Zobacz temat
 Drukuj temat
Finite
Choo


Przez jakiś czas milczał, jakby ognisko, które jeszcze przed chwilą w nim płonęło zgasło zalane kubłem zimnej wody; minęła chwila zanim pod czarnymi zgliszczami okazały się wciąż tlić iskry, wskrzeszając w nim zuchwałość zakrawającą na dziecinną.
- Nie będziesz miał czasu na żałobę. - Ralf oznajmił z będącą nie na miejscu pogodnością. - Jeśli ja zginę, dołączysz do mnie w mniej niż pięć minut.
Znał rozczarowany uśmiech, z którym spojrzał na niego Claude. Był to spokojny, smutny uśmiech nauczyciela, który skończywszy tłumaczyć problematykę zajęć wciąż nie był w stanie wyegzekwować od uczniów odpowiedzi na najbanalniejsze spośród zadanych im pytań.
- Popatrz na siebie. Pewnie nawet nie potrafisz wyobrazić sobie jak to jest kogoś stracić. W przeciwnym wypadku dotarłoby do ciebie, że-
- Nie muszę niczego sobie wyobrażać - Ralf zagrzmiał szeptem, brzmiącym jak niespodziewana letnia burza słyszana gdzieś z oddali - bo jeśli zaraz nie przestaniesz panikować jak one, jutro będę miał okazję sobie o tym przypomnieć, Chryste.
- Nie zaszkodziłoby ci lekkie odświeżenie pamięci.
- Nie mów tak.
Dopiero teraz Ralfem przemówił niedopuszczany siłą do głosu strach, którego przysięgał, że nie znał, nie miał sposobności poznać, nawet gdy ten zaglądał mu w oczy, powtarzając Ralf, Ralf, Ralf, przyszła i twoja kolej, Voigt. Claude dostrzegł to.
- Nie zamierzam poświęcić się w tym celu; zapomnij o wszystkim co powiedziałem, nie byłbyś tego wart.
Szturchnął go ramieniem. Obaj przełknęli gorzkie uśmiechy z jakimi dzieci udowadniały sobie nawzajem, że nie boją się ciemności, ani tego, co w niej czyha, ani śmierci.
- Co z tobą, Ralf? Miałeś portfel tak wypchany, że nie znalazło się w nim miejsce na ani jedno zdjęcie? Nawet nie na rodziców? Nie na własne?
Próbował sobie przypomnieć. Ta zabawa w chowanego trwała od dawna, lecz dopiero teraz, przestraszony przejmującą ciszą własnego umysłu, odważył się ją przerwać: mamo, tato, gdzie jesteście? Mam dosyć, poddaję się, wygraliście, słyszycie? Nie uzyskał odpowiedzi, przeciwnie: nabrał pewności, że został tu sam, skończyły się nakazy i zakazy, pouczenia, dobre i złe rady, których rodzice niegdyś mu udzielali. Niewykluczone, że Marzell i Daniela nie poznaliby własnego syna, lecz czy nie takiego zapamiętali go najlepiej? Słyszeli jak przemawiał nim gniew i widzieli, do czego był go w stanie pchnąć - żadne wspomnienie nie potrafiło zatrzeć niesmaku jaki pozostawiło tamte parę incydentów z dzieciństwa, przez które panicznie obawiali się, że kamień, którym kiedyś rzucił zamieni się w cegłę lub koktajl Mołotowa, tak jak Ralf widział to w filmach, w wiadomościach, a wreszcie na żywo. Mogli przełączyć kanał, lecz jakkolwiek nie usiłowaliby uczynić go ślepym i głuchym na przemoc, szczelnie i oburącz zasłaniając jego oczy i uszy, ta i tak przeciskała się pomiędzy ich palcami; zdawałoby się, że przyciągał ją niczym magnes ostre, metalowe opiłki, które raniły ich, dopóki nie wypuścili go z rąk.
Kiedy widział ich po raz ostatni? Rodzinne spotkania stały się niemożliwe do zniesienia przez tę ich ciągłą czujność, nieustanne dopatrywanie się w nim najgorszego, ale podczas gdy Daniela patrzyła na niego z luster, Marzell użyczył mu głosu; nie potrzebował zdjęć aby pamiętać jak wyglądali. O innych nie chciał pamiętać. Pokręcił głową, co Claude przyjął bez cienia zdziwienia.
- No tak. W końcu i w nim i w sercu miałeś miejsce tylko dla pieniędzy. Obrażasz się? Może się mylę?
- Powiedz mi: czy chociaż raz się co do mnie nie myliłeś?
- Nawet jeśli, może to ten pierwszy.
- Może ostatni.
- Może.
Rozmowa wygasła; zdawałoby się, że do ich pokoju zakradł się nieproszony gość i teraz, zdawszy sobie z jego obecności sprawę, zamilkli jakby był przedmiotem przerwanych plotek. To Śmierć, posłyszawszy ich głosy, przyszła posłuchać o życiu, które zastanawiała się czy powinna już ukrócić. Jakiś czas Ralf bawił się trzymaną w dłoni zapalniczką zanim zdecydował się niedbałym gestem wyciągnąć rękę w przestrzeń z nadzieją, że znajdzie się w niej paczka papierosów; Claude podał mu ją z pewną niechęcią.
- Myliłeś się już wtedy, jeszcze z Gaspardem - zaczął wymieniać, lecz nie zdążył dokończyć zdania.
- Naprawdę nie chcę teraz o tym słuchać. I nikt nie powiedział, że oboje byliśmy w błędzie.
- Tak czy inaczej, wyprowadziłeś go z niego dopiero gdy było za późno. Potem błędnie uznałeś, że zostało mi wystarczająco dużo zdrowego rozsądku abym był bezpiecznym towarzystwem.
Claude schylił się ukrywając uśmiech, wbrew woli wykrzywiający dotąd zaciśnięte usta.
- Gdy tak o tym myślę, miałeś rację cały jeden raz: wtedy, proponując abyśmy tak właśnie żyli. I może przy jeszcze jednej, góra dwóch innych okazjach. - Ralf wypluł z ust pozostały w nich dym, zapadając się głębiej w zwróconym w stronę łóżka fotelu. - Chcę w ten sposób powiedzieć, że nie ma ani jednej przesłanki abyś przynajmniej w tej kwestii się nie mylił. Jestem stertą twoich gorzkich rozczarowań i miłych zaskoczeń. Nie wiesz jaki byłem, z kim byłem, dlaczego byłem, chociaż przyznam ci, że na to ostatnie sam nie znam odpowiedzi. Teraz - mogę być kimkolwiek zechcę, ale do diabła, Claude, wcześniej też byłem człowiekiem.
- To tylko przypuszczenia.
- Wysnute na jakiej podstawie? Bo nie idę w twoje ślady, nie spisuję testamentu zanim oni tu przyjadą? A może mam się z tobą na wszelki wypadek pożegnać? Bo potem będę żałować, że tego nie zrobiłem - żachnął się, ale nie pokładając wiary we własne słowa zaraz znowu zmarkotniał, co odebrało im całą ich butność. Zakrywszy oczy dłońmi przetarł je, nie zważając na tlący się między palcami papieros, który jeszcze przez chwilę spopielał się w ciszy. - Przepraszam. Po prostu- ja naprawdę nie byłem aż taki zły.
Claude obserwował go przez chwilę z własnego miejsca, lecz wkrótce odwrócił wzrok, niepewien, czy powinien wyrazić współczucie, czy oskarżyć Ralfa o próbę jego wzbudzenia, a może siebie samego - jego szczęki zacisnęły się - o sprawienie, że zamiast trzymać gardę ten nie spróbował nawet się bronić. Westchnął, wstał, podszedł do okna, które uchylił, wpuszczając do środka zimne powietrze.
- Sam jesteś sobie winien - odezwał się dopiero zaczerpnąwszy parę jego wdechów. - Zdajesz sobie sprawę jak ciężko jest zmusić cię do mówienia? Pozostawiasz mi tylko domysły, a potem jesteś zły, że te odbiegają od rzeczywistości. Przecież wiesz, że ludzie dopowiadają sobie każdą część historii, która została pominięta; litości, Ralf, nie udawaj zdziwionego, że też to robię.
Ralf spojrzał na niego krótko i z wyrzutem, zanim ponownie skupił wzrok na kryształowej popielniczce, rozpraszającej chwiejne światło świecy, które przeszedłszy przez jej zdobienia podpływało do samej krawędzi stołu i wycofywało się, by zaraz znów o nią zahaczyć, jak fale morza, raz za razem nabierające rozpędu by sięgnąć siedzących na brzegu turystów.
- Chodź, pokażę ci coś.
Papieros udusił się własnym popiołem. Uczepiony ręką zasłony Claude spoglądał przez szybę i gdy Ralf ruszył w jego kierunku, przekonany, że tuż pod bramami zobaczy rozpraszające mrok reflektory motocykli, lub że jego twarz wnet omiecie snop przeczesującej teren hotelu latarki, ten wskazał na niebo, niewiele mniej oślepiające gwiazdami niż ona.
- Przyjrzyj się - zachęcił go, samemu zadzierając głowę. - Widzisz tą jasną? Najjaśniejszą.
Ralf przytaknął bez przekonania.
- To byłem ja.
- Nie bądź śmieszny.
- Przysięgam - Claude rozpromieniał uśmiechem, posłanym bardziej nocnemu niebu niż Ralfowi; gdy spojrzał znów na Ralfa o pojawieniu się na jego twarzy jakiegokolwiek wyrazu rozbawienia świadczyło już tylko ułożenie kącików ust, przyjazne w swojej prześmiewczości. - A ty? Kim niby był człowiek, którym uparcie twierdzisz, że niegdyś byłeś?
- Sam nie wiem - wzruszył ramionami. - Wokół czego kręcą się wszystkie gwiazdy?
- Nie jest odkryciem, że twoje ego ma własne pole grawitacyjne.
- Nie wiem co jeśli nie ono trzyma cię na mojej orbicie, ty pieprzony Narcyzie. Możesz być najjaśniejszą z gwiazd, proszę bardzo, ale to nie znaczy, że sam nie świeciłem kiedyś jaśniej od ciebie. Popatrz co ze mnie zostało - Ralf wycofał się spod okien, rozkładając ręce, które wnet ponownie opadły wzdłuż jego ciała.
Dobry Boże, pomyślał, rozbawiony własną grozą, co ze mnie zostało.
Wiatr zawył jakby drobne obłoki chmur, które przeganiał po niebie, były owcami, a on pilnującym ich psem pasterskim; do ranka, zbliżającego się długimi krokami, ich stado miało skotłować się nad miastem. Claude zatrzasnął okno zanim przeciąg zdążył drzwi.
- I skoro tak strasznie wzgardzasz tym, kim według ciebie byłem - dodał Ralf szeptem, jakby ani Claude, ani nawet on sam nie miał tego usłyszeć - naprawdę nie wiem co kazało ci uznać, że to, czym jestem teraz, zasługuje na ratunek.
- Może podoba mi się to kim mógłbyś być - Claude uśmiechnął się ciepło, choć słowa te zdawały się parzyć go w język. - To kim mógłbyś się stać gdybyś tylko chciał. A myślę, że byś chciał. Ja to wiem, ty to wiesz, widzę, że wiesz, nawet inni zdają się domyślać. Nie oceniam cię, kurwa, choćbym chciał - nie jestem lepszy; nie oceniam, bo nawet Bóg by nie śmiał! I jeśli tam jest, jest albo dumny, albo przerażony, kto wie czy nie jednocześnie.
Ralf pokręcił głową, jakby jawiący się na jego twarzy cień uśmiechu był tylko jednym z opadających na nią włosów, które należało strząsnąć.
- Żartujesz sobie.
- Ani trochę. Zapytam go jeśli mnie do siebie wpuści. Może on mi podpowie co mam o tobie myśleć?
- Nie musisz się fatygować.
- Nie pozostawiasz mi wyboru. Kim był Ralf, którego tak zachwalasz?
Iluzją, jego usta zadrgały zaciskając się; zbiorową halucynacją, delirium, w które sam zapadł, odurzony krzywdami, doświadczenie których miało usprawiedliwić każdą, jakiej sam się dopuścił. Claude uniósł brwi ponaglająco, zdążywszy usiąść znów na brzegu łóżka.
- Im więcej o tym myślę tym bardziej jestem przekonany, że nadal nikim, kogo chciałbyś znać.
Westchnienie.
- Zapewniam cię, nie mogło być z tobą gorzej, niż jest obecnie.
- Zdajesz sobie sprawę jak żałosne wiodłem tu życie? - zapytał Ralf ze śmiechem, niemrawo dosiadając się do niego.
- Słychać to po twoim chińskim - Claude wzruszył ramionami. - Nie miałeś nawet okazji się z nim osłuchać, nie umiałbyś przedstawić się bez zawahania, nie nauczyłeś się niczego przez ten blisko rok; może zaprzeczysz?
- Nie musiałem-
- Bo nie miałeś życia poza pracą.
- Lubiłem moją pracę.
- To sobie powtarzałeś aby nie zwariować?
- Wkładałem w nią serce aby nie zwariować.
- Nie do tego służy ten organ.
- Do tego się nadaje kiedy-
Ralf urwał.
- Kiedy co? Kiedy bite dziesięć godzin dziennie spędzasz obciągając przełożonym, bo inaczej nie daj Boże miałbyś czas kogoś poznać?
- Nigdy nie powiedziałem, że nikogo nie poznałem.
- Ale nikogo o kim warto byłoby pamiętać - Claude stwierdził, zapytał go lub oskarżył. Nie uzyskawszy odpowiedzi odchylił się w tył i z tego dystansu zlustrował Ralfa ponownie, to, jak zapadał się sam w sobie, przygarbiony, z oczami wbitymi w podłogę. - Dlaczego?
Złapał go za przegub zanim Ralf zdążył się podnieść.
- Dlaczego? - powtórzył łagodniej, tak że Ralf byłby uwierzył w zmartwienie widoczne na jego twarzy. - Nie powiesz mi chyba, że mogłeś narzekać na brak zainteresowania?
Claude puścił jego rękę dopiero gdy się uśmiechnął.
- Ralf...
Jego milczenie pozostało nieprzerwane. Zacisnął skrzyżowane ramiona w ciasny węzeł i tak, nieruchomo, zdawał się marznąć, nieomal dygocząc z zimna, które ściągnęły na niego wspomnienia.
- Wszyscy trafiliśmy kiedyś na niewłaściwych ludzi - próbował przemówić do niego Claude, choć był pewien, że Ralf go nie słuchał. - To nie znaczy, że powinniśmy przestać dawać szanse wszystkim innym. Tu były ich miliony.
- Co jeśli ja jestem tym niewłaściwym?
W szeroko otwartych oczach Claude'a pojawiło się oburzenie, które przemówiło nim, choć przez chwilę zdawało się, że oniemiał:
- Kto kazał ci tak sądzić?
- Wystarczająco dużo osób abym uwierzył - nie dając łzom polecić z oczu Ralf uśmiechnął się wbrew woli, i dopiero wtenczas, niejako pogodzony z tym losem, rozsupłał zaciśnięte na sobie ręce. Drżący oddech przeszedł w niemy śmiech, a ten uwiązł w gardle.
Claude przysunął się, zmuszając go do spojrzenia sobie w oczy, do dostrzeżenia w nich troski i życzliwości, współczucia, na które Ralf twierdził, że nie zasługiwał; popatrz, prosił, popatrz i zobacz.
- Ale ja w to nie wierzę - oznajmił spokojnie.
- Nie jesteś jedną z nich?
- Nie, nie jestem. Ralf, na Boga, gdybyś mnie przedtem spotkał zaraz byś o tym wszystkim zapomniał.
Przygarnął go do siebie i niemalże przewrócił się pod jego ciężarem; Ralf był jak drzewo, które odrąbane od swoich korzeni czekało na jedno pchnięcie, aby poddańczo runąć w pierzynę leśnego runa.
- Przedtem - Ralf zaśmiał się gorzko. - Przedtem nie zwróciłbyś na mnie uwagi. Może tak właśnie było. Może nawet się na mnie nie obejrzałeś.
Claude pokręcił głową z cierpką dezaprobatą i choć Ralf usiłował się podnieść przycisnął go do ramienia mocniej, tym samym napotykając potylicą rozrzucone u wezgłowia poduszki.
- Jestem pewien, że dałbyś zamówić sobie drinka. Być może w zamian nie mógłbym liczyć na nic poza uprzejmym uśmiechem, ale nawet on byłby niezłym początkiem.
Aby spojrzeć mu w oczy Ralf uniósł głowę i dopiero wtedy, pewien, że Claude nie żartował, pozwolił zdziwieniu przekształcić się w rozbawienie.
- Teraz tak mówisz.
- Nie miałem okazji w innych okolicznościach. Za rzadko wychodziłeś. W innym przypadku dawno byśmy się poznali: byłem wszędzie tam, gdzie cię nie było, było mnie pełno, wszędzie. Miałbym zobaczyć cię i nie zacząć głośno zastanawiać się co taki ktoś jak ty robi w miejscu jak to?
- Masz na myśli Tianjin?
- Gdybym miał na myśli bar zwyczajnie zapytałbym czy się zgubiłeś.
- Może dałbym się odprowadzić do domu.
- Może mój byłby bliżej.
Oparty dotąd na łokciu Ralf zapadł się, pozwalając Claude'owi zobaczyć swój uśmiech tylko przez chwilę, ale ta wystarczyła, aby ten sam zakwitł i na jego ustach.
Leżeli tak chwilę, bezsilni jak ostatnie z ziaren piasku w przesypującej się klepsydrze, odnajdując jedyne pocieszenie w udawaniu, że stos pod nimi był niczym innym niż plażą, wylegując się na której mieli oczekiwać końca - oraz w tym, że koniec oznaczał przewrót. Że mieli znaleźć się na dnie, pogrzebani ciężarem pozostałych, bo taką cenę miał powrót do przeszłości, wrócenie tam, skąd przybyli, przez wąski szklany lejek, spiralną zjeżdżalnię, gdzie każde ziarnko miało swoją kolej. Zdawało się, że przyszła i ich.

Skoro nie chodziło o pieniądze, pyta Claude, dlaczego się tu męczyłeś? Nie chcesz o tym słuchać; gdybym nie chciał, nalega, nie usłyszałbyś tego pytania: może jednak pieniądze? Milczenie, Ralf zastanawia się nad odpowiedzią jak gdyby sam jej nie znał, dłoń cierpliwie przeczesuje jego włosy, powinniśmy je podciąć, słyszy głos Claude'a. Będziesz się śmiał, stwierdza wreszcie, może będę, mówi Claude, ale chyba lubisz mój śmiech? Pokręcił głową, byłem pewien - zaczyna - że wszyscy byli zbyt zajęci gonieniem własnego ogona aby to zauważyć, ja byłem jak pies, Claude, goniłem piłkę, za którą nikt inny nie odważył się pobiec, szukałem jej po całym Tianjinie, słowo, i dopiero niedawno zdałem sobie sprawę: szef jedynie udawał, że ją rzucił, krzyknął aport i schował ją za plecami, zatrzymał dla siebie. Zmylił mnie, wiedział, że na to pójdę, kazał mi się nie przejmować: Ralf, jeśli chodzi o mnie nie mam innego kandydata. To stanowisko jest twoje. To twoja szansa. Czy wiesz, jak ja się cieszyłem? Claude śmieje się: nie byłem jak ty, nie byłem karierowiczem; nie byłem jak oni, Ralf obrusza się, przynajmniej nie do końca. Próbowałeś coś sobie udowodnić, pyta Claude, a może innym? Oni wszyscy to robili, i żaden się nie przyznawał, byłeś dokładnie jak oni. Więc może byłem, przyznaje Ralf, zirytowany i zrezygnowany. Odsuwa się, ale Claude nalega: przecież wiesz, że tylko się z tobą droczę. Na pewno byłeś najlepszym korposzczurem w tej klatce.
Nie wskoczyłem do niej sam, podchwytuje Ralf. Zostałem do niej włożony, choć wtedy zdawało mi się - gorzki śmiech - że naprawdę byłem do tego stworzony, że to moje powołanie, skoro rozmowa przebiega tak dobrze, skoro są mną zainteresowani, skoro rekruter puszcza do mnie oko, głośno mówiąc: zadzwonimy, tak aby wszyscy słyszeli. Dwie godziny później usłyszałem o której mam przyjść: czekamy na ciebie, Ralf. To było świeżo po tym jak-
Po tym jak co, pyta Claude, co się stało? Tym razem Ralf milczy jeszcze dłużej, wypuszcza powietrze ustami, zamyka oczy, otwiera je znów: nie wiem czy ci mówić, nieważne. Zerwałeś z kimś, półżartem zgaduje Claude, a Ralf niemal niezauważalnie przytakuje. Pierwszy raz? Pierwszy.
Mówi dalej: wszyscy sugerowali, że powinienem znaleźć sobie jakieś zajęcie poza pisanym wtedy licencjatem, szczególnie rodzice; oni nienawidzili gdy byłem smutny, powinienem był o tym pamiętać, bo nie minął miesiąc, jak ktoś zapytał mnie o ojca, Voigt, co u niego, pozdrów go od nas koniecznie! To on mnie zachęcał abym wysłał tam CV, co ci szkodzi, Ralf, w najgorszym przypadku nie odpowiedzą. Wtedy wszyscy, włącznie ze mną, dowiedzieli się, że to on załatwił mi stołek. Więc tak, Claude, musiałem udowodnić, że się nadaję, sobie, im, całemu światu, zgadłeś. Ale ja naprawdę się nadawałem.
Pokłóciliście się, Claude marszczy brwi, prawda? Nie, nie, Ralf uśmiecha się smutno, wtedy taki nie byłem, a on, on tylko chciał dobrze, choć ty pewnie powiesz, że mi to zaszkodziło. On cię zepsuł, stwierdza Claude. Nie: ja sam się zepsułem.
Przez chwilę milczą, Ralf obraca w palcach sznurek jego bluzy, aż ten tworzy ciasną pętelkę na jednym z nich, musi puścić, zanim opuszek spurpurowiałby jak wisielec, Joshua. Claude wzdycha. Nikt nie psuje się sam, powtarza, słowo po słowie. Zawsze jest jakaś przyczyna, czy się z nią zgadzasz, czy nie; on cię zepsuł, a jeśli nie on to ktoś inny. Nie powiesz mi chyba, że znalazłeś szczęście w korpo? Sam go szukałem, ale wyjaśnij mi - może niewystarczająco starannie?
Naprawdę myślisz, śmieje się Ralf, że nie szukałem go gdzie indziej? Że nie znalazłem? Miałem je w garści wiele razy. I zawsze przemijało, rozsypywało się w drobny mak, może ściskałem za mocno. Claude mu przerywa: może ono nie było prawdziwe. Wobec tego nie wiem czym jest prawdziwe, Ralf obrusza się. Mógłbym ci pokazać. Naprawdę mógłbym.
Milczą. Myślisz, że to by tak bolało gdyby nie było prawdziwe, Ralf pyta i spuszcza wzrok, choć ten rozjaśnił się chwilową radością. Może wydawało ci się, że jest prawdziwe, Claude patrzy mu w oczy, ale nie było prawdziwe dla nich. Zasłużyłem na to, przekonuje go Ralf, może nie na początku, ale potem? Potem to stało się jedynym, na co ktoś jak ja powinien liczyć. Zasłużyłem sobie.
Niby jak? Claude nie dostaje odpowiedzi, kontynuuje: nikt nie zasługuje na coś takiego, nawet ty. Nawet ja? Ralf śmieje się cicho: zasłużyłem, stając się taki jak oni. To oni cię zepsuli, podchwytuje ponownie Claude. Może mógłbym cię naprawić.


(...)



Edytowane przez Choo dnia 23-01-2019 03:11
 
Przejdź do forum:
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Aktualnie online
· Gości online: 1

· Użytkowników online: 0

· Było użytkowników: 211
· Ostatni użytkownik: Acanthi
1,611,910 unikalne wizyty