwała wieka, a następnie wsuwała wyściełane etui wraz z naszyjnikami i bransoletami do postawionego na ziemi plecaka chciał wykrzyczeć jej w twarz, że w tych niepoważnie krzykliwych i podkreślających jej młody wiek okowach miała występować nago; być może w niezdarnie zrobionym makijażu w próbie dodania sobie lat.
- Fei? Przymierzałaś ten? - Rozglądający się bez wyraźnego zainteresowania Ralf rozciągnął między palcami srebrną pajęczynę. Podczas gdy Fei podeszła do niego ze wzrokiem utkwionym w łańcuszku, Claude patrzył wyłącznie na ospały i niepokojący uśmiech, który błąkał się na jego ustach. Widzieli to samo.

- Czas pracuje na twoją niekorzyść.
- Na naszą, Claude - czy to nie twój ulubiony argument?
- Nadal czekam na ofertę, Ralf.
Zdający się z wolna rozpływać na kanapie - na brzegach materiał nosił ślady przetarcia; od czasu do czasu jeden z nich mniej lub bardziej świadomie szarpał za nitki szwów - Ralf wybiegł spojrzeniem w dal, w nieprzeniknioną ciemność zalegającą pod odległą przeciwległą ścianą niczym kurz.
- Tak prędko zszedłeś z ceny? Do przyszłego tygodnia-
- Tego nie powiedziałem.
Naprzeciwko zaszeleściły ubrania; obecność Fei przejawiała się w pobrzękiwaniu wieszaków, suchych trzaskach rozpinanych klamer i chrzęszczeniu rozrywanych zamków, jeżeli przez nieostrożność i pośpiech przycięła materiał.
- Tak prędko się poddajesz?
- Jestem cierpliwy. Poczekam aż zaczniesz wyprzedawać towar za bezcen.
- Nie doczekasz się. Wkrótce pozostanie ci tylko kradzież. - Uniesiona do ust butelka zatrzymała się. - Można ukraść wiele, począwszy od pocałunku i na sercu skończywszy. Jedna noc powinna leżeć w granicach twoich możliwości.
- Dlaczego uznałeś, że zależy mi na tyle, żeby kraść? Czy chociaż przez moment w twojej głowie zaświtała myśl, że może być mi to zupełnie obojętne, Claude?
Claude z uśmiechem wzruszył ramionami. Właściwa odpowiedź spłynęła przełykiem wraz z alkoholem.
- Przecież to tylko akademickie rozważania, Ralf, nic więcej.
Kroki stanowiły znak do zarządzenia przerwy, jak pojedyncze uderzenie w gong. Fei wyrosła przed nimi z przejęciem wymalowanym na twarzy, która przypominała teatralną maskę z dynastii Ming naznaczoną strachem poprzez jedno zanurzenie w kadzi z barwnikiem.
- Ktoś tu jest.
- Ilu?
- Gdzie?
Zanim otrzymali odpowiedź powietrze niczym samotny bełt z kuszy przeciął przenikliwy gwizd; ciche i zniekształcone przez tłumiące je mury słów nie dało się ani zrozumieć, ani też udać, że stanowiły jedynie wytwór niezdrowo pobudzonej tym pojedynczym bodźcem wyobraźni.
- Na tyły. Wyjdziemy pożarowymi.
- Nie siej niepotrzebnej paniki, Claude - Ralf niespiesznie opuścił nogi na ziemię; jego spojrzenie już tam było, jak oczekujący na pierwszy wystrzał pies myśliwski niespokojnie omiatało wyjście w poszukiwaniu tropu do podchwycenia; w nadziei na to, że w zasięgu wzroku wreszcie pojawi się zbroczona przemieszaną z błotem krwią zwierzyna. - Kule przeciwko pięściom, w najlepszym wypadku nożom.
- Oboje wypiliśmy o jeden kieliszek na dużo, by móc uciec gdyby to zawiodło.
- Być może-
- Mam ci przypomnieć czym ostatnim razem zakończyło się wyciąganie ręki do naszych sąsiadów?
- Nie zamierzam żyć w cieniu twojego nieustannego strachu.
- Odejmij drugą część, Ralf - wtedy wszystko zacznie się zgadzać. A teraz proszę, chodźmy.
Od holu oddzielały ich zasieki z zastawionych krzesłami stolików oraz pas ziemi niczyjej; przez jedno uderzenie serca był przekonany, że Ralf zdecyduje się przez nie przedrzeć i wyruszyć na zwiad, ale nie, on z wyraźnym ociąganiem podążył w stronę zaplecza dostawczego i przejścia służbowego, którym mogli przemknąć niepostrzeżenie jak szczury przewodami wentylacyjnymi w ścianie; Claude przepuścił go w drzwiach przed sobą, walcząc z nieodpartym wrażeniem, że gdyby pozwolił tylko zostać mu w tyle i zamknąć kolumnę za którymś razem nie zastałby go tam, rzuciwszy za siebie okiem.

Edytowane przez wewau dnia 20-09-2016 17:25
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo

Kolejne fragmenty świata pędziły i hamowały tuż przed nim, jakby wyszedł na ulicę w godzinach szczytu; mógł w każdej chwili zostać przez któryś potrącony - tuż przed oczami pojawiał mu się znikąd Claude, z którym cudem uniknął zderzenia; z obrotem napotkał sunący się na niego plakat, przykrywający cegły budynku jak plandeka ładunek; barierka uderzyła o biodra niespodziewanie niczym przeciskający się między autami motocyklista - i dać każdemu kolejnemu pogruchotać mieszające się z mięsem kości; lawirował jednak między nimi beztroski jak powietrze wprawiane przez przeciwne fronty w zawirowania; miał dobrą polisę ubezpieczeniową, zadrapanie, złamanie - nawet wstrząs! - całkiem mu się opłacały. Wkrótce sparaliżował tak cały ruch uliczny; pauza; spokojnie przeszedł między kolejnymi znieruchomiałymi samochodami. Niebo zalewało świat żółcią, której karaty pobrzękiwały cicho w plecaku Fei.
- Szczeniak - Ralf szturchnął Claude'a ramieniem.
Claude szedł przyśpieszonym krokiem nieletniego przestępcy, któremu wartujący za rogiem koledzy podszepnęli psy; oglądał się za ramię jakby dopatrywał się na ulicy radiowozu, który ktoś musiał na niego nasłać; Ralf dotrzymywał mu kroku, choć sam był na tyle pewien własnej niewinności by migotanie syren widzieć jedynie na dnie jego oczu.
- Co?
- Zwiewasz jak szczeniak, Claude - masz w kieszeniach hasz czy puszki?
- Nie drzyj się.
Ralf otworzył szerzej usta i nabrał w nie powietrza, tylko po to by wypuścić je z niemym śmiechem gdy karykaturalna powaga ścięła wyraz jego twarzy.

Jedno z młodych drzew w parku ugięło się gdy owiał jego pień ramieniem; uczepił się go jak zbłąkana reklamówka. Alkohol go znieczulił i paliła go jedynie żarząca czerwień policzków.
- Nie rozumiem jednej rzeczy.
- Tylko jednej?
Usta wygięły się w uśmiech stopione ciepłym oddechem.
- Przecież zależy nam na ludziach. Za dzień lub dwa będziesz powtarzał, że powinniśmy tam zostać i-
- Ralf. Gdyby Fei chciała mogłaby przewrócić cię jednym palcem.
- Nie musiałabym cię nawet popchnąć.
- Wystarczyłoby wyciągnąć rękę.
Zaczepnie wyciągnięte w jego stronę ramię opadło spiłowane stępionym spojrzeniem. Nie podobały mu się prewencyjne nuty w ich głosach i gdyby nie przejmujące go w bezruchu rozanielenie poprawiałby je i kazał powtarzać, dopóki nie wpasowałyby się w spisaną przez niego partyturę.
Zaczęło kropić.
Niewidzialne dłonie ciągnęły rogi pawilonów ogrodowych w górę, jakby martwi domagali się przemycenia do nieba pamiątki z Chin, a one same, wraz z wijącymi się pod nimi smokami, których wystawione na zewnątrz łby wypatrywały światków tej kradzieży, chciały mieć jak najmniej wspólnego z tym co działo się na ziemi, od której ich nogi nie mogły się oderwać. Na krawędziach obojętnie kwitły pąsowe lotosy; krótki jak łzy radości deszcz spadał z dougongów w odludną próżnię; z brzegów ziemi wylewały się oceany i tą samą bryzą, która znosiła pojedyncze krople na twarze Fei, Ralfa i Claude'a ochlapywała skórę słoni tracących równowagę na mokrych kaflach karapaksu. Mokre włosy przywierały do czoła; słodki zapach puszczonych przez liście soków oklejał płuca; ciężkie krople zakotwiczały ubrania w skórze; poziom wody w karbach obuwia podniósł się równie szybko co opadł.
Fei zamachała mu przed oczami zgarniętą ze sklepu bluzką jakby ścierała z nich szmatką zamglenie; popatrzył na zmięty materiał, znów na nią, znów w niewyraźną przestrzeń. Przytaknął z wymuszoną aprobatą, zaśmiała się, pomachała znów czymś innym, obraz wyostrzył się i znów rozmył, jak lustro parujące po gorącej kąpieli, przytaknął, przytaknął, jej uśmiech rósł i pękł jak balon.
- Kto to?
W ciągu ospałego mrugnięcia oczu Ralfa głowa Fei obróciła się w jego stronę jakby pstryknięcie palców wyrwało ją z hipnozy.
- Gaspard.
Pojedynczy skurcz histerycznego śmiechu.
- Co?
Claude popatrzył na niego pustymi oczami.
W kącikach jego własnych mignęły dwa lub trzy zwracające uwagę cienie, ale to była pulsacja podwyższonego ciśnienia, ożywione wiatrem konary, ptak, całe ich stado, albo ciążące na rzęsach krople wody. Cisza szumem deszczu szeptała, że byli jedynymi ludźmi na ziemi; kłamała równie sprawnie co on.
- Zdawało ci się.
Czerń mokrego asfaltu próbowała ośmielić szyldy i latarnie; jeśli tylko by zabłysły odpowiedziałaby lojalnie tym samym, na podobieństwo lustra rozbłyskując kolorowymi plamami światła. Podeszwy wystukiwały w nim melodię jak palce na pianinie, cofając się i przeskakując między kolejnymi klawiszami w powtarzających się co raz zachwianiach.
Ralf ukłonił się otwierając drzwi hotelu; Fei zdążyła podłapać uwagi Claude'a o błądzeniu i gubieniu tropu; jej krótki aplauz zniósł uśmiechając się z przekąsem w podłogę.
Cofnął się ze schodów na piętro; ledwo o nie zahaczył i usunął się z drogi zbiegającej po nich ciemności, która ruszyła na niego jak stado przepłoszonych nietoperzy z jaskini; mógł potknąć się i wybić zęby; skręcić albo źle postawioną nogę, albo kark przy utracie równowagi. Claude zaśmiał się ze zrozumieniem; Fei otworzyła szerzej błyszczące bielą białek oczy i nie słysząc za sobą kroków obróciła się w ich stronę.
Zawahała się i przykryła niepokój cienkim uśmiechem; prześwitywał spod niego jak skóra spod białej, przemoczonej bluzki.
- Boicie się?
Ralf pokręcił głową i zrobił parę kroków w tył.
- Nie chcę iść sama.
- Powinnaś przebrać się w suche ubrania.
- Nie chcemy przeziębienia.
- Możesz tu przecież wrócić gdybyśmy nie dali rady wspiąć się na górę. - Zaśmiał się przepraszająco.
Nadal stała w miejscu.
- Karta.
- To jak nawiedzony hotel, wiecie...?

Ralf oparł się o jedną z kanap w lobby, jakby czekał na recepcjonistę; Claude odezwał się z recytatorską manierą jak w pustym teatrze na próbie:
- Nawiedzaj albo bądź nawiedzanym.
Zaśmiał się.
- Poluj albo bądź upolowanym?
- Nie, nawiedzaj. Wołam o inicjatywę.
- Wolę drugą wersję. Zostawimy pułapki, zapuścimy sidła, potrzaski?
- Wolę abyś znalazł jej lepsze zastosowanie, niż-
- Niż co, Claude? Jeszcze zaskomlesz o przywleczenie ci kogokolwiek do-
- Dobicia targu? Póki co nie udało mi się to nawet z tobą, może jeszcze poćwiczymy?
- Chcesz zaliczkę?

Edytowane przez Choo dnia 24-09-2016 17:53
 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

- Nie przy dziecku.
Niepoprawny śmiech. Rozgrzany jak sama woda ognista oddech Ralfa przyjemnie podrażnił kark; opasał go niczym wełniany szal w jesienny poranek i podobnie jak on prześliznął się wzdłuż szyi zanim zostawszy machinalnym ruchem podsuniętym wyżej musnął brodę i wreszcie przy nieznacznym przekrzywieniu głowy - jakby wypowiedziane przed momentem słowa zdążył już porwać bezlitośnie chłoszczący plecy szkwał; powtórz proszę, Ralf - wargi.
- Pora dorosnąć - to twoje własne słowa.
- Wyrwane z kontekstu i obrócone przeciwko mnie.
Wyrachowanie w jego uśmiechu czuł w załamaniach kącików ust i samym ich napięciu, które przypominało o sobie przy każdym wypowiedzianym na głos słowie, mile łechczącym jego własne usta; w naprężeniu mięśni pod palcami; w niesłabnącym zakleszczeniu nogi, na którą zmuszony był przenieść ciężar ciała z chwilą wsunięcia jej pomiędzy kolana rozpartego pod nim Ralfa, który bez większego wysiłku mógłby zrzucić go z siebie i kanapy. Nie zrobił tego.
- A ty nie masz nic przeciwko temu.
Replika spłynęła wraz z wydechem oraz zmierzwionymi włosami, które poddały się ciążeniu i opadły na oczy przy zmianie kąta nachylenia. Kolejne przygryzienie uniemożliwiło mu zabranie głosu; kolejne ukłucie bólu uśmierzone przez przyjemność, która czerpała z tego samego źródła.
- Co z pozorami? Uważasz, że nadal uchodzilibyśmy w jej oczach za porządnych i wiarygodnych?
- Rozejrzyj się dookoła, Claude. Ten widok jedynie by ją uspokoił.
- Skoro już przy tym jesteśmy, z mojego łóżka mielibyśmy wprost nieziemski na panoramę miasta.
- Niesamowite w jak krótkim przedziale czasu przeszedłeś od przyzwoitości do kompletnego jej braku.
- Ten jeden raz wziąłem z ciebie przykład.
Kroki Fei wwiercały się w uszy, podobnie jak ich imiona powtarzane naprzemiennie w celu uzyskania zapewnienia, że nie zniknęli, nie rozwiali się wraz z dymem papierosów ani - w znacznie szerszej perspektywie - nie byli jedynie efemerycznym przywidzeniem, deliryczną projekcją trawionego gorączką umysłu.
Skrzypienie siedzenia nasilało się wraz z ruchami; podnosili się, prostowali i wstawali - temu ostatniemu nie w pełni podołał Ralf, który po poderwaniu się na nogi zakołysał się na piętach w sposób grożący potknięciem o krawędź; zapobiegawczo podtrzymany objął go jak tancerz, który pomylił figury, ale zadecydował udawać, że do niczego takiego nie doszło. Jego ramię ciążyło mu przez wszystkie stopnie pokonywane przy wtórze wysokiego trwożnego pokrzykiwania, ilekroć byli bliżsi zachwiania i upadku niż posunięcia się do przodu; przez przechadzkę kuluarami; przez przeprawę przez wydający się za dnia znacznie krótszym korytarz w samym penthousie, za drzwiami którego zostawili Fei; wkrótce potem większy ucisk rozlał się nań równomiernie, zelżał przy obrocie potrzebnym do zrzucenia z grzbietu kurtki, i znów niecierpliwie przygniótł.

Claude przebudził się przeszyty impulsem - nieskonkretyzowanym, ale właśnie z tego względu uporczywym przeczuciem, niepewien przyczyny i tego, gdzie w zasadzie się znajdował. Rzeczywistość niespokojnych i mętnych mar w niewielkim stopniu różniła się od nowych realiów; w mroku, z którego przedmioty i ludzie dopiero po dłuższej chwili wpatrywania się w niebyt wyłaniali się, odzyskawszy utracone formy rozgraniczenie pomiędzy tym, co stanowiło sumę gry cieni i sennych rojeń, a tym, co istniało i nie pierzchało pod wpływem trzeźwego spojrzenia i pewnego dotyku ulegały niechcianemu zatarciu.
Przez zasnute mgłą okna do środka wsączała się mleczna poświata szarego brzasku; ptaki odzywały się z rzadka - ich śpiew tonął w tym parnym kokonie, którym niczym poczwarka jedwabnika spowity był Tianjin w porze monsunu; o chodnik rozbijały się krople dżdżu. Wilgoć niepostrzeżenie wkradała się do mieszkań i wnikała w kości, na balkonach rozkładały się wyprane ubrania, które nawet po wysuszeniu po paru godzinach od odwieszenia tuż po założeniu znów przywierało do ciała jak płachta folii spożywczej.
Poruszenie za jego plecami sprawiło, że odwrócił się; gdyby nie przekrwienie zachmurzone oczy Ralfa dałyby pomylić się z niebem.
- Co ty wyprawiasz? - zamruczał ochryple, unosząc na łokciu. - Idziesz do siebie? Wiesz, która jest godzina?
- Trzecia? Czwarta? - zgadywał niemrawo. - Dobra jak każda inna.
- Ralf, na litość boską, przestań pieprzyć i czuj się jak u siebie.
Sięgnął za siebie na oślep; znaleziona i przerzucona z trudem butelka wody stanęła pomiędzy nimi jak wykrzyknik.
- Połóż się - Przymknął powieki; ognisko bólu zaczynało buzować w tyle czaszki, nie grożąc jednak wybuchem niekontrolowanego pożaru; zaraz też ułożył się na poduszkach, nie zamierzając walczyć ze znużeniem. - Nic się nie stało. Zostań.
Ralf zawahał się, ale po chwili sięgnął po butelkę; chłodne powietrze smagnęło Claude'a jak bicz, wzdłuż kręgosłupa przeszedł dreszcz, kiedy on z powrotem wsuwał się pod kołdrę.
- Mądrze.
- Zamknij się.

Kościste piąstki załomotały o drzwi; wystające knykcie służyły za kołatki, w których rytm uderzeń Fei skandowała jego imię. Ralf potoczył nieprzytomnym wzrokiem dokoła; wyszeptane pospiesznie zapewnienie - "śpij, nie przejmuj się" - sprawiło, że jeszcze na moment zamknął oczy; Claude trąc twarz tak, jakby mógł zeskrobać z niej skorupę zmęczenia niechętnie zwlekł się z rozkopanego posłania.
- Co się stało?
- Ludzie tu są.
Zastrzyk adrenaliny przegnał resztki rozespania.
- Gdzie?
- Na dole, w kuchni. Jeden mężczyzna, dwie kobiety.
- Widzieli cię?
- Nie - zaprzeczyła, ale zawahała się i jakby w próbie przekonania samej siebie powtórzyła: - Nie. Nie widzieli.
- Wejdź - rzucił przez ramię, samemu już zawróciwszy. Ponure myśli krążyły jak wyległe na żer komary; nieustannie powracały pomimo odganiania ich z fanatycznym wręcz uporem.
- Ralf-
- Jest u mnie - przerwał jej, wskazawszy na kanapy w pokoju dziennym. - Zaczekaj, zostań tu. Nie był wczoraj w szczytowej formie - nie zostawiłbym go samego sobie.
Fei została w tyle, nerwowo przestępując z nogi na nogę i raz za razem rzucając okiem w stronę wyjścia; zanim zniknął w sypialni przyuważył jak błagalnie wodziła za nim spojrzeniem. Odwrócił wzrok.
- Ralf? - Przysiadł na skraju łóżka; w tej samej chwili Ralf wzdrygnął się, kiedy jego włosy zostały przeczesane palcami. - Mamy gości.
- Co?
- Nie tak głośno, Fei tu jest - uprzedził, zanim zdecydował się kontynuować:
- Zainteresowali się naszymi zapasami. Dwie kobiety - na nich moglibyśmy się odkuć - i jeden pasożyt; jego prawdopodobnie będziemy musieli się pozbyć. - Pauza. - Jesteś w stanie sprawiać dobre wrażenie?

Edytowane przez wewau dnia 25-09-2016 23:12
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo


- Ty mi powiedz.
Przelane alkoholem naczynia zdawały mu się rozsadzać skórę; jej napięcie ograniczało mimikę i ruchy reszty ciała, które podniosło się dopiero za trzecim razem, jakby silnik pozostawał obojętny na maniakalnie przekręcany w stacyjce klucz. Zamiast głowy miał miękkie, gadzie jajo, w którym poruszyła się gęsta, ciężka masa; niemogący się wykluć wąż przesunął łeb z jednej strony na drugą jak przesypujący się w klepsydrze piasek.
Ralf wlał w zeskorupiałe usta wodę; przyłożył białe czoło do ramienia Claude'a; był uschłą mumią, która nie powinna być ruszana z grobowca. Zamiast twarzy miał nieruchomą pośmiertną maskę - pogodzony ze schyłkiem życia półuśmiech, który zaskarbiłby przychylność sądów; szeroko otwarte oczy, które w jedynym widzianym w przestrzeni punkcie dostrzegały coś zabraniającego im mrugać. Jak nigdy rozumiał ciężar dziesięciu kilogramów złota, które spoczęło na zabalsamowanych ramionach Tutanchamona; miał trociny zamiast wnętrzności i pustkę w miejscu serca; Ozyrys rozłożyłby ręce.
Powoli przechylił głowę, jakby jego szyja mogła skruszyć się w każdej chwili.
Kolejny łyk.
- Czuję się świetne. A ty? Fei? Fei, czy oni byli uzbrojeni?
- Czy zakręciliśmy się tu bez broni pod ręką?
- Nie widziałam-
Fei zdawała się chodzić w miejscu. Ralf znał ten rodzaj niecierpliwości: gdzieś tam był szerszeń, osa, lub pająk, które należało zabić lub wyrzucić za okno; nie rozumiał jak można było się ich bać. Wstał; wykopał scyzoryk z wyściełających podłogę ubrań.
Nadająca kolor białkom farba rozstąpiła się w siatce czerwono-żółtawych pęknięć; jej fragmenty odpadły gdy przetarł twarz i oczy zwilżonym ręcznikiem. Powoli zawiązał buty.
- Idziesz tam?
Idąc nie czuł nóg; miał zamiast nich gnące się pod korpusem patyki.
- Idę na śniadanie.
Długie noce zapoznały go ze wszystkim co mogło pójść nie tak; w ciemnościach jeszcze ich mieszkania przeżył każdą ze śmierci, które mógł ponieść w kolejno rozważanych hotelach; pamiętał czego się bał i wiedział co przerażało właśnie krążących gdzieś pod ich nogami ludzi; całkiem niedawno użyte naczynia; zdjęte ze stołu krzesła; ktoś tu chyba był, ktoś tu chyba jest.
Był jednym z własnych koszmarów i z tym obrazem przed oczami uśmiechał się do siebie kojąco.
- Ralf-
Obrócił się; za nim poszła płachta szlafroku.
- Przecież jesteśmy tym czego baliśmy się sami tu przychodząc.
- Ty jesteś.
- Słucham? Weź-
Przytaknięcie.
- Fei, zostaniesz tu?
Pasożyt; pozbyć; język Ralfa wysunął się spomiędzy oblizanych od środka zębów jakby łeb węża wreszcie przebił się poza błonę skorupy.
Krew płynęła w nim tak szybko, że nie dałoby się rozróżnić pojedynczych uderzeń serca; szumiała jak woda w rurach, które pozbawione ujścia miały zaraz pęknąć. Na przemian obejmowało go zimno i ciepło, jakby na huśtawce przelatywał od cienia do słońca i od słońca do cienia, dzień i noc, dzień i noc, minęły tak całe miesiące; może lata. Musiał przypomnieć sobie dokąd szedł i w jakim celu; zatrzymał się i obejrzał przez ramię.
Claude przystanął. Jego skroń zapulsowała pod przyłożonymi do niej ustami.
- Nie przepłosz-
- Mhm.
Ralf przemielił niezdrowy uśmiech; był przytomny jak nigdy i pamiętał co stało się ostatnio gdy czuł się w ten sposób. Claude patrzył na niego jak na obłąkanego; błękitne punkty w morzu czerwieni falowały obojętnie z każdym spokojnym przeniesieniem wzroku ze schodów poza poręcz, z zakrętu na korytarz, z plamy światła w ciemność.

Nitki trzymające kąciki jego ust w górze strzeliły przecięte zimnym ostrzem; ręka powędrowała z kieszeni do twarzy - jego palce złapały je zanim z trzaskiem rozbiłyby się o podłogę. Ralf przetarł brodę i szczękę; potrzebował chwili na przytwierdzanie do siebie uśmiechu, tym dłuższej im głośniej i wyraźniej - wiedziałem, Ralf - świdrował go wzrok Claude'a - wiedziałem, Ralf, co zamierzasz z tym zrobić? C o zamierzasz z tym zrobić?
Pokręcił głową, wzruszył ramionami, znów się uśmiechnął.
Chłodne powietrze rozlało się dolnym piętrem; podłogę w lobby pokrywały brunatne ślady rozpuszczonych w wodzie grud ziemi; raziły w oczy jak plamy na białym obrusie; połowę z nich musieli nanieść tu sami - pomimo tej przestrogi druga nie bała się pojawić. Jego wzrok jakiś czas biegł po śladach i zatrzymawszy się przed wejściem jednej z restauracji wrócił do Claude'a ze śmiałością, jak pies z trzymanym w zębach patykiem. Zakotwiczył się w jego szerzej otwartych oczach, krok, nie, krok, nie, krok, Ralf, Ralf ruszył przed siebie dopatrując się już tylko ruchu między ścianami, między krzesłami, pod i nad blatami.
Pozwalał głosom zlewać się ze świergotem ptaków i nie zatrzymał się ani gdy rozbrzmiały, ani gdy zamilkły wraz z dosłyszeniem przez ludzi jego niemal sennego pytania:
- Zaparzyć ci kawę czy herbatę?
Ponad mokrymi, rzuconymi na podłogę ubraniami przeszedł jakby były tylko zostawionymi przez sprzątaczkę szmatami; gdzieś zapodział się znak UWAGA ŚLISKO!; pisk podeszwy; w kontrolowanym zachwianiu idąc pochylił się do przodu i zaśmiał na to niemal zmieszany. Gdy zza kotary wiszących na hakach patelni i szpadelek wyjrzały dwie nachylone nad palnikiem sylwetki zatrzymał się, jakby ich widok był chłodnym kompresem na jego obolałą głowę.
Uśmiech, u ś m i e c h.
- Pod którym numerem mieszkacie?
Oddech, oddech,
oddech.
Drgnęły lecz nie cofnęły się, spojrzenia latały po jego błogim wyrazie twarzy, ćpun? Ćpun, aż wreszcie same rozpogodziły się na jego podobieństwo.
- Zjecie z nami śniadanie?
Z kolejnymi oddechami uleciało z nich napięcie, był niegroźny, niewinny, zbłądził jak niemowlę które samo wyszło z kołyski - nie znało jeszcze odmowy i zapoznane z nią zaprotestowałoby pięścią i zębami. Uprzejmość wzięła zakładników; idiotyzm, śmiali się z niej w myślach; trzeci pozostawał na wolności; Ralf jakby ich nie było nastawił wodę.
- Chcecie coś suchego? Ręczniki?
 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

Nieznajomi byli rozbitkami, którzy od zbyt dawna dryfowali po morzu wzburzonych uczuć, a oni sami - jako ci, którzy nie zostali wyrzuceni na ten brzeg przez przypadek; przybili doń z wyboru - świadkami tego jak w nowo przybyłych, jeszcze wykrztuszających z siebie zdziwienie, którym się zachłysnęli przeżycia kotłowały się na podobieństwo wód w cieśninie - zdumienie, głęboki, ale i przelotny namysł, dezorientacja; idea, która w pierwszej chwili została odrzucona z pełnym niedowierzaniem, lecz zamiast rozbić się o nabrzeże w rozbryzgach piany powróciła, poprzedzona narastającym niczym huragan zrozumieniem.
On sam był odbiornikiem radiowym na jednym z wielu unieruchomionych w porcie statków straży przybrzeżnej, widocznych z dachów pobliskich zabudowań. Słyszał szum w eterze nie dlatego, że wskutek katastrofy o globalnym zasięgu zabrakło spikerów, a nadawane na żywo ze studia audycje, które z czasem zastąpiono odtwarzanymi z taśmy przebojami z minionych dekad zawieszono - wręcz przeciwnie; zbyt wiele emitowanych symultanicznie i z identycznym natężeniem transmisji nakładało się na siebie, poszczególne nagrania zlewały się, a on usiłował dostroić się do wszystkich, co skutkowało tym, że jedynie z rzadka z wrzawy jak skały odkryte przez cofające się fale wyłaniały się poszczególne sygnały, a te - wyodrębnione i wyregulowane - nabierały kontrastowej w porównaniu z rwetesem w tle ostrości.
- Angielski? Hanyu? Français?
Języki przeskakiwały jak częstotliwości.
- Deutsch? - wtrącił usłużnie Ralf, choć w jego ustach zabrzmiało to nieomal jak kpina. Sprawiał wrażenie, jakby przywykł do podobnych zajść; jakby codziennie wstawali i witali się z nieproszonymi gośćmi, których na przestrzeni ostatnich dni nie sposób byłoby zliczyć.
- Proszę, wysuszcie się i przebierzcie. Przeziębienie jest ostatnim-
- Gdzie znajdziemy rzeczy?
Angielski.
Kręcone włosy w kolorze pszenicy - choć ciemne odrosty na kilka centymetrów wskazywały na to, że już nie na długo - przylgnęły do czaszki i karku jak wodorosty; zostały odgarnięte za uszy machinalnie i swobodnie pomimo nieuchodzącego uwadze drżenia.
- Mogę po nie pójść - zaproponował; mimowolnie wzrokiem odszukał Ralfa - na jego ustach nadal błąkał się roztargniony uśmiech, tak niedopasowany do uważnego spojrzenia. - Chociaż uważam, że powinniśmy zachowywać się jak cywilizowani ludzie; byłoby rozsądniej, gdyby jedna z was przeszła się na piętro ze mną - wybrałabyś coś dla siebie i dla koleżanki w rozmiarze przynajmniej zbliżonym do właściwego.
Kobiety spojrzały po sobie i pochyliły głowy w niemym porozumieniu; druga z nich przez cały ten czas niecierpliwie za kimś wyglądała.
- Spodziewamy się kogoś jeszcze? - zapytał z życzliwym zainteresowaniem Ralf; skrzypnęły drzwiczki. - Dla ilu osób mam nakryć?
Wahanie.
- Dla pięciu.
- Sześciu - poprawił. - Fei. To nasza przygarnięta z ulicy pociecha - pospieszył z wyjaśnieniem, widząc zaambarasowanie, które rozpierzchło się przy dalszej prezentacji, poprowadzonej z przywdzianym jak karnawałowa maska grymasem wylewnej dobroduszności: - Nazywam się Claude; a to Ralf, mój drogi towarzysz niedoli.
- Zhanna. Pójdę z tobą.
- Shujuan.
- Brakuje Chena.
- Z pewnością wkrótce się znajdzie.
Zęby Ralfa raz jeszcze błysnęły w uśmiechu, odbijając się w szerokiej powierzchni noża, którym rozerwał paczkę chrupkiego żytniego pieczywa.

- Czy on brał?
Zhanna, której kroki skutecznie wytłumiłby dywan, gdyby w ubłoconych butach nie przelewała się mętna woda, rozglądała się jak koneser sztuki na pierwszym wernisażu wschodzącego artysty. Obrazy, rzeźby, ryciny - w odróżnieniu od Fei nie pożerała ich wzrokiem; oceniała; mimo posiadania świadomości, że obcowała wyłącznie z marnymi reprodukcjami zdawała się nimi poniekąd napawać jak powracający z wygnania banita, którego powitano ciepłą strawą i przygotowanym na jego powrót posłaniem; prosta radość z przebywania wśród zapomnianych wygód.
- Ralf? Nie, jest czysty. Świętowaliśmy i szampański nastrój najwidoczniej od wczoraj nadal się go trzyma. Musicie mu to wybaczyć.
- Szczególna okazja?
- Kolejny przeżyty dzień; lepszych nie będzie - Pchnął drzwi. - Fei? Fei, poznaj Zhannę. Potrzebuje suchych ubrań.

- Francuz?
- Aż tak to słychać? Zaczynam współczuć Ralfowi.
Pierwszy nieśmiały uśmiech.
- Ale ty również nie jesteś stąd. Co cię tu ściągnęło? Praca?
- Mąż.
Dotąd wpatrzony w widok za oknem spomiędzy poduszek, którymi zasłany był fotel, z nogami na stoliku do kawy Claude tym razem nie powstrzymał się przed zwróceniem się wprost do Zhanny. Na koszuli, której rękawy musiała podwinąć jak robotnik widoczne były plamy wilgoci zdradzające położenie i rozmiar miseczek biustonosza; zaabsorbowana usiłowaniem zapięcia na sobie spodni nie zwróciła najmniejszej uwagi na to, że on w międzyczasie objął ją czułym spojrzeniem - a kiedy wreszcie zadarła głowę nie w pełni ukryła zakłopotanie pod wymuszenie lekkim:
- Teraz wszyscy jesteśmy wolni.
- Przepraszam, nie powinienem - Utopił wzrok w Haihe. - Chciałem powiedzieć, że rozumiem i mi przykro. Do niedawna też kogoś miałem.
- Dziewczyna?
- Narzeczona.
Pozwolił wybrzmieć temu w ciszy, nabrać mocy; podobnie jak instytucja małżeństwa nasuwała skojarzenia z domowym mirem, tak narzeczeństwo z wyległymi na ulice w ciepłe dni młodymi parami, które w bezzasadnym uniesieniu właściwym wyłącznie zakochanym przechadzały się pod rękę w drodze do parku, kawiarni, kina.
Kiedy zeszli na wspominki - Fei przysłuchiwała się im uważnie - on pozwolił słowom płynąć jak farbie po zagruntowanym płótnie, samemu nanosząc poprawki z umiarem w miarę tworzenia. Nikt nie mógłby zarzucić mu fałszu, nawet igły wariografu; z półprawd rodziły się całe kłamstwa.

- Dla ciebie.
- Nie musisz mnie poszturchiwać za każdym razem, kiedy-
- Przestań narzekać.
Ampułka z roztworem soli fizjologicznej przeszła z ręki do ręki; Ralf uniósł ją pod światło; Claude uniósł brwi.
- Gdybym chciał ci zaszkodzić zrobiłbym to w inny sposób - zauważył, usiadłszy na wolnym miejscu obok. - Te czerwone oczy wołają o pomstę do nieba.
Utrzymujący się na twarzy Ralfa nienaturalny, niepokojący uśmiech rozrósł się jak ognisko obficie podlane benzyną; miał go prześladować jeszcze przez długie godziny po tym jak ostatecznie zniknął z twarzy tamtego.


Edytowane przez wewau dnia 27-12-2016 19:39
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo
i.imgur.com/t2xvtud.png


Trzask pieczywa w zacisku zębów Chena wygiął sekundę ciszy jak znak zapytania; jego głowa pochyliła się niemal twierdząco gdy wierzchem dłoni łapał spływającą z niego marmoladę; tak, tuczysz właśnie ptactwo przed rzezią, tak, niepotrzebnie faszerujesz pieczeń której nikt nie zje, Chen rozejrzał się na boki, nie, nie zdążyłbym zasłonić ust gdyby z uderzeniem pięści wyciekło z nich śniadanie. Ralf popatrzył w talerz; podzielił go na dwa, na trzy i na sześć.
- Mogę?
- Tak. Tak, bierz, nie jestem głodny.
Chen pełzał zamiast chodzić; jego ruchy były głośniejsze od jego słów; jego twarz - spokojna jakby już nie żył albo przynajmniej spał - tylko raz przepuściła na światło dzienne wyraz nieopisanego strachu, gdy zawołany przez Shujuan zastał u jej boku inną osobę niż się spodziewał, to Ralf, Ralf mieszka tu razem z Claude'm; Ralf zrozumiał jedynie swoje i jego imię; Chen rozumiał tylko podstawy angielskiego.
- Długo się znacie?
- Dosyć. Wy?
Chociaż różnica w znajomości języka zdradzała rozwarstwienie społeczne zbyt mocne, aby mogli być rodziną, Ralf chwilę błagał aby nie okazali się kuzynami, przyjaciółmi, znajomymi z pracy, lub sąsiadami z jednego budynku, którzy złączni tą jedną wspólną cechą zacieśnili więzy; Shujuan była do niego podobna jakby podłapali tę samą chorobę i w różnym czasie przejawiali te same symptomy; dopiero później zrozumiał, że to ona zaraziła się tym od niego - równie sprawnie rozmawiając z nim samym naśladowała jego własne maniery.
- Jakiś tydzień.
- Albo dwa.
Zadźwięczenie łyżki o puste dno miski rozniosło się jego myślami jak echo uderzeń gongu. Z rozgałęzień jego nerwów podniosły się do lotu przepłoszone kruki; pozbawione ich ciężaru konary podążyły za nimi w górę jakby chciały złapać je w locie i przywrócić do przetykających je gniazd, w głębi których zalegało ich niewyklute potomstwo - wkrótce znów miały zagiąć się ku ziemi oblepione ich ciężarem. Ralf jak pod melodię zakołysał ramionami; stawy skrzypiały do towarzystwa gnącym się pod szarżą wiatru drzewom. Czuł się jak Judasz podczas ostatniej wieczerzy.
Dopiero wybiła dziesiąta.

- Przytaknęły. On powiedział, że na jakiś czas.
Zasunięta szuflada postawiła kropkę zaskakując w zawiasach.
- Masz nadzieję, że sam sobie pójdzie.
- Tak.
Cisza; Ralf nachylił się do niego; z ust Claude'a jak znad gorącej herbaty uniosło się rozgrzane powietrze.
- Nie zamierzałem odejść jakkolwiek nieswojo się z wami czułem.
- Nami?
- Wiesz co mam na myśli.
- Wiedziałeś?
- Nie - odpowiedział jeszcze zanim rozbrzmiała ostatnia sylaba. - Nie, ale coś było nie w porządku. Nie mogłem spać i nie mogłem wskazać tego przyczyny. To nie rozwiąże się samo.
Claude odsunął się.
- Nieprzyjemne wspomnienie?
- Tak, Ralf, wyobraź sobie, że nie kojarzy mi się to najlepiej.
- Spróbowałoby - zakleszczoną na jego ramieniu dłonią Ralf przytrzymał go w miejscu. - Mam skorzystać z okazji?
- Mam? Może raczej mogę?
- Wyobraź sobie, że pytam o coś innego.
- Masz.
Zaciśnięte dotąd usta rozkwitły w uśmiechu.
- Niech Shujuan wprowadzi się do Fei. Zhanna-
- Do ciebie?
Ralf pokręcił głową.
- Mógłbym oddać jej swój pokój. Masz lepszy widok.
- Skąd pomysł, że nie wolałbym go dzielić z nią?
Ralf rozłożył ręce; chwilę po tym trzymana między palcami karta przecięła powietrze, z ręki Ralfa przeszła do Claude'a, z niej do Chena; miała do niego wrócić jak bumerang.

Gdy krążył między pokojami - woda; ręczniki, gdyby tamte miały nigdy nie wyschnąć; śmiech; o której zjemy obiad? - jego ubrania zdawały się nie nadążać za gwałtownymi obrotami na rozbrzmienie jego imienia, chichotu lub samych kroków, których zagęszczenie przegnało z piętra ciszę; podłogą roznosił się puls uderzających o nią nóg. Oglądał się za ramię czując zalewającą korytarz obecność; napotykając spojrzenie przenosił własne z oczu na ręce, ściany i usta, jakby wprowadzał w bankomacie sekwencję pinu; powoli i twierdząco mrugnął mijając Claude'a.
Chen patrzył na jego twarz ale nigdy w oczy; Shujuan tłumaczyła, że taki jest, sama coraz śmielej przenosząc na niego wzrok; kulili się jakby nadal byli obwieszeni przemoczonymi ubraniami i plecakami.

Ralf zamknął oczy gdy światło słońca przeżarło się przez chmury i zalało jego twarz oślepiającym ciepłem; w rzadkich chwilach, gdy monsun jak respirator w martwe płuca nie wtłaczał w Tianjin powietrza, widoki za oknami znów nabierały nieruchomości fotografii; bladły w miarę upływu godzin jak zdjęcie w przeciągu dekad. Bezruch otoczenia przesiąkał przez skórę do kości; spowalniał oddech i wyciszał bicie serca.
- Już?
Obrócił się uśmiechnąwszy w jaśniejącą przestrzeń. Na schodach stał Claude, trzymając się poręczy jakby spodziewał się upaść na odpowiedź; jego twarz zdawała się nie wiedzieć którą kartą zagrać i zza wachlarzu wstrętu, ulgi, niecierpliwości i ponaglenia widoczne były jedynie szeroko otwarte oczy, w których odbijały się jak kiery, karo, piki i trefle u trzymającego je gracza.
-Tak, Claude, już prawie skończyłem sprzątać podłogę.
Marszcząc brwi zszedł parę stopni niżej.
Na samej krawędzi schodów jak śpiący pies leżał umorusany błotem ręcznik; o ścianę opierał się przesączony brunatną wodą mop; o drugi, czystszy, oparł się dłonią Ralf gdy wolna wskazała na wciąż wilgotne kafle.
- Powiedz im żeby wycierały buty.
- Chen.
- Nie wiem gdzie jest, ale chyba szuka przyjaciół w piwnicy.
- Może sam się-
- Dałem mu latarkę a on albo obiecał ją oddać, albo przyrzekł, że już nie będzie tu potrzebna. Chyba pytał gdzie jest generator, dże-ne-rej-ter - uśmiechnął się Ralf, zadzierając głowę w górę. - Jak nowe koleżanki?
Tym razem to Claude się uśmiechnął.
- Plany na wieczór?
- Czuj się zaproszony, jeżeli nie kolidują z twoimi.
Mrowienie; jeden po drugim na jego nerwach zaciskały się krucze pazury.
Z papierosem w ustach przecierał hol od wejścia do progu schodów i zaprzyjaźniał się z obrazem dzikusa, który zagoniwszy ofiarę pod próg skalny szczuł ją ogniem i włócznią; gdy rozbłyskiwało słońce towarzyszyło mu jego odbicie.
Z piwnicy wyszedł Chen i wzruszając przepraszająco ramionami wrócił na górę; z uniesieniem się w odpowiedzi jego własnych od podłogi zdawały się mieć oderwać meble i rzucone miejscami ręczniki.
Białe światło rozrzedzało chmury jak wlane do kawy mleko.

Edytowane przez Choo dnia 02-10-2016 21:02
 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

Sfaulowana ze śmiechem położyła się na stole, by ponad swoimi ostatnimi bilami sięgnąć po białą; z niedopiętej koszuli wyjrzały ściśnięte piersi, które zniknęły na moment potrzebny do wyprostowania się i znów pojawiły w wycięciu, kiedy tylko pochyliła się. W odróżnieniu od Shujuan, która usprawiedliwiwszy się zmęczeniem wcześnie udała się na zasłużony spoczynek czy Chena, zupełnie niezainteresowanego spędzeniem wieczoru w ich towarzystwie i jedynie z uprzejmości pozostałego z nimi na wzniesienie symbolicznego toastu, zaproponowanego również z uwagi na przemożną chęć zachowania pozorów ogłady, Zhanna zarzuciła żywione z początku uprzedzenia i zdawała się znajdować nawet upodobanie w rozmowie z ludźmi, których nie znała i którym życzliwość przypisała wyłącznie w oparciu o to, co miała możliwość zaobserwować w ostatnich godzinach - o to, co oni chcieli, by zobaczyła. Za jej plecami zmuszeni byli unikać swoich spojrzeń lub - kiedy na to było już zbyt późno, a w holu w cieniu przechadzało się zwabione bluźnierstwami widmo Gasparda, którego istnienie zatarli - zwalczyć nieprzystające chwili rozradowanie, grymasy i gesty mogące zaświadczyć jedynie o nieprawdomówności, gdyby niefortunnym zbiegiem okoliczności zostały przezeń dostrzeżone.
Przyłożenie kija. Poprawienie uchwytu. Uderzenie.
- Przegrywasz, chociaż grasz nieczysto.
- Rozpraszasz mnie. Z Ralfem nie miałbym tego problemu.
Zhanna wyczuwszy, że znaleźli się inni do poniesienia zań krzyża natychmiast zrzuciła z barków ciężar i pozwoliła sobie na zapomnienie się niczym ułaskawiony i zawrócony z drogi na Golgotę w ostatnim momencie skazaniec; wygrzewała się w aurze nienachalnych w swawolności uśmiechów, którymi szczodrze ją obdarowywał; roztapiała się jak kostki lodu, które winny zalegać na dnie szklanki.
Claude pozwolił Zhannie wygrać; przegranym również rekompensowano straty. Przybycie Ralfa wraz z nowymi butelkami, jak i sama jego obecność zmusiły ich do zarzucenia wymiany uścisków; jak spauzowany na potrzeby przygotowania popcornu film kontynuowali ją już pod drzwiami oddanego do jej użytku apartamentu.

- Mogłabym wziąć inny-
- Przestań.
- To nie jest w porządku wobec-
- Gdyby tak było, Ralf nawet nie pomyślałby o oddaniu komukolwiek pokoju.
- Jesteśmy w hotelu, wszystkie pokoje stoją puste. Nie musimy się ściskać.
- Przeważyły względy praktyczne. Śpij spokojnie.
- Może powinnam go zaprosić. - Na twarzy rozlał się uśmiech sięgający oczu mętnych niczym znalezione na zapleczu zaopatrzeniowym importowane piwo. - Wynagrodzić mu to.
Śmiech.
- Albo mi - przecież to do mnie się wprowadził; doprawdy, nie jest nawet w połowie tak wdzięcznym towarzyszem jak ty - to nie kokieteria, n a p r a w d ę! - Ś m i e c h. - To porządny facet, być może lepszy ode mnie - przecież nie on tu stoi i to nie on mnie obszczekuje; to tak dziecinne, ale przecież nie zawsze musimy być poważni. Czy to może zostać między nami?
Przytaknięcie. Zapewnienie. Wystarczyłoby pochylić się i popchnąć, a przekroczyłaby próg i na podobieństwo tonącego bezmyślnie pociągnęłaby go za sobą aż na przygotowane dlań posłanie.
- Muszę przyznać, że odnoszę wrażenie, że niekiedy brakuje mu... Nie umiem tego nazwać. Może zacząłem to dostrzegać akurat teraz, ponieważ nie jest tobą; może brakowało mi osoby tak ciepłej jak ty.
- Gdybyś nie był pijany-
- Nadal uważałbym to za ujmujące, ale nie powiedziałbym tego na głos - mógłbym zostać źle odebrany. Nie uważasz, że pod pewnymi względami to nasza największa klęska? To, że gdzieś po drodze zatraciliśmy wiarę w możliwość zostania docenionym bezinteresownie? Że nie chcemy dostrzegać tego, co zasługuje na pochwałę?
Wywołujące w nim samym mdłości brednie dozował i podawał Zhannie w niewielkich dawkach jak dziecku - święcie przekonanego o uczciwości rodziców - cierpkie z natury leki w syropie, ponieważ w rozpuszczonym w nim cukrze ginął posmak piołunu; jak cudzemu psu tabletki na szczury w kawałku kiełbasy zbyt wysokiej próby, by w innych okolicznościach zaistniała choćby szansa na znalezienie jej skrawków w jego misce.
- Być może masz rację.
- Zhanna?
Wyjrzała ponad jego ramieniem zanim on sam odsunął się na tyle, by być w stanie w cieniu dostrzec zarys postaci Shujuan. Wyraz poirytowania niczym pieczęć przyciśnięta z niepotrzebnym rozmachem do plamy rozlanego wosku odcinała się na twarzy dopóty ten pod wpływem temperatury zbliżonego doń jeszcze na jedno uderzenie serca płomienia ponownie nie rozmiękł, pozwalając na wygładzenie krawędzi.
- Mogłabym cię prosić?
- Zaraz przyjdę.
- To dość pilne.
Claude zwalczył ochotę odpowiedzenia pogardliwym uśmiechem na nieżyczliwe spojrzenie Shujuan.
- Zająłem ci dość czasu. Dobranoc.

Potrącone w zapomnieniu świece wpadły do wanny; wraz z dymem unoszącym się ponad sczerniałymi knotami ulatywały przekleństwa. Niedomknięte dotąd drzwi, kopnięte w krótkotrwałym przypływie wściekłości rozwarły się na oścież. Klamka wryła się w ścianę.
- Boisz się ciemności? - Wyprany ze śladów jakiegokolwiek poruszenia wzrok Ralfa prześliznął się obojętne po zarysowanym wskutek podobnego incydentu murze; tym razem odprysnął tynk.
- Usiłuję się nie zabić - Zrzucony z barków ręcznik miękko uderzył o kafle; Claude dość agresywnie i przez to niedbale przeciągnął go po nich bosą i wciąż wilgotną stopą. - Może zrozumiałbyś, gdybyś przyjebał głową w tę śliską podłogę.
- Zgłoszę usterkę z samego rana. Jak uważasz, to kwestia wymiany żarówek czy wina samych kinkietów?
- Wyświadcz mi przysługę i zapytaj, czy nie znaleźliby dla ciebie pokoju w drugim skrzydle. Przepraszam, zapomniałem - rezerwacje wiążą im ręce?
- Mają wprowadzić się tam kobiety - Rosjanki, Chinki...? Nie interesuje mnie to.
- Shujuan toleruje nas z przymusu - nawet nie zamierza spróbować mi zaufać. Ma krew na rękach.
- Gwałt? - Ralf nie wykazywał zaciekawienia większego niż niepozbawiony tytułów uczony obserwujący wijące się pod szkłem szczepy pospolitych bakterii.
- Zhanna twierdzi, że próba, ale nie zdziwiłbym się, gdyby-
- Przez tyle godzin wyciągnąłeś dość nędzne ochłapy informacji.
- Miałeś przyjemność usiąść przed kołem garncarskim? Ludzie to kawałki gliny, Ralf, ty również - należy rozgrzać je w dłoniach przed ugnieceniem wedle uznania.
- Doprawdy nie wiem co ona w tobie zobaczyła, jeżeli po takim czasie stać cię jedynie na przyrównanie mnie - mnie, Claude! - do nich i grudy ziemi.
- Marmur? - Teatralna pauza. - To przynajmniej wyjaśniłoby bijący od ciebie chłód - ale bez nerwów, z kamieniem też sobie poradzę. Kwestia czasu potrzebnego na znalezienie odpowiedniego dłuta w moim warsztacie.
- Obyś go na mnie nie złamał.
- Nie sądzę.
Materac ugiął się, kiedy przysiadł na jego brzegu.
- Czy Zhannę próbujesz udobruchać w ten sam sposób? Połyka to?
- Nie, Ralf, nie - proszę, nie bądź zazdrosny o zwykłą glinę, skoro właśnie ustaliliśmy, że wyciosano cię z czegoś zupełnie innego niż ją. Zasługujesz na szczególne traktowanie.
- Jak własna kołdra i poduszka na połowie twojego łóżka? To nic wyjątkowego - w dodatku to stan przejściowy.
- Przecież nie musi nim być - możesz tu zostać. Nie przeszkadzasz mi. - Powstrzymywany śmiech przebił się przez szeleszczenie poszewek i pierza; zaraz jednak urwał się jak ucięty nożem. - Chen?
- Nie zawracaj sobie nim głowy.
- Może powinniśmy rozważyć otrucie. On zawadza.
- To może okazać się-
- Trudniejsze niż się wydaje?
- .... nieco ponad twoje siły, ale mogę przystać na ten eufemizm.
- Jeżeli nie zniknie na dniach może zdarzyć się, że raz czy drugi przetrzymam na ogniu czosnek lub pieprz - oni nie wiedzą, że to mi się nie zdarza - i będę musiał was przepraszać za gorycz. Za którymś razem być może przetrzymam wraz z nimi coś jeszcze - bezwonną, bezbarwną trutkę na karaluchy o smaku - cóż za zaskoczenie! - przypalonego pieprzu.
- W tym planie-
- Zostawmy ten temat. Gute Nacht, Ralf.

Edytowane przez wewau dnia 07-10-2016 18:11
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo
i.imgur.com/t2xvtud.png

- Znowu.
Ralf wklepał w policzki wodę po goleniu; jej mgiełka unosiła się znad porów jego skóry jak woń znad płatków kwiatka.
- "Niektórzy nie śpią aby inni spać mogli" - zwrócił się do niego podwijając obsuwające się po drodze rękawy; przysiadł na krawędzi łóżka i nachylił się przy nim.
- Zaprzeczasz właśnie swoim słowom.
- Szekspira - uśmiechnął się.
- Jeśli chodzi o zapewnianie spokoju to ci to nie wychodzi.
- Teraz może nie, ale w szerszej perspektywie to cofniesz. Śpij dalej, skarbie, zawiozę dzieci do szkoły, zadzwonię-
- Ralf.
- Nikt nie każe ci wstawać. Chciałem cię tylko poprosić-
- O rękę? - senny głos przedarł się przez usta, które zdążyły przysnąć po ostatniej wydanej sylabie.
- Innym razem.
Cisza, brwi uniosły się w znaku zapytania, powieki Ralfa mrugnęły klik-klik, jak przesuwająca się klisza, brwi Claude'a uniosły się wyżej i zmarszczyły jak zapis sejsmogramu przy drgnięciu płyty tektonicznej.
- Zrozumiesz.
Wstał.
- Gdzie idziesz?
- Nie tylko ja nie śpię.

- Więc? Jakie są twoje, wasze-
- Nasze - uśmiechnął się Ralf.
- ... plany na dzisiaj?
- Nic szczególnego, przeszedłbym się po śniadaniu na spacer póki nie pada - czasem nie lubię tkwić w miejscu, widzisz, wystarczy mi że zatrzymaliśmy się pod innymi względami - potem pomyślimy o obiedzie, kolacji, dzień jak dzień. Może sama masz jakieś pomysły?
Nieśmiały uśmiech; wzruszenie ramionami.
- Smacznego. Fei już wstała?
- Powinna zaraz tu przyjść, ale mogę ją zawołać.
- Jeśli chcesz. Chwilę rozważałem obudzenie i ściągnięcie tu wszystkich, ale w przypadku Claude'a miałoby to chyba odwrotny skutek. Sam wolałbym teraz spać, ale - pauza; oboje spuścili głowy. Czując domagający się zrozumienia wzrok podał je jej z rozpromienionym uśmiechem jak kelner kolejne zamówione danie; rachunek się nabił; smacznego.
- Mam nadzieję, że mimo wszystko dobrze się ci tu spało.
- Tak - odparła pośpiesznie - tak.
- Kwestia przyzwyczajenia?
Przytaknęła; kolejne zamówienie; s m a c z n e g o.
- Może jednak ich zawołamy?

- Z całym szacunkiem, Ralf, ale sam będziesz tam bezbronny. Mam kolejny raz przez godzinę bać się, że nie wrócisz, bo nie wszyscy mają do obcych nastawienie takie jak my?
- Mam zostać?
- Masz na siebie uważać i się nie zgubić.
- Chen, może z nim pójdziesz? - Fei obróciła się w stronę Chena; Ralf wnioskował znaczenie jej słów z intonacji, kontekstu i drgnięcia Claude'a, który również przeniósł na niego proszący wzrok, jakby twierdząca odpowiedź rzeczywiście mogła oszczędzić mu niepokojów.
Sam także popatrzył na niego pytająco, chociaż więcej pytań - ona wie? rozmawialiście o tym? Fei, czy ty - miał do nich; coś w nim zatrzymało się, wyprostowało plecy i podniosło głowę jak wywołane po imieniu, i nasłuchiwało, gotowe do wykonania mającej iść z tym w parze komendy; Zostaw!; Do mnie!; siad, leżeć. Chen pośpiesznie kiwnął głową i wstał od stołu:
- Plecak.
Ruszył w kierunku schodów, szybko jakby uciekał przed ostrzałem ich spojrzeń.
- Ale wróćcie w ciągu godziny-dwóch i nie każcie nam się martwić.

Promienie słońca ostrzyły się na monolitach bloków mieszkalnych i strzępiły pomiędzy porastającymi budynki krzaczastymi szyldami; jak ciśnięte z nieba strzały wbijały się w chodniki odsłonięte wraz z odpływem zalewających je ludzi, pod których nieobecność ulice wyglądały obco jak nagle obnażone dno morskie. Sieczone nimi powietrze rzedło; plamy wilgoci skrzyły się w szczelinach kostki brukowej i osiadały pod krawężnikami jak przesączone osoczem szwy.
Przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam wybiegało z ust Chena jak mrówki ze zdeptanego mrowiska, przepraszam; cisza skuliła się pod ścianami i zacisnęła oczy, ustępując miejsca miarowemu szumowi drgającemu pod skórą i niosącemu się kośćmi do uszu.
Gdy szli pod ich nogami rozbryzgiwały się kałuże, uczepiając się kroplami nogawek i sznurówek w milczącej przestrodze; głowa Chena jak za pociągnięciem pędzla zarysowała na ścianie czerwoną poszarpaną smugę; miała rozbić się na podobieństwo owocu granatu, m a r t w a n a t u r a, lecz spod zdartej skórki poleciały jedynie pojedyncze lśniące nasiona.
Z poziomu ziemi jego usta zadrgały w konwulsjach wyrzuconej na brzeg ryby przepraszam, przepraszam, chciały sprostować sytuację, nie chciałem cię urazić, ale poddały się i znieruchomiały; tchawica trzeszczała pod podeszwą jak gnieciona puszka; była pełna; Ralf patrzył na niego jak na niedopałek, mający wypuścić ostatnią wstęgę dymu.

Powietrze zeszło mu z drogi odbierając na chwilę dech; zaniosło go pod Ritz-Clarlton jak ręce tłumu wokalistę, który rzucił się w ich morze ze sceny; Ralf oglądał się po drodze i jakby w biegu robił tłumaczenie z mniej znanego sobie języka zamieniał wzburzenie w strach, zadowolenie w grozę, drganie palców w poczucie winy, ZABIŁEM w:
- Shujuan, widziałaś Chena? Czy on wrócił sam?
Jej twarz odbiła niepokój jego własnej jak lustro.
- Nie, może zapytaj-
Szedł już po schodach.
- Chen!
Pustka otworzyła im drzwi jego pokoju; drzwiami pokoju Zhanny rozniosły się dwa uprzedzające uderzenia tylko po to by jej brak za nimi wydusił z niego strapione westchnienie.
- Wiesz gdzie są?
Ze splecionych na piersi rąk wyłuskała jedną i potarła palcami podbródek; był gotowy zrobić to samo, jakby tym gestem podpowiadała mu, że ma zetrzeć krew z twarzy; nie miał jej na niej, na pewno nie miał, przyjrzał się sobie dokładniej niż kiedykolwiek szukając czerwonych odprysków.
Pokręciła powoli głową, westchnął, przerzucił wzrok z niej na korytarz, z korytarza znów na pokój, westchnął ponownie, podparł boki rękoma.
- Co się stało? Ktoś was-
Pokręcił uspokajająco głowo; lekki uśmiech podkreślił: świat nie jest aż taki zły.
- Rozdzieliliśmy się na chwilę, ale gdy go zawołałem nie odpowiedział. Shujuan - zwrócił się do niej, zrobił krok do przodu i zaraz go cofnął - czy on ci coś mówił? Nie chciał do nas dołączać? Albo, nie, poczekaj, nie odbierz tego źle - czy wy też odeszłybyście przy pierwszej takiej okazji? Chyba nie trzymamy was siłą? - pojedyncza nuta histerii przebrzmiała między jego słowami.
- Nie, nie, nie, jestem pewna, że wróci za parę chwil, może godzin.
- Mam taką nadzieję. Czekałem tam na niego z pół godziny, szukałem, ale, Jezu, bałem się, że ktokolwiek, jeżeli ktokolwiek, go-
Westchnienie. Uśmiechnął się gorzko:
- Przepraszam. Niepotrzebnie panikuję, ale tam-
- Wiem. Wiem. Rozumiem.
Chciał się śmiać, nie, gówno rozumiesz, ale zamiast tego odgarnął włosy w roztargnieniu i jakby za nie ciągnąc podniósł kąciki ust w górę.
- Zrobię mu krzywdę jeżeli wróci i powie, że się tylko zagapił.
Shujuan zaśmiała się cicho jakby było to coś nieprzyzwoitego.
- Naprawdę, Jezu; czy on zwykł tak błądzić?
Wzruszyła ramionami; on także; jego głowa pokręciła się na boki jakby chciał przegonić wszystko co niepotrzebnie powiedział, nie chciałem cię denerwować, wybacz.
Chwilę stał w miejscu i patrzył na nią, jakby uspokajał go jej widok; wyminął, ruszył dalej.
- Claude - krzyknął w przestrzeń idąc korytarzem; szybkie kroki Fei wystukały typową dla siebie melodię na płytkach schodów. - Wiesz gdzie są?
- Są? - Shujuan powtórzyła jak echo.
- Chcesz abym z tobą udawał, że tego nie widzę?
- Czego?
- Nie mam pojęcia - uśmiechnął się do niej i obrócił na pięcie. - Fei, czy widziałaś Zhannę albo Claude'a?
Fei zastanowiła się chwilę.
Przytaknęła.
Ralf ruszył za nią skruszony jakby ciągnęła go zapłakanego za rękę. Wyglądał za okna; kręcił się przy recepcji; patrzył na podjazd oczami psa wyczekującego powrotu właściciela.
- Coś się stało? - zapytała wreszcie Fei; Shujuan objęła w narrację jego słowa i widząc, że ta zbladła jakby miała ugiąć się pod wyrzutami sumienia, gładząc ją po włosach przycisnęła do siebie.
- Poczekamy - uśmiechnęła się. - Może rzeczywiście tylko czekał by się stąd zabrać, siedział tylko u siebie, mało rozmawiał. - Ucichła na chwilę jakby zastanawiając się, czy może to powiedzieć: - Głównie jadł.
Fei zaśmiała się.
- Mimo wszystko mam nadzieję, że wróci. Nawet nie wiesz jak po takim czasie cieszyły nowe, normalne twarze.
- Wiem - głowa Shujuan opadła na chwilę i podniosła się, jakby nabrała w dłonie radości i obmyła nią twarz.

Rozkładając naczynia postawił talerz i sztućce i szklankę dla Chena; pilnował by była dla niego porcja; milkł jakby chciał wyłapać jego głos w ciszy.

Ralf nosił w krtani wycie któremu nie mógł dać rozbrzmieć; szum między gałęziami przejętego lasu równie dobrze co watahą mógł być uzbrojonymi kłusownikami.
- Nie musiałeś tego robić.
Przytaknął.
- Jezu Ralf.
Przytaknął.
- Chciałeś.
- Tak. Twoje dłonie są czyste, Piłacie, oboje jesteśmy zadowoleni i chyba to się liczy.
Uśmiechnął się.
Claude patrzył na niego w milczeniu.

Edytowane przez Choo dnia 10-10-2016 21:32
 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

- Proszę, dla ciebie. Chodź.
- Czyżbyś jednak zdecydował się wzbić ponad własną-
- Rozczarowanie! - nie zamierzam cię w żaden sposób nagradzać czy chociażby gratulować. Zhanna zrobiła dla nas pudding jaglany - przerwał mu, przystanąwszy w połowie kroku i zmierzywszy go przy tym nieskrywanie nieznoszącym sprzeciwu wzrokiem, zanim z niesłabnącym uporem zmuszony był powtórzyć:
- Chodź.
- To nie wygląda zachęcająco.
- Wiem. Powiedz jej to - parsknął; na palcu wskazującym kręciły się kluczyki do samochodu. - A mi znajdź sprawny piekarnik lub prodiż - flan au caramel przypadłby ci do gustu. Do tej pory nie każ mi męczyć porcji tego dietetycznego gówna samemu.
Pozbawiony innych uciech Ralf [Claude wzdragał się, ilekroć sam przed sobą na podobieństwo nieubłaganego mentora i ucznia zarazem wciąż powracał do jednego i tego samego pytania problemowego, na które - co uświadomione z pełną mocą mogłoby przyprawić o mdłości - niebudzącą żadnych wątpliwości odpowiedź bez trudu wyprowadził z własnych, choć w tym przypadku nieporównywalnych w skali intensywności doświadczeń: czy jakikolwiek środek o spektrum zawężonym względem tak przemożnego zewu był w stanie ugasić owe raz rozbudzone pragnienie?] - ruszył za nim; on myślał o nocy z osiemnastego na piętnastego marca czterdziestego czwartego roku przed Chrystusem - o dwudziestu trzech ciosach zadanych pod niewzruszonym okiem Pompejusza. Ile otrzymał Gaspard? Czy on sam zasłużył na więcej?
- Dokąd idziemy?
- Ou les squelettes blancs vont a travers l'ombre, courant et sautant sous leurs grands linceuls!

Butelka przeszła z rąk do rąk.
- Chianti - Korek przetoczony od niechcenia pomiędzy palcami wyśliznął się i stoczywszy się po zarzuconych na deskę rozdzielczą nogach odbił się od gumowej wycieraczki; Claude, który od niechcenia dyrygował zastępem smyczków dołączającym do orkiestry uwięzionej na wetkniętym do portu pendrive'ie śledził jego upadek, dopóki ten nie zniknął mu z oczu pod siedzeniem. - Włoskie. Czerwone. Wytrawne.
- Doprawdy nie musisz-
- Nie wiem czy wiesz. Czy na tych waszych wschodnich ziemiach zdarzało się wam pić coś innego niż piwo i wódkę?
- Kiedy już prawie zacząłem rozważać uznanie cię za nieco bardziej oświeconego od tej hołoty zza Renu, ty powracasz do myślenia zasadzającego się na stereotypach.
- Dopóki jedliśmy wspólnie, rozlewaliśmy butelkę wina do obiadu; potem przestaliśmy mieć dla siebie czas. To nie stereotyp, a stwierdzenie stanu rzeczy. Pytam z ciekawości.
Palce rozwierały się, przecinały lub z namaszczeniem gładziły powietrze, wreszcie zaciskały na niczym, a pięść przy oszczędnych podrygach nadgarstka markowała uderzenia i zapowiadała wejście kolejnego instrumentu; zaproszeni przez Śmierć we własnej osobie zmarli wstawali z grobów; dołączały skrzypce.
- Czego słuchamy?
- Danse macabre Saint - Saëns'a. Z dedykacją dla ciebie.
- Starasz się być ironiczny czy dać mi do zrozumienia, że żywisz pewne obawy?
- Miałeś zbyt wiele okazji i nie wykorzystałeś ani jednej - zauważył - a nie udawajmy, że powstrzymuje cię coś innego niż ty sam. Mógłbym wypunktować wszystkie powody, dla których nie stanowisz dla mnie powodu do zmartwień.
- A jednak od wczoraj mnie unikasz.
- Jezu, Ralf. Ciekawe czemu.
- Czy na twojej liście figuruje choć jeden dostatecznie przekonujący?
Przewrót oczami.
- Już samo to, że jesteś zbyt wyrachowany, by nie uszanować własnej ciężkiej pracy - tego wielkiego trudu! - włożonej w tolerowanie mnie przez taki szmat czasu może mieć bezpośredni wpływ na to, że choćby na mój widok nóż rzeczywiście otwierał ci się w kieszeni nie zdecydujesz się mnie nim połaskotać pod żebrami. Osobną kwestią pozostaje to, że nie reagujesz na mnie tak alergicznie. Mam kontynuować?
- Naukę angielskiego? - tak, widzę pewien niewielki postęp.
- Zabawne.
- Pozostawiłeś sobie niewielki margines błędu.
- Nie zostawiłem go wcale. Jeden albo zero. Jeśli się mylę nie dasz mi zbyt wiele czasu na znalezienie i skorygowanie-
Na bok samochodu padł długi cień; zaalarmowany ruchem na pograniczu martwego pola przeniósł spojrzenie z Ralfa, który zdawał się być rozbawiony, choć z równym powodzeniem mógłby uznać to za umyślne z jego strony sprawianie takiego wrażenia na skąpaną w szkarłatnej łunie zachodu Fei. Klamka ustąpiła; pchnięte drzwi rozwarły się szerzej.
- Czy coś się stało?
- Nic takiego. - Urwała, posłyszawszy muzykę. Podobnie jak oni sami powoli przyzwyczaiła się do braku gwaru, braku oznak życia, ciszy tak wszechobecnej, że wwiercała się w uszy jak wiertło dentystyczne w spróchniały korzeń.
Musiał przyciszyć dźwięk, by otrząsnęła się i przypomniała sobie w jakim celu przyszła.
- Zhanna cię szukała, a ja się nudzę, więc powiedziałam, że poszukam.
Chwila skonsternowania. Potem wyciągnięte nogi podkurczyły się, obsunęły i wylądowałyby na ziemi, gdyby Fei nie spojrzała na niego z takim zaskoczeniem, jakby nie zrozumieli się i podjął się zgoła odmiennych czynności niż tych, o których wykonanie został poproszony.
- Już idziesz? - W zapomnieniu z jej ust wydobył się chiński. J u ż? D l a c z e g o? Dlaczego tak ci się do niej spieszy? - dopytywała wzrokiem.
- Nie śmiem kazać jej czekać - wyjaśnił. - Dotrzymaj Ralfowi-
Wypowiedzeniem imienia ściągnął na sobie drugie, nie mniej pytające spojrzenie. D l a c z e g o rozmawiacie przy mnie i o mnie w tym języku?
- -towarzystwa w moim imieniu. Po części obwinia się za to, że Chen nie wrócił - niesłusznie zresztą, ale nie poruszaj tego tematu i nie tłumacz mu tego; to przyniosłoby niedobry skutek.
- Jasne. Mogę zrobić głośniej?

- Claude, czy mogę mieć do ciebie pytanie?
Zhanna roztarła między palcami bazylię przed wrzuceniem do garnuszka; zamieszała sos raz jeszcze przed podaniem mu niewielkiej ilości na łyżce.
- Zostawić czy doprawić?
- To już to pytanie? - zaśmiał się. - Dopraw.
- Nie, nie o to chciałam- Ale to już jest ostre - Zawahała się; musiał wyłuskać spomiędzy jej palców torebkę z chili. Nie umniejszył tym jej skonsternowaniu.
- Lubisz aż tak?
- A ty nie? - Nieprzyzwoity uśmiech; Zhanna tym razem nie wytrzymała kontaktu wzrokowego i z pewnym zakłopotaniem w zdecydowanych dotąd ruchach sięgnęła po ręcznik papierowy, którym z namaszczeniem przetarła blat. - Jeśli nie będzie im to odpowiadać niech gotują sobie sami.
- Niech jedzą ciastka.
- C'est ça. O co chciałaś mnie zapytać?
- Kto ci to zszył? - Podbródkiem wskazała na zwiniętą luźno dłoń, na której nie miał odwagi się wesprzeć; sina zieleń przeszła w żółcienie, a te powoli bladły; na ich tle wyraźnie jak nigdy przedtem odcinała się nić.
- Ralf; on też będzie musiał mi to zdjąć.
- Jest lekarzem?
- Rzeźnikiem amatorem - Palnik zgasł. - Nie miałem większego wyboru.
- Shujuan była pielęgniarką. Być może ona mogłaby to zrobić.
- Tak? - Brwi uniosły się w niemym zapytaniu o to, czy nie potrafiłaby powiedzieć czy Shujuan żywiła doń dostateczną antypatię, by z uwagi na przezorność chcieć mu zaszkodzić; upewnić się, że jedna ręka pozostanie dotknięta kalectwem i przez to przy sobie, a nie talii Zhanny. Zachowawcze udaremnienie próby odebrania swojego siłą. - To byłoby miłe z jej strony. Zapytam po-
- Rozmawiałam z nią. Rzuci na to okiem.
- Jestem zobowiązany.

- Kto cię zszywał?
- Ralf.
Shujuan w milczeniu pokręciła głową; zasznurowane wargi pobielały od zaciskania i rozchyliły się dopiero wówczas, gdy przy mocniejszym pociągnięciu szwu pęsetą wydał z siebie nieartykułowane stęknięcie.
- Boli?
Przełknął zjadliwy komentarz.
- Bawię się wyśmienicie.
- Będzie boleć - uprzedziła. Zhanna, która siedziała tuż obok trzymając latarkę spojrzała na niego ze współczuciem. - Już pominąwszy to w jaki sposób zostały założone - zdążyły wrosnąć. Nie wszystkie, oczywiście, ale części nie wyciągnę; to znaczy mogłabym, ale-
- Mogę z tym żyć, o ile nie będzie przeszkadzać.
- Nie bardziej niż sepsa - Szczęknęła zapalniczka; końce kosmetycznych szczypczyków znalazły się w ogniu. - To szczęście, że w tych warunkach nie wdało się zakażenie.
Szczęście, że nóż wszedł w cudzą krtań - cisnęło się na usta, ale jedynie uciekł spojrzeniem w stronę drzwi, którymi Ralf wszedł później, kiedy na stole przybyło chusteczek pobrudzonych kleksami krwi i osocza, a Shujuan kończyła bandażowanie śródręcza naznaczonego bliznami i przyciętymi pozostałościami nici, exegi monumentum Gasparda.

- Musisz nudzić się na śmierć.
Chociaż mówił prawie szeptem wiedział, że Ralf słyszał każde słowo; ściany łazienki zwielokrotniały siłę głosu.
- Jesteś leżącym, który prosi się o bicie.
- Jestem jedyną osobą, która wie co zrobiłeś - może niedokładnie, ale to nieważne - i nadal rozmawia z tobą z własnej nieprzymuszonej woli.
- Rozwinąłbym myśl, ale zaraz znowu zaczniesz się przed tym wzbraniać.
- Jak dobrze mnie znasz - Od zduszonych świec rozszedł się kontrastujący z zapachem żelu pod prysznic odór spalenizny; wyszedłszy zabrał tę stojącą najbliżej, aby od niej zapalić te w salonie; kiedy zgasły wszystkie te, do których należałoby się podźwignąć z łóżka i przejść kilka kroków, obrzucił Ralfa pytającym spojrzeniem. Na ścianach tańczyły chybotliwe cienie.
- Nie zasnę. Chcesz mi pomóc zabić czas czy mam zgasić wszystkie i samemu poszukać sobie zajęcia?

Edytowane przez wewau dnia 27-12-2016 19:41
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Przejdź do forum:
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Aktualnie online
· Gości online: 2

· Użytkowników online: 0

· Było użytkowników: 211
· Ostatni użytkownik: Acanthi
1,607,050 unikalne wizyty