Zobacz temat
 Drukuj temat
Finite
Choo


Przez jakiś czas milczał, jakby ognisko, które jeszcze przed chwilą w nim płonęło zgasło zalane kubłem zimnej wody; minęła chwila zanim pod czarnymi zgliszczami okazały się wciąż tlić iskry, wskrzeszając w nim zuchwałość zakrawającą na dziecinną.
- Nie będziesz miał czasu na żałobę. - Ralf oznajmił z będącą nie na miejscu pogodnością. - Jeśli ja zginę, dołączysz do mnie w mniej niż pięć minut.
Znał rozczarowany uśmiech, z którym spojrzał na niego Claude. Był to spokojny, smutny uśmiech nauczyciela, który skończywszy tłumaczyć problematykę zajęć wciąż nie był w stanie wyegzekwować od uczniów odpowiedzi na najbanalniejsze spośród zadanych im pytań.
- Popatrz na siebie. Pewnie nawet nie potrafisz wyobrazić sobie jak to jest kogoś stracić. W przeciwnym wypadku dotarłoby do ciebie, że-
- Nie muszę niczego sobie wyobrażać - Ralf zagrzmiał szeptem, brzmiącym jak niespodziewana letnia burza słyszana gdzieś z oddali - bo jeśli zaraz nie przestaniesz panikować jak one, jutro będę miał okazję sobie o tym przypomnieć, Chryste.
- Nie zaszkodziłoby ci lekkie odświeżenie pamięci.
- Nie mów tak.
Dopiero teraz Ralfem przemówił niedopuszczany siłą do głosu strach, którego przysięgał, że nie znał, nie miał sposobności poznać, nawet gdy ten zaglądał mu w oczy, powtarzając Ralf, Ralf, Ralf, przyszła i twoja kolej, Voigt. Claude dostrzegł to.
- Nie zamierzam poświęcić się w tym celu; zapomnij o wszystkim co powiedziałem, nie byłbyś tego wart.
Szturchnął go ramieniem. Obaj przełknęli gorzkie uśmiechy z jakimi dzieci udowadniały sobie nawzajem, że nie boją się ciemności, ani tego, co w niej czyha, ani śmierci.
- Co z tobą, Ralf? Miałeś portfel tak wypchany, że nie znalazło się w nim miejsce na ani jedno zdjęcie? Nawet nie na rodziców? Nie na własne?
Próbował sobie przypomnieć. Ta zabawa w chowanego trwała od dawna, lecz dopiero teraz, przestraszony przejmującą ciszą własnego umysłu, odważył się ją przerwać: mamo, tato, gdzie jesteście? Mam dosyć, poddaję się, wygraliście, słyszycie? Nie uzyskał odpowiedzi, przeciwnie: nabrał pewności, że został tu sam, skończyły się nakazy i zakazy, pouczenia, dobre i złe rady, których rodzice niegdyś mu udzielali. Niewykluczone, że Marzell i Daniela nie poznaliby własnego syna, lecz czy nie takiego zapamiętali go najlepiej? Słyszeli jak przemawiał nim gniew i widzieli, do czego był go w stanie pchnąć - żadne wspomnienie nie potrafiło zatrzeć niesmaku jaki pozostawiło tamte parę incydentów z dzieciństwa, przez które panicznie obawiali się, że kamień, którym kiedyś rzucił zamieni się w cegłę lub koktajl Mołotowa, tak jak Ralf widział to w filmach, w wiadomościach, a wreszcie na żywo. Mogli przełączyć kanał, lecz jakkolwiek nie usiłowaliby uczynić go ślepym i głuchym na przemoc, szczelnie i oburącz zasłaniając jego oczy i uszy, ta i tak przeciskała się pomiędzy ich palcami; zdawałoby się, że przyciągał ją niczym magnes ostre, metalowe opiłki, które raniły ich, dopóki nie wypuścili go z rąk.
Kiedy widział ich po raz ostatni? Rodzinne spotkania stały się niemożliwe do zniesienia przez tę ich ciągłą czujność, nieustanne dopatrywanie się w nim najgorszego, ale podczas gdy Daniela patrzyła na niego z luster, Marzell użyczył mu głosu; nie potrzebował zdjęć aby pamiętać jak wyglądali. O innych nie chciał pamiętać. Pokręcił głową, co Claude przyjął bez cienia zdziwienia.
- No tak. W końcu i w nim i w sercu miałeś miejsce tylko dla pieniędzy. Obrażasz się? Może się mylę?
- Powiedz mi: czy chociaż raz się co do mnie nie myliłeś?
- Nawet jeśli, może to ten pierwszy.
- Może ostatni.
- Może.
Rozmowa wygasła; zdawałoby się, że do ich pokoju zakradł się nieproszony gość i teraz, zdawszy sobie z jego obecności sprawę, zamilkli jakby był przedmiotem przerwanych plotek. To Śmierć, posłyszawszy ich głosy, przyszła posłuchać o życiu, które zastanawiała się czy powinna już ukrócić. Jakiś czas Ralf bawił się trzymaną w dłoni zapalniczką zanim zdecydował się niedbałym gestem wyciągnąć rękę w przestrzeń z nadzieją, że znajdzie się w niej paczka papierosów; Claude podał mu ją z pewną niechęcią.
- Myliłeś się już wtedy, jeszcze z Gaspardem - zaczął wymieniać, lecz nie zdążył dokończyć zdania.
- Naprawdę nie chcę teraz o tym słuchać. I nikt nie powiedział, że oboje byliśmy w błędzie.
- Tak czy inaczej, wyprowadziłeś go z niego dopiero gdy było za późno. Potem błędnie uznałeś, że zostało mi wystarczająco dużo zdrowego rozsądku abym był bezpiecznym towarzystwem.
Claude schylił się ukrywając uśmiech, wbrew woli wykrzywiający dotąd zaciśnięte usta.
- Gdy tak o tym myślę, miałeś rację cały jeden raz: wtedy, proponując abyśmy tak właśnie żyli. I może przy jeszcze jednej, góra dwóch innych okazjach. - Ralf wypluł z ust pozostały w nich dym, zapadając się głębiej w zwróconym w stronę łóżka fotelu. - Chcę w ten sposób powiedzieć, że nie ma ani jednej przesłanki abyś przynajmniej w tej kwestii się nie mylił. Jestem stertą twoich gorzkich rozczarowań i miłych zaskoczeń. Nie wiesz jaki byłem, z kim byłem, dlaczego byłem, chociaż przyznam ci, że na to ostatnie sam nie znam odpowiedzi. Teraz - mogę być kimkolwiek zechcę, ale do diabła, Claude, wcześniej też byłem człowiekiem.
- To tylko przypuszczenia.
- Wysnute na jakiej podstawie? Bo nie idę w twoje ślady, nie spisuję testamentu zanim oni tu przyjadą? A może mam się z tobą na wszelki wypadek pożegnać? Bo potem będę żałować, że tego nie zrobiłem - żachnął się, ale nie pokładając wiary we własne słowa zaraz znowu zmarkotniał, co odebrało im całą ich butność. Zakrywszy oczy dłońmi przetarł je, nie zważając na tlący się między palcami papieros, który jeszcze przez chwilę spopielał się w ciszy. - Przepraszam. Po prostu- ja naprawdę nie byłem aż taki zły.
Claude obserwował go przez chwilę z własnego miejsca, lecz wkrótce odwrócił wzrok, niepewien, czy powinien wyrazić współczucie, czy oskarżyć Ralfa o próbę jego wzbudzenia, a może siebie samego - jego szczęki zacisnęły się - o sprawienie, że zamiast trzymać gardę ten nie spróbował nawet się bronić. Westchnął, wstał, podszedł do okna, które uchylił, wpuszczając do środka zimne powietrze.
- Sam jesteś sobie winien - odezwał się dopiero zaczerpnąwszy parę jego wdechów. - Zdajesz sobie sprawę jak ciężko jest zmusić cię do mówienia? Pozostawiasz mi tylko domysły, a potem jesteś zły, że te odbiegają od rzeczywistości. Przecież wiesz, że ludzie dopowiadają sobie każdą część historii, która została pominięta; litości, Ralf, nie udawaj zdziwionego, że też to robię.
Ralf spojrzał na niego krótko i z wyrzutem, zanim ponownie skupił wzrok na kryształowej popielniczce, rozpraszającej chwiejne światło świecy, które przeszedłszy przez jej zdobienia podpływało do samej krawędzi stołu i wycofywało się, by zaraz znów o nią zahaczyć, jak fale morza, raz za razem nabierające rozpędu by sięgnąć siedzących na brzegu turystów.
- Chodź, pokażę ci coś.
Papieros udusił się własnym popiołem. Uczepiony ręką zasłony Claude spoglądał przez szybę i gdy Ralf ruszył w jego kierunku, przekonany, że tuż pod bramami zobaczy rozpraszające mrok reflektory motocykli, lub że jego twarz wnet omiecie snop przeczesującej teren hotelu latarki, ten wskazał na niebo, niewiele mniej oślepiające gwiazdami niż ona.
- Przyjrzyj się - zachęcił go, samemu zadzierając głowę. - Widzisz tą jasną? Najjaśniejszą.
Ralf przytaknął bez przekonania.
- To byłem ja.
- Nie bądź śmieszny.
- Przysięgam - Claude rozpromieniał uśmiechem, posłanym bardziej nocnemu niebu niż Ralfowi; gdy spojrzał znów na Ralfa o pojawieniu się na jego twarzy jakiegokolwiek wyrazu rozbawienia świadczyło już tylko ułożenie kącików ust, przyjazne w swojej prześmiewczości. - A ty? Kim niby był człowiek, którym uparcie twierdzisz, że niegdyś byłeś?
- Sam nie wiem - wzruszył ramionami. - Wokół czego kręcą się wszystkie gwiazdy?
- Nie jest odkryciem, że twoje ego ma własne pole grawitacyjne.
- Nie wiem co jeśli nie ono trzyma cię na mojej orbicie, ty pieprzony Narcyzie. Możesz być najjaśniejszą z gwiazd, proszę bardzo, ale to nie znaczy, że sam nie świeciłem kiedyś jaśniej od ciebie. Popatrz co ze mnie zostało - Ralf wycofał się spod okien, rozkładając ręce, które wnet ponownie opadły wzdłuż jego ciała.
Dobry Boże, pomyślał, rozbawiony własną grozą, co ze mnie zostało.
Wiatr zawył jakby drobne obłoki chmur, które przeganiał po niebie, były owcami, a on pilnującym ich psem pasterskim; do ranka, zbliżającego się długimi krokami, ich stado miało skotłować się nad miastem. Claude zatrzasnął okno zanim przeciąg zdążył drzwi.
- I skoro tak strasznie wzgardzasz tym, kim według ciebie byłem - dodał Ralf szeptem, jakby ani Claude, ani nawet on sam nie miał tego usłyszeć - naprawdę nie wiem co kazało ci uznać, że to, czym jestem teraz, zasługuje na ratunek.
- Może podoba mi się to kim mógłbyś być - Claude uśmiechnął się ciepło, choć słowa te zdawały się parzyć go w język. - To kim mógłbyś się stać gdybyś tylko chciał. A myślę, że byś chciał. Ja to wiem, ty to wiesz, widzę, że wiesz, nawet inni zdają się domyślać. Nie oceniam cię, kurwa, choćbym chciał - nie jestem lepszy; nie oceniam, bo nawet Bóg by nie śmiał! I jeśli tam jest, jest albo dumny, albo przerażony, kto wie czy nie jednocześnie.
Ralf pokręcił głową, jakby jawiący się na jego twarzy cień uśmiechu był tylko jednym z opadających na nią włosów, które należało strząsnąć.
- Żartujesz sobie.
- Ani trochę. Zapytam go jeśli mnie do siebie wpuści. Może on mi podpowie co mam o tobie myśleć?
- Nie musisz się fatygować.
- Nie pozostawiasz mi wyboru. Kim był Ralf, którego tak zachwalasz?
Iluzją, jego usta zadrgały zaciskając się; zbiorową halucynacją, delirium, w które sam zapadł, odurzony krzywdami, doświadczenie których miało usprawiedliwić każdą, jakiej sam się dopuścił. Claude uniósł brwi ponaglająco, zdążywszy usiąść znów na brzegu łóżka.
- Im więcej o tym myślę tym bardziej jestem przekonany, że nadal nikim, kogo chciałbyś znać.
Westchnienie.
- Zapewniam cię, nie mogło być z tobą gorzej, niż jest obecnie.
- Zdajesz sobie sprawę jak żałosne wiodłem tu życie? - zapytał Ralf ze śmiechem, niemrawo dosiadając się do niego.
- Słychać to po twoim chińskim - Claude wzruszył ramionami. - Nie miałeś nawet okazji się z nim osłuchać, nie umiałbyś przedstawić się bez zawahania, nie nauczyłeś się niczego przez ten blisko rok; może zaprzeczysz?
- Nie musiałem-
- Bo nie miałeś życia poza pracą.
- Lubiłem moją pracę.
- To sobie powtarzałeś aby nie zwariować?
- Wkładałem w nią serce aby nie zwariować.
- Nie do tego służy ten organ.
- Do tego się nadaje kiedy-
Ralf urwał.
- Kiedy co? Kiedy bite dziesięć godzin dziennie spędzasz obciągając przełożonym, bo inaczej nie daj Boże miałbyś czas kogoś poznać?
- Nigdy nie powiedziałem, że nikogo nie poznałem.
- Ale nikogo o kim warto byłoby pamiętać - Claude stwierdził, zapytał go lub oskarżył. Nie uzyskawszy odpowiedzi odchylił się w tył i z tego dystansu zlustrował Ralfa ponownie, to, jak zapadał się sam w sobie, przygarbiony, z oczami wbitymi w podłogę. - Dlaczego?
Złapał go za przegub zanim Ralf zdążył się podnieść.
- Dlaczego? - powtórzył łagodniej, tak że Ralf byłby uwierzył w zmartwienie widoczne na jego twarzy. - Nie powiesz mi chyba, że mogłeś narzekać na brak zainteresowania?
Claude puścił jego rękę dopiero gdy się uśmiechnął.
- Ralf...
Jego milczenie pozostało nieprzerwane. Zacisnął skrzyżowane ramiona w ciasny węzeł i tak, nieruchomo, zdawał się marznąć, nieomal dygocząc z zimna, które ściągnęły na niego wspomnienia.
- Wszyscy trafiliśmy kiedyś na niewłaściwych ludzi - próbował przemówić do niego Claude, choć był pewien, że Ralf go nie słuchał. - To nie znaczy, że powinniśmy przestać dawać szanse wszystkim innym. Tu były ich miliony.
- Co jeśli ja jestem tym niewłaściwym?
W szeroko otwartych oczach Claude'a pojawiło się oburzenie, które przemówiło nim, choć przez chwilę zdawało się, że oniemiał:
- Kto kazał ci tak sądzić?
- Wystarczająco dużo osób abym uwierzył - nie dając łzom polecić z oczu Ralf uśmiechnął się wbrew woli, i dopiero wtenczas, niejako pogodzony z tym losem, rozsupłał zaciśnięte na sobie ręce. Drżący oddech przeszedł w niemy śmiech, a ten uwiązł w gardle.
Claude przysunął się, zmuszając go do spojrzenia sobie w oczy, do dostrzeżenia w nich troski i życzliwości, współczucia, na które Ralf twierdził, że nie zasługiwał; popatrz, prosił, popatrz i zobacz.
- Ale ja w to nie wierzę - oznajmił spokojnie.
- Nie jesteś jedną z nich?
- Nie, nie jestem. Ralf, na Boga, gdybyś mnie przedtem spotkał zaraz byś o tym wszystkim zapomniał.
Przygarnął go do siebie i niemalże przewrócił się pod jego ciężarem; Ralf był jak drzewo, które odrąbane od swoich korzeni czekało na jedno pchnięcie, aby poddańczo runąć w pierzynę leśnego runa.
- Przedtem - Ralf zaśmiał się gorzko. - Przedtem nie zwróciłbyś na mnie uwagi. Może tak właśnie było. Może nawet się na mnie nie obejrzałeś.
Claude pokręcił głową z cierpką dezaprobatą i choć Ralf usiłował się podnieść przycisnął go do ramienia mocniej, tym samym napotykając potylicą rozrzucone u wezgłowia poduszki.
- Jestem pewien, że dałbyś zamówić sobie drinka. Być może w zamian nie mógłbym liczyć na nic poza uprzejmym uśmiechem, ale nawet on byłby niezłym początkiem.
Aby spojrzeć mu w oczy Ralf uniósł głowę i dopiero wtedy, pewien, że Claude nie żartował, pozwolił zdziwieniu przekształcić się w rozbawienie.
- Teraz tak mówisz.
- Nie miałem okazji w innych okolicznościach. Za rzadko wychodziłeś. W innym przypadku dawno byśmy się poznali: byłem wszędzie tam, gdzie cię nie było, było mnie pełno, wszędzie. Miałbym zobaczyć cię i nie zacząć głośno zastanawiać się co taki ktoś jak ty robi w miejscu jak to?
- Masz na myśli Tianjin?
- Gdybym miał na myśli bar zwyczajnie zapytałbym czy się zgubiłeś.
- Może dałbym się odprowadzić do domu.
- Może mój byłby bliżej.
Oparty dotąd na łokciu Ralf zapadł się, pozwalając Claude'owi zobaczyć swój uśmiech tylko przez chwilę, ale ta wystarczyła, aby ten sam zakwitł i na jego ustach.
Leżeli tak chwilę, bezsilni jak ostatnie z ziaren piasku w przesypującej się klepsydrze, odnajdując jedyne pocieszenie w udawaniu, że stos pod nimi był niczym innym niż plażą, wylegując się na której mieli oczekiwać końca - oraz w tym, że koniec oznaczał przewrót. Że mieli znaleźć się na dnie, pogrzebani ciężarem pozostałych, bo taką cenę miał powrót do przeszłości, wrócenie tam, skąd przybyli, przez wąski szklany lejek, spiralną zjeżdżalnię, gdzie każde ziarnko miało swoją kolej. Zdawało się, że przyszła i ich.

Skoro nie chodziło o pieniądze, pyta Claude, dlaczego się tu męczyłeś? Nie chcesz o tym słuchać; gdybym nie chciał, nalega, nie usłyszałbyś tego pytania: może jednak pieniądze? Milczenie, Ralf zastanawia się nad odpowiedzią jak gdyby sam jej nie znał, dłoń cierpliwie przeczesuje jego włosy, powinniśmy je podciąć, słyszy głos Claude'a. Będziesz się śmiał, stwierdza wreszcie, może będę, mówi Claude, ale chyba lubisz mój śmiech? Pokręcił głową, byłem pewien - zaczyna - że wszyscy byli zbyt zajęci gonieniem własnego ogona aby to zauważyć, ja byłem jak pies, Claude, goniłem piłkę, za którą nikt inny nie odważył się pobiec, szukałem jej po całym Tianjinie, słowo, i dopiero niedawno zdałem sobie sprawę: szef jedynie udawał, że ją rzucił, krzyknął aport i schował ją za plecami, zatrzymał dla siebie. Zmylił mnie, wiedział, że na to pójdę, kazał mi się nie przejmować: Ralf, jeśli chodzi o mnie nie mam innego kandydata. To stanowisko jest twoje. To twoja szansa. Czy wiesz, jak ja się cieszyłem? Claude śmieje się: nie byłem jak ty, nie byłem karierowiczem; nie byłem jak oni, Ralf obrusza się, przynajmniej nie do końca. Próbowałeś coś sobie udowodnić, pyta Claude, a może innym? Oni wszyscy to robili, i żaden się nie przyznawał, byłeś dokładnie jak oni. Więc może byłem, przyznaje Ralf, zirytowany i zrezygnowany. Odsuwa się, ale Claude nalega: przecież wiesz, że tylko się z tobą droczę. Na pewno byłeś najlepszym korposzczurem w tej klatce.
Nie wskoczyłem do niej sam, podchwytuje Ralf. Zostałem do niej włożony, choć wtedy zdawało mi się - gorzki śmiech - że naprawdę byłem do tego stworzony, że to moje powołanie, skoro rozmowa przebiega tak dobrze, skoro są mną zainteresowani, skoro rekruter puszcza do mnie oko, głośno mówiąc: zadzwonimy, tak aby wszyscy słyszeli. Dwie godziny później usłyszałem o której mam przyjść: czekamy na ciebie, Ralf. To było świeżo po tym jak-
Po tym jak co, pyta Claude, co się stało? Tym razem Ralf milczy jeszcze dłużej, wypuszcza powietrze ustami, zamyka oczy, otwiera je znów: nie wiem czy ci mówić, nieważne. Zerwałeś z kimś, półżartem zgaduje Claude, a Ralf niemal niezauważalnie przytakuje. Pierwszy raz? Pierwszy.
Mówi dalej: wszyscy sugerowali, że powinienem znaleźć sobie jakieś zajęcie poza pisanym wtedy licencjatem, szczególnie rodzice; oni nienawidzili gdy byłem smutny, powinienem był o tym pamiętać, bo nie minął miesiąc, jak ktoś zapytał mnie o ojca, Voigt, co u niego, pozdrów go od nas koniecznie! To on mnie zachęcał abym wysłał tam CV, co ci szkodzi, Ralf, w najgorszym przypadku nie odpowiedzą. Wtedy wszyscy, włącznie ze mną, dowiedzieli się, że to on załatwił mi stołek. Więc tak, Claude, musiałem udowodnić, że się nadaję, sobie, im, całemu światu, zgadłeś. Ale ja naprawdę się nadawałem.
Pokłóciliście się, Claude marszczy brwi, prawda? Nie, nie, Ralf uśmiecha się smutno, wtedy taki nie byłem, a on, on tylko chciał dobrze, choć ty pewnie powiesz, że mi to zaszkodziło. On cię zepsuł, stwierdza Claude. Nie: ja sam się zepsułem.
Przez chwilę milczą, Ralf obraca w palcach sznurek jego bluzy, aż ten tworzy ciasną pętelkę na jednym z nich, musi puścić, zanim opuszek spurpurowiałby jak wisielec, Joshua. Claude wzdycha. Nikt nie psuje się sam, powtarza, słowo po słowie. Zawsze jest jakaś przyczyna, czy się z nią zgadzasz, czy nie; on cię zepsuł, a jeśli nie on to ktoś inny. Nie powiesz mi chyba, że znalazłeś szczęście w korpo? Sam go szukałem, ale wyjaśnij mi - może niewystarczająco starannie?
Naprawdę myślisz, śmieje się Ralf, że nie szukałem go gdzie indziej? Że nie znalazłem? Miałem je w garści wiele razy. I zawsze przemijało, rozsypywało się w drobny mak, może ściskałem za mocno. Claude mu przerywa: może ono nie było prawdziwe. Wobec tego nie wiem czym jest prawdziwe, Ralf obrusza się. Mógłbym ci pokazać. Naprawdę mógłbym.
Milczą. Myślisz, że to by tak bolało gdyby nie było prawdziwe, Ralf pyta i spuszcza wzrok, choć ten rozjaśnił się chwilową radością. Może wydawało ci się, że jest prawdziwe, Claude patrzy mu w oczy, ale nie było prawdziwe dla nich. Zasłużyłem na to, przekonuje go Ralf, może nie na początku, ale potem? Potem to stało się jedynym, na co ktoś jak ja powinien liczyć. Zasłużyłem sobie.
Niby jak? Claude nie dostaje odpowiedzi, kontynuuje: nikt nie zasługuje na coś takiego, nawet ty. Nawet ja? Ralf śmieje się cicho: zasłużyłem, stając się taki jak oni. To oni cię zepsuli, podchwytuje ponownie Claude. Może mógłbym cię naprawić.
Przez chwilę Ralf nie odpowiada, lecz zaraz wyjaśnia dlaczego: nie naprawia się aut ze złomowiska. Graty jak ja nadają się tylko na części. Claude poszturchuje go karcąco, leżymy na jednym złomowisku, mówi, ze mnie też niewiele zostało, leżymy i czekamy aż nas zmiażdżą. Może masz części, których potrzebuję, może mam te, których ty.
Ralf odwraca głowę usiłując ukryć niespodziewany uśmiech, ale jest zbyt wolny, czuje pomruk śmiechu Claude'a na ramieniu, w zgłębieniu szyi - bawi cię to? - ta myśl zdaje się łaskotać ich obu. Ralf poważnieje pierwszy: już kiedyś to słyszałem. Claude'a to nie zniechęca: tak, i jesteś wrakiem, bo oddałeś całe serce za cudzy złom. A ja mam tylko je. Moglibyśmy się dogadać, rzuca, lecz zanim Ralf reaguje zmienia temat: spodobałoby ci się tu gdybyś częściej wychodził z biura.
Claude wymienia miejsca, opisuje je, tam był przesmyk między budynkami, drzwi zdające się prowadzić do bunkra, był długi korytarz, niebieskie neonowe światło i masa sztucznych roślin na jego końcu, pokazałbym ci zdjęcia; było ślicznie. Nie tak daleko znajomy przejął bar; mieli podświetlany blat i jeśli piłeś coś z lodem jego kostki miały wytłoczone słowa - piętnaście pięter wyżej tłoczyli logo, a on te słowa - nigdy nie wiedziałeś jakie ci się trafi, szkoda, że byś nie zrozumiał, tyle cię ominęło, Ralf, w tym parku latem otwierali kino w plenerze, stare chińskie kino, było tyle stoisk, tyle jedzenia, które powinieneś był spróbować, tyle miejsc, które powinieneś był odwiedzić, nie mów mi, że nie miałeś z kim.
Wymienia miejsca, jak gdyby usiłował wpisać hasło do dawno porzuconego konta, aż wreszcie oczy Ralfa rozjaśniają się ożywionym wspomnieniem: byłem tam. Pamiętam.
Tam moglibyśmy się spotkać, Claude uśmiecha się, a Ralf nie może poradzić nic na to, że on sam również. Więc mówisz, że byś mnie zauważył, pyta kpiąco i nie wierzy ani jedno słowo, które słyszy w odpowiedzi: musiałbym być ślepy żeby nie. Claude dostrzega to, przewraca oczami, każdy zauważyłby blondyna, który zdaje się nie umieć złożyć zamówienia, to ty nie zwróciłbyś uwagi na mnie, przynajmniej dopóki bym cię nie zaczepił. Mógłbym postawić ci drinka, moglibyśmy wyjść razem na fajkę i nigdy nie wrócić. Gdybyś chciał - dodaje i ucieka wzrokiem, ma zamiar się odsunąć, ale Ralf go przytrzymuje, chce spojrzeć w oczy. Miałbym ci odmówić, dłoń przesuwa się z karku, kciuk gładzi policzek. Nie zrobiłbyś tego? Nie umiałbym.
Mierzą się wzrokiem, który błądzi od oczu po usta, śmieją się z tego, ostrożnie odsuwają od siebie, choć zdają się wiedzieć, że nie na długo. Mógłbym pokazać ci parę miejsc, Claude zagaduje go ponownie, zaczynając od sypialni, pyta Ralf, nieomal dławi się śmiechem, tak, od sypialni, chyba że po drodze musielibyśmy wstąpić gdzieś jeszcze żebyś się zgodził.
- Chyba po gumki - Ralf śmieje się w jego szyję.
- Naprawdę myślisz, że bez nich wychodzę?
- Dogadalibyśmy się.
- Moglibyśmy i teraz, ale jutro o tej porze moje ciało dopłynie do morza, o ile mogę marzyć o przynajmniej takim pochówku.
Ralf ciężko wypuszcza wstrzymany oddech, podnosi się, opiera plecami o wezgłowie, długo waży słowa: nie chce o tym mówić, to nie jest świat, którego powietrzem chciałby oddychać, tęskni za chłodną rześkością nocy, smogiem i zapachem starego tłuszczu, tak gęstym, że mógłby w nim pływać.
- To nie twoje ciało będzie trzeba wrzucić do Hai - spogląda na Claude'a przez ramię sięgając po wodę. Dopiero wziąwszy jej łyk kontynuuje. - Może to ich będzie trzeba zanieść nad brzeg. Nie przewidzisz tego co się tu jutro stanie.
- Czuję to w kościach.
Ralf podaje mu butelkę; Claude długo trzyma ją w dłoniach zanim postanawia się napić, odstawia ją sam, sięgając ponad nogami Ralfa, na których wreszcie kładzie głowę. W ten sposób czekają aż teraźniejszość przeminie jak złe wspomnienie, którego napływ spłukał uśmiechy z ich twarzy. Ralf odgarnia włosy z jego czoła, przeczesuje je, ale jego dłoń nieruchomieje gdy Claude nakrywa ją własną i przesuwa do ust. Są ciepłe i miękkie, mokre od wody; kiedy Ralf zaczyna śledzić ich zarys kciukiem rozciągają się ukazując zęby. Claude zamyka oczy, przez chwilę zdaje się, że mógłby tak wbrew samemu sobie zasnąć, lecz gdy otwiera je nie są ani senne, ani nawet rozmarzone: sięgnij do szafki, mówi. Aż po dno.
- Czego mam szukać?
- Będziesz wiedział.
- Tu niczego nie ma.
Claude wzdycha, niechętnie obraca się i sam zagląda do szuflady, lecz zaraz ją zatrzaskuje: poza książką, tabletkami i prezerwatywami nie ma w niej niczego co miał na myśli. Musi wstać, sprawdza torbę, sprawdza płaszcze, w kieszeni drugiego z nich znajduje coś, co sprawia, że z jego twarzy znika grymas. Niewielki kwadratowy ekran oświetla ją, Claude klnie, niepewien, czy się włączy, czy jedynie zawiadomi o niskim poziomie baterii. Znalazłeś? Kupiłem.
Siada obok Ralfa i chociaż wskaźnik baterii świeci na czerwono przystępuje do przeglądania utworów, przechyla ekran, nie daje Ralfowi spojrzeć na te, które pomija: właśnie tak z tobą jest, odgraża się, pomijasz to, co niewygodne, więc pozwól mi z łaski swojej to, co upokarzające. Ralf nie odpowiada, Claude musi go szturchnąć, aby zrozumiał, że tylko żartuje.
Trzymaj, podaje mu wyjętą z pudełka słuchawkę, to prawa.
Ralf przypomina sobie o kłamstwie, w które chciał wierzyć: w przyłożonej do ucha muszli było słychać szum morza, z którego pochodziła, jakkolwiek daleko by się od niego nie znajdowała. Tym właśnie jest muzyka, którą słyszy - szumem odległego świata, początkowo zakłada: o miesiące. Później rozumie: o dekady.
Kiedyś tego nienawidziłem, tłumaczy Claude widząc jego zdziwienie, mieszkaliśmy razem, a on odmawiał puszczania czegokolwiek innego, król jest tylko jeden i trzyma swój tytuł nieprzerwanie od 1956! Potem nie mogłem tego słuchać, bo zaczynałem ryczeć jak dziecko, aż dotarło do mnie, że tylko to mi zostało. Miałeś tak kiedyś?
Raczej na odwrót, uśmiecha się gorzko Ralf. Tak myślałem, słyszy w odpowiedzi, ale nie myśl, że ja nie. Może będziesz mnie wspominał z uśmiechem jak ja Elvisa: miałem dość, hamując i śmiech i łzy nuci pod melodię, teraz tęsknię. Chwilę patrzy w sufit zanim postanawia znów na Ralfa, jutro możesz zginąć, przekonuje go, albo mogę ja, albo możemy oboje, ale nie zamierzam w tak żałosnym stanie, kręci głową w rytm. Nie ma mowy. Tańczysz?
Tańczyłem, odpowiada mu na ucho Ralf, jak gdyby musiał przekrzyczeć muzykę. Claude unosi brwi: wyglądasz jak ktoś kto nie odchodzi od baru i jedynie patrzy na parkiet z politowaniem, może powiesz mi, że pozory mylą? Ralf nie kłóci się z tym, zależy od dnia, wzrusza ramionami, od towarzystwa; i od tego, Claude pyta, ile wypiłeś? Od tego też, uśmiecha się Ralf, nie wspominając słowem o tym, że parę lat temu nie była mu potrzebna ani kropla. W prawym uchu Elvis ostatni raz powtarza mu, że jest diabłem w przebraniu, w lewym słyszy szept Claude'a: mogę ci nalać jeśli ze mną zatańczysz. Jego oddech łaskocze go w szyję, no chodź, słyszy znowu, drugiej takiej okazji może już nie być. Nie daj się prosić.
Próbuje wyciągnąć go za rękę z łóżka, ale Ralf jeszcze chwilę siedzi na jego krawędzi, jakby mocząc nogi w basenie zastanawiał się czy chce w nim pływać, podczas gdy Claude zapewniał go, że woda jest ciepła. Ralf wstaje dopiero gdy unosi karafkę. Podchodzi do niego cicho jakby płynął, opiera ręce na jego biodrach i brodę na barku, tylko nie przesadzaj, prosi go, po czym sięga po pełniejszą szklankę. Claude obraca się, stukają się nimi, szkło dźwięczy o szkło; za to co było, pyta Claude, za to co będzie, poprawia go Ralf, nie, Claude protestuje: za to co jest. Próbuje się uśmiechnąć, lecz robi to dopiero, gdy sącząc whisky Ralf zaczyna kołysać się w rytm muzyki, choć zdaje się to robić przypadkiem, jak drzewo bezsilne wobec poruszającego nim wiatru.
Tańczyliśmy już raz, przypomina mu Claude; to przepłoszone z pamięci wspomnienie przebiega przed oczami Ralfa, gonione przez setkę pozostałych, jakby zaplątało się w nie, jakby te pętały mu nogi, usiłując zatrzymać tam, gdzie dotąd się kryło: tak, tańczyliśmy. Ucieka wzrokiem w bok, patrzy dokąd biegnie lub skąd ucieka, ale nie może powstrzymać uśmiechu, ani tego, że ręce same odnajdują oparcie w ramionach Claude'a, ani tego, że objęty jego własnymi w pasie czuje radość, którą tak uparcie od siebie odsuwał. Przecież widzę, że kiedyś robiłeś to częściej. Możesz mówić co chcesz, ale nie jestem ani ślepy, ani głupi, choć z tym ostatnim pewnie byś się kłócił, podczas gdy prawda jest taka, że to ty jesteś, jeśli twierdzisz, że mnie oszukasz. Nie próbuję, przerywa mu Ralf, ale mija chwila zanim może to powtórzyć patrząc mu w oczy: naprawdę nie próbuję. Więc dlaczego próbowałeś? Ralf udaje, że przez muzykę nie usłyszał pytania, czuje na sobie jego wzrok i dopiero po chwili rozumie, że Claude nie nalega, lecz prosi o odpowiedź. Nie potrafi jej udzielić. Patrzy na niego przepraszająco, ale oczy Claude'a są cierpliwe i wyrozumiałe jak nigdy przedtem. Zamiast powtórzyć pytanie zmienia je: co się wtedy stało? Co cię tak do wszystkich zraziło?
Nie musi zastanawiać się ani przez chwilę, odpowiedź na nie nieustannie pływa na samej powierzchni jego myśli, jest jak olej unoszący się ponad tutejszymi ściekami, który do niedawna pozostawał w ciągłym obiegu za sprawą ulicznych sprzedawców; czyż nie truł się nim świadomie, z własnej woli i własnego wyboru? Mimo to milczy dłużej niż powinien, zanim odpowiada tak niewyraźnie, że musi powtórzyć, aby Claude go usłyszał: zdrada, zostałem zdradzony, nie raz, nie dwa, nawet nie trzy.
Claude przytakuje, wszyscy kiedyś zostaliśmy, wszyscy znamy ten smak. Ale niektórzy trochę lepiej, uśmiecha się wbrew sobie Ralf, jakby był dumny z tego, że nieustannie czuje go na podniebieniu, że drażni je jak kwaśny, permanentny posmak żółci, nie pozwalając na poczucie żadnego innego. Smak, zapach, potrafię ją wyczuć, śmieje się, sam proszę się o to, by mnie wymieniono, ja się im nudzę. Claude kręci głową: nie znudziłbyś się nikomu gdyby znał cię naprawdę. Gdyby ktoś poznał mnie naprawdę, zaprzecza Ralf, wolałby mnie nie znać w ogóle. Oboje to wiemy. Chce zabrać ręce z ramion Claude'a, lecz ten chwyta jego dłonie zanim zdąża to zrobić i trzymając je nie pozwala mu przestać tańczyć. Ja tak nie uważam, mówi po chwili; czy ktokolwiek znał cię lepiej, niż znam cię ja? Kiedyś tak, odpowiada Ralf, lecz w jego głosie nie słychać przekonania, musi się poprawić: ale znali kogoś innego. Wolałbym żebyś znał mnie wtedy.
A ty mnie, przekonuje go Claude, tak mi przykro, że zostały ze mnie tylko resztki, te, których nikt nie chciał, same twarde kości, ale możesz dostać się do szpiku. Psy wprost za nim przepadają. To przysmak epoki kamienia.
Patrzą sobie w oczy dłużej niż kiedykolwiek, Ralf zdaje się chcieć coś powiedzieć, lecz nie jest w stanie, spuszcza wzrok pierwszy. Kto wybrzydza ten nie je, ciągnie Claude rozbawiony, nie chcesz się chyba zagłodzić na śmierć? Może chcę, śmieje się sam z siebie Ralf, może mam po tym wszystkim jadłowstręt. Claude poważnieje: pokładałeś zbyt dużo wiary w tamtych ludzi, ale to nie znaczy, że powinieneś przestać ufać reszcie. Na przykład tobie? Na przykład mi. Słodki dotąd uśmiech Ralfa cierpnie i gorzknieje: wiesz, wtedy, z Zhanną. Zdziwienie na twarzy Claude'a jest szczere i głębokie, Chryste, Ralf, gdybym wiedział, tak cię przepraszam. Ralf kiwa głową, oczywiście, gdybyś wiedział, przepraszasz, nie przestaje nawet gdy Claude ujmuje jego twarz w dłoń: w porządku, prosiłem się o to. Wcale się nie prosiłeś, Claude przekonuje go, ale gdybyś poprosił o co innego do tego wcale by nie doszło. To mój błąd, ale gdzie Zhanna jest teraz? Tam gdzie inaczej dawno byłbym ja.
Przypatrują się sobie, Claude pogodnieje pierwszy: w życiu bym nie pomyślał, że tak to odbierzesz. Ja też, spuszcza głowę Ralf, lecz Claude przyciąga go tak, że ta znajduje oparcie na jego ramieniu. Naprawdę nie wiedziałem, powtarza mu szeptem i na chwilę przykłada usta do jego policzka. Przywykłem, usiłuje zbyć własne rozżalenie Ralf, ale Claude na to nie pozwala: przecież wiem, że to za każdym razem boli tak samo, że jeśli masz jakąś ranę nie musisz zostać dźgnięty ponownie by poczuć ten sam ból, że on powraca sam z siebie. Ale ty żyłeś z nim zbyt długo, za wcześnie dowiedziałeś się jak to jest, prawda? Ralf milczy, w ten sposób przyznając, że Claude ma rację; kołyszą się nie bacząc na rytm muzyki, której przez krótką chwilę zdają się nie słyszeć. Więcej tak nie zrobię, szept owiewa ucho Ralfa, to się nie powtórzy, deklaruje Claude. Oczy Ralfa otwierają się szeroko, usta rozchylają się, serce bije głośno, ktoś puka z jego wnętrza, grozi, że wyważy drzwi, które sam zamknął; robi krok w tył, lecz Claude nie pozwala mu na następny, splata swoje ręce z jego, przykłada do ust, z ostrożnością składa na obu dłoniach powolne pocałunki: w porządku? Ralf przytakuje, musi otrzeć oko, ale uśmiecha się tak, jak nie robił tego od dawna. Spuszcza głowę, lecz gdy podnosi ją Claude nadal przypatruje się mu z czułym zadowoleniem. Fei ci powiedziała, pyta Ralf, wszystko, słyszy w odpowiedzi, śmieją się z tego cicho, zetknięci czołami. Ale wtedy nie zrozumiałem; obecnie nawet nie muszę się starać, wiesz? Po prostu założyłem, że zawsze taki byłeś, czyli jaki, przerywa mu Ralf. Zachowawczy, Claude patrzy mu w oczy, potem na usta: żeby nie powiedzieć, że wstrzemięźliwy. Ralf odwraca głowę, on dobrze wie, że nie zniesie tego spojrzenia, ale radość, jaką sprawia mu jego skrępowanie jest całkiem niewinna.
Nie byłem. Kiedyś nie byłem. Czyli kiedy, dopytuje Claude, i znów spotyka się z dłuższą ciszą, którą wypełnia muzyka. Zanim tamto się stało? Nie, Ralf krzywi się, to nie przechodzi mu łatwo przez gardło: zanim się powtórzyło, zanim zaczęło się w kółko powtarzać. W jednej chwili słyszysz jak wiele dla nich znaczysz, w drugiej dowiadujesz się, że przestałeś dawno temu. Że dałeś się oszukać jak ostatni debil.
Claude waży słowa, milczy, czekając aż echo pobrzmiewającego w głosie Ralfa gniewu przeminie, zagłuszone melodią. Kobiety takie są, oznajmia nagle z groteskową powagą, ale widać, że powstrzymuje śmiech. Ralf przewraca oczami, wzdycha, męczy się, jak gdyby nie ciągnął go za język, a za jeden z noży, którymi najeżone były jego plecy. Ludzie tacy są, poprawia go; zadowolony? Żebyś wiedział, uśmiecha się Claude.
Żebyś wiedział, całuje jego skroń.
Nie musisz odpowiadać, uspokaja go, ale wtedy, gdy studiowałeś: to był chłopak czy dziewczyna? Ralf śmieje się kręcąc głową, patrzy w bok, w podłogę, wszędzie, byle nie w jego oczy. Claude uznaje, że nie usłyszy odpowiedzi, ale właśnie wtedy Ralf jej udziela: miałem chłopaka. Długo? Trochę ponad dwa lata. Musiał być fajny. Ralf przytakuje: do czasu. Dopóki nie zmarnował ci młodości. Tak. Albo życia. Nie, życie zmarnowałem sobie sam.

Czasami z zewnątrz dochodził do nich głośny, radosny śmiech, innym razem głosy stróżujących przy bramie mężczyzn bądź chłopców cichły - milkli raptownie gdy coś zwróciło ich uwagę, lub stopniowo, krok po kroku, gdy zmęczenie okazywało się silniejsze od niezdrowego zapału, z jakim zaniepokojeni ruchem lub hałasem sięgali broni. Będą zmęczeni, usiłowała dodać sobie i im otuchy Shujuan, będą wkurwieni, syczała Jin. Będą martwi, Fei gryzła się w język; gdyby zacisnęła zęby choć odrobinę mocniej trysnęłaby z niego krew. Spędziły blisko godzinę unikając rozmowy o tym, co nieuniknione, z ustami zakneblowanymi obyczajami, które umarły wraz ze światem, i których postępujący rozkład wydzielał odór nie mniej toksyczny niż robiły to martwe ciała.
Ale Fei była pierwszą, która się od tego uwolniła: chwyciła przegniły ząb, którym usiłowała przeżuć rzeczywistość, szarpnęła, i wypluła zanim choroba przeniosłaby się na pozostałe. Nie była przywiązana do tych zębów; wspomnienie samoistnie wypadających mleczaków, wierzeń, które porzuciła jako dziecko, było wciąż żywe. Nikt nie mógł przekonać jej, że w ich miejsce nie wykształci nowych; a jeśli nie? Wkręci sobie złote. Założy sztuczną, idealną szczękę, jak Ralf i Claude, autentyczny odlew pozbawionych skaz zębów, tak jasnych, że gdyby były prawdziwe wybielanie dawno zabiłoby je w środku.
Lecz to było to, co wszyscy chcieli widzieć: nie szczerby po mleczakach, których Shujuan zdawała dopatrywać się w jej uśmiechu, przypominając Jin, że jest zaledwie dzieckiem, ani nie krwawe kratery po siłą wyrwanych trzonowcach. Chciała mieć komplet, ostry jak ich, ostry jak gilotyna. Zgryz, który sprawiłby, że przed rozpięciem rozporka mężczyźni zastanowiliby się, czy nie odgryzie im kutasa.
Na ten jednak moment zamierzała przypomnieć im o mleczakach. Umiała wykorzystać ulgowe traktowanie, które jej gwarantowały, choć do niedawana sprawiało, że chciało jej się rzygać.
- Jestem zmęczona. Chyba się położę - ziewnęła cicho, patrząc na Jin i Shujuan spod półprzymkniętych powiek. Weźmie tabletkę, którą podsunął jej Ralf, musisz się tylko wyspać, być przytomna, obudzi się za osiem godzin, mniej, jeśli Jin wstanie pierwsza.
- Popatrz na nią i powiedz mi jeszcze raz, że popełniłam z Joshuą błąd chcąc jej tego, właśnie tego oszczędzić-
- Może byś jej oszczędziła; a może byłaby już martwa.
- Ciszej, proszę.
- Łatwo jest ci mówić: oni cię nie tkną, o ile Zedong nie udzieli im zgody. A mnie-
- Ciebie też by nie tknęli - zaświergotała Jin. - Ciebie też by nie tknęli, ale nie będą mieli szczególnego wyboru. Ty albo Fei, a każdy, któremu odmówisz, zwróci się właśnie do niej. Chcesz sprawiedliwości dla niej, dla dziecka? Więc współpracuj, do diabła!
- Ciszej...
- Skończyłyśmy rozmawiać, Fei. Shujuan idzie do siebie.

Niebo rozjaśnia się; świece nie są już potrzebne aby mogli widzieć się w świetle nadchodzącego świtu, niebieskim jak gdyby byli pod wodą, a chmury, do złudzenia przypominając pianę morską, miały przypominać im, że znaleźli się na samym dnie, skąd nie mają szans dosięgnąć powierzchni. Tańczą powoli, opór wody ich spowalnia, muzyka wkrótce urwie się bezpowrotnie. Księżyc jest cienki jak ość.
Przez pierwszy rok, opowiada dalej Ralf, były tylko plotki, żarty, może parę pytań, nie były zadawane na poważnie, więc odpowiedzi również takie nie były; zresztą nawet gdy mówił prawdę robił to w taki sposób, że nikt mu nie wierzył, może to rzeczywiście był żart, który zaszedł za daleko. Ale na niedługo przed końcem wiedzieli już wszyscy: znajomi, wykładowcy, rodzice, czułem się przez to jak idiota. Rodzice? Claude pyta. Powiedziałeś im? Ralf kręci głową: to wyszło przez przypadek. Polubili go, potem znienawidzili, naprawił im syna - cudownie, ale potem oddał to, pewnie twierdząc, że samo się zepsuło. Poczekaj: oni nie mieli nic przeciwko? Ralf śmieje się, trochę przez wspomnienie, trochę przez zdziwienie Claude'a: zrozumieli, że chciałem wtedy zrobić im na złość, więc zrobili wszystko, aby pokazać mi, że nie jestem w stanie. Zawsze tacy byli. Wiedzieli, tolerowali, akceptowali, wspierali, nazwij to jak chcesz; zaskoczony? To nie ich wina, że taki jestem, nie przerywaj, proszę: wiem jaki jestem, a wina jest moja.
Claude milczy; Ralf buja się na boki, jak gdyby dwie przeciwne siły uczepiwszy się jego ramion usiłowały wydrzeć go sobie z rąk - uśmiecha się, przywykł do tego, że żył rozdarty. Jak było z twoimi, pyta Claude'a, usiłując przegonić konsternację z jego twarzy - inaczej? Claude zastanawia się chwilę; potem gorzkie rozbawienie wykrzywia jego usta. Pamiętasz jak mnie sklepałeś? Przepraszałem cię tyle razy; a ja wybaczyłem, Bogiem a prawdą sam bym sobie wtedy przyjebał, ale posłuchaj tego - to nie był pierwszy raz kiedy tak dostałem. Mówiłem im: wrócę później, nie czekajcie, wychodzę, ciao! Przedłużyło się, stwierdza Ralf. Trochę, Claude się śmieje, może następnego ranka uznali, że zdążyłem gdzieś znów wyjść, ale zaraz doszło kolejne dwadzieścia nieodebranych połączeń, kolejnego dnia drugie tyle, i gdy wreszcie wróciłem- Nie byli zadowoleni. Nie, nie byli. Martwili się o ciebie - chciałeś, żeby się martwili. Nie chciałem. Chciałeś, żebym ja, Ralf wystukuje palcem sylaby na jego piersi. Claude wzdycha: kiedy wróciłem matka była przerażona, że coś mi się stało, ale ojciec powitał mnie pięścią, brzmi znajomo, prawda? Krzyczał coś o tym, że jestem pierdolonym egoistą, bo gdybym miał odrobinę rozumu znalazłbym sposób na poinformowanie matki, że nadal żyję, choćby padł mi telefon, wreszcie wyraził nadzieję, że dobrze bawiłem się z koleżanką, i ponieważ też chciałem zrobić mu na złość, odpowiedziałem, że koledze się podobało. Wtedy uderzył mnie jeszcze raz, matka kazała mu się uspokoić, mi doprowadzić się do porządku. Nie rozmawialiśmy przez wiele dni, wystarczająco, abym pogodził się z myślą, że jest już po mnie, ale potem posadzili mnie w kuchni, zaczęli pouczać, jeśli chciałbyś nam kogokolwiek przestawić, Claude, obojętnie, czy jest to chłopak, czy dziewczyna, po prostu go zaproś. Potem matka zapytała mnie o jego imię, wzruszyłem ramionami: to już bez znaczenia, mamo. Potem się rozwiedli. Potem skończyłem tu. Długo byliście razem? Parę dni. Miałem szesnaście lat; czego innego byś się po mnie spodziewał? To nie był moment na cokolwiek poważnego, jeszcze przypadkiem skończyłbym jak ty, zrażony do wszystkich, zresztą wtedy wciąż myślałem, że zaraz mi przejdzie, przecież lubię dziewczyny.
Zdążyłem się zorientować, zauważa Ralf. Ty nie? Ralf spuszcza wzrok, aż wreszcie sam zbywa to pytanie wzruszeniem ramion. Niekoniecznie. A mnie? Może. Może, przedrzeźnia go Claude; masz jeszcze parę godzin żeby się zdecydować.

Yan nie pamiętał swojego snu, ale wstrząśnięty, z szeroko otwartymi oczami wyodrębniającymi meble z mętnego, towarzyszącego świtowi półmroku, nie miał wątpliwości, że to właśnie jego przebieg go obudził. Ten nieokreślony, nawiedzający go koszmar stał się tak dalece niemożliwy do zniesienia, że pobudkę w niewiele od niego lepszej rzeczywistości przywitał z ulgą. Musiały minąć minuty, zanim uspokoiły się jego myśli, i znacznie więcej, zanim ich śladem zrobiło to serce.
Przyłożył twarz do szyby, chcąc schłodzić rozgrzane policzki i czoło, lecz wtedy to dostrzegł: dwie pary świecących ślepi zdawały się dymić w kłębach porannej mgły, dwoje zaś jeźdźców, odłożywszy kaski i broń na bok, grało w karty, siedząc na podjeździe i co jakiś czas krzycząc coś w krótkofalówkę. Czy też by taką dostał? Czy nauczyliby go strzelać? Czy byłby w stanie zrobić to, co musiałby, aby uznali go za równego sobie?
Schował się za zasłoną. Znał odpowiedź, nie musiał się nad nią zastanawiać. Nie miał w sobie tego, co Ralf, aby móc chwycić nóż i ubrudzić jego ostrze krwią, nie miał w sobie tego, co Claude, aby skorzystać z jej rozlewu, nie miał nawet tego, co Zedong, aby jej widok potrafił go rozbawić, miał tylko szybkie nogi, które pozwalały mu uciekać, lecz dziś odmówiły mu posłuszeństwa.
Spojrzał jeszcze raz. Ich sylwetki rzucały długie, ciemne cienie, nieomal sięgające wejścia. Co stałoby się, gdyby do nich podszedł? Być może mogliby się dogadać, jak człowiek z człowiekiem, być może uznaliby go za jednego z nich i pochwalili ten wybór; ale mogli również strzelić, po prostu. Albo kazać mu się pierdolić. I co jeśli Ralf i Claude patrzyli? Miał wrażenie, że właśnie tak było. Patrzyli i czekali, aż wreszcie zmięknie i pójdzie błagać nowych bogów o litość, narażając się na gniew tych, pod których protekcją dotąd żył.
Wrócił do łóżka. Dygotał. Pod nieobecność słońca temperatury skradały się niebezpiecznie blisko zera i wkrótce, jeśli nie zaraz, koce i pościele miały okazać się wobec nich bezsilne. Pomyślał o zamarzającym w powietrzu oddechu, o ogniu, nafcie, benzynie i gazie, o promiennikach, świetle i cieple, oraz o tym, że nie miał pojęcia gdzie miałby je znaleźć wśród korytarzy bezkresnego Tianjinu.

Tego dnia zdawało się, że świt nie nastał. O obecności słońca za gęstą warstwą chmur świadczył wyłącznie tępy ból oczu, którego Ralf doznał odsłoniwszy okna; potarł zamknięte powieki dłońmi gdy mleczna jasność nieba spłynęła prosto na jego twarz, jak gdyby usiłowała zmyć z niej senność, której nie wyplenił ani prysznic, ani woda po goleniu, ani filiżanka wypitej w ciszy z Claude'em kawy.
Krople przywróciły biel jego białkom, krem rozjaśnił niebieskawe worki pod jego oczami, ale nic poza snem nie było w stanie uciszyć zmęczenia, szumiącego mu w czaszce jak wiatr przeciskający się między gałęziami okolicznych drzew. Dopiero zimne powietrze ocuciło go na tyle, by dotarła do niego powaga sytuacji: na prowadzącym do hotelu podjeździe wciąż czuwała przysłana przez Zedonga dwójka, a w przeciągu paru godzin mieli dołączyć do nich pozostali. Jeden z nich zauważył go, stojącego w szlafroku na balkonie, szturchnął towarzysza i wskazawszy Ralfa palcem powitał go niedbałym salutem. Ich wojskowa dyscyplina była twarda i krucha jak szkło, niemal słyszał, jak jej powierzchnią rozchodziły się pęknięcia, te same, które miarowo dzieliły lód na krę.
- Nadal tam są - oznajmił, zamykając za sobą drzwi balkonu. Claude nie był zdziwiony, przyjął te wieści z obojętnością tak niezachwianą, że gdyby nie udzielona po chwili odpowiedź Ralf uznałby, że go nie usłyszał.
- Zaproś ich na śniadanie.
Ralf zmarszczył brwi, lecz nie protestował, ani nie uznał, że jego słowa były tylko elementem żartu; ten pomysł nie spodobał się dopiero Fei, która nie zdążyła przebrać się z piżamy gdy Jin wpuściła go do ich pokoju. Nie spały od dłuższej chwili. Nerwowe pobudzenie, które zerwało je przedwcześnie z łóżek, ustąpiło nieznacznie dopiero na dźwięk jego zmęczonego głosu i widok bladej twarzy, niedospanej, jakby przez całą noc myślał jak je od tego ocalić.
- Nie wyjdę tam sama.
- Nic ci nie zrobią.
- Musisz zrozumieć, że to twoja szansa - powtórzył spokojnie. - Za Jin wstawi się Zedong, za Shujuan nikt, ale za tobą może któryś z nich. To dziecinnie proste, Fei, dziel i rządź, wybierz sobie któregoś i uśmiechnij się do niego nieco szczerzej, proszę.

Spraw, że drugi będzie zazdrosny, skłóć ich ze sobą, powtarzała sobie w myślach, niosąc żeliwny imbryk na tacy z dwiema filiżankami i wyłożoną na talerz paczką ciastek. Węsząc podstęp w słodkim zapachu jej perfum nie zgodzili się opuścić posterunku, lecz krople mżawki zachęciły ich do przeniesienia się pod wiatę u wejścia. Byli młodzi, zaniedbani, przeciętni, ale w ich rysach nie czaiło się nic obrzydliwego dopóki nie wymieniali sprośnych spojrzeń nad jednym ze stolików, których przed upadkiem cywilizacji nie zabrała z zewnątrz obsługa, i których nie zdążył ukraść wiatr. Fei próbowała spojrzeć na nich inaczej: jeszcze przed paroma miesiącami inne dziewczyny w jej wieku chełpiłyby się krótką rozmową z o parę lat od nich starszym chłopakiem, a ona zazdrościłaby im, choć już wtedy wiedziała, że niezależnie od czasów chodziło im o jedno. To jak się nazywasz? Fei Fei, odpowiedziała nieznajomemu odgarniając czarne włosy za ozdobione kolczykiem ucho, ale oni mówią mi Fei, ty też możesz. Ty i-
- Jingyi. A ja jestem Guanting, miło mi cię poznać, Fei Fei.
Między ich zębami chrzęściły ciastka, a parę pięter wyżej w kamiennym moździerzu kruszone na pył tabletki, powoli zaczynające przypominać mąkę lub kokainę. Mogliby podać im je w takiej właśnie formie, zachęcić do wmasowania w ociekające śliną dziąsła, lecz Zedong poznałby różnicę. Zamiast tego nieznacznie mąciły herbatę, z którą zostały pośpiesznie zmieszane, w niepokojącym stopniu opadając na dno czajnika wraz z fusami, układającymi się w nieprzychylną wróżbę; Claude i Ralf mogli ją jedynie zignorować.


Edytowane przez Choo dnia 17-03-2019 21:52
i.imgur.com/Wgny7bt.gif
 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

- Co zrobisz, kiedy sprawy wymkną się spod kontroli?
To pytanie na krótko zawisło między nimi wraz z wyplutym pod nogi tytoniem - Jin musiała w zapomnieniu przygryźć papierosa, którym dotąd uderzała o przednie zęby. Pobudzony w niezdrowy sposób, krążący bez celu na podobieństwo więźnia Claude zdążył uznać, że wybijała w ten sposób rytm marsza pogrzebowego nim uprzytomnił sobie, że nie zadała mu pytania retorycznego i w związku z tym spodziewała się uzyskać odpowiedź, a on nie tyle nie umiał, ile nie zamierzał jej żadnej udzielić. Byli potępionymi przez opinię publiczną skazańcami, na których spadł ten sam surowy i nie mający wiele wspólnego ze sprawiedliwym wyrok - mogli się sprzymierzyć lub mieć na względzie wyłącznie siebie i cenę równie niewielką co przydzielona im cela sprzedać współosadzonego strażnikom. Ich problem polegał na tym, że nie umieli przewidzieć, które z tych rozwiązań przyniesie im większe korzyści. Ta niepewność była zarazem szansą na przekonanie Jin do tego, by zechciała współpracować, by on utrzymał w rękawie tę kartę, tego Jokera, którego wolałby nie wyciągać, chociaż od pewnego czasu przyłapywał się na pocieraniu krawędź tektury palcami. Czy Zedong znalazłby w sobie dość serdeczności, by pozwolić im przepaść jak kamień w wodę, gdyby obok Jin sprezentowali mu też Fei i Shujuan?
- A co ty byś zrobiła? Jeśli do tego dojdzie-
- Kiedy, Claude. Kiedy do tego dojdzie - sam wiesz, że to tylko kwestia czasu.
- Nie mamy pewności.
- Nie pogrywaj tak ze mną.
- Bo...? Co zrobisz? Poskarżysz się Zedongowi w nadziei, że za kilka tygodni się tobą nie znudzi?
- Za kilka tygodni rozkład przeżre ten uśmiech, a reszta tego, co z ciebie zostanie zamieni się w kupę przegniłego mięsa, które i bez pomocy ptaków odeszłoby od kości... A ja będę żyła. Może nie będę szczęśliwa, ale będę żyła. Co ty na to?
Claude przez moment nie był w stanie zdobyć się na wiele ponad milczenie i szukanie zaprzeczenia tych słów zagrzebanego gdzieś w herbacianym pyle, który zgromadził się przy samym dnie filiżanki z herbatą. Zaczynał żałować, że nie pozwolił sobie na wlanie kilku kropli rumu; że resztki proszku wsypał do imbryka, a nie własnego kubka.
- Przyszła ostatnia zmiana - skonstatowała z odrazą Jin ze skronią przyciśniętą do ramy balkonu, a potem z zastygłym na twarzy wyrazem pogardy obróciła się w jego stronę. - Może powinniśmy zwrócić im Ralfa. Gdybyś poprosił, żeby przez moment ich zajął, zrobiłby to.
- I co potem? Wierzysz, że po czymś takim miałbym jakiekolwiek opory przed wystawieniem ciebie, gdyby nas zatrzymali?
- To ty tu jesteś na przegranej pozycji. Jak myślisz, komu uwierzą - rozhisteryzowanej kobiecie, która zaprze się, że została uprowadzona czy tobie, z bronią pod ręką? - przypomniała mu z czymś, co można by uznać za cień protekcjonalnego uśmiechu. - Ralf mnie nie posłucha, ale ciebie tak. Wiesz, że byłam temu przeciwna, ale zmieniłam zdanie i nie chcę dziś umrzeć - ty też, więc przestań brać to do siebie. Joshua zniknął i nie wrócił, i nie łudzę się, że wróci, ale gdybyśmy go spotkali, nie miałabym mu za złe tego, że raz wykazał się większym rozsądkiem i uratował własną skórę. Możemy zrobić to samo. To będzie bolało tylko na początku, ale potem przestaniesz o nim myśleć.
Claude zakrztusił się własnym rozpaczliwym śmiechem - czy to działo się znowu? czy to działo się naprawdę? - i pokręcił z niedowierzaniem głową, a kiedy podniósł wzrok, napotkał jedynie identycznie poważne i nienawistne spojrzenie Jin.
- Mam ochotę cię udusić, bylebyś się wreszcie zamknęła.
- A ja i ciebie, i jego, ale oto jesteśmy - i proponuję ci bezkrwawe wyjście.
- Nie jesteś pierwsza. Gdybym był tobą, dałoby mi to do myślenia.
- Jak się nazywała ta dziewczyna? Ta, która podcięła sobie żyły? Nie zorientowała się w porę, że zapędziliście ją w kozi róg, co? Powiedz mi, Claude - ona to sobie zrobiła czy ty? Ile razy już przez to przechodziliście? Ile razy przedtem błagałeś o oszczędzenie Ralfa?
Na moment zapadła cisza.
- Musisz czuć się zraniona - podjął Claude - Joshua nie okazał się tak wierny. Wyjechał i zostawił cię w tyle. Możesz mnie przeżyć, zgoda, ale myślę, że możemy się też zgodzić co do tego, że to nie ja postradam zmysły. Wiesz, co robiono kobietom, kiedy Japończycy weszli do Nankinu? Musisz wiedzieć, to tragedia, wielka tragedia... A oni nie będą lepsi, Jin. Nadal chcesz podcinać gałąź, na której siedzisz?
- Umrzemy - wyszeptała zmartwiałymi wargami Jin, nim powtórzyła to samo, tym razem nieomal krzycząc:
- Czy ty nie rozumiesz, że umrzemy? Że zarżną nas jak-
- Jak wszystkich innych. Wiem, że umrzemy i ty też to wiesz. To nie może być szczególnie trudne, ale wolałbym, żeby nie okazało się bolesne.
Ogień tlący się w Jin zdawał się przygasnąć - na krótko odwróciła wzrok, a kiedy znowu nań spojrzała, przypominała ten sam niedopałek, który przed momentem sama zdusiła w popielniczce. Wtedy zdał sobie sprawę z tego, że sam musiał wyglądać niewiele lepiej. Czy ktokolwiek zmrużył tej nocy oko?
- Zmień Ralfa, zajmij się naszymi gośćmi. Nie chcę tam schodzić, dopóki nie pojawi się Zedong.
Przytaknął, ale nie ruszył się z miejsca. Jin podniosła głowę.
- Coś jeszcze?
- To, co powiedziałaś-
Zbyła to uniesieniem ręki. Sprawiała wrażenie zrezygnowanej.
- Przestań. Jestem wściekła, ty jesteś wściekły, wszyscy jesteśmy wściekli, a nawet jeżeli zgadłam - proszę, zapamiętaj sobie, że nie jestem nią, nie jestem też Shujuan... Każdy z nas ma kogoś na sumieniu. Jedna kurwa wte czy we wte... Ale ja jestem w stanie was przeżyć - nie zamierzam tylko wpaść z deszczu pod rynnę, rozumiesz?
- Przecież każdy z nas wybiera mniejsze zło.
- Dlatego przestań kryć plecy Ralfa, bo może się okazać, że będziesz musiał schować się za moimi.

Claude zamknął za sobą drzwi najciszej jak potrafił, ale nie zdążył odejść daleko nim po ich drugiej stronie rozległo się stukotanie - to Jin przekręciła blokadę i podstawiła krzesło pod klamkę, to samo, któremu przed paroma kwadransami przypatrywał się bez zrozumienia, nie pojmując co też musiała robić w nocy, skoro zdecydowała się postawić je pod ścianą korytarza tak wąskiego, że nie mieściły się w nim dwie dorosłe osoby. Bogiem a prawdą walczył z odruchem zrobienia tego samego - zamknięcia się w sypialni i zabarykadowania przejścia tak, by w razie zaistnienia potrzeby zyskać te kilka sekund, które mogły zadecydować o życiu lub śmierci.
Nigdy nie uważał strachu za coś złego - szczególnie, że to on częściej niż cokolwiek innego przydawał jego życiu smaku i pozwalał komponować się z brawurą. Nigdy też by się do tego nie przyznał, ale przepadał za pulsowaniem krwi w skroniach, przyspieszonym tętnem, ścierpniętą skórą i napięciem mięśni, za tym, jak na te kilka uderzeń serca rzeczywistość sprowadzała się do wzięcia rozbiegu i zeskoczenia z urwiska do wody, między skały, o które mógłby się roztrzaskać, gdyby niepoprawnie oszacował odległość; do tego rozsadzającego czaszkę podekscytowania, kiedy motor przechylił się na tyle, by wpadli w kontrolowany poślizg i prześlizgnęli się pod opuszczonym szlabanem, choć tamtego dnia wyłącznie szczęśliwy traf przesądził o tym, że żaden z nich nie stracił głowy ani nie został stratowany przez rozpędzony pociąg pasażerski. Dotychczas rzucał się w ramiona kostuchy i wysupływał z nich, kiedy tylko pryskało pierwsze zauroczenie, zupełnie jakby była wyłącznie jedną z wielu osób, których imiona rozpływały się w kieliszku wina i która akurat przysnęła, kiedy on ze swoimi rzeczami w zębach wymykał się ukradkiem na zewnątrz. Lubił to niecierpliwe oczekiwanie na zderzenie, ale zarazem wierzył we własną nieśmiertelność i utwierdzał się w tym przekonaniu, kiedy nieszczęśliwe wypadki przytrafiały się wszystkim dookoła, tylko nie jemu - Yanis, który skakał za nim i wydawałoby się, że spadł do wody po tym samym torze stracił władzę w nogach; kamery złapały numery rejestracyjne Ju-long przed tym nim zrobiły to władze porządkowe - po tym zdarzeniu stracili ze sobą kontakt; Chunhua sypiała z nim regularnie i wiedział, że nie brała tabletek cyklicznie, ale kiedy zadzwoniła z płaczem, że wpadli, poprosił o przeprowadzenie testów - po zobaczeniu wyników na własne oczy zapewnił, że będzie służył pomocą niezależnie od tego kim był ojciec tego dziecka, a zaraz potem zablokował jej numer. Przeważnie w parze ze strachem pod rękę z nim szła ulga - ale tym razem coś się zmieniło. Tym razem szczęście się od niego odwróciło, a pech zaczynał ocierać się o jego nogi jak mruczący z zadowolenia kot.
Wiedział, że w porównaniu z tym, co prawdopodobnie miało spaść na barki Jin i Fei - Shujuan nie poświęcał uwagi wyszedłszy z tego prostego założenia, że co z oczu to z serca, a starali się unikać na tyle, na ile było to możliwe - przerosłoby go, gdyby znalazł się na ich miejscu. Jedynym, co pochłaniało go bez reszty były rozważania nad tym, czy Zedong zamierzał nieświadomie zadośćuczynić za krzywdy Joshuy i założyć mu pętlę czy też znalazłby w sobie dość współczucia, by zmarnować na niego nabój. Czy kazałby mu spojrzeć w wylot przyłożonego do ramienia automatu i powiedzieć, czy na końcu widział bramy Raju, myślał Claude, podnosząc wzrok na Ralfa; czy może kazałby mu odwrócić się i zakosztować życia po raz ostatni, a on nawet nie zauważyłby tego, że kula przeszła na wylot, kiedy wpatrywał się w bezkres nieba nad głową i mewy niesione prądami powietrznymi. Może tak właśnie wyglądała śmierć: każda sekunda zdawała się rozciągać bez końca jak lepka, rozgrzana melasa i trwać wieki, potem rozlegało się tąpnięcie, ciało uderzało o ziemię, na porowatym betonie niczym rosnące wzdłuż krawężnika chwasty zakwitały kałuże krwi, a zdezorientowany zmarły patrzył na to i zastanawiał się, w którym momencie dusza oddzieliła się od korpusu.
A może się mylił, może się bał i nie dopuszczał do siebie myśli, że po wystrzale zapadała ciemność. Może to przypominało wyrwanie wtyczki z kontaktu - on, off, a on zamilkłby niczym pozostawiony w pustym salonie telewizor, który został zawczasu podpięty do zasilania awaryjnego, ale nawet wtedy nie mógł pozostać na wiecznym chodzie. Claude uniósł rękę na powitanie ludzi, których ulewa zapędziła do środka, zastanawiając się, któremu z nich zostanie wydany rozkaz wyłączenia sieci.
- Jestem zaskoczony, że wysłano cię do nas o tak wczesnej porze, Wen - zagaił, a sam zainteresowany, który stał i raz po raz potrząsając połyskującą od wilgoci skórzaną kurtką rozmawiał z podkomendnymi, obrócił się na pięcie z wyrazem życzliwego, zakrawającego na kordialność zainteresowania i rozłożył ramiona w geście, który sugerowałby, że zamierzał powitać syna marnotrawnego.
- Już miałem pytać Ralfa czy będziemy tego wieczoru w komplecie! - Wen spojrzał na Ralfa tak, jakby tamten wprawdzie wygrał zakład, ale sama nagroda zniknęła w międzyczasie z podium i nic nie mógł na to poradzić, a potem zaśmiał się z wyższością i wskazał na kanapy. - Usiądź, nie przejmuj się nami - chłopcy mówili, że Fei Fei zdążyła ich poczęstować-
Czym?, ciążyło Claude'owi na końcu języka.
- ...ale sam musisz być głodny. Dopiero wstałeś?
- Położyłem się później niż zamierzałem.
- Mam nadzieję, że nie zamęczyłeś Jin - I znów rozległ się ten śmiech, a Claude poczuł, że narasta w nim ślepa wściekłość. - Rozumiem, że możesz nie podchodzić zbyt entuzjastycznie do dzielenia się z nami swoją dziewczyną - bo jesteście razem? - ale pomyśl o tym jak o podzieleniu się chlebem z potrzebującymi. To jak, Claude? Od jak dawna ukrywasz ją przed światem? A może - tu zwrócił się w stronę Ralfa - ona nie należy już tylko do niego? Na ile części pokroiliście ten tort?
- Nie jest w moim typie - przerwał mu Ralf i wzruszył ramionami - i nie rozumiem dlaczego w ogóle zamierzamy zaczynać ten dzień od rozmowy o gustach. Myślę - wyprowadź mnie z błędu, jeśli się mylę - że Zedong będzie miał do powiedzenia więcej w sprawie tego co komu z was będzie mogło się podobać, a co nie.
Poufały uśmiech zniknął z twarzy Wena, a kiedy nań powrócił, był jedynie bladą, kwaśną kopią tego poprzedniego.
- Powiedziałbym, że przysługuje mu decydujący głos, ale nawet on musi liczyć się ze zdaniem większości.
- Zedong nie byłby zachwycony, gdyby to usłyszał - zauważył niby mimochodem Ralf i zaobserwowawszy, że resztki koloru odpływają z twarzy Wena udał, że tego nie zauważył i kontynuował tym samym niewzruszonym tonem, choć może z większym rozbawieniem:
- Ale bez obaw - nikt z nas tego nie powtórzy. Przecież zależy nam na tym, żeby wszyscy dobrze się bawili - jakimi bylibyśmy gospodarzami, gdyby było inaczej? Swoją drogą, o której planuje się tu pojawić? Nie powiem, że nietaktem byłoby kazać mu czekać aż ziemniaki dojdą, bo sam od dawna nie miałem ziemniaka w ustach, ale może moglibyśmy podać mu przynajmniej ciepły makaron. Jak uważasz, Claude? Dasz radę w pojedynkę?
Tym razem to on wzruszył ramionami, jak gdyby nie wiedział jaka intencja przyświecała zadaniu tego ostatniego pytania.
- To zależy, ale przydałaby mi się pomoc. Nie chciałbym zabierać wam Jin i Shujuan, ale Fei-
- Nie wspominaliście, że jest tu jeszcze jeden chłopak? Nie pamiętam imienia, ale-
- Johnny.
- Kolejny biały? Mnożycie się jak zaraza... Ale niech będzie - o ile Johnny ma dwie ręce, myślę, że mógłby pomóc w kuchni. Dziewczyny zasługują na wolne, prawda? - zapytał, po czym spojrzał na Ralfa, jakby właśnie u niego szukał potwierdzenia. - Sam mówiłeś: zależy nam na tym, żeby wszyscy dobrze się bawili, prawda? One też muszą się kiedyś rozerwać.

[...]

Edytowane przez wewau dnia 21-03-2019 21:15
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Przejdź do forum:
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Aktualnie online
· Gości online: 1

· Użytkowników online: 0

· Było użytkowników: 211
· Ostatni użytkownik: Acanthi
1,620,074 unikalne wizyty