Zobacz temat
 Drukuj temat
Finite
Choo


Przez jakiś czas milczał, jakby ognisko, które jeszcze przed chwilą w nim płonęło zgasło zalane kubłem zimnej wody; minęła chwila zanim pod czarnymi zgliszczami okazały się wciąż tlić iskry, wskrzeszając w nim zuchwałość zakrawającą na dziecinną.
- Nie będziesz miał czasu na żałobę. - Ralf oznajmił z będącą nie na miejscu pogodnością. - Jeśli ja zginę, dołączysz do mnie w mniej niż pięć minut.
Znał rozczarowany uśmiech, z którym spojrzał na niego Claude. Był to spokojny, smutny uśmiech nauczyciela, który skończywszy tłumaczyć problematykę zajęć wciąż nie był w stanie wyegzekwować od uczniów odpowiedzi na najbanalniejsze spośród zadanych im pytań.
- Popatrz na siebie. Pewnie nawet nie potrafisz wyobrazić sobie jak to jest kogoś stracić. W przeciwnym wypadku dotarłoby do ciebie, że-
- Nie muszę niczego sobie wyobrażać - Ralf zagrzmiał szeptem, brzmiącym jak niespodziewana letnia burza słyszana gdzieś z oddali - bo jeśli zaraz nie przestaniesz panikować jak one, jutro będę miał okazję sobie o tym przypomnieć, Chryste.
- Nie zaszkodziłoby ci lekkie odświeżenie pamięci.
- Nie mów tak.
Dopiero teraz Ralfem przemówił niedopuszczany siłą do głosu strach, którego przysięgał, że nie znał, nie miał sposobności poznać, nawet gdy ten zaglądał mu w oczy, powtarzając Ralf, Ralf, Ralf, przyszła i twoja kolej, Voigt. Claude dostrzegł to.
- Nie zamierzam poświęcić się w tym celu; zapomnij o wszystkim co powiedziałem, nie byłbyś tego wart.
Szturchnął go ramieniem. Obaj przełknęli gorzkie uśmiechy z jakimi dzieci udowadniały sobie nawzajem, że nie boją się ciemności, ani tego, co w niej czyha, ani śmierci.
- Co z tobą, Ralf? Miałeś portfel tak wypchany, że nie znalazło się w nim miejsce na ani jedno zdjęcie? Nawet nie na rodziców? Nie na własne?
Próbował sobie przypomnieć. Ta zabawa w chowanego trwała od dawna, lecz dopiero teraz, przestraszony przejmującą ciszą własnego umysłu, odważył się ją przerwać: mamo, tato, gdzie jesteście? Mam dosyć, poddaję się, wygraliście, słyszycie? Nie uzyskał odpowiedzi, przeciwnie: nabrał pewności, że został tu sam, skończyły się nakazy i zakazy, pouczenia, dobre i złe rady, których rodzice niegdyś mu udzielali. Niewykluczone, że Marzell i Daniela nie poznaliby własnego syna, lecz czy nie takiego zapamiętali go najlepiej? Słyszeli jak przemawiał nim gniew i widzieli, do czego był go w stanie pchnąć - żadne wspomnienie nie potrafiło zatrzeć niesmaku jaki pozostawiło tamte parę incydentów z dzieciństwa, przez które panicznie obawiali się, że kamień, którym kiedyś rzucił zamieni się w cegłę lub koktajl Mołotowa, tak jak Ralf widział to w filmach, w wiadomościach, a wreszcie na żywo. Mogli przełączyć kanał, lecz jakkolwiek nie usiłowaliby uczynić go ślepym i głuchym na przemoc, szczelnie i oburącz zasłaniając jego oczy i uszy, ta i tak przeciskała się pomiędzy ich palcami; zdawałoby się, że przyciągał ją niczym magnes ostre, metalowe opiłki, które raniły ich, dopóki nie wypuścili go z rąk.
Kiedy widział ich po raz ostatni? Rodzinne spotkania stały się niemożliwe do zniesienia przez tę ich ciągłą czujność, nieustanne dopatrywanie się w nim najgorszego, ale podczas gdy Daniela patrzyła na niego z luster, Marzell użyczył mu głosu; nie potrzebował zdjęć aby pamiętać jak wyglądali. O innych nie chciał pamiętać. Pokręcił głową, co Claude przyjął bez cienia zdziwienia.
- No tak. W końcu i w nim i w sercu miałeś miejsce tylko dla pieniędzy. Obrażasz się? Może się mylę?
- Powiedz mi: czy chociaż raz się co do mnie nie myliłeś?
- Nawet jeśli, może to ten pierwszy.
- Może ostatni.
- Może.
Rozmowa wygasła; zdawałoby się, że do ich pokoju zakradł się nieproszony gość i teraz, zdawszy sobie z jego obecności sprawę, zamilkli jakby był przedmiotem przerwanych plotek. To Śmierć, posłyszawszy ich głosy, przyszła posłuchać o życiu, które zastanawiała się czy powinna już ukrócić. Jakiś czas Ralf bawił się trzymaną w dłoni zapalniczką zanim zdecydował się niedbałym gestem wyciągnąć rękę w przestrzeń z nadzieją, że znajdzie się w niej paczka papierosów; Claude podał mu ją z pewną niechęcią.
- Myliłeś się już wtedy, jeszcze z Gaspardem - zaczął wymieniać, lecz nie zdążył dokończyć zdania.
- Naprawdę nie chcę teraz o tym słuchać. I nikt nie powiedział, że oboje byliśmy w błędzie.
- Tak czy inaczej, wyprowadziłeś go z niego dopiero gdy było za późno. Potem błędnie uznałeś, że zostało mi wystarczająco dużo zdrowego rozsądku abym był bezpiecznym towarzystwem.
Claude schylił się ukrywając uśmiech, wbrew woli wykrzywiający dotąd zaciśnięte usta.
- Gdy tak o tym myślę, miałeś rację cały jeden raz: wtedy, proponując abyśmy tak właśnie żyli. I może przy jeszcze jednej, góra dwóch innych okazjach. - Ralf wypluł z ust pozostały w nich dym, zapadając się głębiej w zwróconym w stronę łóżka fotelu. - Chcę w ten sposób powiedzieć, że nie ma ani jednej przesłanki abyś przynajmniej w tej kwestii się nie mylił. Jestem stertą twoich gorzkich rozczarowań i miłych zaskoczeń. Nie wiesz jaki byłem, z kim byłem, dlaczego byłem, chociaż przyznam ci, że na to ostatnie sam nie znam odpowiedzi. Teraz - mogę być kimkolwiek zechcę, ale do diabła, Claude, wcześniej też byłem człowiekiem.
- To tylko przypuszczenia.
- Wysnute na jakiej podstawie? Bo nie idę w twoje ślady, nie spisuję testamentu zanim oni tu przyjadą? A może mam się z tobą na wszelki wypadek pożegnać? Bo potem będę żałować, że tego nie zrobiłem - żachnął się, ale nie pokładając wiary we własne słowa zaraz znowu zmarkotniał, co odebrało im całą ich butność. Zakrywszy oczy dłońmi przetarł je, nie zważając na tlący się między palcami papieros, który jeszcze przez chwilę spopielał się w ciszy. - Przepraszam. Po prostu- ja naprawdę nie byłem aż taki zły.
Claude obserwował go przez chwilę z własnego miejsca, lecz wkrótce odwrócił wzrok, niepewien, czy powinien wyrazić współczucie, czy oskarżyć Ralfa o próbę jego wzbudzenia, a może siebie samego - jego szczęki zacisnęły się - o sprawienie, że zamiast trzymać gardę ten nie spróbował nawet się bronić. Westchnął, wstał, podszedł do okna, które uchylił, wpuszczając do środka zimne powietrze.
- Sam jesteś sobie winien - odezwał się dopiero zaczerpnąwszy parę jego wdechów. - Zdajesz sobie sprawę jak ciężko jest zmusić cię do mówienia? Pozostawiasz mi tylko domysły, a potem jesteś zły, że te odbiegają od rzeczywistości. Przecież wiesz, że ludzie dopowiadają sobie każdą część historii, która została pominięta; litości, Ralf, nie udawaj zdziwionego, że też to robię.
Ralf spojrzał na niego krótko i z wyrzutem, zanim ponownie skupił wzrok na kryształowej popielniczce, rozpraszającej chwiejne światło świecy, które przeszedłszy przez jej zdobienia podpływało do samej krawędzi stołu i wycofywało się, by zaraz znów o nią zahaczyć, jak fale morza, raz za razem nabierające rozpędu by sięgnąć siedzących na brzegu turystów.
- Chodź, pokażę ci coś.
Papieros udusił się własnym popiołem. Uczepiony ręką zasłony Claude spoglądał przez szybę i gdy Ralf ruszył w jego kierunku, przekonany, że tuż pod bramami zobaczy rozpraszające mrok reflektory motocykli, lub że jego twarz wnet omiecie snop przeczesującej teren hotelu latarki, ten wskazał na niebo, niewiele mniej oślepiające gwiazdami niż ona.
- Przyjrzyj się - zachęcił go, samemu zadzierając głowę. - Widzisz tą jasną? Najjaśniejszą.
Ralf przytaknął bez przekonania.
- To byłem ja.
- Nie bądź śmieszny.
- Przysięgam - Claude rozpromieniał uśmiechem, posłanym bardziej nocnemu niebu niż Ralfowi; gdy spojrzał znów na Ralfa o pojawieniu się na jego twarzy jakiegokolwiek wyrazu rozbawienia świadczyło już tylko ułożenie kącików ust, przyjazne w swojej prześmiewczości. - A ty? Kim niby był człowiek, którym uparcie twierdzisz, że niegdyś byłeś?
- Sam nie wiem - wzruszył ramionami. - Wokół czego kręcą się wszystkie gwiazdy?
- Nie jest odkryciem, że twoje ego ma własne pole grawitacyjne.
- Nie wiem co jeśli nie ono trzyma cię na mojej orbicie, ty pieprzony Narcyzie. Możesz być najjaśniejszą z gwiazd, proszę bardzo, ale to nie znaczy, że sam nie świeciłem kiedyś jaśniej od ciebie. Popatrz co ze mnie zostało - Ralf wycofał się spod okien, rozkładając ręce, które wnet ponownie opadły wzdłuż jego ciała.
Dobry Boże, pomyślał, rozbawiony własną grozą, co ze mnie zostało.
Wiatr zawył jakby drobne obłoki chmur, które przeganiał po niebie, były owcami, a on pilnującym ich psem pasterskim; do ranka, zbliżającego się długimi krokami, ich stado miało skotłować się nad miastem. Claude zatrzasnął okno zanim przeciąg zdążył drzwi.
- I skoro tak strasznie wzgardzasz tym, kim według ciebie byłem - dodał Ralf szeptem, jakby ani Claude, ani nawet on sam nie miał tego usłyszeć - naprawdę nie wiem co kazało ci uznać, że to, czym jestem teraz, zasługuje na ratunek.
- Może podoba mi się to kim mógłbyś być - Claude uśmiechnął się ciepło, choć słowa te zdawały się parzyć go w język. - To kim mógłbyś się stać gdybyś tylko chciał. A myślę, że byś chciał. Ja to wiem, ty to wiesz, widzę, że wiesz, nawet inni zdają się domyślać. Nie oceniam cię, kurwa, choćbym chciał - nie jestem lepszy; nie oceniam, bo nawet Bóg by nie śmiał! I jeśli tam jest, jest albo dumny, albo przerażony, kto wie czy nie jednocześnie.
Ralf pokręcił głową, jakby jawiący się na jego twarzy cień uśmiechu był tylko jednym z opadających na nią włosów, które należało strząsnąć.
- Żartujesz sobie.
- Ani trochę. Zapytam go jeśli mnie do siebie wpuści. Może on mi podpowie co mam o tobie myśleć?
- Nie musisz się fatygować.
- Nie pozostawiasz mi wyboru. Kim był Ralf, którego tak zachwalasz?
Iluzją, jego usta zadrgały zaciskając się; zbiorową halucynacją, delirium, w które sam zapadł, odurzony krzywdami, doświadczenie których miało usprawiedliwić każdą, jakiej sam się dopuścił. Claude uniósł brwi ponaglająco, zdążywszy usiąść znów na brzegu łóżka.
- Im więcej o tym myślę tym bardziej jestem przekonany, że nadal nikim, kogo chciałbyś znać.
Westchnienie.
- Zapewniam cię, nie mogło być z tobą gorzej, niż jest obecnie.
- Zdajesz sobie sprawę jak żałosne wiodłem tu życie? - zapytał Ralf ze śmiechem, niemrawo dosiadając się do niego.
- Słychać to po twoim chińskim - Claude wzruszył ramionami. - Nie miałeś nawet okazji się z nim osłuchać, nie umiałbyś przedstawić się bez zawahania, nie nauczyłeś się niczego przez ten blisko rok; może zaprzeczysz?
- Nie musiałem-
- Bo nie miałeś życia poza pracą.
- Lubiłem moją pracę.
- To sobie powtarzałeś aby nie zwariować?
- Wkładałem w nią serce aby nie zwariować.
- Nie do tego służy ten organ.
- Do tego się nadaje kiedy-
Ralf urwał.
- Kiedy co? Kiedy bite dziesięć godzin dziennie spędzasz obciągając przełożonym, bo inaczej nie daj Boże miałbyś czas kogoś poznać?
- Nigdy nie powiedziałem, że nikogo nie poznałem.
- Ale nikogo o kim warto byłoby pamiętać - Claude stwierdził, zapytał go lub oskarżył. Nie uzyskawszy odpowiedzi odchylił się w tył i z tego dystansu zlustrował Ralfa ponownie, to, jak zapadał się sam w sobie, przygarbiony, z oczami wbitymi w podłogę. - Dlaczego?
Złapał go za przegub zanim Ralf zdążył się podnieść.
- Dlaczego? - powtórzył łagodniej, tak że Ralf byłby uwierzył w zmartwienie widoczne na jego twarzy. - Nie powiesz mi chyba, że mogłeś narzekać na brak zainteresowania?
Claude puścił jego rękę dopiero gdy się uśmiechnął.
- Ralf...
Jego milczenie pozostało nieprzerwane. Zacisnął skrzyżowane ramiona w ciasny węzeł i tak, nieruchomo, zdawał się marznąć, nieomal dygocząc z zimna, które ściągnęły na niego wspomnienia.
- Wszyscy trafiliśmy kiedyś na niewłaściwych ludzi - próbował przemówić do niego Claude, choć był pewien, że Ralf go nie słuchał. - To nie znaczy, że powinniśmy przestać dawać szanse wszystkim innym. Tu były ich miliony.
- Co jeśli ja jestem tym niewłaściwym?
W szeroko otwartych oczach Claude'a pojawiło się oburzenie, które przemówiło nim, choć przez chwilę zdawało się, że oniemiał:
- Kto kazał ci tak sądzić?
- Wystarczająco dużo osób abym uwierzył - nie dając łzom polecić z oczu Ralf uśmiechnął się wbrew woli, i dopiero wtenczas, niejako pogodzony z tym losem, rozsupłał zaciśnięte na sobie ręce. Drżący oddech przeszedł w niemy śmiech, a ten uwiązł w gardle.
Claude przysunął się, zmuszając go do spojrzenia sobie w oczy, do dostrzeżenia w nich troski i życzliwości, współczucia, na które Ralf twierdził, że nie zasługiwał; popatrz, prosił, popatrz i zobacz.
- Ale ja w to nie wierzę - oznajmił spokojnie.
- Nie jesteś jedną z nich?
- Nie, nie jestem. Ralf, na Boga, gdybyś mnie przedtem spotkał zaraz byś o tym wszystkim zapomniał.
Przygarnął go do siebie i niemalże przewrócił się pod jego ciężarem; Ralf był jak drzewo, które odrąbane od swoich korzeni czekało na jedno pchnięcie, aby poddańczo runąć w pierzynę leśnego runa.
- Przedtem - Ralf zaśmiał się gorzko. - Przedtem nie zwróciłbyś na mnie uwagi. Może tak właśnie było. Może nawet się na mnie nie obejrzałeś.
Claude pokręcił głową z cierpką dezaprobatą i choć Ralf usiłował się podnieść przycisnął go do ramienia mocniej, tym samym napotykając potylicą rozrzucone u wezgłowia poduszki.
- Jestem pewien, że dałbyś zamówić sobie drinka. Być może w zamian nie mógłbym liczyć na nic poza uprzejmym uśmiechem, ale nawet on byłby niezłym początkiem.
Aby spojrzeć mu w oczy Ralf uniósł głowę i dopiero wtedy, pewien, że Claude nie żartował, pozwolił zdziwieniu przekształcić się w rozbawienie.
- Teraz tak mówisz.
- Nie miałem okazji w innych okolicznościach. Za rzadko wychodziłeś. W innym przypadku dawno byśmy się poznali: byłem wszędzie tam, gdzie cię nie było, było mnie pełno, wszędzie. Miałbym zobaczyć cię i nie zacząć głośno zastanawiać się co taki ktoś jak ty robi w miejscu jak to?
- Masz na myśli Tianjin?
- Gdybym miał na myśli bar zwyczajnie zapytałbym czy się zgubiłeś.
- Może dałbym się odprowadzić do domu.
- Może mój byłby bliżej.
Oparty dotąd na łokciu Ralf zapadł się, pozwalając Claude'owi zobaczyć swój uśmiech tylko przez chwilę, ale ta wystarczyła, aby ten sam zakwitł i na jego ustach.
Leżeli tak chwilę, bezsilni jak ostatnie z ziaren piasku w przesypującej się klepsydrze, odnajdując jedyne pocieszenie w udawaniu, że stos pod nimi był niczym innym niż plażą, wylegując się na której mieli oczekiwać końca - oraz w tym, że koniec oznaczał przewrót. Że mieli znaleźć się na dnie, pogrzebani ciężarem pozostałych, bo taką cenę miał powrót do przeszłości, wrócenie tam, skąd przybyli, przez wąski szklany lejek, spiralną zjeżdżalnię, gdzie każde ziarnko miało swoją kolej. Zdawało się, że przyszła i ich.

Skoro nie chodziło o pieniądze, pyta Claude, dlaczego się tu męczyłeś? Nie chcesz o tym słuchać; gdybym nie chciał, nalega, nie usłyszałbyś tego pytania: może jednak pieniądze? Milczenie, Ralf zastanawia się nad odpowiedzią jak gdyby sam jej nie znał, dłoń cierpliwie przeczesuje jego włosy, powinniśmy je podciąć, słyszy głos Claude'a. Będziesz się śmiał, stwierdza wreszcie, może będę, mówi Claude, ale chyba lubisz mój śmiech? Pokręcił głową, byłem pewien - zaczyna - że wszyscy byli zbyt zajęci gonieniem własnego ogona aby to zauważyć, ja byłem jak pies, Claude, goniłem piłkę, za którą nikt inny nie odważył się pobiec, szukałem jej po całym Tianjinie, słowo, i dopiero niedawno zdałem sobie sprawę: szef jedynie udawał, że ją rzucił, krzyknął aport i schował ją za plecami, zatrzymał dla siebie. Zmylił mnie, wiedział, że na to pójdę, kazał mi się nie przejmować: Ralf, jeśli chodzi o mnie nie mam innego kandydata. To stanowisko jest twoje. To twoja szansa. Czy wiesz, jak ja się cieszyłem? Claude śmieje się: nie byłem jak ty, nie byłem karierowiczem; nie byłem jak oni, Ralf obrusza się, przynajmniej nie do końca. Próbowałeś coś sobie udowodnić, pyta Claude, a może innym? Oni wszyscy to robili, i żaden się nie przyznawał, byłeś dokładnie jak oni. Więc może byłem, przyznaje Ralf, zirytowany i zrezygnowany. Odsuwa się, ale Claude nalega: przecież wiesz, że tylko się z tobą droczę. Na pewno byłeś najlepszym korposzczurem w tej klatce.
Nie wskoczyłem do niej sam, podchwytuje Ralf. Zostałem do niej włożony, choć wtedy zdawało mi się - gorzki śmiech - że naprawdę byłem do tego stworzony, że to moje powołanie, skoro rozmowa przebiega tak dobrze, skoro są mną zainteresowani, skoro rekruter puszcza do mnie oko, głośno mówiąc: zadzwonimy, tak aby wszyscy słyszeli. Dwie godziny później usłyszałem o której mam przyjść: czekamy na ciebie, Ralf. To było świeżo po tym jak-
Po tym jak co, pyta Claude, co się stało? Tym razem Ralf milczy jeszcze dłużej, wypuszcza powietrze ustami, zamyka oczy, otwiera je znów: nie wiem czy ci mówić, nieważne. Zerwałeś z kimś, półżartem zgaduje Claude, a Ralf niemal niezauważalnie przytakuje. Pierwszy raz? Pierwszy.
Mówi dalej: wszyscy sugerowali, że powinienem znaleźć sobie jakieś zajęcie poza pisanym wtedy licencjatem, szczególnie rodzice; oni nienawidzili gdy byłem smutny, powinienem był o tym pamiętać, bo nie minął miesiąc, jak ktoś zapytał mnie o ojca, Voigt, co u niego, pozdrów go od nas koniecznie! To on mnie zachęcał abym wysłał tam CV, co ci szkodzi, Ralf, w najgorszym przypadku nie odpowiedzą. Wtedy wszyscy, włącznie ze mną, dowiedzieli się, że to on załatwił mi stołek. Więc tak, Claude, musiałem udowodnić, że się nadaję, sobie, im, całemu światu, zgadłeś. Ale ja naprawdę się nadawałem.
Pokłóciliście się, Claude marszczy brwi, prawda? Nie, nie, Ralf uśmiecha się smutno, wtedy taki nie byłem, a on, on tylko chciał dobrze, choć ty pewnie powiesz, że mi to zaszkodziło. On cię zepsuł, stwierdza Claude. Nie: ja sam się zepsułem.
Przez chwilę milczą, Ralf obraca w palcach sznurek jego bluzy, aż ten tworzy ciasną pętelkę na jednym z nich, musi puścić, zanim opuszek spurpurowiałby jak wisielec, Joshua. Claude wzdycha. Nikt nie psuje się sam, powtarza, słowo po słowie. Zawsze jest jakaś przyczyna, czy się z nią zgadzasz, czy nie; on cię zepsuł, a jeśli nie on to ktoś inny. Nie powiesz mi chyba, że znalazłeś szczęście w korpo? Sam go szukałem, ale wyjaśnij mi - może niewystarczająco starannie?
Naprawdę myślisz, śmieje się Ralf, że nie szukałem go gdzie indziej? Że nie znalazłem? Miałem je w garści wiele razy. I zawsze przemijało, rozsypywało się w drobny mak, może ściskałem za mocno. Claude mu przerywa: może ono nie było prawdziwe. Wobec tego nie wiem czym jest prawdziwe, Ralf obrusza się. Mógłbym ci pokazać. Naprawdę mógłbym.
Milczą. Myślisz, że to by tak bolało gdyby nie było prawdziwe, Ralf pyta i spuszcza wzrok, choć ten rozjaśnił się chwilową radością. Może wydawało ci się, że jest prawdziwe, Claude patrzy mu w oczy, ale nie było prawdziwe dla nich. Zasłużyłem na to, przekonuje go Ralf, może nie na początku, ale potem? Potem to stało się jedynym, na co ktoś jak ja powinien liczyć. Zasłużyłem sobie.
Niby jak? Claude nie dostaje odpowiedzi, kontynuuje: nikt nie zasługuje na coś takiego, nawet ty. Nawet ja? Ralf śmieje się cicho: zasłużyłem, stając się taki jak oni. To oni cię zepsuli, podchwytuje ponownie Claude. Może mógłbym cię naprawić.
Przez chwilę Ralf nie odpowiada, lecz zaraz wyjaśnia dlaczego: nie naprawia się aut ze złomowiska. Graty jak ja nadają się tylko na części. Claude poszturchuje go karcąco, leżymy na jednym złomowisku, mówi, ze mnie też niewiele zostało, leżymy i czekamy aż nas zmiażdżą. Może masz części, których potrzebuję, może mam te, których ty.
Ralf odwraca głowę usiłując ukryć niespodziewany uśmiech, ale jest zbyt wolny, czuje pomruk śmiechu Claude'a na ramieniu, w zgłębieniu szyi - bawi cię to? - ta myśl zdaje się łaskotać ich obu. Ralf poważnieje pierwszy: już kiedyś to słyszałem. Claude'a to nie zniechęca: tak, i jesteś wrakiem, bo oddałeś całe serce za cudzy złom. A ja mam tylko je. Moglibyśmy się dogadać, rzuca, lecz zanim Ralf reaguje zmienia temat: spodobałoby ci się tu gdybyś częściej wychodził z biura.
Claude wymienia miejsca, opisuje je, tam był przesmyk między budynkami, drzwi zdające się prowadzić do bunkra, był długi korytarz, niebieskie neonowe światło i masa sztucznych roślin na jego końcu, pokazałbym ci zdjęcia; było ślicznie. Nie tak daleko znajomy przejął bar; mieli podświetlany blat i jeśli piłeś coś z lodem jego kostki miały wytłoczone słowa - piętnaście pięter wyżej tłoczyli logo, a on te słowa - nigdy nie wiedziałeś jakie ci się trafi, szkoda, że byś nie zrozumiał, tyle cię ominęło, Ralf, w tym parku latem otwierali kino w plenerze, stare chińskie kino, było tyle stoisk, tyle jedzenia, które powinieneś był spróbować, tyle miejsc, które powinieneś był odwiedzić, nie mów mi, że nie miałeś z kim.
Wymienia miejsca, jak gdyby usiłował wpisać hasło do dawno porzuconego konta, aż wreszcie oczy Ralfa rozjaśniają się ożywionym wspomnieniem: byłem tam. Pamiętam.
Tam moglibyśmy się spotkać, Claude uśmiecha się, a Ralf nie może poradzić nic na to, że on sam również. Więc mówisz, że byś mnie zauważył, pyta kpiąco i nie wierzy ani jedno słowo, które słyszy w odpowiedzi: musiałbym być ślepy żeby nie. Claude dostrzega to, przewraca oczami, każdy zauważyłby blondyna, który zdaje się nie umieć złożyć zamówienia, to ty nie zwróciłbyś uwagi na mnie, przynajmniej dopóki bym cię nie zaczepił. Mógłbym postawić ci drinka, moglibyśmy wyjść razem na fajkę i nigdy nie wrócić. Gdybyś chciał - dodaje i ucieka wzrokiem, ma zamiar się odsunąć, ale Ralf go przytrzymuje, chce spojrzeć w oczy. Miałbym ci odmówić, dłoń przesuwa się z karku, kciuk gładzi policzek. Nie zrobiłbyś tego? Nie umiałbym.
Mierzą się wzrokiem, który błądzi od oczu po usta, śmieją się z tego, ostrożnie odsuwają od siebie, choć zdają się wiedzieć, że nie na długo. Mógłbym pokazać ci parę miejsc, Claude zagaduje go ponownie, zaczynając od sypialni, pyta Ralf, nieomal dławi się śmiechem, tak, od sypialni, chyba że po drodze musielibyśmy wstąpić gdzieś jeszcze żebyś się zgodził.
- Chyba po gumki - Ralf śmieje się w jego szyję.
- Naprawdę myślisz, że bez nich wychodzę?
- Dogadalibyśmy się.
- Moglibyśmy i teraz, ale jutro o tej porze moje ciało dopłynie do morza, o ile mogę marzyć o przynajmniej takim pochówku.
Ralf ciężko wypuszcza wstrzymany oddech, podnosi się, opiera plecami o wezgłowie, długo waży słowa: nie chce o tym mówić, to nie jest świat, którego powietrzem chciałby oddychać, tęskni za chłodną rześkością nocy, smogiem i zapachem starego tłuszczu, tak gęstym, że mógłby w nim pływać.
- To nie twoje ciało będzie trzeba wrzucić do Hai - spogląda na Claude'a przez ramię sięgając po wodę. Dopiero wziąwszy jej łyk kontynuuje. - Może to ich będzie trzeba zanieść nad brzeg. Nie przewidzisz tego co się tu jutro stanie.
- Czuję to w kościach.
Ralf podaje mu butelkę; Claude długo trzyma ją w dłoniach zanim postanawia się napić, odstawia ją sam, sięgając ponad nogami Ralfa, na których wreszcie kładzie głowę. W ten sposób czekają aż teraźniejszość przeminie jak złe wspomnienie, którego napływ spłukał uśmiechy z ich twarzy. Ralf odgarnia włosy z jego czoła, przeczesuje je, ale jego dłoń nieruchomieje gdy Claude nakrywa ją własną i przesuwa do ust. Są ciepłe i miękkie, mokre od wody; kiedy Ralf zaczyna śledzić ich zarys kciukiem rozciągają się ukazując zęby. Claude zamyka oczy, przez chwilę zdaje się, że mógłby tak wbrew samemu sobie zasnąć, lecz gdy otwiera je nie są ani senne, ani nawet rozmarzone: sięgnij do szafki, mówi. Aż po dno.
- Czego mam szukać?
- Będziesz wiedział.
- Tu niczego nie ma.
Claude wzdycha, niechętnie obraca się i sam zagląda do szuflady, lecz zaraz ją zatrzaskuje: poza książką, tabletkami i prezerwatywami nie ma w niej niczego co miał na myśli. Musi wstać, sprawdza torbę, sprawdza płaszcze, w kieszeni drugiego z nich znajduje coś, co sprawia, że z jego twarzy znika grymas. Niewielki kwadratowy ekran oświetla ją, Claude klnie, niepewien, czy się włączy, czy jedynie zawiadomi o niskim poziomie baterii. Znalazłeś? Kupiłem.
Siada obok Ralfa i chociaż wskaźnik baterii świeci na czerwono przystępuje do przeglądania utworów, przechyla ekran, nie daje Ralfowi spojrzeć na te, które pomija: właśnie tak z tobą jest, odgraża się, pomijasz to, co niewygodne, więc pozwól mi z łaski swojej to, co upokarzające. Ralf nie odpowiada, Claude musi go szturchnąć, aby zrozumiał, że tylko żartuje.
Trzymaj, podaje mu wyjętą z pudełka słuchawkę, to prawa.
Ralf przypomina sobie o kłamstwie, w które chciał wierzyć: w przyłożonej do ucha muszli było słychać szum morza, z którego pochodziła, jakkolwiek daleko by się od niego nie znajdowała. Tym właśnie jest muzyka, którą słyszy - szumem odległego świata, początkowo zakłada: o miesiące. Później rozumie: o dekady.
Kiedyś tego nienawidziłem, tłumaczy Claude widząc jego zdziwienie, mieszkaliśmy razem, a on odmawiał puszczania czegokolwiek innego, król jest tylko jeden i trzyma swój tytuł nieprzerwanie od 1956! Potem nie mogłem tego słuchać, bo zaczynałem ryczeć jak dziecko, aż dotarło do mnie, że tylko to mi zostało. Miałeś tak kiedyś?
Raczej na odwrót, uśmiecha się gorzko Ralf. Tak myślałem, słyszy w odpowiedzi, ale nie myśl, że ja nie. Może będziesz mnie wspominał z uśmiechem jak ja Elvisa: miałem dość, hamując i śmiech i łzy nuci pod melodię, teraz tęsknię. Chwilę patrzy w sufit zanim postanawia znów na Ralfa, jutro możesz zginąć, przekonuje go, albo mogę ja, albo możemy oboje, ale nie zamierzam w tak żałosnym stanie, kręci głową w rytm. Nie ma mowy. Tańczysz?
Tańczyłem, odpowiada mu na ucho Ralf, jak gdyby musiał przekrzyczeć muzykę. Claude unosi brwi: wyglądasz jak ktoś kto nie odchodzi od baru i jedynie patrzy na parkiet z politowaniem, może powiesz mi, że pozory mylą? Ralf nie kłóci się z tym, zależy od dnia, wzrusza ramionami, od towarzystwa; i od tego, Claude pyta, ile wypiłeś? Od tego też, uśmiecha się Ralf, nie wspominając słowem o tym, że parę lat temu nie była mu potrzebna ani kropla. W prawym uchu Elvis ostatni raz powtarza mu, że jest diabłem w przebraniu, w lewym słyszy szept Claude'a: mogę ci nalać jeśli ze mną zatańczysz. Jego oddech łaskocze go w szyję, no chodź, słyszy znowu, drugiej takiej okazji może już nie być. Nie daj się prosić.
Próbuje wyciągnąć go za rękę z łóżka, ale Ralf jeszcze chwilę siedzi na jego krawędzi, jakby mocząc nogi w basenie zastanawiał się czy chce w nim pływać, podczas gdy Claude zapewniał go, że woda jest ciepła. Ralf wstaje dopiero gdy unosi karafkę. Podchodzi do niego cicho jakby płynął, opiera ręce na jego biodrach i brodę na barku, tylko nie przesadzaj, prosi go, po czym sięga po pełniejszą szklankę. Claude obraca się, stukają się nimi, szkło dźwięczy o szkło; za to co było, pyta Claude, za to co będzie, poprawia go Ralf, nie, Claude protestuje: za to co jest. Próbuje się uśmiechnąć, lecz robi to dopiero, gdy sącząc whisky Ralf zaczyna kołysać się w rytm muzyki, choć zdaje się to robić przypadkiem, jak drzewo bezsilne wobec poruszającego nim wiatru.
Tańczyliśmy już raz, przypomina mu Claude; to przepłoszone z pamięci wspomnienie przebiega przed oczami Ralfa, gonione przez setkę pozostałych, jakby zaplątało się w nie, jakby te pętały mu nogi, usiłując zatrzymać tam, gdzie dotąd się kryło: tak, tańczyliśmy. Ucieka wzrokiem w bok, patrzy dokąd biegnie lub skąd ucieka, ale nie może powstrzymać uśmiechu, ani tego, że ręce same odnajdują oparcie w ramionach Claude'a, ani tego, że objęty jego własnymi w pasie czuje radość, którą tak uparcie od siebie odsuwał. Przecież widzę, że kiedyś robiłeś to częściej. Możesz mówić co chcesz, ale nie jestem ani ślepy, ani głupi, choć z tym ostatnim pewnie byś się kłócił, podczas gdy prawda jest taka, że to ty jesteś, jeśli twierdzisz, że mnie oszukasz. Nie próbuję, przerywa mu Ralf, ale mija chwila zanim może to powtórzyć patrząc mu w oczy: naprawdę nie próbuję. Więc dlaczego próbowałeś? Ralf udaje, że przez muzykę nie usłyszał pytania, czuje na sobie jego wzrok i dopiero po chwili rozumie, że Claude nie nalega, lecz prosi o odpowiedź. Nie potrafi jej udzielić. Patrzy na niego przepraszająco, ale oczy Claude'a są cierpliwe i wyrozumiałe jak nigdy przedtem. Zamiast powtórzyć pytanie zmienia je: co się wtedy stało? Co cię tak do wszystkich zraziło?
Nie musi zastanawiać się ani przez chwilę, odpowiedź na nie nieustannie pływa na samej powierzchni jego myśli, jest jak olej unoszący się ponad tutejszymi ściekami, który do niedawna pozostawał w ciągłym obiegu za sprawą ulicznych sprzedawców; czyż nie truł się nim świadomie, z własnej woli i własnego wyboru? Mimo to milczy dłużej niż powinien, zanim odpowiada tak niewyraźnie, że musi powtórzyć, aby Claude go usłyszał: zdrada, zostałem zdradzony, nie raz, nie dwa, nawet nie trzy.
Claude przytakuje, wszyscy kiedyś zostaliśmy, wszyscy znamy ten smak. Ale niektórzy trochę lepiej, uśmiecha się wbrew sobie Ralf, jakby był dumny z tego, że nieustannie czuje go na podniebieniu, że drażni je jak kwaśny, permanentny posmak żółci, nie pozwalając na poczucie żadnego innego. Smak, zapach, potrafię ją wyczuć, śmieje się, sam proszę się o to, by mnie wymieniono, ja się im nudzę. Claude kręci głową: nie znudziłbyś się nikomu gdyby znał cię naprawdę. Gdyby ktoś poznał mnie naprawdę, zaprzecza Ralf, wolałby mnie nie znać w ogóle. Oboje to wiemy. Chce zabrać ręce z ramion Claude'a, lecz ten chwyta jego dłonie zanim zdąża to zrobić i trzymając je nie pozwala mu przestać tańczyć. Ja tak nie uważam, mówi po chwili; czy ktokolwiek znał cię lepiej, niż znam cię ja? Kiedyś tak, odpowiada Ralf, lecz w jego głosie nie słychać przekonania, musi się poprawić: ale znali kogoś innego. Wolałbym żebyś znał mnie wtedy.
A ty mnie, przekonuje go Claude, tak mi przykro, że zostały ze mnie tylko resztki, te, których nikt nie chciał, same twarde kości, ale możesz dostać się do szpiku. Psy wprost za nim przepadają. To przysmak epoki kamienia.
Patrzą sobie w oczy dłużej niż kiedykolwiek, Ralf zdaje się chcieć coś powiedzieć, lecz nie jest w stanie, spuszcza wzrok pierwszy. Kto wybrzydza ten nie je, ciągnie Claude rozbawiony, nie chcesz się chyba zagłodzić na śmierć? Może chcę, śmieje się sam z siebie Ralf, może mam po tym wszystkim jadłowstręt. Claude poważnieje: pokładałeś zbyt dużo wiary w tamtych ludzi, ale to nie znaczy, że powinieneś przestać ufać reszcie. Na przykład tobie? Na przykład mi. Słodki dotąd uśmiech Ralfa cierpnie i gorzknieje: wiesz, wtedy, z Zhanną. Zdziwienie na twarzy Claude'a jest szczere i głębokie, Chryste, Ralf, gdybym wiedział, tak cię przepraszam. Ralf kiwa głową, oczywiście, gdybyś wiedział, przepraszasz, nie przestaje nawet gdy Claude ujmuje jego twarz w dłoń: w porządku, prosiłem się o to. Wcale się nie prosiłeś, Claude przekonuje go, ale gdybyś poprosił o co innego do tego wcale by nie doszło. To mój błąd, ale gdzie Zhanna jest teraz? Tam gdzie inaczej dawno byłbym ja.
Przypatrują się sobie, Claude pogodnieje pierwszy: w życiu bym nie pomyślał, że tak to odbierzesz. Ja też, spuszcza głowę Ralf, lecz Claude przyciąga go tak, że ta znajduje oparcie na jego ramieniu. Naprawdę nie wiedziałem, powtarza mu szeptem i na chwilę przykłada usta do jego policzka. Przywykłem, usiłuje zbyć własne rozżalenie Ralf, ale Claude na to nie pozwala: przecież wiem, że to za każdym razem boli tak samo, że jeśli masz jakąś ranę nie musisz zostać dźgnięty ponownie by poczuć ten sam ból, że on powraca sam z siebie. Ale ty żyłeś z nim zbyt długo, za wcześnie dowiedziałeś się jak to jest, prawda? Ralf milczy, w ten sposób przyznając, że Claude ma rację; kołyszą się nie bacząc na rytm muzyki, której przez krótką chwilę zdają się nie słyszeć. Więcej tak nie zrobię, szept owiewa ucho Ralfa, to się nie powtórzy, deklaruje Claude. Oczy Ralfa otwierają się szeroko, usta rozchylają się, serce bije głośno, ktoś puka z jego wnętrza, grozi, że wyważy drzwi, które sam zamknął; robi krok w tył, lecz Claude nie pozwala mu na następny, splata swoje ręce z jego, przykłada do ust, z ostrożnością składa na obu dłoniach powolne pocałunki: w porządku? Ralf przytakuje, musi otrzeć oko, ale uśmiecha się tak, jak nie robił tego od dawna. Spuszcza głowę, lecz gdy podnosi ją Claude nadal przypatruje się mu z czułym zadowoleniem. Fei ci powiedziała, pyta Ralf, wszystko, słyszy w odpowiedzi, śmieją się z tego cicho, zetknięci czołami. Ale wtedy nie zrozumiałem; obecnie nawet nie muszę się starać, wiesz? Po prostu założyłem, że zawsze taki byłeś, czyli jaki, przerywa mu Ralf. Zachowawczy, Claude patrzy mu w oczy, potem na usta: żeby nie powiedzieć, że wstrzemięźliwy. Ralf odwraca głowę, on dobrze wie, że nie zniesie tego spojrzenia, ale radość, jaką sprawia mu jego skrępowanie jest całkiem niewinna.
Nie byłem. Kiedyś nie byłem. Czyli kiedy, dopytuje Claude, i znów spotyka się z dłuższą ciszą, którą wypełnia muzyka. Zanim tamto się stało? Nie, Ralf krzywi się, to nie przechodzi mu łatwo przez gardło: zanim się powtórzyło, zanim zaczęło się w kółko powtarzać. W jednej chwili słyszysz jak wiele dla nich znaczysz, w drugiej dowiadujesz się, że przestałeś dawno temu. Że dałeś się oszukać jak ostatni debil.
Claude waży słowa, milczy, czekając aż echo pobrzmiewającego w głosie Ralfa gniewu przeminie, zagłuszone melodią. Kobiety takie są, oznajmia nagle z groteskową powagą, ale widać, że powstrzymuje śmiech. Ralf przewraca oczami, wzdycha, męczy się, jak gdyby nie ciągnął go za język, a za jeden z noży, którymi najeżone były jego plecy. Ludzie tacy są, poprawia go; zadowolony? Żebyś wiedział, uśmiecha się Claude.
Żebyś wiedział, całuje jego skroń.
Nie musisz odpowiadać, uspokaja go, ale wtedy, gdy studiowałeś: to był chłopak czy dziewczyna? Ralf śmieje się kręcąc głową, patrzy w bok, w podłogę, wszędzie, byle nie w jego oczy. Claude uznaje, że nie usłyszy odpowiedzi, ale właśnie wtedy Ralf jej udziela: miałem chłopaka. Długo? Trochę ponad dwa lata. Musiał być fajny. Ralf przytakuje: do czasu. Dopóki nie zmarnował ci młodości. Tak. Albo życia. Nie, życie zmarnowałem sobie sam.

Czasami z zewnątrz dochodził do nich głośny, radosny śmiech, innym razem głosy stróżujących przy bramie mężczyzn bądź chłopców cichły - milkli raptownie gdy coś zwróciło ich uwagę, lub stopniowo, krok po kroku, gdy zmęczenie okazywało się silniejsze od niezdrowego zapału, z jakim zaniepokojeni ruchem lub hałasem sięgali broni. Będą zmęczeni, usiłowała dodać sobie i im otuchy Shujuan, będą wkurwieni, syczała Jin. Będą martwi, Fei gryzła się w język; gdyby zacisnęła zęby choć odrobinę mocniej trysnęłaby z niego krew. Spędziły blisko godzinę unikając rozmowy o tym, co nieuniknione, z ustami zakneblowanymi obyczajami, które umarły wraz ze światem, i których postępujący rozkład wydzielał odór nie mniej toksyczny niż robiły to martwe ciała.
Ale Fei była pierwszą, która się od tego uwolniła: chwyciła przegniły ząb, którym usiłowała przeżuć rzeczywistość, szarpnęła, i wypluła zanim choroba przeniosłaby się na pozostałe. Nie była przywiązana do tych zębów; wspomnienie samoistnie wypadających mleczaków, wierzeń, które porzuciła jako dziecko, było wciąż żywe. Nikt nie mógł przekonać jej, że w ich miejsce nie wykształci nowych; a jeśli nie? Wkręci sobie złote. Założy sztuczną, idealną szczękę, jak Ralf i Claude, autentyczny odlew pozbawionych skaz zębów, tak jasnych, że gdyby były prawdziwe wybielanie dawno zabiłoby je w środku.
Lecz to było to, co wszyscy chcieli widzieć: nie szczerby po mleczakach, których Shujuan zdawała dopatrywać się w jej uśmiechu, przypominając Jin, że jest zaledwie dzieckiem, ani nie krwawe kratery po siłą wyrwanych trzonowcach. Chciała mieć komplet, ostry jak ich, ostry jak gilotyna. Zgryz, który sprawiłby, że przed rozpięciem rozporka mężczyźni zastanowiliby się, czy nie odgryzie im kutasa.
Na ten jednak moment zamierzała przypomnieć im o mleczakach. Umiała wykorzystać ulgowe traktowanie, które jej gwarantowały, choć do niedawana sprawiało, że chciało jej się rzygać.
- Jestem zmęczona. Chyba się położę - ziewnęła cicho, patrząc na Jin i Shujuan spod półprzymkniętych powiek. Weźmie tabletkę, którą podsunął jej Ralf, musisz się tylko wyspać, być przytomna, obudzi się za osiem godzin, mniej, jeśli Jin wstanie pierwsza.
- Popatrz na nią i powiedz mi jeszcze raz, że popełniłam z Joshuą błąd chcąc jej tego, właśnie tego oszczędzić-
- Może byś jej oszczędziła; a może byłaby już martwa.
- Ciszej, proszę.
- Łatwo jest ci mówić: oni cię nie tkną, o ile Zedong nie udzieli im zgody. A mnie-
- Ciebie też by nie tknęli - zaświergotała Jin. - Ciebie też by nie tknęli, ale nie będą mieli szczególnego wyboru. Ty albo Fei, a każdy, któremu odmówisz, zwróci się właśnie do niej. Chcesz sprawiedliwości dla niej, dla dziecka? Więc współpracuj, do diabła!
- Ciszej...
- Skończyłyśmy rozmawiać, Fei. Shujuan idzie do siebie.

Niebo rozjaśnia się; świece nie są już potrzebne aby mogli widzieć się w świetle nadchodzącego świtu, niebieskim jak gdyby byli pod wodą, a chmury, do złudzenia przypominając pianę morską, miały przypominać im, że znaleźli się na samym dnie, skąd nie mają szans dosięgnąć powierzchni. Tańczą powoli, opór wody ich spowalnia, muzyka wkrótce urwie się bezpowrotnie. Księżyc jest cienki jak ość.
Przez pierwszy rok, opowiada dalej Ralf, były tylko plotki, żarty, może parę pytań, nie były zadawane na poważnie, więc odpowiedzi również takie nie były; zresztą nawet gdy mówił prawdę robił to w taki sposób, że nikt mu nie wierzył, może to rzeczywiście był żart, który zaszedł za daleko. Ale na niedługo przed końcem wiedzieli już wszyscy: znajomi, wykładowcy, rodzice, czułem się przez to jak idiota. Rodzice? Claude pyta. Powiedziałeś im? Ralf kręci głową: to wyszło przez przypadek. Polubili go, potem znienawidzili, naprawił im syna - cudownie, ale potem oddał to, pewnie twierdząc, że samo się zepsuło. Poczekaj: oni nie mieli nic przeciwko? Ralf śmieje się, trochę przez wspomnienie, trochę przez zdziwienie Claude'a: zrozumieli, że chciałem wtedy zrobić im na złość, więc zrobili wszystko, aby pokazać mi, że nie jestem w stanie. Zawsze tacy byli. Wiedzieli, tolerowali, akceptowali, wspierali, nazwij to jak chcesz; zaskoczony? To nie ich wina, że taki jestem, nie przerywaj, proszę: wiem jaki jestem, a wina jest moja.
Claude milczy; Ralf buja się na boki, jak gdyby dwie przeciwne siły uczepiwszy się jego ramion usiłowały wydrzeć go sobie z rąk - uśmiecha się, przywykł do tego, że żył rozdarty. Jak było z twoimi, pyta Claude'a, usiłując przegonić konsternację z jego twarzy - inaczej? Claude zastanawia się chwilę; potem gorzkie rozbawienie wykrzywia jego usta. Pamiętasz jak mnie sklepałeś? Przepraszałem cię tyle razy; a ja wybaczyłem, Bogiem a prawdą sam bym sobie wtedy przyjebał, ale posłuchaj tego - to nie był pierwszy raz kiedy tak dostałem. Mówiłem im: wrócę później, nie czekajcie, wychodzę, ciao! Przedłużyło się, stwierdza Ralf. Trochę, Claude się śmieje, może następnego ranka uznali, że zdążyłem gdzieś znów wyjść, ale zaraz doszło kolejne dwadzieścia nieodebranych połączeń, kolejnego dnia drugie tyle, i gdy wreszcie wróciłem- Nie byli zadowoleni. Nie, nie byli. Martwili się o ciebie - chciałeś, żeby się martwili. Nie chciałem. Chciałeś, żebym ja, Ralf wystukuje palcem sylaby na jego piersi. Claude wzdycha: kiedy wróciłem matka była przerażona, że coś mi się stało, ale ojciec powitał mnie pięścią, brzmi znajomo, prawda? Krzyczał coś o tym, że jestem pierdolonym egoistą, bo gdybym miał odrobinę rozumu znalazłbym sposób na poinformowanie matki, że nadal żyję, choćby padł mi telefon, wreszcie wyraził nadzieję, że dobrze bawiłem się z koleżanką, i ponieważ też chciałem zrobić mu na złość, odpowiedziałem, że koledze się podobało. Wtedy uderzył mnie jeszcze raz, matka kazała mu się uspokoić, mi doprowadzić się do porządku. Nie rozmawialiśmy przez wiele dni, wystarczająco, abym pogodził się z myślą, że jest już po mnie, ale potem posadzili mnie w kuchni, zaczęli pouczać, jeśli chciałbyś nam kogokolwiek przestawić, Claude, obojętnie, czy jest to chłopak, czy dziewczyna, po prostu go zaproś. Potem matka zapytała mnie o jego imię, wzruszyłem ramionami: to już bez znaczenia, mamo. Potem się rozwiedli. Potem skończyłem tu. Długo byliście razem? Parę dni. Miałem szesnaście lat; czego innego byś się po mnie spodziewał? To nie był moment na cokolwiek poważnego, jeszcze przypadkiem skończyłbym jak ty, zrażony do wszystkich, zresztą wtedy wciąż myślałem, że zaraz mi przejdzie, przecież lubię dziewczyny.
Zdążyłem się zorientować, zauważa Ralf. Ty nie? Ralf spuszcza wzrok, aż wreszcie sam zbywa to pytanie wzruszeniem ramion. Niekoniecznie. A mnie? Może. Może, przedrzeźnia go Claude; masz jeszcze parę godzin żeby się zdecydować.

Yan nie pamiętał swojego snu, ale wstrząśnięty, z szeroko otwartymi oczami wyodrębniającymi meble z mętnego, towarzyszącego świtowi półmroku, nie miał wątpliwości, że to właśnie jego przebieg go obudził. Ten nieokreślony, nawiedzający go koszmar stał się tak dalece niemożliwy do zniesienia, że pobudkę w niewiele od niego lepszej rzeczywistości przywitał z ulgą. Musiały minąć minuty, zanim uspokoiły się jego myśli, i znacznie więcej, zanim ich śladem zrobiło to serce.
Przyłożył twarz do szyby, chcąc schłodzić rozgrzane policzki i czoło, lecz wtedy to dostrzegł: dwie pary świecących ślepi zdawały się dymić w kłębach porannej mgły, dwoje zaś jeźdźców, odłożywszy kaski i broń na bok, grało w karty, siedząc na podjeździe i co jakiś czas krzycząc coś w krótkofalówkę. Czy też by taką dostał? Czy nauczyliby go strzelać? Czy byłby w stanie zrobić to, co musiałby, aby uznali go za równego sobie?
Schował się za zasłoną. Znał odpowiedź, nie musiał się nad nią zastanawiać. Nie miał w sobie tego, co Ralf, aby móc chwycić nóż i ubrudzić jego ostrze krwią, nie miał w sobie tego, co Claude, aby skorzystać z jej rozlewu, nie miał nawet tego, co Zedong, aby jej widok potrafił go rozbawić, miał tylko szybkie nogi, które pozwalały mu uciekać, lecz dziś odmówiły mu posłuszeństwa.
Spojrzał jeszcze raz. Ich sylwetki rzucały długie, ciemne cienie, nieomal sięgające wejścia. Co stałoby się, gdyby do nich podszedł? Być może mogliby się dogadać, jak człowiek z człowiekiem, być może uznaliby go za jednego z nich i pochwalili ten wybór; ale mogli również strzelić, po prostu. Albo kazać mu się pierdolić. I co jeśli Ralf i Claude patrzyli? Miał wrażenie, że właśnie tak było. Patrzyli i czekali, aż wreszcie zmięknie i pójdzie błagać nowych bogów o litość, narażając się na gniew tych, pod których protekcją dotąd żył.
Wrócił do łóżka. Dygotał. Pod nieobecność słońca temperatury skradały się niebezpiecznie blisko zera i wkrótce, jeśli nie zaraz, koce i pościele miały okazać się wobec nich bezsilne. Pomyślał o zamarzającym w powietrzu oddechu, o ogniu, nafcie, benzynie i gazie, o promiennikach, świetle i cieple, oraz o tym, że nie miał pojęcia gdzie miałby je znaleźć wśród korytarzy bezkresnego Tianjinu.

Tego dnia zdawało się, że świt nie nastał. O obecności słońca za gęstą warstwą chmur świadczył wyłącznie tępy ból oczu, którego Ralf doznał odsłoniwszy okna; potarł zamknięte powieki dłońmi gdy mleczna jasność nieba spłynęła prosto na jego twarz, jak gdyby usiłowała zmyć z niej senność, której nie wyplenił ani prysznic, ani woda po goleniu, ani filiżanka wypitej w ciszy z Claude'em kawy.
Krople przywróciły biel jego białkom, krem rozjaśnił niebieskawe worki pod jego oczami, ale nic poza snem nie było w stanie uciszyć zmęczenia, szumiącego mu w czaszce jak wiatr przeciskający się między gałęziami okolicznych drzew. Dopiero zimne powietrze ocuciło go na tyle, by dotarła do niego powaga sytuacji: na prowadzącym do hotelu podjeździe wciąż czuwała przysłana przez Zedonga dwójka, a w przeciągu paru godzin mieli dołączyć do nich pozostali. Jeden z nich zauważył go, stojącego w szlafroku na balkonie, szturchnął towarzysza i wskazawszy Ralfa palcem powitał go niedbałym salutem. Ich wojskowa dyscyplina była twarda i krucha jak szkło, niemal słyszał, jak jej powierzchnią rozchodziły się pęknięcia, te same, które miarowo dzieliły lód na krę.
- Nadal tam są - oznajmił, zamykając za sobą drzwi balkonu. Claude nie był zdziwiony, przyjął te wieści z obojętnością tak niezachwianą, że gdyby nie udzielona po chwili odpowiedź Ralf uznałby, że go nie usłyszał.
- Zaproś ich na śniadanie.
Ralf zmarszczył brwi, lecz nie protestował, ani nie uznał, że jego słowa były tylko elementem żartu; ten pomysł nie spodobał się dopiero Fei, która nie zdążyła przebrać się z piżamy gdy Jin wpuściła go do ich pokoju. Nie spały od dłuższej chwili. Nerwowe pobudzenie, które zerwało je przedwcześnie z łóżek, ustąpiło nieznacznie dopiero na dźwięk jego zmęczonego głosu i widok bladej twarzy, niedospanej, jakby przez całą noc myślał jak je od tego ocalić.
- Nie wyjdę tam sama.
- Nic ci nie zrobią.
- Musisz zrozumieć, że to twoja szansa - powtórzył spokojnie. - Za Jin wstawi się Zedong, za Shujuan nikt, ale za tobą może któryś z nich. To dziecinnie proste, Fei, dziel i rządź, wybierz sobie któregoś i uśmiechnij się do niego nieco szczerzej, proszę.

Spraw, że drugi będzie zazdrosny, skłóć ich ze sobą, powtarzała sobie w myślach, niosąc żeliwny imbryk na tacy z dwiema filiżankami i wyłożoną na talerz paczką ciastek. Węsząc podstęp w słodkim zapachu jej perfum nie zgodzili się opuścić posterunku, lecz krople mżawki zachęciły ich do przeniesienia się pod wiatę u wejścia. Byli młodzi, zaniedbani, przeciętni, ale w ich rysach nie czaiło się nic obrzydliwego dopóki nie wymieniali sprośnych spojrzeń nad jednym ze stolików, których przed upadkiem cywilizacji nie zabrała z zewnątrz obsługa, i których nie zdążył ukraść wiatr. Fei próbowała spojrzeć na nich inaczej: jeszcze przed paroma miesiącami inne dziewczyny w jej wieku chełpiłyby się krótką rozmową z o parę lat od nich starszym chłopakiem, a ona zazdrościłaby im, choć już wtedy wiedziała, że niezależnie od czasów chodziło im o jedno. To jak się nazywasz? Fei Fei, odpowiedziała nieznajomemu odgarniając czarne włosy za ozdobione kolczykiem ucho, ale oni mówią mi Fei, ty też możesz. Ty i-
- Jingyi. A ja jestem Guanting, miło mi cię poznać, Fei Fei.
Między ich zębami chrzęściły ciastka, a parę pięter wyżej w kamiennym moździerzu kruszone na pył tabletki, powoli zaczynające przypominać mąkę lub kokainę. Mogliby podać im je w takiej właśnie formie, zachęcić do wmasowania w ociekające śliną dziąsła, lecz Zedong poznałby różnicę. Zamiast tego nieznacznie mąciły herbatę, z którą zostały pośpiesznie zmieszane, w niepokojącym stopniu opadając na dno czajnika wraz z fusami, układającymi się w nieprzychylną wróżbę; Claude i Ralf mogli ją jedynie zignorować.


Edytowane przez Choo dnia 17-03-2019 21:52
i.imgur.com/Wgny7bt.gif
 
wewau

i.imgur.com/0WP3pbH.png

- Co zrobisz, kiedy sprawy wymkną się spod kontroli?
To pytanie na krótko zawisło między nimi wraz z wyplutym pod nogi tytoniem - Jin musiała w zapomnieniu przygryźć papierosa, którym dotąd uderzała o przednie zęby. Pobudzony w niezdrowy sposób, krążący bez celu na podobieństwo więźnia Claude zdążył uznać, że wybijała w ten sposób rytm marsza pogrzebowego nim uprzytomnił sobie, że nie zadała mu pytania retorycznego i w związku z tym spodziewała się uzyskać odpowiedź, a on nie tyle nie umiał, ile nie zamierzał jej żadnej udzielić. Byli potępionymi przez opinię publiczną skazańcami, na których spadł ten sam surowy i nie mający wiele wspólnego ze sprawiedliwym wyrok - mogli się sprzymierzyć lub mieć na względzie wyłącznie siebie i cenę równie niewielką co przydzielona im cela sprzedać współosadzonego strażnikom. Ich problem polegał na tym, że nie umieli przewidzieć, które z tych rozwiązań przyniesie im większe korzyści. Ta niepewność była zarazem szansą na przekonanie Jin do tego, by zechciała współpracować, by on utrzymał w rękawie tę kartę, tego Jokera, którego wolałby nie wyciągać, chociaż od pewnego czasu przyłapywał się na pocieraniu krawędź tektury palcami. Czy Zedong znalazłby w sobie dość serdeczności, by pozwolić im przepaść jak kamień w wodę, gdyby obok Jin sprezentowali mu też Fei i Shujuan?
- A co ty byś zrobiła? Jeśli do tego dojdzie-
- Kiedy, Claude. Kiedy do tego dojdzie - sam wiesz, że to tylko kwestia czasu.
- Nie mamy pewności.
- Nie pogrywaj tak ze mną.
- Bo...? Co zrobisz? Poskarżysz się Zedongowi w nadziei, że za kilka tygodni się tobą nie znudzi?
- Za kilka tygodni rozkład przeżre ten uśmiech, a reszta tego, co z ciebie zostanie zamieni się w kupę przegniłego mięsa, które i bez pomocy ptaków odeszłoby od kości... A ja będę żyła. Może nie będę szczęśliwa, ale będę żyła. Co ty na to?
Claude przez moment nie był w stanie zdobyć się na wiele ponad milczenie i szukanie zaprzeczenia tych słów zagrzebanego gdzieś w herbacianym pyle, który zgromadził się przy samym dnie filiżanki z herbatą. Zaczynał żałować, że nie pozwolił sobie na wlanie kilku kropli rumu; że resztki proszku wsypał do imbryka, a nie własnego kubka.
- Przyszła ostatnia zmiana - skonstatowała z odrazą Jin ze skronią przyciśniętą do ramy balkonu, a potem z zastygłym na twarzy wyrazem pogardy obróciła się w jego stronę. - Może powinniśmy zwrócić im Ralfa. Gdybyś poprosił, żeby przez moment ich zajął, zrobiłby to.
- I co potem? Wierzysz, że po czymś takim miałbym jakiekolwiek opory przed wystawieniem ciebie, gdyby nas zatrzymali?
- To ty tu jesteś na przegranej pozycji. Jak myślisz, komu uwierzą - rozhisteryzowanej kobiecie, która zaprze się, że została uprowadzona czy tobie, z bronią pod ręką? - przypomniała mu z czymś, co można by uznać za cień protekcjonalnego uśmiechu. - Ralf mnie nie posłucha, ale ciebie tak. Wiesz, że byłam temu przeciwna, ale zmieniłam zdanie i nie chcę dziś umrzeć - ty też, więc przestań brać to do siebie. Joshua zniknął i nie wrócił, i nie łudzę się, że wróci, ale gdybyśmy go spotkali, nie miałabym mu za złe tego, że raz wykazał się większym rozsądkiem i uratował własną skórę. Możemy zrobić to samo. To będzie bolało tylko na początku, ale potem przestaniesz o nim myśleć.
Claude zakrztusił się własnym rozpaczliwym śmiechem - czy to działo się znowu? czy to działo się naprawdę? - i pokręcił z niedowierzaniem głową, a kiedy podniósł wzrok, napotkał jedynie identycznie poważne i nienawistne spojrzenie Jin.
- Mam ochotę cię udusić, bylebyś się wreszcie zamknęła.
- A ja i ciebie, i jego, ale oto jesteśmy - i proponuję ci bezkrwawe wyjście.
- Nie jesteś pierwsza. Gdybym był tobą, dałoby mi to do myślenia.
- Jak się nazywała ta dziewczyna? Ta, która podcięła sobie żyły? Nie zorientowała się w porę, że zapędziliście ją w kozi róg, co? Powiedz mi, Claude - ona to sobie zrobiła czy ty? Ile razy już przez to przechodziliście? Ile razy przedtem błagałeś o oszczędzenie Ralfa?
Na moment zapadła cisza.
- Musisz czuć się zraniona - podjął Claude - Joshua nie okazał się tak wierny. Wyjechał i zostawił cię w tyle. Możesz mnie przeżyć, zgoda, ale myślę, że możemy się też zgodzić co do tego, że to nie ja postradam zmysły. Wiesz, co robiono kobietom, kiedy Japończycy weszli do Nankinu? Musisz wiedzieć, to tragedia, wielka tragedia... A oni nie będą lepsi, Jin. Nadal chcesz podcinać gałąź, na której siedzisz?
- Umrzemy - wyszeptała zmartwiałymi wargami Jin, nim powtórzyła to samo, tym razem nieomal krzycząc:
- Czy ty nie rozumiesz, że umrzemy? Że zarżną nas jak-
- Jak wszystkich innych. Wiem, że umrzemy i ty też to wiesz. To nie może być szczególnie trudne, ale wolałbym, żeby nie okazało się bolesne.
Ogień tlący się w Jin zdawał się przygasnąć - na krótko odwróciła wzrok, a kiedy znowu nań spojrzała, przypominała ten sam niedopałek, który przed momentem sama zdusiła w popielniczce. Wtedy zdał sobie sprawę z tego, że sam musiał wyglądać niewiele lepiej. Czy ktokolwiek zmrużył tej nocy oko?
- Zmień Ralfa, zajmij się naszymi gośćmi. Nie chcę tam schodzić, dopóki nie pojawi się Zedong.
Przytaknął, ale nie ruszył się z miejsca. Jin podniosła głowę.
- Coś jeszcze?
- To, co powiedziałaś-
Zbyła to uniesieniem ręki. Sprawiała wrażenie zrezygnowanej.
- Przestań. Jestem wściekła, ty jesteś wściekły, wszyscy jesteśmy wściekli, a nawet jeżeli zgadłam - proszę, zapamiętaj sobie, że nie jestem nią, nie jestem też Shujuan... Każdy z nas ma kogoś na sumieniu. Jedna kurwa wte czy we wte... Ale ja jestem w stanie was przeżyć - nie zamierzam tylko wpaść z deszczu pod rynnę, rozumiesz?
- Przecież każdy z nas wybiera mniejsze zło.
- Dlatego przestań kryć plecy Ralfa, bo może się okazać, że będziesz musiał schować się za moimi.

Claude zamknął za sobą drzwi najciszej jak potrafił, ale nie zdążył odejść daleko nim po ich drugiej stronie rozległo się stukotanie - to Jin przekręciła blokadę i podstawiła krzesło pod klamkę, to samo, któremu przed paroma kwadransami przypatrywał się bez zrozumienia, nie pojmując co też musiała robić w nocy, skoro zdecydowała się postawić je pod ścianą korytarza tak wąskiego, że nie mieściły się w nim dwie dorosłe osoby. Bogiem a prawdą walczył z odruchem zrobienia tego samego - zamknięcia się w sypialni i zabarykadowania przejścia tak, by w razie zaistnienia potrzeby zyskać te kilka sekund, które mogły zadecydować o życiu lub śmierci.
Nigdy nie uważał strachu za coś złego - szczególnie, że to on częściej niż cokolwiek innego przydawał jego życiu smaku i pozwalał komponować się z brawurą. Nigdy też by się do tego nie przyznał, ale przepadał za pulsowaniem krwi w skroniach, przyspieszonym tętnem, ścierpniętą skórą i napięciem mięśni, za tym, jak na te kilka uderzeń serca rzeczywistość sprowadzała się do wzięcia rozbiegu i zeskoczenia z urwiska do wody, między skały, o które mógłby się roztrzaskać, gdyby niepoprawnie oszacował odległość; do tego rozsadzającego czaszkę podekscytowania, kiedy motor przechylił się na tyle, by wpadli w kontrolowany poślizg i prześlizgnęli się pod opuszczonym szlabanem, choć tamtego dnia wyłącznie szczęśliwy traf przesądził o tym, że żaden z nich nie stracił głowy ani nie został stratowany przez rozpędzony pociąg pasażerski. Dotychczas rzucał się w ramiona kostuchy i wysupływał z nich, kiedy tylko pryskało pierwsze zauroczenie, zupełnie jakby była wyłącznie jedną z wielu osób, których imiona rozpływały się w kieliszku wina i która akurat przysnęła, kiedy on ze swoimi rzeczami w zębach wymykał się ukradkiem na zewnątrz. Lubił to niecierpliwe oczekiwanie na zderzenie, ale zarazem wierzył we własną nieśmiertelność i utwierdzał się w tym przekonaniu, kiedy nieszczęśliwe wypadki przytrafiały się wszystkim dookoła, tylko nie jemu - Yanis, który skakał za nim i wydawałoby się, że spadł do wody po tym samym torze stracił władzę w nogach; kamery złapały numery rejestracyjne Ju-long przed tym nim zrobiły to władze porządkowe - po tym zdarzeniu stracili ze sobą kontakt; Chunhua sypiała z nim regularnie i wiedział, że nie brała tabletek cyklicznie, ale kiedy zadzwoniła z płaczem, że wpadli, poprosił o przeprowadzenie testów - po zobaczeniu wyników na własne oczy zapewnił, że będzie służył pomocą niezależnie od tego kim był ojciec tego dziecka, a zaraz potem zablokował jej numer. Przeważnie w parze ze strachem pod rękę z nim szła ulga - ale tym razem coś się zmieniło. Tym razem szczęście się od niego odwróciło, a pech zaczynał ocierać się o jego nogi jak mruczący z zadowolenia kot.
Wiedział, że w porównaniu z tym, co prawdopodobnie miało spaść na barki Jin i Fei - Shujuan nie poświęcał uwagi wyszedłszy z tego prostego założenia, że co z oczu to z serca, a starali się unikać na tyle, na ile było to możliwe - przerosłoby go, gdyby znalazł się na ich miejscu. Jedynym, co pochłaniało go bez reszty były rozważania nad tym, czy Zedong zamierzał nieświadomie zadośćuczynić za krzywdy Joshuy i założyć mu pętlę czy też znalazłby w sobie dość współczucia, by zmarnować na niego nabój. Czy kazałby mu spojrzeć w wylot przyłożonego do ramienia automatu i powiedzieć, czy na końcu widział bramy Raju, myślał Claude, podnosząc wzrok na Ralfa; czy może kazałby mu odwrócić się i zakosztować życia po raz ostatni, a on nawet nie zauważyłby tego, że kula przeszła na wylot, kiedy wpatrywał się w bezkres nieba nad głową i mewy niesione prądami powietrznymi. Może tak właśnie wyglądała śmierć: każda sekunda zdawała się rozciągać bez końca jak lepka, rozgrzana melasa i trwać wieki, potem rozlegało się tąpnięcie, ciało uderzało o ziemię, na porowatym betonie niczym rosnące wzdłuż krawężnika chwasty zakwitały kałuże krwi, a zdezorientowany zmarły patrzył na to i zastanawiał się, w którym momencie dusza oddzieliła się od korpusu.
A może się mylił, może się bał i nie dopuszczał do siebie myśli, że po wystrzale zapadała ciemność. Może to przypominało wyrwanie wtyczki z kontaktu - on, off, a on zamilkłby niczym pozostawiony w pustym salonie telewizor, który został zawczasu podpięty do zasilania awaryjnego, ale nawet wtedy nie mógł pozostać na wiecznym chodzie. Claude uniósł rękę na powitanie ludzi, których ulewa zapędziła do środka, zastanawiając się, któremu z nich zostanie wydany rozkaz wyłączenia sieci.
- Jestem zaskoczony, że wysłano cię do nas o tak wczesnej porze, Wen - zagaił, a sam zainteresowany, który stał i raz po raz potrząsając połyskującą od wilgoci skórzaną kurtką rozmawiał z podkomendnymi, obrócił się na pięcie z wyrazem życzliwego, zakrawającego na kordialność zainteresowania i rozłożył ramiona w geście, który sugerowałby, że zamierzał powitać syna marnotrawnego.
- Już miałem pytać Ralfa czy będziemy tego wieczoru w komplecie! - Wen spojrzał na Ralfa tak, jakby tamten wprawdzie wygrał zakład, ale sama nagroda zniknęła w międzyczasie z podium i nic nie mógł na to poradzić, a potem zaśmiał się z wyższością i wskazał na kanapy. - Usiądź, nie przejmuj się nami - chłopcy mówili, że Fei Fei zdążyła ich poczęstować-
Czym?, ciążyło Claude'owi na końcu języka.
- ...ale sam musisz być głodny. Dopiero wstałeś?
- Położyłem się później niż zamierzałem.
- Mam nadzieję, że nie zamęczyłeś Jin - I znów rozległ się ten śmiech, a Claude poczuł, że narasta w nim ślepa wściekłość. - Rozumiem, że możesz nie podchodzić zbyt entuzjastycznie do dzielenia się z nami swoją dziewczyną - bo jesteście razem? - ale pomyśl o tym jak o podzieleniu się chlebem z potrzebującymi. To jak, Claude? Od jak dawna ukrywasz ją przed światem? A może - tu zwrócił się w stronę Ralfa - ona nie należy już tylko do niego? Na ile części pokroiliście ten tort?
- Nie jest w moim typie - przerwał mu Ralf i wzruszył ramionami - i nie rozumiem dlaczego w ogóle zamierzamy zaczynać ten dzień od rozmowy o gustach. Myślę - wyprowadź mnie z błędu, jeśli się mylę - że Zedong będzie miał do powiedzenia więcej w sprawie tego co komu z was będzie mogło się podobać, a co nie.
Poufały uśmiech zniknął z twarzy Wena, a kiedy nań powrócił, był jedynie bladą, kwaśną kopią tego poprzedniego.
- Powiedziałbym, że przysługuje mu decydujący głos, ale nawet on musi liczyć się ze zdaniem większości.
- Zedong nie byłby zachwycony, gdyby to usłyszał - zauważył niby mimochodem Ralf i zaobserwowawszy, że resztki koloru odpływają z twarzy Wena udał, że tego nie zauważył i kontynuował tym samym niewzruszonym tonem, choć może z większym rozbawieniem:
- Ale bez obaw - nikt z nas tego nie powtórzy. Przecież zależy nam na tym, żeby wszyscy dobrze się bawili - jakimi bylibyśmy gospodarzami, gdyby było inaczej? Swoją drogą, o której planuje się tu pojawić? Nie powiem, że nietaktem byłoby kazać mu czekać aż ziemniaki dojdą, bo sam od dawna nie miałem ziemniaka w ustach, ale może moglibyśmy podać mu przynajmniej ciepły makaron. Jak uważasz, Claude? Dasz radę w pojedynkę?
Tym razem to on wzruszył ramionami, jak gdyby nie wiedział jaka intencja przyświecała zadaniu tego ostatniego pytania.
- To zależy, ale przydałaby mi się pomoc. Nie chciałbym zabierać wam Jin i Shujuan, ale Fei-
- Nie wspominaliście, że jest tu jeszcze jeden chłopak? Nie pamiętam imienia, ale-
- Johnny.
- Kolejny biały? Mnożycie się jak zaraza... Ale niech będzie - o ile Johnny ma dwie ręce, myślę, że mógłby pomóc w kuchni. Dziewczyny zasługują na wolne, prawda? - zapytał, po czym spojrzał na Ralfa, jakby właśnie u niego szukał potwierdzenia. - Sam mówiłeś: zależy nam na tym, żeby wszyscy dobrze się bawili, prawda? One też muszą się kiedyś rozerwać.

Yan był blady niczym duch, który nie rozliczył ziemskich spraw nie wiedząc, że te w życiu pozagrobowym staną się smyczą krępującą swobodę ruchów, ale poproszony o udanie się do kuchni potulnie tam ruszył. Zdawał się skulić w sobie, kiedy przechodzili obok zmieniających się wartowników - czy to byli ci sami, którzy przybyli tu przed chwilą? czy byli to następni? - i wypuścił wstrzymywane w płucach powietrze, kiedy tamci zniknęli z pola widzenia. Krążył wte i we wte od paru godzin, to wystawiając, to zabierając naczynia i wydawał się rad z powrotu do kuchni, nawet jeżeli wiązało się to z szukaniem nowych talerzy - czy mieli ich pod dostatkiem? - i załadowywaniem wózka z poczęstunkiem od nowa. Z każdym popchnięciem dwuskrzydłowych drzwi, przez które wchodził i wychodził ich skromne zapasy topniały w oczach - pierwsze zniknęły przekąski; potem kruche pieczywo i wszystkie słoiki z masłem orzechowym, wreszcie kasza, którą można było przerobić na pudding i podać z marynowanymi owocami, syropem i bakaliami. Rozrywając kartony z ryżem Claude klął pod nosem, zaraz napominając się, że skąpstwo mogli przypłacić życiem, a wtedy na nic zdadzą się mu rezerwy. Woda bulgotała w garnkach, a on powtarzał sobie, że to regularne przyjęcie, parapetówka jak wiele innych.
Skrzypienie zawiasów.
Gdzieś w oddali, w świecie za murami tego więzienia, z którego nie mogli uciec zaszło słońce i lada moment miała przybyć wyczekiwana gwiazda wieczoru - Fei powiedziała mu o tym przed kwadransem. Również była blada, ale zachowała spokój. Claude zastanawiał się, czy za zeszkleniem oczu stały powstrzymywane łzy czy Ralf poczęstował ją winem przygotowanym dla gości - sam przyszedł dotąd tylko raz, a on bez słowa podał mu łyżkę o smukłym uchwycie i udał, że nie słyszał charczenia towarzyszącego wymuszaniu torsji. Taka była cena zachowania jasności umysłu.
- Skończyła się im whiskey. Macie tu coś jeszcze?
Claude z pewnym zdziwieniem spojrzał na Tanga, który od progu omiótł wnętrze latarką, jakby sprawdzał, czy tym sposobem z mroku uda się mu wypłoszyć więcej szczurów niż tylko spoconego jak mysz kucharza.
- Duszno tu jak cholera, ale nawet nie będę pytał czy wolałbyś zamienić się z Ralfem - Tang skierował snop światła na kuchenki - bo nie masz wyjścia. Zedong się za tobą stęsknił. Przebierz się.
- A co z-
- Z Ralfem? Jeszcze nic - powiedział z nutą czegoś, co można byłoby uznać za współczucie. - Oni wyciągnęliby cię tam tak jak stoisz - upokarzanie to ulubiona forma rozrywki tych szympansów.
- Dziwnie jest to słyszeć z ust kogoś, kto przyjechał tu z tym cyrkiem.
- Pozbawili mnie wolności, nie resztek rozsądku. Nie zamierzam robić sobie wrogów - Tang wzruszył ramionami - ale nie rób sobie nadziei. Daję ci head start, nic poza tym. Whiskey?
- Yan zaraz- O, jesteś.
Yan ze zdziwieniem ustąpił Tangowi miejsca w przejściu. Kiedy tamten go minął, niemo zapytał o to co tu robił, a wycierający ręce w ścierkę Claude zdobył się wyłącznie na wzruszenie ramionami i wskazał brodą na szafkę.
- Wystaw tamte karafki, powinny być gotowe. Sprawdź czy na dole nie ma widocznego osadu i weź te, które nie wzbudzą podejrzeń.

Wchodząc w krąg światła rzucany przez bezlik świec i kilka niewielkich lampek, w których do rana miały wyczerpać się baterie, Claude pozwolił sobie na teatralne wycieranie rąk w ścierkę, jakby rzeczywiście ledwie przed momentem wyszedł z kuchni. Za przyniesienie tego niepozornego rekwizytu podziękował sobie, kiedy tylko w ślad za niespokojnym uniesieniem wzroku przez zaalarmowanego ruchem za plecami Ralfa obróciły się też inne głowy. Każda rzucona na powitanie uwaga stanowiła szyderstwo - a nawet te, które w zamierzeniu nim nie były brzmiały do złudzenia podobnie. Claude udawał, że nie słyszał niepochlebnych komentarzy i pytań o to, kto pozwolił służbie wynieść się z kuchni - bez pośpiechu zdradzającego zdenerwowanie, metodycznie zdrapywał z siebie niewidoczny, zmyty w sypialni tłuszcz i przystanął naprzeciwko Zedonga z teatralnym wyrazem znużenia.
- Dobrze cię widzieć - zagaił Zedong i poklepał po udzie Jin, która - uwięziona na kolanach tamtego - zdawała się walczyć z pokusą wbicia Zedongowi paznokci w kark, który niedbale masowała wolną ręką. Nowo przybyłego Claude'a zlustrowała nieprzychylnym, acz mętnym spojrzeniem, nim znów wbiła go w nieokreślony punkt w przestrzeni. - Ralf mówił, że nie ma potrzeby cię tu fatygować, że musisz być zaganiany, a ja, że przecież niecodziennie macie gości - byłoby szkoda, gdybyś gnił przez cały ten wieczór w kuchni. Sam umieram z tęsknoty za świeżą krwią, a przecież nie rozmawiam wyłącznie z Wenem!
- Nie powiedziałbym - zauważył Wen, którego wzrok pozostawał - podobnie jak u Jin - nieobecny i wrażenie to potęgowała powolność w jego ruchach. Nim zdecydował się podciągnąć na siedzeniu na tyle, by wyglądać na trzeźwego, zdążył stracić podparcie i w rezultacie przechylił się przez podłokietnik. - Mógłbym tu zasnąć, a on i tak nie przestałby z Wen, Wen, Wen to, Wen tamto. Zresztą zobaczycie. Do kurwy nędzy, ile mu to zajmuje?
- I tak już ci nie stanie - rzucił ktoś z pozostałych. W odpowiedzi przez salę przetoczyły się urągliwe prychnięcia i kpiarski śmiech. - Ale rzeczywiście, mógłby się pospieszyć. Yijun zdąży wypalić całą paczkę i wrócić zanim-
- Nie bądź skąpym skurwysynem, Liwei - przerwał mu z przyganą w głosie Zedong - umówiliśmy się na coś - umówiłem się z wami wszystkimi. Jeśli nie dziś to jutro. A Ralf... Ralf jest prawnikiem i lepiej niż ktokolwiek wie, że umów trzeba dotrzymywać. Że na człowieka może spaść wiele nieszczęść, kiedy złamie dane słowo.
Ralf uśmiechnął się kwaśno.
- Żyłem z nieszczęść i mogę powiedzieć tyle, że nie uwierzyłbyś, w jakich okolicznościach potrafią spaść na ludzi - podjął - i to przeważnie na tych, którzy spodziewali się ich najmniej... albo wcale, bo i takich nie brakowało. Ale nie narzekam - premie nie brały się znikąd.
- Powinieneś zostać u siebie. Ty i reszta tych karaluchów mielibyście się nieźle na tym wysypisku - może nawet przeżyłbyś promieniowanie, kto wie? - skonstatował Wen i przepłukawszy usta resztką wina, wskazał pustym kieliszkiem na Claude'a. - A ty? Czym ty zapracowałeś sobie na wygnanie?
- Był nieszczęściem, z którym Ralf nie umiał sobie poradzić - zaśmiał się Zedong, ale zaraz spoważniał na tyle, by móc mówić. - Żartowałem. Ralf wspominał, że nie znaleźliście się przed tym wszystkim, ale nie mieliśmy zbyt wiele czasu na pogaduszki ani wtedy, ani- Ale muszę ci to oddać, Claude, że jak na kogoś z bronią wycelowaną między oczy byłeś całkiem rozmowny. Ambasada, Claude, to wtedy zdążyłeś nam powiedzieć. Kim byłeś? Woźnym?
Claude poczekał aż śmiech ucichnie.
- Attaché, a kiedy konsul zmarł - nie on pierwszy zresztą - przemianowano mnie na konsula. Awans, którego wolałbym nie dostać - skłamał i sięgnął po pustą szklankę, pozwalając temu stwierdzeniu wybrzmieć. Wszyscy umilkli. - Zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie tacy jak ty mają nijakie pojęcie o tym, kto pracuje w ambasadzie poza woźnym i samym ambasadorem - i może nawet powinienem przyznać ci rację, może masz podstawy tak myśleć, chociaż o tym nie wiesz, bo widzisz, ten pierwszy w zasadzie mógłby zastąpić drugiego. Obaj zajmowali się w zasadzie tym samym, obaj zamiatali brudy pod dywan. Czy Johnny dotarł tu z whiskey czy już całą wypiliście?
Niewypowiedziane życzenie zostało spełnione bez słowa. Alkohol został mu polany szczodrym strumieniem.
- Nie jesteś zbyt nieopierzony na bawienie się w politykę? - zapytał Zedong. Pewność siebie ustąpiła sceptyczności i skłonności do podejrzeń. Wsparty na zagłówku fotela, na którym siedział Ralf Claude wytrzymał jego chłodne spojrzenie. - Jak na kogoś, kto właśnie zadeklarował, że był konsulem dość ochoczo uciekłeś do kuchni.
Claude zwilżył usta. Whiskey była mocna i nawet przyprawiona pozostała przyzwoita w smaku. Wiedział, że znalazł się na śliskim gruncie, ale umiał się po nim poruszać.
- Czy myślisz, że zadawałby się ze mną do tej pory, gdybym był tylko naszym kierowcą? - zapytał z rozbawieniem, wskazawszy na Ralfa. - Nawet by na mnie nie spojrzał. On lubi zapach pieniędzy i wpływów, a nie tego smażonego na ulicy makaronu i bułek z fasolą.
- Masz o mnie fatalne mniemanie - zaprotestował Ralf z teatralnym wzburzeniem, ale też się uśmiechał. - Przedstawiłeś się imieniem i nazwiskiem, ale nie przy pomocy legitymacji.
- Świat mógł się zawalić, a tacy jak on nadal będą wietrzyć korzyści.
- Skąd takie ambicje?
- Nie nazwałbym tego ambicjami. To była konieczność - powiedział. Tym razem nie kłamał. - Musiałeś słyszeć, co się stało. Wtedy o tym nie myślałem, ale moi rodzice... Oni wiedzieli. Chciałbym powiedzieć, że przewidzieli przyszłość, ale w tamtym czasie wystarczyła odrobina spostrzegawczości, by domyśleć się, że niedługo nie będzie tam dla mnie miejsca. Gdybym został we Francji jeszcze rok lub dwa, musiałbym dokonać konwersji na islam. Przepraszam, nie musiałbym - mógłbym. Podobno na początku takich pariasów było wielu, ale szybko poszli po rozum do głowy. Stęsknili się za prawami, do których przywykli.
- A ty nie? - Zedong z uśmiechem na ustach pochylił się tak, jakby zamierzał wyznać mu sekret, ale zamiast tego rozwinął myśl, kiedy Claude, nie wiedząc o co tamtemu chodziło, umilkł w zachowawczym odruchu. - Nikomu nie trzeba mówić, że nie przesadza się starych drzew, ale nie wszyscy wiedzą, że młode też nie zawsze się przyjmują. Niekiedy młode obumierają - przestają rodzić owoce, a potem-
- Nie urodziłem się wczoraj - przerwał mu łagodnie Claude - ale nie ukrywam, że na początku potrzebowałem pomocy. Zdążyłem przywyknąć do innych warunków. Jak myślisz, czy gdybyśmy zamienili się rolami i to ty znalazłbyś się na ziemi, której zwyczajów do końca nie rozumiesz - czy dożyłbyś tego dnia? Ja myślę, że mógłbyś mieć z tym problem.
I znów usłyszał nieobcy mu pomruk niezadowolenia roju, szeleszczenie rąk, które pod warstwami ubrań szukały broni.
- Myślę, że Europa - ta mała, prowincjonalna Europa pełna miasteczek, które wydają się mikroskopijne w porównaniu z tym, do czego się przyzwyczaiłeś - przeżułaby cię i wypluła tylko chrząstki.
- To bardzo niedyplomatyczne stwierdzenie.
- A ty bardzo krótkowzrocznie zakładasz, że jesteś nieśmiertelny i że to, co powiedziałem odnosi się tylko i wyłącznie do ciebie. Ten kraj - samo to pierdolone miasto! - połknęło mnie tyle razy, że w pewnym momencie przestałem liczyć, ale za każdym okazywałem się na tyle niestrawny, żeby wypluwało mnie pod nogi. Proszę, możesz mi grozić, możesz mnie zastrzelić, ale trochę tu już przeżyłem i na tym etapie nie zrobi to na mnie większego wrażenia. Byłem dyplomatyczny zbyt długo - zbyt długo byłem tu też odmieńcem, który nie umiał złożyć zamówienia w restauracji, zbyt długo błądziłem tu po omacku i zbyt wiele razy zostałem w domu, nie mając siły wyjść. I wiesz co? Potem musiałem wyjść, bo zaczęły się studia - to dopiero było piekło! Przez wszystkie te lata patrzono na mnie z góry i nie traktowano poważnie - zupełnie jak robisz to ty w tym momencie - bo byłem biały, bo nie umiałem pracować w tym samym tempie, co cała reszta, ale przeszedłem przez to. Myślałem: po prostu potrzebuję więcej czasu, najwidoczniej zaaklimatyzowanie się tu potrwa jeszcze trochę. Czekałem cierpliwie i uśmiechałem się do wszystkich tych idiotów, których nazywałem znajomymi. Znajomi...! Degrengolada moralna. Większość nie reprezentowała sobą niczego poza przywilejami, które przysługiwały ich rodzinom - ale to właśnie oni stanowili mój fundusz ubezpieczeń społecznych i właśnie to powtarzałem sobie, kiedy pierwszy raz trafiłem tu do szpitala, bo to oni byli w stanie od ręki wyłożyć tysiące, z których potem się rozliczaliśmy. Byłem cierpliwy i uśmiechałem się, uśmiechałem się bez końca i robiłem wszystko, by wszyscy byli zadowoleni. Myślę, że po tym dam radę zadowolić też ciebie, jeśli pozwolisz, że wrócę do kuchni zamiast zabawiać cię rozmową zamiast Ralfa.
Zedong przez moment patrzył na niego w milczeniu.
A potem wybuchnął śmiechem - ciężko powiedzieć w jakim stopniu był on wymuszony, a w jakim rzeczywiście uznał tę sytuację za zabawną - zupełnie jakby opowiedziano mu nieoczywisty dowcip, na którego rozgryzienie potrzebował dobrej chwili.
- Musisz być tym zmęczony, Claude - a jednak nadal tu jesteś, nadal stoisz, śpisz i pieprzysz się na ziemi, której nie rozumiesz i której - jak z wielkim smutkiem odnoszę wrażenie - nie znosisz. Dlaczego nie wyjechałeś?
- Nie musiałem rozumieć, żeby wiedzieć, że tu mam większe możliwości - tak jak ty nie musiałeś rozumieć nas, by tak chętnie skorzystać z naszej gościnności. Krem z kukurydzy zaraz się przypali.
- Nie szkodzi, z pewnością macie w zanadrzu coś jeszcze - Zedong poklepał Jin jak jałówkę wystawioną na targu bydła - a my mamy czas. Nigdzie się nam nie spieszy.
Claude rozłożył ręce i zerknął na Ralfa, ale ten postanowił wyłączyć się z rozmowy i udawać nieobecnego, czego nikt o zdrowych zmysłach w tych warunkach nie mógłby mieć mu za złe.
- Nie zrozum mnie źle, Claude, bo nie chciałbym zakwestionować twoich... z braku lepszego słowa, osiągnięć - podjął Zedong - ale nie uważasz, że z takim przygotowaniem - z takim przygotowaniem stać cię na więcej niż to?
- Więcej niż pełny żołądek i spokojny sen? To masz na myśli? Nie, nie uważam.
- Więcej niż bycie pomocą kuchenną. Ile jesteś wart, Claude? Więcej niż Ralf? Tyle samo?
- Z moimi przepalonymi płucami prawdopodobnie mniej.
- A podobno to ze mnie jest ciężko cokolwiek wyciągnąć.
- Jeśli za tydzień, za dwa albo za pół roku mieliby tu znaleźć się ludzie, którzy w poprzednim życiu, w tych starych, dobrych czasach mogliby wytrzeć sobie o ciebie buty, nie wiem czy pamiętaliby o kimś takim jak ja - w gruncie rzeczy nie byłem nikim ważnym - ale myślę, że powitaliby mnie z otwartymi ramionami, bo nowy świat będzie potrzebował wielu takich jak ja. Czy osądzą cię, jeśli postanowisz udekorować mną któreś z kolei drzewo? Być może - a być może nie. Czy ta odpowiedź była wystarczająco dyplomatyczna?
- Ani trochę, ale to nic, bo może jest tak, jak mówisz. Może na coś mógłbyś się przydać - a może powinieneś przypomnieć sobie czym jest pokora. Może nawet mógłbym ci służyć pomocą. Jak uważasz, Ralf? - zwrócił się niespodziewanie do tamtego, nie spuszczając jednak wzroku z Claude'a. - Nowy świat, podobnie jak każda łódź ratunkowa, może okazać się przyciasny dla nas wszystkich.
- Nie dzieli aż nas tyle, żebyśmy musieli wyrzucać kogoś za burtę. Poza tym Claude - przynajmniej z tego, co zdążyłem zauważyć - jest niezłym pływakiem i nie byłbym taki pewny, czy nie dopłynąłby do brzegu przed tobą.
- Chciałbym to zobaczyć.
- Tak jak my to, jak wiosłujesz bez wioseł.
- Tupet godny podziwu.
- Tupet? Gdyby nie ja, trzymałbyś na kolanach Wena.
- Byłoby dla ciebie lepiej - półprzytomny Wen przetarł twarz z wysiłkiem - naprawdę byłoby dla ciebie lepiej, gdybyś miał w tym momencie w odwodzie żandarmerię.
- Byłoby, to prawda - przyznał Zedong i pomimo tego, że nie przestawał kręcić szklanką, coś nieuchwytnego w wyrazie jego twarzy podpowiadało, że nie był daleki zarzucenia pozorów wyrobienia towarzyskiego i że tuż pod tą zastygłą skorupą uśmiechu kipiała magma. - Ale skoro na tyle sobie pozwalasz, musisz mieć coś innego. Wyłożyłem przed wami karty na stół - uczciwie! - i liczyłem, że zrobicie to samo.
- A ja z równie wielką uczciwością mogę powiedzieć, że mam wyłącznie siebie, Ralfa i wielką ochotę, żeby zapalić.
Zedong odchylił się. Maska serdeczności spadła i z trzaskiem rozbiła się o podłogę, kiedy niechętnym machnięciem ręki wyraził przyzwolenie.

Wieczór należał do pochmurnych, ale mimo tego tu i tam droga mleczna zdawała się rozlewać w kałużach, które - nie spłynąwszy do kanałów za sprawą nieprzepustowych rynsztoków i krat ściekowych - rozrastały się na z każdą ulewą i zaczynały przypominać niewielkie sadzawki. Claude z pewną ulgą zdał sobie sprawę z tego, że wkrótce mieli pożegnać się z latem - nie zastanawiali się wprawdzie nad tym, jak uporać się z ziąbem w sypialniach i na korytarzach, ale mogli zapomnieć o podtopionych ulicach i przemoczonych ubraniach. Za kilka tygodni przynajmniej ten problem miał rozwiązać się sam.
Za kilka tygodni, przemknęło mu przez myśl, gdy wsunąwszy papierosa między spierzchnięte wargi przetrzepywał kieszenie w poszukiwaniu zapalniczki, za kilka tygodni świętowałby urodziny. Nie marzył o torcie ani o prezentach - oba traktował jako sympatyczne uzupełnienie składanych mu życzeń, ale w tym roku miano mu poskąpić i tych, ponieważ wszyscy, którym na nim zależało nie żyli. Ledwie sobie to uświadomił, żal zakleszczył serce w żelaznym uścisku. Nikt o nim nie pamiętał, bo i nie było komu - i Claude musiał powtórzyć sobie kilkukrotnie, że to było bez znaczenia, że wiedział od dawna, że został zupełnie sam, by bolesny ucisk w piersi zelżał. Westchnąwszy, jakby zamierzał poskarżyć się bezkresowi nieba wypuścił z ust wstęgę pary - i wówczas usłyszał szelest za plecami, pole widzenia przecięła nić, a on zdążył pomyśleć o Moirach, o tych prządkach ludzkiego losu, o naostrzonych nożycach, nim ni sznur, ni struna werżnęła się tuż pod krtanią w skórę, w tkanki, wyduszając z niego resztki powietrza. Palce prześliznęły się po powierzchni drutu śliskiej i zimnej jak pocałunek śmierci - na daremno. Zatoczył się do tyłu, rozbijając o napastnika, którego z daleka można by uznać za kochanka. Przy którymś z kolei szarpnięciu, z którym metal nie puścił, Claude w panice zdał sobie sprawę, że to nie była szczeniacka zabawa. Kiedy przed oczami wykwitły mu szkarłatne kwiaty, rzucił się w bok jak ryba w sieci. Kimkolwiek był agresor, oboje runęli w rozgrzebane w trakcie szamotaniny błoto. Zdołał wyszarpnąć z rąk tamtego poluzowaną garotę. Wrzask rozdarł noc
[ RALF ]
ale zanim Claude zdołał zaczerpnąć tchu po raz drugi
[ RYJ ]
Yijun, którego o wiele za późno rozpoznał po niskim, przypominającym warczenie głosie zdążył zapobiec temu kopnięciem. Ból - palący i duszący - zalał płuca na krótko przed tym, nim zrobiła to woda po tym, jak Yijun zdołał schwycić go za kołnierz i wdusić twarzą w szlam. Kałuża była za płytka, ale próba zrzucenia z siebie kogoś, kto trzymał się na nogach pewniej spełzła na niczym, choć Yijun musiał poczuć się zagrożony, bo w następnej chwili spróbował trzasnąć nim o chodnik, i znowu, jakby miał do czynienia z wybranym z kurnika jajkiem, którego skorupa nie zamierzała pęknąć. Limit został wyczerpany, pomyślał, kiedy w zamroczeniu nie zdołał odepchnąć rąk tamtego; palce zatopiły się w ciele jak żelazne haki i zdołał odwieść je na tyle, by nie zmiażdżyły rozedrganej grdyki.
Przenikliwy, wysoki krzyk w oddali zabrzmiał tak, jakby uchylono same bramy piekieł. Może tak właśnie było. Może ktoś właśnie zgłosił roszczenie, może już znaleziono tam dla niego kąt i czekano aż wyda z siebie ostatnie tchnienie.
Yijun znów spróbował roztrzaskać mu potylicę i kiedy zaalarmowany Claude zluzował uchwyt, ten wykorzystał swoją przewagę i przeciągnął go dalej, tam gdzie woda zgromadziła się w załamaniu ulicy i musiała sięgać kostek. Claude zobaczył wielki wybuch i narodziny nowej galaktyki nim gwiazdy rozmyły się mu w oczach. Zanim się zorientował, instynktownie spróbował wciągnąć haust powietrza - tyle, że spóźnił się i zakrztusił, pogarszając jedynie sytuację, bo zachłysnął się ponownie. Deszczówka zabulgotała w nim jak w niedrożnej rynnie.
Czy tak właśnie czuł się Joshua?
Claude tonął w ciemności, choć niedaleko rozbłysły latarki.
Zdezorientowane nawoływania zamieniły się w krzyki, a te w wycie - czyje? - i rechotanie, zawodzenie i wreszcie w wydawane naprędce polecenia.
- On już nie żyje!
- Yijun! Spójrzcie!
- Nie żyje!
Nie słyszał ich.
- Zostawcie ich!
Claude zdołał odpłynąć w niebyt i zwiotczeć jak zmarnowana trzcina. Nie słyszał już niczego.
I znów po podjeździe przetoczyły się wrzaski i przekleństwa.
- Zabierzcie go! Do tyłu z nim! Do tyłu, kurwa!
Ralf rzucił się do przodu, ale został zatrzymany. Jin, która wypadła na zewnątrz za nim boso przemknęła obok wyciągniętych w jej kierunku ramion. Rozmokła ziemia zdawała się pod nią zapadać, a ona sama zdawała się być otępiała, ale nie na tyle, by zapomnieć, gdzie znajdowały się oczy. Kiedy wzięła zamach, a rozchwiany blask zamigotał na wypolerowanym szpicu, rozległ się nieludzki ryk
[ YIJUN ]
ale tym razem to właśnie dla niego było za późno i kiedy obrócił się, zabrane z blatu recepcji nożyce, którymi rozcinali w holu zgrzewki z wodą, weszły w niczym nieosłonięty oczodół jak w kostkę masła. Wybuchło pandemonium.
Przeraźliwy skowyt wypełnił noc. Pierwsi podwładni Zedonga dopadli do Jin. Ochrypły jęk i wołania o pomoc zagłuszyły jej krzyki. Jako ostatnie echem poniosły się wystrzały - to Tang posłał serię kul w niebo, a w ślad za nimi posypały się komendy.
- Zostawcie ją, do kurwy nędzy i-
Ale inni nie słuchali. Stali niewzruszeni.
Nie on rozdawał karty.
Pobladły Zedong przypominał ducha - a może była to tylko kwestia zbyt wielu skierowanych nań latarek. Skinął głową.
- Róbcie jak mówi.


Edytowane przez wewau dnia 27-04-2019 01:33
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo


Kiedy wypadł na zewnątrz było już za późno. Było za późno jeszcze gdy zerwał się od stołu, było za późno już gdy usłyszał swoje imię, być może ono samo rozbrzmiało ze śmiertelnym opóźnieniem. Wisiało w powietrzu jak wystrzelona ku niebu raca, której huk zdążył dawno rozejść się echem: Ralf. Nie zdążyłeś.
Widział już wiele martwych ciał, więcej, niż ktokolwiek byłby to w stanie zliczyć: nieruchome, sine, białe, zapadnięte, w stanie rozkładu, zimne i jeszcze ciepłe, umazane krwią.
- Claude?
- Martwy, nie widzisz?
Zdawałoby się, że poznał każdą twarz śmierci i ta nie była go już w stanie zaskoczyć; jakże się mylił. Z rozchylonych ust Claude'a wątłą strugą wyciekła woda, której nie zdążył przełknąć zanim zabrakło dla niej miejsca w ściśniętych płucach. Oczy, które zacisnął zanim znalazły się pod wodą, teraz rozluźniły się - i gdyby nie cienka linia przekrwionych białek, widoczna spod opuszczonych powiek, wyglądałby jakby spał. Ralf musiał zadrzeć głowę i przedrzeć się przez gawiedź aby móc na niego spojrzeć i na własne oczy zobaczyć to, co już słyszał: nie oddycha. Nie żyje.
Szarpał się dotąd zakuty w dyby rąk zaciskających na jego nadgarstkach, barkach i karku, lecz właśnie wtedy, korzystając z obezwładniającej niemocy, za sprawą której zapomniał o stawianiu oporu, odciągnęli go dalej, w tył, aż do środka. Nie wiedział czyje polecenie tym samym wykonali. Ogłaszający pisk wypełniający jego uszy, przez który uprzednio nie usłyszał własnego naraz zrozpaczonego i wściekłego wrzasku, teraz nie pozwolił mu usłyszeć potoku płynących z jego własnych ust pytań i żądań, nie będących niczym innym jak błagalnymi prośbami obleczonymi w gniew.
[ ZRÓBCIE COŚ DO KURWY NĘDZY ZRÓBCIE COŚ ]
I chociaż nagle znalazł się przyszpilony rękoma podwładnych Zedonga do krzesła - a te zaciskały się jak pasy bezpieczeństwa podczas gwałtownego hamowania ilekroć szarpnął się, usiłując wstać - wciąż miał przed oczami jeden i ten sam widok. Na mokrym chodniku w białym świetle latarek i gwiazd leżały dwa ciała: jedno martwe, jedno w agonii. Ich losy ważyły się, któreś życie miało okazać się ważniejsze od drugiego. Ralf wzywał Boga, Yijun matkę.
Zedong patrzył na niego z miejsca naprzeciw, milcząc jak ojciec, pozwalający dziecku wykrzyczeć się i wypłakać. Ta cisza jedynie podsycała wściekłość Ralfa, jej rozżarzone wypieki teraz rozgrzały się do białości, czyniąc go równie bladym co księżyc. Równie bladym co Claude.
Wreszcie nie wytrzymał jego spojrzenia, zdradzając tym samym, że nie wiedział co robić, że nie patrzył na niego dotąd z góry, a myślał.
- Myślisz, że masz to wszystko pod kontrolą - wysyczał Ralf; w jego oczach wzbierały się łzy, które wkrótce miały spłynąć w dół gasząc rozpalone policzki. - Dziś to Claude, ale jutro to będziesz ty. Rozszarpią cię twoje własne pierdolone kundle - zaśmiał się upiornie.
- Możecie go puścić.
- Nie radzę.
Ktoś wykręcił mu mocniej ręce. Kto inny zacisnął pięść na włosach, odchylił głowę w tył i cisnął o blat, choć z zawahaniem, dzięki któremu nie roztrzaskał mu twarzy. Yijun nadal zawodził, słowa zmieniały się w bełkot.
- Wystarczy, chłopcy. Ralf jest naszym przyjacielem, prawda? Nie tak traktuje się przyjaciół.
Puścili go, ale nie łudził się: palce, które dotąd wpijały się w jego skórę, teraz zacisnęły się na rękojeściach i spustach. Nie ruszał się, jedynie jego klatka falowała hamując szloch.
- A teraz posłuchaj mnie uważnie, Ralf. Przyznaję, nie taki był plan, bardzo mi przykro, że musi to w ten sposób wyglądać, naprawdę; ale cóż innego nam pozostało jak wykorzystać tę okazję? Porozmawiajmy.
- Kiedy Yijun zdechnie.
- To wybuchowy chłopak - przytaknął Zedong. - A był taki spokojny kiedy się poznaliśmy. Tobie też radziłbym się uspokoić, chyba już wiesz, że nic nie przywraca opanowania jak nóż pod gardłem? Nie, nie, jeszcze nie, zostawcie. W końcu jedynie rozmawiamy. Jingyi, sprawdź co z Yijunem.
- Yijun wyszarpnął te nożyczki. Razem z okiem. Wykrwawia się.
- Mamusia mu nie pomoże.
Zaśmiali się, lecz nie wszyscy.
- Zadowolony? Oko za oko - uśmiechnął się Zedong. - Twoja suka zabiła mojego człowieka.
- Twój kundel zabił kogoś ważniejszego. Nie powinieneś był pozwolić aby do tego doszło.
- Może taki był plan? Na twoim miejscu cieszyłbym się, że to on, a nie ja.
- Miejscami - wycedził Ralf przez zęby - najchętniej bym się z nim zamienił.
- To bardzo szlachetne, Ralf.
- Myślisz, że którykolwiek z nich by za ciebie zginął? Wziąłby za ciebie kulę? Połknął twoją dawkę trucizny?
- Nie tego od nich oczekuję.
- Na twoim miejscu zacząłbym się bać. Nie masz wśród nich przyjaciół. A zamiast szukać ich gdzie indziej, wolisz robić sobie wrogów - był pijany oszałamiającą mieszanką alkoholu, złości i boleści.
- Zostawcie nas samych - oznajmił Zedong, z tą samą niewzruszoną twarzą. - Już. Już, powiedziałem!
- Nie podobają ci się pomysły, które im podsuwam?
- Pierdolisz od rzeczy.
- A ja sądzę, że uderzyłem w samo sedno. Niektórzy z nich właśnie kogoś stracili, kto jeśli nie ty miał temu zapobiec?
- Ktoś taki jak ty. Przejrzyj na oczy, to jedyna taka okazja. Przydałbyś mi się, widzę to, mógłbyś nad nimi zapanować. A Claude? Ciągnął cię tylko w dół, nieomal obaj utonęliście. Nie taki dobry z niego pływak, co?
- Zatoniemy wszyscy razem - głos Ralfa zadrżał. Trząsł się cały, pod nieruchomą powierzchnią skóry drgały naraz wszystkie mięśnie, rażone strachem i wściekłością niby płynącym przez nie prądem; za sprawą tego samego wysokiego napięcia zjeżyły się włosy na jego karku. - Chcesz posłać go na dno: w porządku. Ale pójdziesz tam razem z nim. Razem ze mną. I każdym z nich.
Zedong obserwował go milcząc, dotąd nachylony w przód teraz odchylił się w siedzeniu - mrużąc oczy zastanawiał się na ile słowa Ralfa były wykonalną groźbą, a na ile tylko nieszkodliwą pogróżką, powinny być potraktowane poważnie, czy też zbyte śmiechem. Ten jednak uwiązł mu w gardle. Coś w sposobie, w jaki to wypowiedział, zabrzmiało zbyt niepokojąco. Złowieszczo, pomyślał.
- La commedia e finita, jak to mówicie w Europie.
Ralf przytaknął. Zedong westchnął.
- To ty szukasz we mnie wroga, gdy w obliczu zaistniałych okoliczności, wbrew temu, co mogliby oni pomyśleć, wyciągam do ciebie pomocną dłoń. Zostałeś sam. Na twoim miejscu-
- Na twoim miejscu zastanowiłbym się czy dziewczyny przystanęłyby na to bez gwarancji, że nie zostaną same z tym stadem barbarzyńców - Ralf wziął głęboki wdech, jakby chciał uspokoić rozedrgany głos lub poczuł coś w powietrzu: poza alkoholem, jedzeniem, tytoniem i benzyną, która skropliła czyjąś odzież przy napełnianiu baku, poza potem, krwią i strachem. Ledwie przed paroma godzinami tłumaczył Fei, że gdyby doszło do konieczności użycia przyklejonych u spodu blatu żyletek, pocięte przypadkiem palce byłyby jej ostatnim problemem. Teraz żałował, że obok nich nie umieścili drasek, w złączach ciesielskich zapałek, a w którejś z butelek nie znajdowała się rozpałka zamiast wódki. Że nie mógł chlusnąć mu nią w twarz, puścić wszystkiego z dymem.
- To ma być jakaś zasadzka? - Zaśmiał się Zedong, choć nagle zastanowił się gdzie był Yan, i ta mała, Fei, czy nie ona ledwie chwilę temu przemknęła korytarzem? Rozejrzał się rozbawiony, choć nie bez niepokoju; udawany lęk ukrył prawdziwy.
- Może mam pomyśleć, że ten wasz Amerykanin przybędzie ocalić dzień? Jaka szkoda, że ostatni raz chłopcy widzieli go uwieszonego gałęzi.
Ralf uśmiechnął się. To wtedy wezbrane w oczach łzy zsunęły się dwiema prostymi liniami po jego twarzy.
- Chcę zapalić. Masz zapalniczkę?
Zedong zawahał się wpół drogi dłoni do kieszeni. Stół oświetlały lampy kempingowe. Świeczki, choć początkowo rozpalone, teraz straszyły czernią powykrzywianych knotów, sterczących ponad woskiem jak zwęglone kości. Przed dwiema godzinami ich światło okazało się bezsilne wobec mroku nocy i dziesiątek rąk, bezustannie sięgających ponad stołem. Pokręcił głową.
- Nie.
- Nie? Nie chciałbyś odejść z hukiem? My chcieliśmy.
Nagle zrozumiał: gaz. Zaciągnął się powietrzem.
Wypuścił je ze śmiechem.
- Claude był słabym kłamcą-
- Zdziwiłbyś się - przerwał mu Ralf.
- Ale tobie byłbym w stanie uwierzyć.
- Powinieneś był mu. Nie doceniłeś go.
- Powiedzmy, że rozpoznaję interesujące mnie talenty - Zedong podjął ponownie. - Ten ze Stanów, chociażby: w jednej chwili widzę jak ci się sprzeciwia, w następnej znajdujemy go martwego. Może powinienem to nazwać przypadkiem, ale nawet jeśli: takich przypadków potrzebujemy. Nasze metody są podobne.
- Były - gorzko uśmiechnął się Ralf; nie obchodziło go już, że to, co zamierzał powiedzieć, mogłaby usłyszeć Jin, Shujuan lub Fei. Nie miało to znaczenia. - Claude byłby wzruszony tym jak go chwalisz.
Zedong zamilkł. Wiele z tego, co stało się następnie, miało przypominać desperacką próbę rozprostowania zgięć na zmiętej i ciśniętej w kąt kartce. Załamania papieru miały pozostać wieczne i wyraźne jak blizny.
W ślad za przywołanym Wenem zlecieli się pozostali, ich słowa przelatywały obok Ralfa jak wściekły, co chwila kąsający rój: nie żyje, martwy, zawsze był taki biały? Jaką on miał przestraszoną minę! Martwy, martwy, martwy, widziałem jak się wierzgał, jak on kopał! Trup jak nic. Co z nim zrobimy? Macie jakieś łopaty, Ralf? Chcesz wykopać dół? Obok jest rzeka, wrzucimy go tam i po kłopocie. Brak pulsu, wreszcie się zamknął, jak on się darł, mamusiu, mamo! Xian, chcesz zobaczyć jego oko? Ta suka powinna je zjeść - śmiech - ta suka powinna je sobie wsadzić.

Minęło dużo czasu zanim Yijun umarł.
Najpierw podniósł się na klęczki. Doczołgał się w kierunku świateł latarek, ociężale, jak gdyby wspinał się po pionowej skale i miał spaść, gdyby tylko zluzował zacisk dłoni, zdartych już po chwili do krwi. Nie czuł ich pieczenia, ani nawet bólu, który jeszcze przed chwilą odebrał mu władzę w ciele. Jedynie jego głowa wydawała się dziwnie pełna, ciążyła, ciągnąc go w dół. W lewym oku, wciąż nadzianym na wyrwane z oczodołu nożyczki, widział wyłącznie ciemność; w prawym jedynie biel. Wycelowane w niego latarki świeciły zbyt jasno aby mógł dostrzec choćby sylwetki trzymających je osób. Był sam i nikt nie odpowiadał na jego wołanie. Posadźcie go, usłyszał tylko, zanim wypłynie mu mózg, odpowiedziało pytanie, co ona mi zrobiła, chciał zapytać, ale ani jedno ze słów nie zabrzmiało jak wyraz.
Potem ręce chwyciły go pod barki, puszczajcie, rzucił się, ale jego plecy zaraz napotykały oparcie jednej z betonowych donic. Co ona mi zrobiła, powtórzył, a ponieważ znów nie uzyskał odpowiedzi sięgnął dłonią do mokrego od krwi oczodołu.
- Co on powiedział?
Powtórzył. Spróbował powtórzyć. Jego język zdawał się odrętwiały, skądś znał to uczucie.
- Tang? Tang, co z nim zrobić?
Nie mógł mówić. Nie mógł mówić jak po wizycie u dentysty, w trakcie której kiedyś wyrwano mu ząb. Nie będzie bolało! Nie będzie bolało, krzyknął, a zmieszana z krwią ślina pociekła mu po brodzie.
- Zostaw go i mi pomóż.
Nie możecie mnie zostawić, spróbował dźwignąć się na nogi, nie możecie tak po prostu...
- Ale on-
- Wykrwawi się na zewnątrz lub do środka.
Głowa Yijuna opadła w tył [ NIE MOŻECIE ] kark zdawał się nie móc utrzymać jej ciężaru; następnie w przód. Próbował dźwignąć się na nogi, ale rozsadzana krwią czaszka raz za razem okazywała się ciągnąć go znów ku ziemi. Podobno stanął o własnych siłach i zdążył zrobić dwa kroki zanim runął przed siebie, martwy. Z poziomu ziemi zdrowe oko patrzyło na Claude'a, ciągniętego we dwóch do środka.
Wewnątrz, naśladując ten upiorny, przedśmiertny taniec, z nadzianym na pałeczkę owocem liczi Jingyi gonił uciekającego przed nim Xiana. Przewracali krzesła, zdzierali obrusy, wspinali się na stoły i spadali z nich, z hukiem obiecującym, że za którymś razem jeden z nich nie wstanie z podłogi.

Świat, który raptownie się zatrzymał, ponownie zaczął pędzić. Jakby ktoś wcisnął gaz, ignorując wszystkie ograniczenia oraz błaganie Ralfa, aby zwolnił, zawrócił, obrał inny kierunek.
- Innego nie ma - Zedong wzruszył ramionami. Stracił pojęcie dokąd zmierzała ta rozmowa; była jak jazda w ciemności bezkresną autostradą. Nie wiedział co znajdowało się na jej końcu, ani czy ta rekreacyjna, zdawałoby się, przejażdżka, nie zakończy się stłuczką. Kierowca był pijany i ani myślał posłuchać jedynego trzeźwego pasażera. U diabła, to jego dłonie spoczywały na kierownicy, to on wprawiał to wszystko w ruch, i on jeden, gdyby tylko zapragnął, mógłby wyjąć kluczyk ze stacyjki: to koniec! Wysiadamy. - To jedyny lekarz na jakiego natknęliśmy się w centralnym Tianjinie; oczywiście, że może cieszyć się pewnymi swobodami. Przypomnij im, Wen, że jeśli coś mu zrobią nikt nie zszyje ich ran, a mamy tu delikwenta, który bardzo chętnie by im je zadał. Czyż nie?
Twarz Ralfa była zbyt spięta, aby Zedong mógł z niej wyczytać jakąkolwiek reakcję. Ralf nie pojmował tego co działo się wokoło; czyjś odległy śmiech utonął w gwarze rozmów, z których rozumiał nic albo niewiele. Śmiali mu się w twarz, lecz nie wiedział dlaczego, klepali po policzkach, lecz nie wiedział przez co, trzymali nieomal skutego w krześle - bo dostarczało im to lepszej rozrywki niż cała reszta.
- Nie wszystkim podoba się, że Tang zajął się tym twoim Francuzem. Chcieli go stamtąd wyciągnąć i wypatroszyć - objaśnił mu Zedong jak dziecku, po czym zaśmiał się, bo tylko śmiech pozwalał mu się tym nie martwić. - Powiedz mi, skąd się w nas to bierze?
Ralf znów nie odezwał się słowem. Zedong uśmiechnął się serdecznie.
- Czyżbyśmy nie byli w nastroju na rozmowę?
Miał wiele do powiedzenia, lecz ten mimowolny skurcz szczęki prędzej skruszyłby jego zęby na pył, niż pozwolił otworzyć usta. Trząsł się, tym razem było to widoczne: rozsadzał go gniew i wszystkie słowa, które chciał wykrzyczeć Zedongowi w twarz, a których wypowiedzenie byłoby jednoznaczne ze śmiercią i jego, i Claude'a.
- Księżniczka się nadąsała - Zedong skwitował rozbawiony. - W dodatku zupełnie bez powodu. Kiedy ostatni raz pytałem Wena, Tang twierdził, że twój drogi przyjaciel żyje. Możemy to, oczywiście, zmienić w każdej chwili.
- Chcę go zobaczyć.
- Obawiam się, że to niemożliwe.
- Chcę go zobaczyć - powtórzył Ralf wolniej i wyraźniej, choć wciąż przez zaciśnięte zęby.
- Rozejrzyj się - zachęcił go Zedong. - Nawet gdybym chciał spełnić twoją uprzejmą prośbę byłoby to zbyt ryzykowne. Narazisz na śmierć i mojego człowieka, i twojego kolegę, do tego tą małą, Fei. Możesz być niebezpieczny, pewnie! Ale oni są bardziej.
- Więc przyznajesz, że nie masz nad nimi kontroli.
- Jedynie, że nie oparłbym się pokusie niewydania im rozkazu, halt!
- Boisz się, że by go nie usłuchali.
Głos Ralfa był cichy, graniczył z szeptem.
- Dzisiaj Claude, jutro ty.
- Claude żyje.
- Nie wszystkim przypisuje takie szczęście. Myślisz, że ktoś rzuciłby ci się na pomoc?
- Każdy kto liczyłby na moje względy.
- O ile nie liczyliby na względy nowego przywódcy. Wówczas rzuciliby się, ale do twojego gardła.
- Jeśli zaraz się nie zamkniesz - syknął; stracił panowanie, nad sobą, nad nimi - to twoje znajdzie się w niebezpieczeństwie.
Coś w Ralfie drażniło go, może był to proroczy spokój, z jakim to wypowiedział, a może fakt, że miał rację. Kilka par oczu skierowało się na nich, głosy przycichły. Nasłuchiwali.
- Przecież nie ma powodów do obaw: są ci wdzięczni. Nakarmiłeś ich, nauczyłeś bronić, aż wreszcie odkryli, że mogą atakować. Dałeś im dach nad głową, poczucie sensu i wartości, w dodatku coś do pieprzenia. Ktoś mógłby pomyśleć, że już cię nie potrzebują. Ale ci idioci - bo za idiotów ich masz, prawda? - nie wpadliby na to sami, więc nie masz powodów do obaw.
Tym razem to Zedong zamilkł.
- Boisz się ich.
- Zdziczeli - przyznał z ostrożnością. - Ale czy nie my wszyscy?
Powiódł po nich wzrokiem. Ożywienie, w jakie wprawiła ich cudza śmierć, teraz znalazło ujście w zerwanych obrusach, zbitych butelkach, wykrzyczanych przekleństwach, niepohamowanym, nieludzkim śmiechu, podbitym Jin oku, pośmiertnym hołdzie Yijunowi. Rzucili się na nią gdy Zedong machnął ręką i pozwolił im wymierzyć własną sprawiedliwość, jakby miało jej to dać nauczkę. Teraz, pozbawieni tej rozrywki - zamknęła się w pokoju, puszczona - szukali jej na dnie opróżnianych butelek i półmisków. Zaczynało brakować alkoholu, jedzenia, mord do obicia, co jakiś czas Wen pacyfikował kłótnie i bójki, inne trwały w najlepsze.
- Nawet Yijun kiedyś taki nie był - odezwał się Wen, a Zedong drgnął, nie zdawszy sobie sprawy, że stał tuż za nim i słuchał.
- Męczyli go dopóki nie zaczął się odgryzać - podjął niechętnie - i wtedy okazało się, że to on najmocniej kłapie zębami.
- Któregoś razu ukradli mu przydział wody. Przywykł do skarżenia się rodzicom, więc powiedział Zedongowi, a ten słusznie przypomniał mu, że powinien troszczyć się o swoje.
- Maminsynek. Wyrósł z tego.
- Wyrósł! - zaśmiał się Wen. - Wziął butelkę, która mu została, jedną z tych wysokich, szklanych. Unieruchomił tamtego chłopaka, wepchnął mu ją po gardło, zatkał nos, aż tamten zaczął się dławić.
- Więcej niczego mu nie zabrali.
- Nie odważyli się, mało tego: to on zaczął zabierać. Tych, którzy próbowali bić się o swoje, później traktował jak przyjaciół. Równych sobie.
- Dotąd sądziłem, że wierzyłeś w dyscyplinę.
- Aby zasady były przestrzegane muszą się najpierw podobać. Im podobała się następująca: jeśli coś komuś ukradniesz, nikt nie stanie w twojej obronie gdy w odpowiedzi spróbuje cię zabić.
- Yijun często roił sobie, że znów coś mu zabrali.
- Bo kiedy do nas dołączył miał przy sobie rzeczy z domu - wyjaśnił Zedong. - Ostatecznie nie została mu ani jedna, bawiła ich ta jego tęsknota, czy też raczej: nie mogli znieść własnej, o której im przypominał. Jakieś zdjęcia, rupiecie, wstydził się o nie zawalczyć. Ale potem miarka się przebrała.
- Dlatego go nie opłakują, w większości. Zrobią z tej śmierci jedynie pretekst do roszczeń. Myślisz, że potraktowali tak Jin, bo zabiła im kumpla?
- Zrobiła to, czego żaden się nie odważył.
Ralfa ogarnęła nagła fala mdłości, zimny dreszcz, który aż nim zatrząsł, jakby wypłynąwszy na głębiny otarł się o coś nogą i z przerażeniem pojął, że nie pływa w tych wodach sam. Przed chwilą byłby gotów rozczłonkować zwłoki Yijuna tak, że rodzona matka by go nie poznała; teraz ten nieobliczalny gniew przewracał jego własnymi wnętrznościami, niepewien na kim miałby się skupić.
- Ralf?
Jego oczy, o źrenicach wąskich jak szpilki, przeniosły spojrzenie z podwładnych Zedonga na niego samego.
- Dokąd idziesz?
- Zobaczyć Claude'a.

Nie wiedział jakiego widoku miał się spodziewać. Z jego szybkimi krokami zlało się równie szybkie bicie serca, które zagłuszyło zarówno je, jak i słowa odprowadzającego go pod drzwi Wena. Zwolnij, to tutaj, rozbrzmiało tuż za nim, ale ten głos był przytłumiony, jakby Ralf słyszał go spod powierzchni wody: zdajesz sobie sprawę, że im się to nie spodoba?
- To nie mój problem - oznajmił Ralf, nie zauważając nawet, że jego dłoń zdążyła zacisnąć się na klamce, podczas gdy druga sięgała po kartę. Ciekawskie spojrzenia odprowadziły ich aż tu, a głowy, dotychczas niewinnie wyglądające zza rogów korytarzy, teraz zamieniły się w pojedyncze podpierające ściany cienie. Wtapiały się w czerń nocy. Wystukiwały palcami sekundy na grzechoczących karabinach. Obserwowały, Ralf czuł to na karku, oczekiwały - sępy wypatrujące śmierci.
Palące się wewnątrz świece obiegły uchylone drzwi cienką ramką światła. Z pierwszym postawionym przez próg krokiem zalało twarz Ralfa, nie zauważył, że wstrzymał oddech, ani że w gwałtownym poruszeniu jakie wywołało jego wtargnięcie Tang dobył wymierzonej w niego broni, a Fei, przycupnięta dotąd na brzegu łóżka, teraz schowała się za jego ramą, za Claude'm, który ledwo co spojrzawszy śmierci w oczy nie wypuścił nawet z dłoni układanego na pościeli pasjansa.
- Ralf - Fei była gotowa do niego podbiec, lecz właśnie wtedy z ciemności korytarza wyłoniła się twarz Wena, druga z trzech głów stojącego na straży piekieł Cerbera.
Zatrzymała się, z rozczochranymi włosami, które Claude musiał próbować przeczesać, z rozmazaną pomadką, którą musiał próbować zetrzeć kciukiem. Z wielkimi oczami, w których smolistej czerni kotłowało się coś, czego nie był w stanie zmyć.
- Claude-
Claude otworzył usta, lecz te zaraz zamknęły się rażone bólem. Na jego szyi zaciskała się kolia krwiaków, jakby spadło na nią stępione poprzednimi skazańcami ostrze gilotyny.
- Krtań - wyjaśnił Tang, wskazując na własną. - Powinno mu przejść.
Ralf przytaknął. Nie zdążył mu podziękować.
- Idziemy - ponaglił go Wen; w drzwiach zamajaczyła kolejna twarz.
- Twoje miejsce jest z tymi diabłami - zachęcił go Tang, ponieważ Ralf się nie ruszył, co miało znaczyć: Claude jest pod dobrą opieką.
- Zajmiemy się nim.
Ręka Claude'a sięgnęła ku niemu zbyt wolno, aby wyciągnięty z pokoju mógł ją chwycić, ale wystarczająco szybko, aby mógł dostrzec bliznę, sztucznie przedłużającą przerwaną linię życia na jego dłoni.
Pamiętał jak powstała.
Pamiętał jak ją zszywał.

Ich powieki opadały ciężko, ale źrenice pozostawały czujne, jak u drapieżników, znużonych polowaniem, lecz wciąż wypatrujących świeżej krwi. Krążąc między stołami Yan starał się unikać ich wzroku, trzymać głowę nisko i nie reagować na zaczepki, ponieważ gdy ostatni raz spojrzał któremuś w oczy wyrwali mu kijek od szczotki, którym zbierał szkło z podłogi i kazali robić to ręcznie. Patrzyli jak podnosił kawałek po kawałku, kalecząc sobie dłonie, potem z przejęciem oblali je ćwiercią butelki - alkohol dezynfekuje! - wyrażając wylewne obawy, że przez ścierkę, w którą zacisnął pięść chcąc zatamować krwawienie skończy z zakażeniem. Nadal piekły.
Teraz jednak uspokoili się, przycichli, wzburzenie osiadło wraz z osadem środków nasennych ledwie widocznym na dnie każdej whisky, którą między siebie rozlali. Niektórzy przysypiali, inni gubili się w grze w karty - to tych drugich postanowił zaczepić zbierając z blatów kolejne opróżnione szklanki, naczynia i butelki, zanim skończyłyby roztrzaskane o ścianę.
Nie musiał obserwować ich długo aby jego przedłużająca się obecność została zauważona:
- Co takiego?
- Nie potrzebujecie kogoś - zagadał - kto podliczyłby wam punkty?
- Świetnie sobie radzimy.
- Zhu jeszcze zacząłby przegrywać gdyby kto inny ich pilnował, nie?
- Morda, Gu.
- Weź sobie krzesło.
- Nie żartuję, Guanting.
- Ja też nie. Siadaj; Yan, tak?
Przytaknął. Powinien był zauważyć mrugnięcie, które Guanting posłał Zhu ponad blatem, ale właśnie wtedy odstawił naczynia na pobliski pusty stolik i z głośnym szurnięciem dostawił krzesło do tego, przy którym toczyła się rozgrywka. Rozejrzał się: ani Ralfa, ani Zedonga, ani nawet Wena nie było w pobliżu.
Rozegrali jeszcze trzy kolejki - Yan musiał trzymać długopis ciągle wsparty o kartkę, w przeciwnym razie zauważyliby, jak strasznie trząsł się w jego ręce - zanim Guanting wypuścił karty z dłoni.
- Znudziłem się.
- Bo przegrywasz?
- Przyjrzyj się moim kartom, debilu: czy tak wygląda przegrywanie?
- Ktoś taki jak ty przegrałby i mając same asy.
Yan zaśmiał się. W gruncie rzeczy nie różnili się wiele od studentów, do których przywykł, siedzących w kuchni i pokojach akademika.
Oni również się zaśmiali. Powinien był usłyszeć różnicę w sposobie, w jaki to zrobili.
- Powiedz, Yan, od dawna tu mieszkasz?
- Parę tygodni.
Uśmiechnął się do Gu.
- Podoba ci się tu?
- Miejsce? Tak - przytaknął. - Ale oni? Nie.
Jeden z pozostałych, podchwytując temat, przyklasnął i rozłożył ręce.
- Więc po co tu tkwisz?
- Nie miałem dokąd pójść.
- Jesteśmy sąsiadami - zacmokał Zhu. - Szybki spacer okolicą i z pewnością byś się do nas przypałętał. Przecież wszyscy tak zaczynaliśmy; no, prawie, z pewnymi wyjątkami. Nie myślałeś, żeby się stąd wynieść?
- Moglibyśmy pogadać z Zedongiem, gdybyś chciał. Jasne, może chłopcy nie potraktowali cię zbyt miło, ale potrzeba charakteru, żeby nastawić tak drugi policzek!
Yan podniósł wzrok i świat się zakręcił. Szydzili z niego, powinien był zdać sobie z tego sprawę wcześniej. Chciał wstać.
- Siedź. Nie pogadasz chwilę z kumplami?
- Dopiero co przyszedłeś.
- To jak? Tak czy nie? Chciałbyś do nas dołączyć?
Zhu chwycił jego ramię, było wiotkie, zmęczone pracą, słabe jak odnóże insekta.
- Potrzebujemy takich silnych rąk do pracy.
- Nie karmią cię tu, dzieciaku? Może pora się zemścić?
Nie wiedział co robić. Przytaknął.
- Źle cię traktowali, co? Chłopiec na posyłki, dobre sobie.
- Może myślałeś, że ci z Europy będą lepsi?
Pokręcił głową.
- Nie? To po jaką cholerę dawałeś sobą pomiatać dwóm pedałom?
- Nie wiem.
- Co takiego?
- Nie wiem - krzyknął Yan.
- Nie wiem - powtórzył za nim Guanting. - Wszyscy popełniamy błędy, ale przecież większość da się naprawić. Chodź - chwycił go za kark - powiemy Ralfowi co o nim myślisz. Zedong będzie zachwycony.
Chwilę później gładź naniesionego z ulicy pyłu i kurzu wypełniła nacięcia jego dłoni gdy pchnięty runął na ziemię. Z jej poziomu widział niewiele: trzy ciemne sylwetki rzucały nań niewyraźne cienie, szatkując światło świtu i wyblakłych gwiazd wpadające przez okno tuż za nimi. Ralfa, jak okazało się, stojącego między nimi, poznał dopiero po krokach, tych samych, których niosące się korytarzami echo nie pozwalało mu spać przez pierwsze spędzone tu noce. Czuł wówczas ulgę gdy oddalały się od jego drzwi; teraz brakowałoby dwóch, a Yan chwyciłby go za kostki błagając o ułaskawienie.
- Twój człowiek to zdrajca - oznajmił Zhu dumnie, tonem donosiciela oczekującego nagrody; zdawałoby się, że zaraz wyciągnie po nią rękę, jak gdyby odbierał należność za znalezienie szkodnika. - Yan, powiedz panu co o nim sądzisz.
- Nic nie sądzę.
- Gówno prawda.
- Nic nie sądzę - powtórzył wyraźniej, zanim opadająca na jego plecy podeszwa wydusiła z niego powietrze.
- Nie słyszałeś? Nic nie sądzi.
Zhu spojrzał na Wena, Wen na Zedonga, ten zaś podszedł do Ralfa. Zacisnął rękę na jego ramieniu, potrząsając nim nieznacznie, jakby w próbie ocucenia go ze snu.
- Dopiero co rozmawialiśmy, Ralf. Zero tolerancji dla zdrajców.
- Zdrajców? To nie mój człowiek - wyjaśnił Ralf zmęczonym głosem; pozbawioną wyrazu twarzą przebiegł mdły uśmiech. - Jest wolnym strzelcem. Chce dołączyć do was - jest wasz, droga wolna. Ale wątpię, aby naprawdę chciał.
Guanting splunął pod nogi. Jego ślina obryzgała twarz Yana.
- Pierdolony tchórz.
- Wstawaj, Johnny.
Potrzebował chwili aby uwierzyć, że z chwilą uniesienia się na rękach nie zostanie kopnięty w brzuch i ponownie powalony na podłogę, przez Ralfa, przez nich, przez niezadowolonego z obrotu spraw Zedonga, który zdawał się chcieć coś powiedzieć, lecz milczał, co było jeszcze gorsze.
- Wstań, chłopcze - wydał wreszcie przyzwolenie, kończąc pełną niepewności wieczność, którą Yan spędził nieświadomie na nie czekając.
Potknął się, lecz wreszcie schował za plecami Ralfa, wyśmiany i wytknięty palcami przez niechętnie rozchodzących się mężczyzn, po czym popełnił jeszcze gorszy błąd, zaczynając się tłumaczyć i usprawiedliwiać nieskładnymi zdaniami, których sam się wstydził, ja nie chciałem, naprawdę n i e c h c i a ł e m.
Ale Ralf nie słuchał. Pokręcił z dezaprobatą głową i odszedł w ślad za Zedongiem, którego sylwetkę ponownie pochłonął półmrok pomieszczenia. Z jego ciemnej toni wkrótce dobiegł Yana odległy śmiech. Został sam.
Ponownie rozbrzmiały gwar zagłuszył odległe grzmoty rozdzierających niebo błyskawic. Regularne wyładowania zdawały się mieć przywrócić światu puls, niczym defibrylator, gorączkowo przykładany do nieruchomej piersi miasta.

Próbując wstać z łóżka Shujuan osunęła się na purpurowe kolana. Nogi załamały się pod nią jak u astronautów powracających z wielomiesięcznego pobytu w przestrzeni kosmicznej, których bezsilne wobec grawitacji mięśnie nie były w stanie udźwignąć własnego ciężaru. Ona też musiała opuścić tę planetę, tracąc świadomość i nieco krwi, która zdążyła zakrzepnąć jej na udach i teraz kruszyła się z każdą próbą postawienia kolejnego kroku. Opuściła ją, zdecydowanie, i wróciła w obce sobie miejsce.
Nie słyszała niczego poza własnym płytkim, konwulsyjnym oddechem, ani nie widziała nic poza błądzącymi w ciemności deszczowego świtu rękoma, którymi podpierała się, usiłując nie runąć z jeszcze, jednym, krokiem. Słaniała się, wpadała na ściany, była pijana, ale to nie alkohol odebrał jej władzę w ciele, wciąż nagim, opatulonym jedynie kocem. Szła powoli i bez celu.
W mijanych oknach widziała niewiele. Mgła, która nadciągnęła z wybrzeża, pokryła miasto gęstą warstwą szarości, jak gdyby zanurzywszy pędzel w farbie ktoś postanowił zamazać widok, do jakiego przywykła. Tu i tam budynki przebijały niewyraźnie, lecz ilekroć skupiła na nich wzrok te rozpływały się w powietrzu niczym spłoszone obecnością ludzi widma, w milczeniu obserwujące ich poczynania.
Szła, a świat uciekał jej spod stóp; była tylko kolejnym koralikiem w ponurym kalejdoskopie, którym ktoś bez przerwy obracał, próbując odtworzyć raz zauważony przez wizjer wzór, w jaki przypadkiem ułożyła się cywilizacja.
Dopiero dochodzący z dołu brzęk szkła sprawił, że wszystko naraz znieruchomiało: obraz przestał się kręcić, ona iść, nawet śpiący na miniętych kanapach chłopcy i mężczyźni zdawali się wstrzymać oddechy. Obserwowała ich przez chwilę, bojąc się choćby mrugnąć; usnęli niedawno, płytko i niechętnie. Potrzebowała chwili by zrozumieć, że jeden z nich nie spał: czarne jak porcelanowe paciorki oczy wpatrywały się w przestrzeń, lecz nie ruszyły się gdy zrobiła krok w jego stronę. Patrzyły, lecz nie widziały, były otwarte, lecz nie przytomne. Dopiero nachyliwszy się bardziej poczuła kwaśny odór zeskorupiałych na jego ustach wymiotów, i czegoś jeszcze, czego nie umiała nazwać. Coś było w tym, co pili, a ten chłopak, niewiele tylko starszy od Fei, leżał tam martwy pośród żywych.
Powieki opartego tuż obok o narożnik mężczyzny raptownie rozwarły się, jak szczęki gotowe ją połknąć; śmiał się gdy odskoczyła w tył, śmiał gdy zbiegała schodami, i wciąż śmiał, gdy na dole zobaczyła zbierającego szkło Ralfa. Jego oczy nie różniły się wiele od oczu tamtego chłopca, on również nawet jej nie zauważył. O ile jednak świadomość, że tamten był martwy, wypełniła ją dziwną ulgą i poczuciem winy zarazem, o tyle ta, że Ralf wciąż żył, wprawiła ją w jedynie wściekłość. Chciała zedrzeć z siebie koc i pokazać mu na co im wszystkim pozwolił, wskazać sponiewieraną skórę i pokrywające ją krwiaki, spermę, której nie udało jej się zetrzeć i krew, której źródła nie chciała znać, ale wtedy na nią spojrzał. Miał rdzawą szramę krwi na podwiniętym rękawie i skórę tak szarą, jakby z niego samego odpłynęła ostatnia jej kropla.
- Co robisz? - zapytała, niemal rozbawiona tym, że zamiast robić cokolwiek innego on stał tam, przeganiając szkło i kurz szczotką, jakby tylko udawał, że jest zajęty, zapracowany, i nie może jej wysłuchać.
Nie odpowiedział; jego milczenie wprawiło ją w dziwny niepokój. Musiała zagrodzić mu drogę aby powtórzone ponownie pytanie, tym razem ze strachem, zmusiło go do spojrzenia jej w oczy.
- Ralf, co robisz?
- To robię - odpowiedział cicho, wskazując brodą podłogę. - Ale nie powstrzymam cię przed wbiegnięciem prosto w to, czego nie zdążyłem sprzątnąć.
Jego pusty głos jedynie ją zirytował. Spojrzała w dół. Nie poczuła szkła, które wbiło się w bose podeszwy jej stóp nawet gdy kolejny krok w tył ją w tym utwierdził, zostawiając czerwony ślad na posadzce. Leżało tam niewidocznie jak topniejący lód i równie chłodne, a on jedynie przeganiał je z miejsca na miejsce, bezmyślnie, bez celu.
- Brzmisz jakby to ciebie pieprzyli pół nocy.
- Wolałabyś się zamienić? - zapytał obojętnie, wracając do przerwanego zajęcia. Znów na nią nie patrzył i znów zdawał się nieobecny, jak usłyszana zamiast głosu automatyczna sekretarka, nie mogę teraz rozmawiać, po sygnale zostaw wiadomość.
- Myślisz, że było ci trudno?
- Wiesz co zrobili z tym chłopcem, który prawie zabił Claude'a? - zmiatając szkło na szufelkę zagadał zamiast podjąć temat. - Mieli go pochować, wrzucić do Hai. Zamiast tego posadzili go przy jednym ze stołów i dopóki Zedong się nie zorientował bawili się nim jak kukiełką, wymachiwali jego rękami, udawali, że mówi, ruszając szczęką, a potem, kiedy Wen mu o tym powiedział, upierali się, że chcieli jedynie pożegnać się z kolegą, choć jeden z nich miał już rozpięty rozporek i jego głowę na swoich kolanach. Wolałabyś na to patrzeć? Nie? - Uniósł się, spokojny dotąd głos zaczął warczeć. - A wiesz, kto musiał go pochować, zanieść nad rzekę i modlić się, żeby nurt już go zabrał? Zgadnij, a potem powiedz mi jeszcze raz, że rozłożenie nóg na parę godzin jest trudne.
Drobna ręka pociągnęła go za rękaw koszuli.
- Już wystarczy, Ralf - przerwała mu Fei, której oczy zeszkliły się od słuchania. Widziała go wściekłego i wyczerpanego, ale nigdy aż tak, nigdy naraz.

Edytowane przez Choo dnia 20-06-2019 23:06
 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

W umieraniu niewiele było ze sztuki, za to w powracaniu z martwych - w wynurzaniu się z bezpiecznego zamroczenia, w kurczowym uczepianiu się świadomości, która to przychodziła, to odchodziła, wreszcie w zderzeniu z natłokiem bodźców i całym chaosem, jaki miała mu do zaoferowania rzeczywistość - było jej aż nadto, jednak uczciwość wymagała stwierdzenia, że była to ordynarna i brudna sztuka ulicy, która nie miała zbyt wiele wspólnego z niedorzecznie pompatyczną, a zarazem tak chętnie reinterpretowaną przez artystów ars bene moriendi. Claude utwierdził się w tym, kiedy spojrzał w martwe oczy Fei, która pomimo tego, że siedziała obok, oddychała i z rzadka zmieniała pozycję - a zatem można by powiedzieć, że wykazywała się pewną żywotnością - już nie żyła. W sposobie, w jaki wpatrywała się w przestrzeń być może dramatopisarze byliby w stanie doszukać się tego samego obłędu, w jaki popadła Ofelia, ale on widział wyłącznie niewybaczalny błąd, który popełnił. Samo to, co zrobili Fei - co zrobił on, namawiając Ralfa przed wieloma tygodniami właśnie do takiego stylu życia - stawiło jeden z wielu, wielu powodów, dla których Tang nie powinien był się nad nim pochylać.
A jednak ten ostatni z pokorą sanitariusza na linii frontu zaryzykował własną skórę, aby na nowo wtłoczyć powietrze w - zdawałoby się, nieodwracalnie zalane wodą - miechy płuc. Możliwe, tłumaczył, kiedy Claude na zmianę to krztusił się, to wymiotował, możliwe, że coś złamałem. Możliwe, że to tylko pęknięcie. Myślałem, że już nie zaczniesz oddychać, wtrącił mimochodem, jednak coś w sposobie, w jaki to powiedział samo przez się sugerowało, że byłby nawet zadowolony z takiego obrotu spraw. Fei, która zabrała mu sprzed nosa miskę i podstawiła nową nie odezwała się słowem. Być może ona też wolałaby, żeby umarł.
Być może złamałeś, powtórzył za nim niczym trzeszczące nagranie Claude, kiedy wreszcie przestał rzęzić na moment pozwalający mu zebrać myśli. Ciśnienie rozpierało mu czaszkę, przez co nie potrafił stwierdzić, czy tępe kłucie w klatce, które zamieniało się w rozdzierający ból, ilekroć pochylał się nad miednicą i zwracał treść żołądka - na którą poza resztkami pokarmowymi składał się szlam z ulicy - mogło być skutkiem ubocznym uciskania piersi czy pierwszym sygnałem ostrzegawczym wydawanym przez strzaskany mostek lub żebro. Zresztą, pomyślał, przepłukując usta podaną mu w szklance wodą, nie miało to już większego znaczenia.
Kiedy podźwignął się chwiejnie na nogi i niepewnym krokiem przeszedł przez długość sypialni, Fei wskazała mu lustro w przedsionku i przeciągnęła palcem po szyi. Dotknął przypominającego obrożę odcisku garoty Yijuna. Tam, gdzie nit przeciął skórę, krew zdążyła już zaskorupieć. Skrzywił się, kiedy przesunął palcem po skaleczeniach w próbie dokonania oceny tego, jak głębokie były.
- Na twoim miejscu nie litowałbym się nad sobą, a przynajmniej nie przy nich - poradził mu Tang - bo rozerwą cię na strzępy gołymi rękoma.
Claude potrzebował chwili na zrozumienie tego, że mówił o Jin i Shujuan, a nie spuszczonych ze smyczy biesach, które zawodziły w oddali i których zwierzęce, choć przytłumione porykiwania słyszeli nawet tu.
- Co z nimi?
Tang wzruszył ramionami. Gdzieś w holu przy akompaniamencie upiornego trzasku szyba wypadła z ram, a do środka wdarło się zawodzenie burzy.
- Mogę sprawdzić, ale nie wiem co będzie z tobą - zaoferował, nie podrywając się jednak z miejsca. - Wyszedłbym stąd już jakiś czas temu, ale oni by tu weszli i zadbali o to, żeby nie był w stanie ci pomóc cały zespół lekarzy. Myślisz, że zostawili cię z dobroci serca?
Claude usiadł z powrotem na łóżku i ukrył twarz w dłoniach.
- Ja-
- Wiem, że jesteś wdzięczny. Dla ciebie byłoby lepiej, żebyś był... Ale nie jestem tu ze względu na ciebie. Myślisz, że z nią obeszliby się lepiej?
Świszczący oddech Fei przyspieszył, ale nie poruszyła się. Przez ściągniętą w wyrazie niewzruszenia twarz Tanga przemknął taki grymas, jakby jej obojętność sprawiło mu to fizyczny ból. Poruszył się niespokojnie na krześle, jakby tknięty sumieniem chciał do niej podejść, ale powstrzymał się i odzyskał panowanie nad sobą.
- Powinienem pozwolić mu cię wykończyć po tym, co jej zrobiliście.
- To dzieje się każdego dnia - wychrypiała wreszcie Fei - każdego dnia, tam, na zewnątrz. Widziałam to. Widziałam to już wcześniej.
Podniosła na Claude'a wzrok, w którym pierwszy raz tak wyraźnie zobaczył pogardę; potem wbiła go w Tanga.
- To kretyni, tak, ale to nie oni mi to zrobili. Za to tamci- A może powinnam powiedzieć "wy"?
Tang, który - podobnie jak Claude - nie był na to przygotowany, odchylił się na siedzeniu i umilkł na trochę.
- W inny sposób - odezwał się po chwili - ale skrzywdzili cię w takim samym stopniu co tamci - albo: co my, jeśli wolisz. Nie powinno cię tu być.
- Was też nie.
- Nie byłoby nas tu, gdyby nie oni.
- Zerżnęlibyście mnie nawet wtedy, gdyby ich nie było. Jak myślisz, co tacy jak wy robią z każdą, która nie zdąży uciec? Widziałam. Wiedziałam.
Claude uniósł wzrok ku niebu; wiedział, że jeszcze moment, a nie będzie w stanie powstrzymać łez ani stłumić szlochu, który ściskał mu krtań. Skupił się na pomrukach burzy i na rozbłyskach za oknem, starając się nie patrzeć na Fei ani nie myśleć o tym, że po tym wszystkim nie miał prawa do zapłakania nad własnymi błędami przy niej, która płaciła za każde jego potknięcie.
Nikt nie udzieliłby mu za to rozgrzeszenia. Już nie.
- Przepraszam - wyszeptał drżącym głosem na tyle cicho, żeby tylko ona go usłyszała. - Tak cię przepraszam, Fei.
Fei wydawała się mu nieobecna jak przedtem Jin i zdążył uznać, że nie usłyszała tego, co powiedział, ale wtedy poruszyła się i nie patrząc na niego, odszukała na jego dłoń i uścisnęła ją.
- Potem.
Ale potem zamilkli wszyscy. Tang pociągnął za róg płachty materiału, którą przykryte były nieużywane meble. W powietrze wzbił się kurz, który zatańczył w migotliwym blasku świec. Claude spojrzał na niego pytająco.
- Posiedzimy tu aż tamci zasną. Noce są chłodne, nikt nie przyniesie nam kołdry. Oddaj jej koc i przykryj się tym, jeśli musisz. Nie bierz tego do siebie, ale nieszczególnie mnie obchodzi to, czy nabawisz się przeziębienia.

Sen nie przyszedł mu z łatwością. Fei przysypiała, ale budziła się z każdym trzaskiem, który rozlegał się na tyle niedaleko, że reagowała nań niczym ukryte w zaroślach zwierzę - za każdym razem, kiedy poderwała się do pionu Claude miał nieprzepartą chęć zapytać o to, dokąd zamierzała uciec, gdyby rzeczywiście ktoś zamierzał wedrzeć się do środka, a potem spoglądał w stronę balkonu i nie był pewien, czy byłby w stanie zasnąć już kiedykolwiek, gdyby udzieliła mu odpowiedzi. Zdołał ubłagać Tanga, by poprosił o karty. Wiedział, że tamten nie zamierzał wstać i wychodzić na korytarz - limit życzliwości widocznie został wyczerpany - ale coś w sposobie, w jaki jemu samemu rwał się głos, kiedy prosił bez końca musiało wzbudzić w nim te resztki litości, których sam Tang nie spodziewał się już posiadać i tym sposobem na prześcieradle z pokrowca wylądowała wyświechtana, pachnąca zwietrzałym alkoholem talia. Nie wiedział, kto ją przyniósł - mógł to być Wen, bezimienny wartownik, a może i sam Ralf, który pojawił się i zniknął jak przywidzenie.
[ Jak scyzoryk Gasparda ]
Nie chcąc wracać wspomnieniami do tego, jak skończył Gaspard, Claude skupił się na tasowaniu. W innych okolicznościach nie byłoby to dostatecznie zajmujące, ale inne okoliczności nie zakładały towarzyszącego mu zmęczenia i poczucia winy. To wystarczyło, by
[ Gaspard nie żył ]
odpędzić od siebie niektóre z intruzywnych myśli. Nie wszystkie, ale
[ Joshua nie żył ]
nauczył się z tym żyć. Samo to, że jeszcze nie umarł musiało mu wystarczyć.
[ Kto będzie następny? ]

Przed świtem echa rozmów i trzasków ustały i na korytarzu zapanowała wyczekiwana, choć zarazem złowieszcza cisza. Zsunięty w fotelu Tang spał z nogami na niskim stoliku; Fei u wezgłowia łóżka zwinęła się pod kocem tak, że spod niego wystawały jedynie potargane włosy i wąski pas przysypanego nimi policzka. Claude modlił się o to, by po wzięciu podanych przez Tanga środków nie miała żadnych snów.
- Tang?
Zobaczył, że sięgnął do broni zanim w ogóle zdążył unieść powieki i oprzytomnieć na tyle, żeby go rozpoznać.
- Wszystko w porządku - wyszeptał; nie umiał zdobyć się na podniesienie głosu. Strach karmił się zakrawającym na pewność przekonaniem, że może go stracić, a on nie umiał przekonać samego siebie, że była to wyłącznie idiotyczna obawa. - Budzę cię, bo wychodzę, a Fei śpi.
- Nie możesz-
- Co zrobili z Jin? Co zrobili z Ralfem? Shujuan...?
- Jeśli nie żyją, ktoś będzie musiał się nią zająć - Tang usiadł i przetarł zaspaną twarz - a to znaczy, że będziecie musieli stąd wyjechać. Szybko.
- Wyprowadź mnie z błędu, ale gdybym miał zniknąć i nikogo przy tym nie alarmować, zrobiłbym to wtedy, kiedy inni by spali.
Tang przypatrywał się mu w milczeniu.
- Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się nie myśleć o sobie? - zapytał po chwili i umilkł znowu, by zebrać własne myśli. - Zostaw ich.
- Muszę wiedzieć-
- Zabierz ją i wyjedź. Nie zdołasz wywieźć ich wszystkich.
- Muszę-
- Poradzą sobie. Ona jest na to za młoda.
- Teraz tknęło cię sumienie?
Nieruchoma twarz Tanga wykrzywiła się w spazmie, nad którym nie zdołał zapanować, ale zaraz znów wygładziła się.
- Nie mogą połamać mi rąk, bo ich potrzebują - wycedził ozięble - ale czy zastanawiałeś się nad tym, na ile sposobów można zadać ból bez łamania czegokolwiek? Czy naprawdę uważasz, że przystanie do nich to był mój wybór? Złota klatka to nadal klatka i jeśli Zedong postanowił zamknąć w niej Jin lub Ralfa, nie będziesz miał wiele do powiedzenia w tej kwestii.
Claude, który poczuł ukłucie współczucia zaraz napomniał się, że Tang - niezależnie od tego, co mówił - stał na względnie bezpiecznym, stabilnym gruncie po drugiej stronie barykady i wyciągnięcie ręki ponad zasiekami nie oznaczało, że zamierzał przeskoczyć przez usypany między nimi wał i zmienić stronę. Takie rzeczy się nie zdarzały - żołnierze na froncie również zdawali sobie sprawę z tego, jak bezsensowny był rozlew krwi, ale niezależnie od tego pozostawali marionetkami w rękach zwierzchników. Mogli zadecydować o zawieszeniu broni w Boże Narodzenie, mogli nawet wymienić się życzeniami z wrogiem i rozegrać z nim towarzyski mecz na przeoranej szrapnelami ziemi niczyjej, jednak nie powstrzymywało ich to przed powyrzynaniem się pierwszego dnia świąt.
- Czy naprawdę uważasz, że to wszystko - to wszystko, co nam zabraliście i zabierzecie - że przyszło nam to z łatwością? Że zostało nam dane?
W innym świecie mogliby poznać się przez wspólnego znajomego.
- Nie mam nikogo poza nimi. Poza Ralfem, bo one mnie nienawidzą, a Yan- Yan się boi. Nie mam o to do niego pretensji.
W innym świecie mogliby sobie ufać.
- Proszę. Proszę, pozwól mi sprawdzić, czy przynajmniej żyją.
W innym świecie nie musieliby przeprowadzać tej rozmowy.
- Proszę.

Korytarze były opustoszałe i gdyby nie baczyć na to, że poprzedniego ranka podłogi nie zaśmiecały puszki, butelki i wdeptane w wykładzinę niedopałki, można by uznać, że w ścianach wcale nie kryły się zmożone snem szczury. Fei, która z początku kręciła się w pobliżu tak, by móc schować się za nimi, zorientowawszy się, że wszyscy posnęli, wyprzedziła ich i szła kilka kroków przed nimi, jakby nie chciała mieć z nimi - z nim, uświadomił sobie Claude - nic wspólnego. Nie zorientowała się, że zostali w tyle, gdy Tang zatrzymał się i przytrzymawszy Claude'a za łokieć, zmusił go do zrobienia tego samego; być może, pomyślał, wyrwawszy ramię z uścisku, być może Fei wiedziała, że została sama, ale właśnie tego potrzebowała. Wyglądało na to, że odgrywanie ślepców im wszystkim przychodziło z niewielkim trudem.
- O co chodzi?
Tang - który do niedawna sprawiał wrażenie bezpowrotnie wytrąconego z równowagi - po przekroczeniu progu wśród resztek na ziemi musiał znaleźć pozostałości tego katatonicznego niewzruszenia, z którym przed paroma dniami od niechcenia zauważył, że walka z Yijunem była nierówna, nim sam za plecami Zedonga wręczył im broń. W bladym świetle poranka woskowa skóra zdawała się być - zupełnie niczym topik nawleczony niewprawnymi rękoma na wsporniki - rozciągnięta na siłkę na stelażu z wyraźnie zarysowanych tuż pod nią kości twarzy. Przez moment Claude bał się podnieść wzrok w obawie przed tym, że tuż pod linią żuchwy spostrzeże zatopione w żywym ciele przekrzywione śledzie namiotowe.
- O nic. Chciałem powiedzieć, że może powinniście zdechnąć zamiast żyć ich kosztem. Tyle.
Claude poczuł ukłucie w piersi. To żebro, powtórzył, to żebro, to żebro, to żebro.
Nie musiał mu tego mówić - i tak dusił się z poczucia winy.
- Może ty też.
- Może ja też - wyrzekł z wolna Tang. - Może dlatego rozglądamy się za Ralfem, a nie żadnym z nich. Może nie możemy się wzajemnie osądzać.
Przez wybite szyby do środka wdzierały się trele przycupniętych na parapecie wróbli. Pomyślał, że na żółknących liściach musiała perlić się rosa, a niekoszona trawa, która od pewnego czasu rozrastała się niekontrolowanie kołysała się na wietrze. Pomyślał o tym, że w przyszłym roku zamiast zwłok będą natykać się na szczególnie zdrowe kępy polnych kwiatów, na salangany, na pszczoły, na życie - o ile im samym będzie dana jakakolwiek przyszłość, by mogli to zobaczyć. Nie pasowali do świata na zewnątrz. Mój Boże, pomyślał Claude. Może po prostu wszyscy powinniśmy umrzeć.

Natknęli się na palącą w milczeniu Shujuan, która przysiadła na parapecie i wpatrywała się w martwy punkt w przestrzeni. Posłyszawszy kroki, poderwała się na równe nogi, ale zorientowawszy się, że nie stanowili zagrożenia, usiadła i połą płaszcza kąpielowego zakryła sińce, które rozlały się na nogach i przedramionach niczym akwarele na płótnie. W przelocie obrzuciła ich spojrzeniem z odrazą i wrogością niepozostawiającą wiele wątpliwości w kwestii tego, że musiała życzyć im śmierci.
- Przepraszam.
Nie poznał własnego schrypniętego, słabego głosu, który załamał się pod ciężarem tego jednego słowa.
- Pierdol się. A ty - warknęła, zwróciwszy się niespodziewanie do Tanga - powinieneś był zabrać się za tamtego.
- Zrobiłbym to, gdybym umiał mu pomóc. Jak się czujesz?
- Jak się czujesz...! - powtórzyła za nim z niedowierzaniem, wydając się zarazem rozbawioną w upiorny, histeryczny sposób. Wybuchła zimnym, szyderczym śmiechem. - Jak się czujesz...! Mam cię o to zapytać, kiedy rozwłóczą twoje ścierwo po tym, jak wytrzeźwieją? Nie było cię tu z nami, więc mogłeś nie zauważyć, że nie byli zadowoleni, że go odratowałeś. Jak ci się wydaje, co ci zrobią? Jak będziesz się wtedy czuł?
- Gdybyś zmieniła zdanie, będę-
- Pierdolcie się obaj.
Przeszli obok, unikając swoich spojrzeń.

W pierwszym odruchu zapomniał się - spróbował zawołać Ralfa po imieniu, ale przecenił możliwości nadwyrężonego gardła i zakrztusił się, jakby znów niewidzialna ręka niby prasa zmiażdżyła mu krtań i w próbie złapania oddechu przyszło mu zachłysnąć się wodą. Zanim zdołał powstrzymać rzężenie, łzy zdążyły zamroczyć pole widzenia. Usłyszał szybkie kroki i po tym, jak lekko były stawiane rozpoznał Fei.
- To nie było zbyt mądre - powiedziała, kładąc mu rękę na plecach, jakby był wymagającym poprowadzenia starcem - nie podnoś głosu. Wody?
- Claude?
- Chciałam ci powiedzieć, że cię szuka.
- Nienawidzę zadawać tego pytania i w twoim przypadku znam odpowiedź, ale pozwól, że i tak spytam: jak się czujesz?
- Co z nim?
- Żyję - zdołał wciąć się Claude i odchrząknął, choć niewiele to dało, ponieważ kiedy znów przemówił, nienaturalnym brzmieniem mógłby równać się z upiornym skrzypieniem skorodowanych trybów, spomiędzy których z każdym jękliwym obrotem wykruszała się rdza. - Jesteś cały?
W przeciwieństwie do Shujuan, Ralf patrzył na niego pustym wzrokiem lunatyka z rękoma zaciśniętymi na trzonku miotły z taką siłą, że kłykcie zbielały, zupełnie jak gdyby zwątpił w to, co widział - Claude musiał przestąpić przez kałużę zamiecionego szkła, by rozewrzeć jego palce i wsparłszy szczotkę o pobliskie krzesło, łagodnie ująć w dłonie jego pobladłą twarz.
- Nie każ mi się powtarzać, bo wkładam w to spory wysiłek - wyszeptał - jesteś cały? Tang, Fei, czy moglibyście...?
Tang przytaknął zdawkowo.
- Będę w kuchni.
- Nie wiem czy mamy tam po co wchodzić - zauważyła z ciężkim westchnieniem Fei, ale posłusznie ruszyła w stronę zaplecza. - Chodź, i tak musielibyśmy przeliczyć to, co zostało. O ile zostało.
- Dziękuję.
Ralf wreszcie pogodził się z myślą, że nie widział zmarłych i że od podrapanych ramion, które zacisnęły się wokół niego nie tchnęło grobowym chłodem; Claude pozwolił sobie na wsparcie się na nim, kiedy tamten - przeraźliwie blady i wychłodzony - naparł na niego z niespodziewaną zawziętością. Drżał, jakby znów zmagał się z temperaturą.
- Przez całą noc powtarzali mi, że nie żyjesz - wyszeptał - mój Boże. Claude, oni mówili, że po tym, jak wyszedłem, mówili, że zasnąłeś i że któryś z nich-
- Żyję. Zresztą- Ralf. Ralf, hej. Hej - odsunął się od niego na wyciągnięcie ramion. Ralfem wstrząsnął niekontrolowany spazm powstrzymywanego szlochu; widział to aż nazbyt wyraźnie w jego przekrwionych, podpuchniętych oczach. Na ten widok jego samego coś ścisnęło w gardle i - ignorując ból żeber - na powrót przycisnął go do siebie. - Hej, Ralf. Nie płaczemy. Żyję. Zresztą, jak mówiłem, nie mogę sobie, ot tak, umrzeć.
- Co?
- Coś ci obiecałem. Będę ci wierny dopóki rozbieżność interesów nas nie rozłączy, pamiętasz? Nie zostawię cię z tym samego. Nie zostawię- Hej, Ralf. Ralf, już dobrze. Już dobrze. Już dobrze, jestem tu. Wszystko będzie dobrze.
- Nie masz pojęcia co tu się działo. Claude, tak cię przepraszam, że-
- Że dałem się zaskoczyć? - wtrącił z czymś, co miało być śmiechem, ale z powodzeniem można było uznać za płacz. Kiedy zaparł się czołem o czoło Ralfa nie umiał powiedzieć, czyje właściwie łzy poczuł na twarzy. Czuł na piersi urywany oddech tamtego - a może własny? - Nic się nie stało.
- Było blisko, zbyt blisko, Claude, ty- Przecież ty nie oddychałeś, do kurwy nędzy, a to, że on był w pobliżu to cud, pierdolony cud, bo-
Ralf umilkł, kiedy z pewnym zaskoczeniem dla samego siebie Claude podważył jego brodę i zamknął mu usta pierwszym tak niepewnym pocałunkiem, zanim spłoszony własną, wydającą się nie na miejscu bezpośredniością spróbował się wycofać. Palce, które przez cały ten czas mechanicznie przesuwały się wzdłuż linii jego grzbietu, jakby Ralf usiłował odczytać przy pomocy samych opuszek wiadomość zapisaną alfabetem Braille'a, w nagłym przykurczu zacisnęły się wokół fałd materiału pięści, zatrzymując go wpół kroku.
- Już raz cię puściłem - On również ochrypł. - I zobacz dokąd nas to zaprowadziło. Myślałem, że to koniec. Byłem przekonany, że to koniec. Bałem się, że to ciebie musiałbym zanieść nad ranem nad rzekę, a obawiam się - zaśmiał się, ale zamiast rozbawienia Claude usłyszał w jego głosie jedynie niewysłowioną rozpacz - obawiam się, że to byłoby ponad moje siły. Mógłbym wywlec stąd ich wszystkich, ale nie ciebie. Nie ciebie- Ja... - Ralf nadludzkim wysiłkiem zdobył się na przywołanie na twarz cienia uśmiechu. - Nie wiem po co w ogóle zadałeś sobie wczoraj trud przekonywania mnie, że nie zawiodłem na całej linii. Byłem gotów w to uwierzyć, ale potem udało mi się rozczarować samego siebie. Nie zdążyłem. Tak mi-
- Już dobrze - przerwał mu cierpliwie Claude, nie przestając gładzić jego zmarnowanej twarzy kciukiem. W zalanym poblaskiem świtu westybulu przypominali widma, które nie zaznawszy spokoju błąkały się bez celu na własnych grobach. - Już dobrze, Ralf.
Nad ich głowami przemknął wróbel, który musiał dostać się do środka przez jedno z otwartych lub wybitych okien; jego czysty, słodki szczebiot jeszcze przez moment odbijał się zwielokrotnionym echem, zanim na dobre ucichł.
- Posłuchaj mnie. Ralf, proszę- Mamy tylko siebie. Ja mam tylko ciebie. Wbrew obiegowej opinii i temu, co myślisz- Hej, Ralf, kochanie, posłuchaj- W innych warunkach też miałbym tylko ciebie, słyszysz? Gdybym miał przejść przez to wszystko od początku, wybrałbym ciebie i zrobiłbym to samo przed rokiem, przed dwoma, a nawet trzema laty- rozumiesz, co do ciebie mówię? Jeśli jest coś, czego żałuję to nie to, że musiałem znosić te wszystkie razy, kiedy byłeś dla mnie sukinsynem, a to, że nie było mnie wtedy, kiedy mogłem temu zapobiec. Kiedy jeszcze mógłbym postawić ci tego drinka w tamtym barze. Zabrać do kina, do teatru. Pokazać to miasto. Że może zaryzykowałbyś i pozwolił mi spróbować. Że nie byłbyś właśnie święcie przekonany, że jesteś wrakiem kogoś, kim nawet nigdy na dobrą sprawę nie byłeś, a ja tylko kolejnym kretynem z akcentem z Marsa- Hej, Ralf. Ralf. Już w porządku, jestem obok. Żyjemy. Żyjemy. Spójrz na mnie. Proszę.
Ralf podniósł na niego wzrok i Claude wykorzystał ten moment, by rękawem zetrzeć te łzy, które zdążyły się stoczyć wzdłuż policzków do brody.
- Wyjdziemy z tego - wyszeptał - a potem zabijemy tych skurwieli we śnie. Urżniemy ich, a potem wlejemy im benzynę pod drzwi i rzucimy zapałkę. Jeśli trzeba, spalimy to miejsce do gołej ziemi. Przysięgam, że oni nam za to zapłacą - ale nie teraz. Kiedy ostatni raz spałeś?
Ralf odtrącił jego rękę, jakby ta zaczęła go parzyć albo sam zorientował się, że to jego twarz płonęła przez cały ten czas. Wzruszył ramionami.
- Nie wiem - powiedział, starając się zabrzmieć tak, jakby to nie było w tym momencie relewantne, zanim po raz ostatni spróbował zadać kłam własnym podkrążonym, przekrwionym oczom, które musiały widzieć zbyt wiele przez tych kilka godzin, kiedy był zdany wyłącznie na siebie:
- Nie jestem śpiący. Skończę z tym i może wtedy się położę - o ile oni nie zdążą się do tej pory-
- Jeśli którykolwiek z nich będzie spodziewać się tego, że będziesz im usługiwać, ten pierdolony hotel spłonie jeszcze dziś.
- I uważasz, że ci na to pozwolę? Po tym wszystkim- myślisz, że zniosłem to wszystko po to, żebyś ty się im podłożył, bo ja potrzebowałem drzemki? Może ciebie przerastała w przeszłości praca bez snu, ale nie mnie.
- Ralf, kochanie, nie bądź jak oni. Nie bądź kretynem - Claude mówił na granicy słyszalności; wiedział, że lada moment krtań podda się, a on umilknie, ale zdołał odchrząknąć i wydobyć z siebie własny - choć jakby zupełnie obcy - przypominający niskie warczenie głos. - Wróciłem z piekła, w zasadzie wyczołgałem się z niego, i nie chcę tam wracać, ale jeśli się na to zdecyduję, nie wrócę sam. Nie pytam cię o pozwolenie - ja informuję.
- Wydawało mi się, że zdołaliśmy wypracować już pewne porozumienie odnośnie tego, że twoje pomysły-
- Ratują ci skórę, tak. Tak.
Ralf westchnął, ale zaszła w nim pewna zmiana - Claude nie umiał powiedzieć, czy widmo uśmiechu stanowiło kolejny wytwór wyobraźni, czy też rzeczywiście w tamtego wstąpiło na powrót życie.
- Niech będzie. Idę prosto do łóżka.
- Zaraz do ciebie przyjdę.
Jeśli Ralf rzeczywiście był rozbawiony, chwila ta przeminęła bezpowrotnie. Spochmurniał, jak gdyby diabeł, którego od tak dawna nosił za skórą niespodziewanie zaczął wieszczyć kłopoty.
- Dokąd idziesz?
- Zapytać naszego nowego przyjaciela czy nas sypnie, kiedy tylko znikniemy mu z oczu - Wskazał na kuchnię. - Nie ufam mu. Musimy być z nim ostrożni.

- I?
- I? - powtórzył Claude, choć nie był pewien, czy Ralf nie wziął tego niewyraźnego stęknięcia za skrzypnięcie drzwi; wiedział, że nadwyrężał w ten sposób krtań, ale nie umiał milczeć. Przeszedł przez zagracony apartament i zrzuciwszy rzeczy z kanapy usiadł, nie wykazując większego zainteresowania przekraczaniem progu sypialni, która - podobnie jak kuchnia - tonęła w mroku zaciągniętych stor. Ledwie przerzucił resztę ubrań na siedzenie pobliskiego krzesła, usłyszał przytłumione kroki. Ralf skrzywił się po wychynięciu z zacienionego wnętrza i zawahał się wpół kroku, jakby nie był pewien, czy nie powinien zawrócić. Claude, nie mogąc wydobyć z siebie głosu, poklepał jedynie poduszkę w zapraszającym geście.
- Szczęście w nieszczęściu, że zdążyliśmy poznać się na tyle, byś nie musiał mówić zbyt wiele, ale - Ralf przetarł zmęczoną twarz - może nie na tyle dobrze, żebyśmy się zawsze przy tym rozumieli. Myślałem, że idziemy spać.
- Ty idziesz - Claude przeciągnął palcem po szyi. - To boli.
- Tang niczego ci nie dał?
Podciągnął rękaw i wyprostował ramię; po takim czasie ślad po wkłuciu był ledwie widoczny.
- Nad ranem.
- To dość zaskakujące, że wszystkim im nie wstrzyknął powietrza - Zrezygnowany Ralf nakrył się kocem i wyciągnął się na kanapie; tym razem zdawał się nie potrzebować zachęty do tego, by rzucić mu poduszkę na kolana i złożyć na niej głowę. - Musiał mieć okazję.
- Też miałeś - zauważył Claude, pozwalając jego włosom przesypać się między swoimi palcami - ale stchórzyłeś.
- Nie nazwałbym tego-
Ralf mimowolnie urwał, kiedy poczuł na czole najpierw oddech, a potem same usta.
- Idź już spać.
- A co ty zamierzasz robić w tym czasie? Patrzeć na mnie przez sześć godzin i podziwiać? Nie uważasz, że to nieco zbyt ekscentryczne nawet jak na nasze standardy?
Sprężyny skrzypnęły, kiedy pochylił się niebezpiecznie do przodu, by sięgnąć po książkę, którą zostawił na stoliku do kawy. Leżały wszędzie; nie wiedział, które i ile z nich zaczął, które i ile z nich skończył, a ile przeczytał kilkukrotnie wyłącznie po to, by zmusić się do skupienia na czymś innym niż ich patowe położenie.
- Mogę się przesiąść - zaproponował, wskazując na fotel i potrącił Ralfa palcem w nos, by zasygnalizować, że powinien pospieszyć się z podjęciem decyzji. - Mam to zrobić?
Tamten złapał go za rękę.
- Zostań - poprosił, ale zaraz musiał przywołać się do porządku, ponieważ uwolnił jego nadgarstek z uścisku i zamknąwszy oczy, dodał jakby od niechcenia:
- I tak nie będzie z ciebie większego pożytku, dokądkolwiek byś nie poszedł. Równie dobrze możesz tu zostać.
- Nie ma problemu, mogę-
- Nie - rzucił na tyle ostro, by Claude nie mógł zwalczyć uśmiechu. Pogładził go pieszczotliwie po głowie.
- Spokojnie; będę tu, kiedy się obudzisz. Śpij.
- Claude?
Uprzejmym odchrząknięciem zasygnalizował, że zamienił się w słuch.
- Przepraszam.

Przesuwające się na zewnątrz chmury przypominały kłębki wełny, które ktoś niezdarnie próbował rozczesać na niebie grzebieniem i zniechęcony tym, co udało się mu osiągnąć zaniechał dalszych prób. Claude przypatrywał się im bezmyślnie i z rzadka przewracał strony, a kiedy zostało mu zatrzasnąć książkę, rozejrzał się za następną - nie zauważywszy żadnej w pobliżu, po prostu zaczął wertować tę wielokroć przeczytaną od początku. W którymś momencie Ralf zadrżał, a następnie przebudził się i potoczył dokoła błędnym wzrokiem - wówczas szeptem przypomniał mu, że był bezpieczny, a kiedy to nie wystarczyło, tym samym monotonnym tonem niczym baśń zaczął snuć historię o latach młodości i państwach tak odległych, że sam skłonny był uwierzyć, że leżały one poza granicami ich wyobraźni. Mówił o zapachu soli i balsamu migdałowego w powietrzu, o śliskich kamieniach, na których poszarpanych krawędziach niegdyś stawał, o rozkosznych pocałunkach słońca, które składało ono na jego karku i przypominających ziarna piasku piegach na nosie kogoś, kogo kochał; wreszcie o leniwych popołudniach na schodach nad rzeką i kaczkach, którym rzucali pestki słonecznika, kiedy wilgotna bryza znad Garonny skręcała im włosy. Wtedy, w tamtych odległych dniach, też pełnił rolę przewodnika, choć sam czuł się jak turysta, wizytując w rodzinnych stronach po tylu latach na obczyźnie; patrząc na uśpioną twarz Ralfa, miał nadzieję, że gdziekolwiek ten nie zawędrował w swoich snach tym razem, widział na horyzoncie różowe miasto wzniesione z cegły i drewniane pobielane okiennice, a nie wstęgi dymu wijące się ponad dachami, od których oni wtedy uciekali wraz ze spanikowanym, przepychającym się w wąskich uliczkach tłumem. Europa tonęła w chaosie i w Hamburgu musiał rozgrywać się ten sam koszmar - być może to z niego zdołał się wyrwać Ralf.
Wtedy problemy spadły na nich jak jastrzębie, które kołowały na białym niebie od wielu godzin tak, że nie byli w stanie odróżnić ich krzyków od własnego, niosącego się echem nad wodą śmiechu; kiedy u drzwi rozległo się pukanie, wyrwany z zamyślenia Claude był nieomal wdzięczny, że przybycie nowych zmartwień zostało zaanonsowane - choćby i w ten sposób. Wysunąwszy się spod Ralfa, podłożył mu w miejsce swoich kolan poduszkę i upewniwszy się, że jego głowa nie zsunie się z kanapy, ruszył przed siebie niby nieopatrznie przywołane z zaświatów widmo.
- Co się stało? - zapytał półgłosem, stając twarzą w twarz z Wenem, który pomimo ściskanego w ręce kubka termicznego z - w co nie wątpił, widząc sine zakola pod jego oczami - kawą, wyglądał niewiele lepiej od lekarza pełniącego dyżur siedemdziesiątą drugą godzinę.
- Gdzie jest Ralf? - zapytał tamten, nawet nie siląc się na powitanie. - Śpi?
- Śpi. O co chodzi?
- Wolałbym rozmawiać z nim, ale - zawahał się i Claude przysiągłby, że zobaczył, jak Wen się uśmiecha, ale w tamtym momencie uniósł termos do ust - prawdopodobnie po to, by to zamaskować. - Może to dobrze, że ty otworzyłeś. Chodź.
- Gdzie zgubiłeś resztę świty? - zagadnął, zamykając za sobą drzwi. - Nie byłbym zaskoczony, gdyby je wyważyli zamiast pukać.
Wen wzruszył ramionami.
- Powinieneś wiedzieć, że zasady gry zmieniają się z każdym zastępcą.
- Nie zastępuję Ralfa. Ralf nie jest-
- Nie? No proszę, dałem się oszukać - Wen znów przechylił kubek, ale zaraz z pewnym rozczarowaniem podniósł wieko i bez większego zainteresowania zajrzał do środka. - Jeśli o mnie chodzi, powiedziałbym, że to Ralf rozdaje karty, ale pozostaje podatny na sugestie - w przeciwieństwie do Zedonga.
- Dzielimy się wpływami.
- Nie mówiłem, że nie. W byciu vice nie ma nic złego, może wyjąwszy to, że obaj mamy ręce pełne roboty, której oni nigdy nie docenią. Czy był z wami ktoś jeszcze?
- Nie rozumiem. Poznałeś wszystkich - o co chodzi?
- Nie zgubiliście kogoś?
- Nie sądzę.
Wen zatrzymał się i podniósł na niego wyraźnie zmęczony wzrok.
- Posłuchaj mnie. Możesz myśleć, że kogoś chronisz, ale tak nie jest. Zapytałem cię o to na osobności, a nie przy nich, bo mam serdecznie dość. Chciałbym się położyć. Powiedz prawdę - wszyscy na tym skorzystamy.
- Nie wiem o czym mówisz.
- Znaleźliśmy przybłędę.
- Nie wszystkie sieroty są nasze. Nie prowadzimy ośrodka adopcyjnego.
- On jest biały.
- I dlatego zakładacie, że się znamy? Jeśli to nie Joshua, który zszedł z drzewa, nie-
- To nie Joshua.
- Musiałbym go zobaczyć.
- Czyli był z wami ktoś jeszcze?
- Ludzie przychodzą i odchodzą. Powinieneś coś o tym wiedzieć.

- Gdzie on jest?
Jeden z podwładnych Zedonga, który rozsiadł się w międzyczasie na ladzie portierni wskazał od niechcenia nożem na prowadzący w głąb hotelu korytarz, a potem znów pochylił się nad osełką. Kiedy przechodzili obok niego, Claude spostrzegł, że tuż za nim leżały inne - przede wszystkim zakrzywione, myśliwskie finki, ale też niepozorne scyzoryki i kilka sprężynowców. Poczuł, że na karku ścierpła mu skóra.
- Co o nim wiecie?
- Poza tym, że nie pochodzi stąd? Niewiele. Mówił, że uciekał przed pożarem, który wybuchł na południowy wschód stąd. Wygląda, jakby mówił prawdę, ale to, że znalazł się w pobliżu-
- Musisz mi uwierzyć na słowo, że nie znam wszystkich białych, których licho zapędziło na ten koniec świata.
Wen przytaknął, ale już nie zwracał na niego uwagi. Na ziemi z twarzą przyciśniętą do posadzki leżał mężczyzna, którego na rozkaz brutalnie i bez zbytniego ociągania podźwignięto do pionu tak, że kiedy niepewnie stanął na własnych nogach, zatoczył się nim złapał równowagę.
- Znasz go?
Claude zbliżył się do nieznajomego i w milczeniu przyjrzał się pokrytym pyłem ubraniom, które upodabniały tego człowieka do górnika i twarzy, która nie zdradzała zbyt wiele swym wyrazem; tam, gdzie pot spłynął wzdłuż linii żuchwy spod sadzy i kurzu wyzierały zacięcia i dwu, może trzydniowy zarost. Widział, że intruz także się mu przyglądał - zielone oczy kilkukrotnie uciekły ku śladom po duszeniu.
- Znasz go? - powtórzył Wen z wyraźnym zniecierpliwieniem.
Co z nim zrobicie, jeśli zaprzeczę?
- Nie nazwałbym tego znajomością.
Usłyszał trzask bezpiecznika za plecami.
Boże, pozwól mu być bystrym, poprosił żarliwie w duchu, nim znów zabrał głos:
- Wpadliśmy na siebie przypadkiem i tego samego dnia rozdzieliły nas... Cóż, okoliczności. Jak mówiłem, ludzie przychodzą i odchodzą. Nie możemy pozwalać sobie z Ralfem na szukanie wszystkich tych, którzy się zgubili - powiedział na tyle beznamiętnym tonem, na ile umiał, usiłując nie myśleć o tym, że ten mężczyzna umrze, jeżeli nie zrozumie w porę tego, co usiłował mu przekazać i nie odegra należycie swojej roli. - Dobrze, że nie zdążyłeś zrobić sobie dzieciaka, Claude, bo nawet pierworodnego byś zapodział - tyle usłyszałem, nim uznaliśmy sprawę za straconą. Tobias - dobrze pamiętam? Tobias? - mam nadzieję, że nie masz nam tego za złe. To nie było nic osobistego.
Nieznajomy nie zareagował, a potem - nieznośnie powoli - skinął głową.
- Nie szkodzi. Mam nadzieję, że Ralf jakoś się trzyma.
- Śpi. Podobno uciekłeś przed pożarem.
- Miałem szczęście. Ogień szybko się rozprzestrzenia - zdążył odciąć mi drogę i niewiele zabrakło, by zrobił to po raz drugi.
- Umiałbyś wskazać ten teren na mapie?
- Niezbyt dokładnie. Przez wiatr sąsiadujące budynki zajmowały się jak zapałki. Burza- Deszcz musiał spowolnić proces, ale wątpię, żeby miał to zatrzymać.
Wen wydał stosowne polecenia. Pozostali udawali niewzruszonych, ale Claude po sposobie, w jaki zaczęli na siebie patrzeć zgadł, że bali się, że z następną zmianą warty płomienie staną się widoczne na horyzoncie.
- Jak się nazywasz, Tobias? - wyszeptał, skorzystawszy z tymczasowego zamieszania.
- Noah.
- Nie mów nikomu, jeśli chcesz żyć.
- Dziękuję.


Edytowane przez wewau dnia 15-08-2019 22:14
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo

Tak musieli czuć się żołnierze otwierający oczy w okopach po zapadnięciu w niechciany, wymuszony wyczerpaniem sen, mający więcej wspólnego z omdleniem niż uśnięciem. Przez krótką chwilę nie wiedzieli co dzieje się dookoła i nie pamiętali nic poza tym, że wystawienie głowy ponad poziom wykopanego rowu, głębokiego jak grób, którym z biegiem dni zaczynał być dla coraz większej ich liczby, oznaczało pewną śmierć z ręki każdego, kto uznawał ją za ekwiwalent własnego przeżycia. Ralf wiedział ilu zginęło aby mogli żyć. Wiedział też jak wielu wciąż musiało, aby ten stan się utrzymał, oraz że cokolwiek by się nie działo - było warto. Mimo wszystko, uświadamiał to sobie powoli, było warto.
Nie obudził go hałas, do którego ciągłej obecności zdążył już przywyknąć, lecz martwa cisza każąca mu myśleć, że został na tym froncie sam, przegapiony wśród uściełających okolicę zwłok, którymi wkrótce, po ostatecznym umilknięciu wymiany ognia, miały zainteresować się hieny cmentarne.
- Claude?
Podniósł się do siadu tak szybko, że ciszę wypełnił zwiastujący utratę przytomności pisk w uszach; stanowił ostrzeżenie, że z chwilą zerwania się na nogi utraci w nich władzę. Ralf zignorował je, choć przez chwilę musiał iść podparty barkiem o ścianę, na którą osunął się postawiwszy pierwsze kroki. - Claude?
Nie odpowiedział mu nikt. Jeszcze przez chwilę słyszał wyłącznie szum napływającej do skroni krwi - całkiem niedawno kojarzyłby się mu się z szumem morza, lecz dziś przypomniał mu o szuraniu szczotki, którą usiłował zetrzeć z betonu krew Yijuna zmieszaną z wybielaczem. Jej fale, równie spienione, rozpływały się na boki z każdym potarciem różowego od niej włosia o podłoże. Osobliwy zapach mieszanki chloru i żelaza zdążył poznać wiele tygodni temu, czyszcząc łazienkę śliską od krwi Zhanny. Tak pachniało wybielanie nieodwrotnie splamionego sumienia, czynność bardziej grzeszna niż samo zabicie, któremu miała zaprzeczyć, ale tym razem chodziło o coś innego. To Jin go zabiła, choć gdyby tylko tego potrzebowała był gotów udawać, że Yijun zabił się sam, a przynajmniej uczynił ten atak śmiertelnym. Nie chciał jedynie aby ta krew skończyła rozsmarowana na twarzach podwładnych Zedonga, których ciekawskie spojrzenia uciekały do ciemnych plam szkarłatu ilekroć oddalił się na tyle, by nie lękali się jego osądu, ani na twarzy samej Jin, której dzikie, podbite przez nich oczy zdradzały, że przez chwilę chętnie uczyniłaby to samo.
Nie wiedział kiedy usiadł. Być może gdyby nie spojrzał na drzwi nie zorientowałby się, że Claude zdążył uchylić je i wślizgnąć się bezszelestnie do środka.
- Nie chciałem cię budzić bez potrzeby - Claude uprzedził go, zanim Ralf zdążył przypomnieć mu, że miał tu być. - Dawno wstałeś?
Ralf pokręcił głową, przez co niedbale zaczesane do tyłu włosy ponownie opadły mu na oczy i zostały tam, dopóki siadając obok Claude nie odgarnął ich, część dłuższych pasem zakładając mu za ucho. W pierwszej chwili zaśmiali się cicho z tego niespodziewanego przejawu czułości, w następnej Claude skrzywił się z bólu, a Ralf spoważniał.
W świetle trwającego w najlepsze dnia karmazynowa obroża na jego szyi była wyraźniejsza. Wyglądał jakby urwał się śmierci ze smyczy i dobiegł aż tutaj, licząc, że nie odnajdzie go wśród żywych.
- Coś się stało?
I brzmiał jak tracące zasięg radio, którego dotychczasowe audycje i piosenki zakłócał mrukliwy szum zaburzeń, przez co Claude nie chcąc niepokoić Ralfa nadwyrężonym głosem i wieściami, jakie miał przekazać, milczał przez jeszcze moment, pozwalający im udawać, że nie mieli powodów do zmartwień. Uśmiechnął się gorzko.
- Szczęście w nieszczęściu - oznajmił wreszcie przyciągając Ralfa na tyle, by jego głowa spoczęła mu na barku. - Zbierają się, przynajmniej ci, którzy są w stanie prowadzić. Pali się. Nie wiem gdzie dokładnie i czy nadal, ale to miasto płonie.
- Zdążyłeś podpalić je beze mnie?
- Miałbym pozbawić cię tej przyjemności?

Południowy wschód, wskazał Claude, to mniej więcej tam gdzie słońce. Jego promienie były stłumione przez chmury, tak jak zaciśnięta na ustach dłoń była w stanie stłumić dobywający się z nich krzyk; bezbarwne światło mętniało w mgle towarzyszącej mżawce. W pewnej odległości podstawy otaczających ich budynków stawały się niewidoczne, a ich wierzchołki zdawały się rozpływać w powietrzu. Z dłońmi zaciśniętymi na zimnej, metalowej balustradzie, Ralf jakiś czas wychylał się przez balkon, jednak jedyne źródło dymu znajdowało się parę pięter niżej. Spojrzał w dół, a zapach tytoniu przyprawił go o mdłości.
Tak smakowała połowa pocałunków Claude'a. Tak mogła pachnieć jego śmierć.
- Nie wie jak długo biegł - kontynuował Claude gdy Ralf minął go w progu by jak najszybciej zamknąć szklane drzwi - ale gdyby go nie schwytali, bo inaczej tego nie nazwę, pewnie szedłby dalej.
Ralf przytaknął. Gdzieś tam, za zroszonymi szybami ich pokoju, grzebień ognia przeczesywał kolejne ulice wyczesując z nich ludzi jak zalęgłe we włosach wszy.
- Gdzie jest?
- Zostawiłem go z Tangiem, który pewnie właśnie tłumaczy mu, że powinien stąd wiać przy pierwszej okazji.
- Powinienem mu podziękować.
- Wątpię aby przyjął podziękowania. Twierdzi, że to co robimy jest złe, ale gdzieś po drodze musiał uznać, że pozostawienie mnie na pewną śmierć byłoby jeszcze gorsze.
- Wie?
- On wie, Jin wie. To trochę zabawne, że ci sami, którzy najbardziej mają nam to za złe są jednocześnie tymi, którzy są nam najskłonniejsi pomóc. Jeszcze trochę a pomyślę, że jesteśmy jak oni - Claude skinął głową na zewnątrz i choć zrobił to powoli jego pozornie spokojne oblicze nie było w stanie ukryć bólu, jaki mu to sprawiło. Ralf odwiódł dłonią jego brodę, nie pozwalając mu dłużej patrzeć na stojących tam ludzi Zedonga.
- Nie obchodzi mnie to póki to znaczy, że żyjesz. - Powinno było zdziwić go brzmienie własnego głosu, lecz ostatnimi czasy przemawiał tym tonem na tyle często, by jego bezwzględna stanowczość stała się mu równie znajoma co serdeczność, którą zastąpiła. - Że my żyjemy.
Przez krótką chwilę Claude zdawał się szczerze zaskoczony - częściowo z powodu jego słów, częściowo przez to, że Ralf nieoczekiwanie pogładził jego policzek.
- Wiesz, że tego nie chciałem. Wiesz, że uważałem to za zły pomysł. Ale nie trzeba długo myśleć, żeby zrozumieć, że to na tę chwilę najlepsze rozwiązanie.
- Czasem zastanawiam się jak długo ma trwać ta chwila - uśmiechnął się smutno Claude. Jego dłoń nakryła dłoń Ralfa.
- Tak długo jak to będzie konieczne. Później z nimi porozmawiam.
- A teraz?
- Teraz wypiję z tobą kawę jakby nie działo się nic. Przeżyją bez nas jeszcze piętnaście minut.

Kiedy wpadli na siebie po raz pierwszy Zedong zdawał się sprawnie dyrygować tą orkiestrą symfoniczną złożoną z drastycznie się od siebie różniących instrumentów, wspólnie zdolnych wykonać najbardziej złożone spośród znanych ludzkości utworów: w pozornej demokracji prędko rozbrzmiał absolutyzm, który gwałtownie zastąpiły pierwsze dźwięki militarnego autorytaryzmu. Dotąd grali je jak z nut, drobne pomyłki tłumił głośny ryk puzonów i huk strzałów, ale dziś każdy zdawał się wykonywać własną melodię; niektóre nakładały się na siebie przez chwilę, jak pijackie przyśpiewy kontynuowane póki ich tekst nie plątał się bardziej niż nogi w drodze do baru po następną kolejkę. Tak brzmiała anarchia, mara senna, której echo Zedong słyszał jeszcze chwilę po obudzeniu. Potem umilkło wszystko, poza pukaniem do drzwi zajętego przez niego pokoju.
Nie minęło wiele czasu nim tworząc nieforemny dwuszereg chłopcy i mężczyźni stanęli we wciąż padającym deszczu, jakby ten miał zmyć leniwe uśmiechy, którymi niektórzy reagowali na wydawane polecenia. Jedni byli pijani, inni skacowani, jeszcze inni zwyczajnie ospali, lecz paru wprost paliło się do tego by kontynuować pasmo napoczętych zniszczeń i nieszczęść. Mokre włosy przyklejały się im do czół, podczas gdy Zedong i stojący z boku Wen krzyczeli coś, czego Claude i Ralf nie mogli zrozumieć przez tłumiące to okno. Stali przy nim z przesadnie ozdobnymi filiżankami w dłoniach i patrzyli jeszcze przez chwilę, zanim Claude odstawił kawę na stolik by otworzyć je i przysiąść na parapecie, skąd słyszał ich za cenę bycia zauważonym. Zedong odwrócił się na chwilę aby spojrzeć tam gdzie skierowali swój wzrok jego podwładni i nie pozwalając temu wybić się z rytmu kontynuował:
- Zapytam jeszcze raz: gdzie jest Tao?
- Nie mogliśmy go obudzić.
- Jak to "nie mogliśmy go obudzić"?
Chłopak, który mu odpowiedział, spuścił głowę nie mając odwagi spojrzeć Zedongowi w oczy.
- Co to znaczy "nie mogliśmy go obudzić"?
- Spał jak zabity - odezwał się inny, w którym Ralf rozpoznał Jingyi'ego, jednego z tych, których pomimo wyraźnie podkrążonych oczu rozpierała energia. Stojący przed nim Xian stłumił śmiech; to samo histeryczne rozbawienie ożywiło paru pozostałych.
- Przyprowadź go tu.
- Nie sądzę, aby było to możliwe.
Znów powstrzymywali nerwowy śmiech.
- Chcę przez to powiedzieć, że chyba nie żyje.
Cisza.
- Który to zrobił? - zapytał Zedong, lecz choć zadawał to pytanie podczas paru innych okazji tym razem nikt nie wystąpił naprzód. - K t ó r y?
Nie uzyskał odpowiedzi. Ścisnął nasadę nosa jakby to ból zatok sprawił, że jego oblicze wykrzywiło się w gniewnym grymasie. Tao, który zaczynałby liceum, był wysokim i sprytnym jak na swój wiek młodzieńcem; nie pozwalali mu pić, nie tyle z troski o jego zdrowie co ze zwykłej chęci dokuczenia mu, ale opróżniwszy kilka kieliszków chętnie oddawali mu butelki, w których zostało nic albo niewiele. Zarumieniony z upokorzeniem przelewał ich zawartość do własnego, aż za którymś razem cisnął jedną z nich w kąt. Wtedy przestali zabierać whisky z zasięgu jego rąk ilekroć próbował jej sobie nalać.
- Czy Tang go widział? - Pokręcili głowami; tym razem to Zedong się zaśmiał. - A czy ktoś widział Tanga? Nie?
- Pilnuje obcokrajowca, o którym mówiłem - odpowiedział Wen.
- Kto jeszcze sądzi, że Tang powinien skupić się na swoich? - odezwał się głos w stojącej naprzeciw nich gromadzie, za którym jak lawina posypały się kolejne wyrazy oburzenia.
- Jestem pewien, że Tang zająłby się Tao gdyby ktokolwiek go o tym poinformował, a odnoszę wrażenie, moi drodzy, że paru z was doskonale o tym wiedziało - Zedong uśmiechnął się przyjaźnie. - Może ty, Xian? Czy byłeś zbyt zajęty pieprzeniem się z Jingyim? Albo wy - skierował się do trójki, którą Ralf zapamiętał poprzedniego wieczoru - chcieliście pożegnać się z Tao tak jak z Yijunem?
Cisza. Zedong splunął w bok, następnie potoczył wzrokiem po ich twarzach. Claude uśmiechnął się, szeptem tłumacząc Ralfowi wszystko, co zostało powiedziane, lecz kiedy skończył ten zbladł, choć dopiero co sam cicho się roześmiał.
- Co zrobili? - zapytał Claude, ale Ralf tylko pokręcił głową uciszając go, ponieważ nawet gdyby zdołał ubrać to w słowa, mdłości uniemożliwiłyby mu ich wypowiedzenie.
Zedong kontynuował.
- Na południowym wschodzie.
- Gdzie?
- Na południowym wschodzie - powtórzył Wen, tym razem wyraźniej, nie próbując nawet kryć zirytowania w jakie wprawiały go te pytania.
- C z y l i?
Claude niedbale wskazał kierunek palcem; Wen podążył za nim wzrokiem, przełknął ślinę, skinął brodą w stronę bladego okręgu słońca.
- Ostatnim razem potrafiliście wyciągnąć z ludzi dokładniejsze informacje.
- Nie sądzę aby patrzył na adresy ulic którymi uciekał.
Zedong uśmiechnął się z czymś, co można byłoby nazwać uznaniem.
- Kto jest w stanie prowadzić?
Parę rąk podniosło się nieśmiało w górę; dwie wystrzeliły w powietrze z przekonaniem jeszcze gorszym niż zwątpienie powstrzymujące pozostałe przed uniesieniem się ponad wysokość opuszczonych głów. Byli pewni siebie, bo wciąż całkowicie pijani.
Zedong parsknął śmiechem po czym spojrzał na nich z powagą, przywołał do siebie gestem i kiedy stanęli naprzeciw niego, weseli i rumiani, obszedł ich dookoła, po czym uderzył każdego w tył głowy. Złapali się za nie, skuleni.
- Zabijecie się. Kto jest trzeźwy? - Nie odpowiedział mu nikt. - Kto jest najtrzeźwiejszy? Kto miał nie pić?
- Ja.
- Chuchnij.
Chłopak, który się odezwał, zamilkł i wbił wzrok w czubki swoich butów.
- Wy trzej - z pewną rezygnacją mówił dalej Zedong, wywołując z grupki tych, którzy zgłosili się poprzednio. - Macie sprawdzić gdzie sięgnął ogień. Może ten facet nie wie, którędy uciekał, ale z całą pewnością pamięta skąd. Pozostali - spojrzał na resztę, uśmiechając się gorzko. - Czy wy naprawdę nie macie wstydu?
- Jeszcze trochę i za karę każe im robić pompki - Claude zsunął się z parapetu i zamknął okno, przez którego szybę jeszcze chwilę wyglądał. - Chodź. Prędzej czy później i tak zaczną dobijać się nam do drzwi.
- Poczekaj - Ralf chwycił go za rękę, choć zdawał się sam nie wiedzieć dlaczego, a przynajmniej zabrakło mu odwagi aby to przyznać. Claude zatrzymał się, uniósł brwi. Ich śladem w górę powędrowały kąciki jego ust.
- Ralf - zaczął, ściskając jego dłoń. - Przecież tu wrócimy.
- Jeśli któryś znów będzie czegoś próbował-
- Nie odważą się.

Noah ściskał w rękach mokry ręcznik, którego białe dotąd włókna teraz nasiąknęły czernią zmytej z twarzy sadzy. Widział ogień wkradający się do budynków przez wentylatory, czarny dym płonących opon, słyszał huk rozgrzanego powietrza, którego wybuch rozrywał je na strzępy i oznaczał, że za chwilę nastąpi kolejny, gdy płomienie sięgną paliwa zalegającego w baku, jednak to sytuacja, w której właśnie się znalazł, wydawała mu się prawdziwie łatwopalna. Obawiał się, że będzie iskrą wystarczającą aby wszystko wokoło stanęło w ogniu.
Nasłuchiwał kroków. Tang, który stał pod oknem, gwałtownie odwrócił się w stronę drzwi kiedy te otworzyły się i zamknęły raptownie, jak gdyby wchodzący do środka Claude i Ralf uciekali przed czymś co nieustannie ich goniło.
- Zaraz tu przyjdą - uprzedził ich Claude, co oboje przyjęli przytakując. - To Ralf, może udawać adwokata, ale nie wybroni cię jeśli czymś się pogrążysz gdy zaczną cię przepytywać.
Noah uścisnął jego dłoń.
- Jakieś wskazówki? I co tu się właściwie dzieje?
- Jeżeli uznają cię za bezużytecznego, możesz skończyć martwy; jeśli uznają cię za zbyt przydatnego, możesz skończyć jak Tang, a jeśli nie będą pewni - Claude wskazał na swoją szyję, na czerwoną szramę, na którą Noah zerkał z pewnym niepokojem odkąd tylko ją zauważył - jak ja.
- No dobrze - Noah uśmiechnął się niepewnie. - A co zrobić by skończyć jak Ralf? Zdaje się być w jednym kawałku.
- Nie chcesz skończyć jak Ralf.
Tang byłby się roześmiał, ale jedno spojrzenie na Ralfa wystarczyło aby powstrzymał się przed poczynieniem jakiejkolwiek uwagi. Widział go podczas zaledwie paru okazji i być może przez to stopniowe zmiany, jakie w nim zachodziły, wydawały mu się tak rażące; tak samo wyglądali świeżo upieczeni chirurdzy, którzy po kilku wyjątkowo udanych operacjach po raz pierwszy stracili pacjenta i nagle, z jego krwią na lateksowych rękawiczkach i płaską linią na piszczącym kardiomonitorze, nie wiedzieli co robić, ani gdzie popełnili błąd. Byli młodzi i musieli prędko pogodzić się z faktem, że było to nieodłącznym elementem ratowania żyć.
Przyłapał się na usprawiedliwianiu go, dziwnym, przejściowym współczuciu, ale prędko otrząsł się z odurzenia, w jakie mogła wprowadzić jego niewinna twarz:
- Ani jak Fei. Ani jak Shujuan, ani jak Jin, albo Yan.
- Przynajmniej żyją - zwrócił się do niego uprzejmie Claude, ale Ralf zdawał się tego nawet nie słyszeć, zbyt skupiony na tym by usłyszeć kroki za drzwiami zanim dobiegłoby zza nich pukanie. Patrzył na tarczę swojego zegarka jakby z każdą mijającą sekundą zbliżała się pora detonacji nieprzerwanie tykającej bomby, a on miał już tylko chwilę na zgadnięcie który kabel należy przeciąć aby wybuch nie nastąpił.
- Chcą wiedzieć gdzie zaczął się ogień. Nic więcej. Nie znam miasta, ale Claude mógłby narysować jego mapę z pamięci. Skłam jeśli nie wiesz dokładnie.
- Gdzie idziesz?
- Po Zedonga. Może Wena. Kogokolwiek, zanim ktoś inny sam tu przyjdzie.
Noah zaśmiał się krótko.
- Tak go nazwałeś? - Zapytał Claude'a.
- Sam się tak nazwał.
Nikt nie odpowiedział mu na najważniejsze z pytań; być może zabrakło na to czasu, być może sami nie potrafili jednoznacznie nazwać tego, co szalało wokół nich jak bezimienny huragan. Także Tang, przed chwilą od niechcenia sprawdziwszy czy języki ognia wraz z przypalonymi włosami nie zlizały mu skóry z karku i przedramion, pozostał oszczędny w słowach, choć zaraz okazało się, że w rzeczywistości ma wiele do powiedzenia - kim były wszystkie nazwane przez niego osoby? Kim byli wszyscy ci ludzie? I jaką rolę on sam w tym odgrywał?
Przeciąg wyważył drzwi, a mężczyzna, który wszedł przed Ralfem nie przerwał ani na chwilę własnego potoku pytań:
- Jak to miało być? - usłyszał Noah jeszcze zanim Zedong pojawił się w progu. - Wystarczająco daleko, abym nie uznał tego za bezpośredni atak, wystarczająco blisko, abyśmy wszyscy się przejęli?
- Nie podejrzewałbyś nas chyba o taką głupotę.
- Skąd! Sam jednak przyznasz, że musiałbyś mnie samego uznać za głupca, gdybym nie uważał tego za choć trochę podejrzane. W jednej chwili grozisz mi ogniem; w następnej ten wybucha.
- Kto wie, może kompleks Boga, na który Ralf zdaje się cierpieć odkąd tylko się poznaliśmy, ma jakieś podłoże w rzeczywistości.
Zedong zacmokał z dziwnym współczuciem; Noah mógł jedynie domyślić się, że krwista kolia na krtani Francuza musiała rozstroić jego struny głosowe, niezdolne w tym stanie do wytworzenia dawnej melodii.
- Jak gardło, Claude? Nie jestem lekarzem, ale Tang z pewnością przyzna mi rację, jeśli przypomnę ci, że powinieneś oszczędzać ten głosik. Niewiele brakowało a już nigdy byśmy go nie usłyszeli. Na twoim miejscu nie kusiłbym losu, naprawdę.
- To była burza - wtrącił Noah, ale choć Zedong przeniósł na niego swoją uwagę, nie skupił jej w najmniejszym stopniu na tym, co ten powiedział.
- Wasz znajomy pewnie byłby zginął podkładając ten ogień! A może Yan mu pomógł?
- O ile szczury nie spłoną z własnym gniazdem uwiją je sobie gdzie indziej - powiedział do samego siebie Claude, po czym podniósł wzrok na Zedonga. - Wierz mi, że nie chcielibyśmy, aby zadomowiły się tu na dobre.
- Poza tym nie wydaje mi się, aby ogień mógł do was dotrzeć. Tobias mówił, że to kawał drogi stąd.
- Ale przemieszcza się szybko - wszedł mu w słowo Noah, rozumiejąc, że nie może pozwolić aby niepokój jaki wznieciły płomienie wygasł zupełnie.
W istocie, ogień sunął naprzód. Gdy Noah wybiegł z budynku przeczucie kazało mu obrócić się, zadrzeć głowę w górę i spojrzeć na monumentalną ścianę ognia, która wyrosła tuż za jego plecami jak niespodziewana fala na gładkim dotychczas morzu; zdawało się, że za chwilę załamie się, spieni i zaleje go gorącem, przez które zdążył pokryć się lepkim potem. Dusił się, nałykał się czarnego dymu jak tonący wody. W biegu ściągnął z torsu koszulkę i pozostawił ją owiniętą wokół ust i nosa, a chociaż noc była chłodna powietrze wokół niego musiało być rozgrzane do co najmniej czterdziestu stopni. Dopiero dużo dalej zaczął się trząść, z zimna i adrenaliny.
Zedong zlustrował go wzrokiem, siedzącego sztywno i zdającego się móc zasłabnąć w każdej chwili. Westchnął.
- Skąd?
Słysząc odpowiedź tylko przytaknął, po czym gestem przywołał do siebie Tanga. Tang podszedł do niego, choć niechętnie wstał z zajętego miejsca.
- Coś stało się z Tao - poinformował go już po chińsku.
- Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej?
- Bo obawiam się, że nie obejrzysz go jako lekarz, a koroner.
Tang wyminął go w drzwiach, za którymi oparty o ścianę czekał już Wen. Skinął głową na usytuowaną nieco dalej grupkę, wyznaczoną, jak Tang zdążył się domyślić, do wyniesienia ciała; ich konwój ruszył niespiesznie, prowadząc go aż do kanapy. Nie musiał sprawdzać pulsu, aby wiedzieć, że Tao nie żyje, ale zrobił to mimo wszystko, jakby z nadzieją, że kciukiem wyczuje najdelikatniejszy choćby puls w zimnym i sztywnym nadgarstku.
- Nie spróbujesz go nawet reanimować? - zapytał jeden z nich, a Tang wiedział, że tylko czekali na odpowiedni moment aby chwycić go za kark i zmusić do tchnięcia powietrza w sine usta nieboszczyka. Zdążyła na nich zeskorupieć piana wymiotów, którymi musiał się udławić przed wieloma godzinami.
- Dlaczego nie przećwiczysz tego sam? - odparł wstając, niezdolny oderwać wzrok od nieruchomego oblicza Tao, sennego, jeśli zapomnieć o oczach, które musiały otworzyć się na chwilę wystarczającą aby ze zdziwieniem pojął, że umiera. - Mogę nie być w pobliżu kiedy będziesz potrzebował resuscytacji. Może też zwyczajnie mi się nie chcieć.

Wzrok Noah skakał po ich twarzach, od Claude'a, który zawzięcie okazywał narowistą obojętność, przez Ralfa, którego puste oczy dziwnie kontrastowały ze spiętymi rysami, po Zedonga, obserwującego ich trzech badawczo i szacującego w jakim stopniu pojawienie się dodatkowej niewiadomej zmieniało wynik obliczonego już przezeń równania. Zakręciło mu się w głowie i musiał zblednąć, ponieważ wkrótce to na niego skierowały się spojrzenia ich wszystkich.
- Będziesz rzygać?
- Nie będę.
- Podaj mu miskę.
Pokręcił głową, ale to tylko sprawiło, że świat zawirował jeszcze szybciej. Z otwartego okna uderzył go powiew chłodnego powietrza i przysiągłby, że poczuł w nim zapach spalenizny, gdyby nie to, że sam nim przesiąkł, od ubrań aż po włosy i płuca, na których ściankach - jak podejrzewał - patolog znalazłby ten sam czarny osad, który częściowo udało mu się zmyć z twarzy i rąk.
Przypatrujący mu się Zedong westchnął; zniecierpliwienie zakamuflowało ulgę, jaką przyniosło mu pojawienie się tego nagłego pretekstu, dzięki któremu to, co powiedział następnie, brzmiało jak przejaw dobrej woli:
- Będziecie potrzebować Tanga?

Do wyniesienia Tao przydałyby się nosze, ale trójce, która go podniosła, z ich braku musiała wystarczyć jedna z ciężkich i eleganckich narzut, którą Ralf przyniósł im przerzuconą przez ramię. Zostawił Claude'a i Noah z obietnicą, że za chwilę wróci, z powściągliwością, jakby naprawdę nie chciał tego robić, oraz pośpiechem oznaczającym, że musiał. Ralf zdawał się łatać dziury postrzelonego okrętu, zanim ten nabrałby wystarczająco wody aby zniknąć w jej toni.
Przyjęli ten całun w nieprzyjaznym milczeniu, które przerwał dopiero Tang, kiedy zniknęli wraz z ciałem na stopniach prowadzących w dół schodów. Nie patrzył na Ralfa; jego wzrok zatrzymał się tam dokąd ich odprowadził.
- Prawdopodobnie tego nie wiesz, ale Zedong kazał im zwracać się do ciebie z szacunkiem. Nie są w stanie tego robić, więc milczą - wyjaśnił niewzruszonym głosem, po czym zlustrował Ralfa, aż wreszcie spojrzał w jego oczy. - Uważa za bardzo dyplomatyczne to, że pochowałeś Yijuna, chociaż dopiero, prawie!, zabił ci przyjaciela. Oraz za oburzające, że musiałeś, ponieważ oni nie byli w stanie. Zanim przyszedłeś sugerowali, że skoro nabrałeś już wprawy może powinieneś pochować także i go.
- Potem wrzuciliby mnie do rzeki wraz z nim.
- Nie gwarantuję, że spróbowałbym ich powstrzymać.
Ralf przyjął to z gorzkim, pełnym zrozumienia uśmiechem.
- Chciałem ci podziękować - zaczął. - Nie wiem co zrobiłbym gdyby zginął.
- Nie zdążyłbyś zrobić wiele; byłbyś następny w kolejności. I nie ostatni.
- Powinieneś wiedzieć, że nie obchodziłoby mnie to ani odrobinę.
Zdziwienie Tanga stanowiło niemy znak zapytania, jednak wymowne milczenie Ralfa, cień smutnego uśmiechu i melancholijność jego spojrzenia wystarczyły, aby odpowiedział sobie na postawione pytanie sam; przytaknął z pewną podejrzliwością.
- Mam wobec ciebie dług wdzięczności. Wolę spłacać je szybko, ale nie zawsze jest to możliwe - póki co, odsetki są twoje. Gdyby istniało coś, co mógłbym zrobić-
Śmiech, który mu przerwał, był krótki i cichy. Przebrzmiało w nim powątpiewanie.
- Nie istnieje nic, co mógłbyś zrobić, a czego nie mógłbym zapewnić sobie sam.
- Za pośrednictwem i przyzwoleniem Zedonga?
- Miałbym woleć za waszym?
Tym razem to Ralf zaśmiał się głucho, kręcąc głową.
- Gdyby istniało - powtórzył.
- Istnieje tyle rzeczy, które mógłbyś robić, a zdaje się, że nawet nie przychodzą ci do głowy - Tang mówił powoli z pewną rozbawioną dezaprobatą - oraz drugie tyle, które robisz, choć naprawdę, naprawdę nie powinieneś. Może na start mógłbyś z nimi skończyć.
- Mówisz jakby to było ode mnie zależne.
- A nie jest? Kto jeśli nie ty przehandlował dziewczyny za wasze życie?
- Ten kto się na to zgodził.
- Wiedziałeś, że oni się zgodzą.
- Oraz że jeśli zginęlibyśmy, spotkałby je los jeszcze gorszy od tego. Nie trzymamy ich pod kluczem. Gdyby tylko chciały, mogą tam wyjść, odejść, odjechać - przed oczami błysnęła benzyna cieknąca z baku, który częściowo opróżnił, aby Joshua nie zdążył wywieźć Jin i Shujuan poza granice miasta, ich twarze, kiedy upokorzeni wrócili, ponieważ odjechali ledwo tyle, aby powrót o własnych siłach był możliwy lecz wyczerpujący; błysnął mu widok Joshuy i Shujuan, wraz z przerażoną Fei skotłowaną na tylnych siedzeniach auta, z którego kazał Yanowi wykręcić świece zapłonowe; wreszcie sam Joshua, skazany za to na śmierć. - Zastanów się dlaczego wolą nie.
- Być może umknęło to twojej uwadze, ale nie pożyczyłem broni wam, a Jin. Gdyby ją miała, gdyby każda z nich miała ją i odwagę jej użyć, rozerwałyby na strzępy najpierw was, a potem ich.
- Kule miałyby cię ominąć?
- Nie tknąłem żadnej z nich.
- Ja również nie.
- Jest chyba jednak zasadnicza różnica w powodach, dla których tego nie zrobiliśmy, ale może się mylę - powiedział to ze śmiechem na ustach, tonem dającym do zrozumienia, że nie mówił tego ani wrogo, ani przyjaźnie. - Czy chociaż się przydała?
Ralf przytaknął z namysłem.
- Chciałbyś ją z powrotem?
- Przy innej okazji, chociaż w obecnej sytuacji mógłbym potrzebować spluw na dwie ręce żeby się od nich odpędzić. Sam rozumiesz.
- Możesz tu zostać dopóki to się nie uspokoi.
- Zedong nigdy by się na to nie zgodził.
- Powiedzmy, że sam to zaproponował. Ale decyzja należy do ciebie.

Zdarzyło mu się tęsknić za dawnymi dniami, kiedy budzony alarmem zwlekał się z łóżka, stał w korku lub w zatłoczonym metrze, nie martwiąc się kawą, która czekała na niego w biurze, ani śniadaniem, które mógł kupić trzydzieści pięter niżej lub, jeśli okazja tego wymagała, pięć wyżej - czasem czekało już na niego postawione pod jakimś pretekstem na biurku, zrobione przez kogoś lub zakupione ze szczerym zamiarem oszczędzenia mu czekania w kolejce - nie przejmował się także lunchem, z nudy przyjmując zaproszenia lub odrzucając je, kiedy znoszenie nawet własnego towarzystwa przychodziło mu z trudem. To życie nie było złe, nie było też jednak dobre; Claude, skosztowawszy go wówczas, uznałby je za mdłe. Być może spróbowałby naprawić je szczyptą soli i pieprzu, kilkoma słonymi łzami i nocami czarnymi jak jego ziarnka, mieszanką ziół i przypraw, bez których Ralf przysięgał, że mógł się obyć.
Ale pokochawszy pikantny smak pierwszych kęsów wolności to za nimi zatęsknił dziś, po raz pierwszy nie mogąc znieść tego co ze wstrętem poczuł w ustach, jak gdyby uzmysłowił sobie, że przeżuwane mięso było ludzkie. Szczypty zamieniły się w garści, szczęście stało się niemożliwe do odróżnienia od smutku, duma od pokory, strach do bólu przypominał ekscytację, a gniew nie różnił się niczym od równie niszczycielskiego spokoju. Ralf nie był pewien co czuł.
Mokre ślady podeszew na podłodze zdążyły zaschnąć, tworząc skamieliny obracające się w pył, znajdujący się teraz wszędzie za sprawą kolejnych roznoszących go smugami kroków. Na zewnątrz ptaki podniosły się do lotu, odstraszone gwałtownie otworzonymi drzwiami; nie przeniosły się daleko i z ciekawością obserwowały trójkę ludzi niosących czwartego. Nurt Hai połknął Tao. Krętym przełykiem rzeki trafi aż do zatoki Bohai, której wody, mętne i skwaśniałe, zajmą się nim niczym soki trawienne kolejnym posiłkiem. Kaczki pozostały niezrażone obecnością dryfującego obok nich ciała.
- Nie widziałeś tego, co zostało z waszych zapasów - stwierdził Tang przekornie, z pewnym zadowoleniem zauważając zdziwione spojrzenie Ralfa, który uciekłszy wzrokiem aż po horyzont teraz znów patrzył na niego, skamieniały. - W przeciwnym razie nie proponowałbyś pobytu dodatkowej osobie. Dwóm - zaznaczył, po czym wyminął go, nie dając mu ani odpowiedzi, ani nadziei na to, że będzie twierdząca.
Ralf zamknął oczy i odetchnął, zmuszając się do zachowania spokoju, by podobnie jak łucznik lub snajper wstrzymać oddech i nie pozwolić by strzał spudłował przez najmniejsze choćby drgnięcie serca. Ale mimo to, obróciwszy się by obrać cel, powstrzymał się przez naciśnięciem spustu; zbyt dobrze wiedział, że komora była pusta, tak jak ich spichlerze. Spuścił wzrok i przełknął ślinę, jakby to w niej zawarły się wszystkie kłamstwa, jakie zamierzał wypowiedzieć, sam niepewien co dokładnie go przed tym powstrzymało.
Podłoga pod jego nogami była brudna, a panele, które niedługo po ich wprowadzeniu się tu wciąż lśniły - jak gdyby obsługa spodziewała się przybycia gości kiedy tylko chaos wywołany pandemią ustanie, czego nie uczynił nigdy - teraz zmatowiały.
Fałdy welonu mgły falowały za oknem, kryjąc obliczę Tianjinu jak twarz panny młodej, wprawiającą w tyleż zachwyt, co w przerażenie: to właśnie ten widok miał widzieć o poranku do końca życia, przy nim zaczął żyć i miał umrzeć. Monstrualne wieżowce odbijały się w srebrzystych wodach rzeki, której brzeg wysadzany był drzewami, w porze wiosennej zielonymi jak szmaragdy, w jesiennej zaś czerwonymi niczym rubiny. Właśnie zmieniały swój kolor. Część liści opadała na zdziczałe trawniki, z daleka przypominając coraz rozleglejsze plamy krwi.

Nie usłyszał ani nie zauważył Fei, która nie kryjąc zmartwienia jego brakiem reakcji na powtórzone parę razy imię teraz pociągnęła go za rękaw w swój zwyczajny sposób. Zdawał się wyrwany ze snu i przez krótką chwilę patrzył na nią jak na obcego człowieka, zanim przygarnął ją do boku, mierzwiąc włosy na jej sięgającej mu najwyżej łokcia głowie.
- Ponieśli kogoś - zauważyła, dając upust zainteresowaniu z jakim przypatrywała się przemarszowi skromnego kordonu żałobnego przez hotelowy dziedziniec. W pierwszej chwili Ralf uznał, że obawiała się czyje ciało zostało wyniesione; w następnej zrozumiał, że w jej głosie przebrzmiewała chorobliwa nadzieja, jakby liczyła usłyszeć konkretne imię.
- To był Tao. Ten młody - wyjaśnił, a ona jedynie przytaknęła z pewnym rozczarowaniem.
- Co się stało?
Wzruszył ramionami, choć to je obarczał ciężar tego zgonu.
- To przez was?
Przemilczał to pytanie, świadomy zarówno tego, że nie powinna tego wiedzieć, jak i tego, że jego odpowiedź usłyszałaby więcej niż jedna para uszu. Musiała to uznać za potwierdzenie jej podejrzeń, ponieważ skinęła ze zrozumieniem.
- O czym myślisz?
- O zbyt wielu rzeczach naraz - zabrał rękę z jej ramienia; wolnym krokiem szli przed siebie, choć bez obranego celu. Nie zniósłby ani sekundy więcej trwania w miejscu. - Jak podziękować komuś kto nie chce cię widzieć na oczy?
- Masz całkiem dobrą wprawę w przepraszaniu. Na jedno wychodzi - uśmiechnęła się, jak zawsze gdy odkrywała w sobie wciąż jeszcze świeże pokłady uszczypliwości, którą zaraziła się od Claude'a i Ralfa jak dziecko od rodziców. - Chodzi o Jin, prawda?
- Jeśli jej podziękuję, każe mi się pierdolić, wiem to. Ale jeśli tego nie zrobię uzna, że nie mam ani jaj, ani honoru aby okazać minimum wdzięczności.
- Skoro może tak uznać - zasugerowała Fei - prawdopodobnie powinieneś się pospieszyć.
- Może nie otworzyć mi drzwi.
- Mi otworzy.

Zawahałby się zanim by do nich zapukał, ale wciąż dziecinnie drobna pięść Fei zrobiła to bez niezdecydowania. W środku dał słyszeć się jakiś ruch, następnie odezwał się ostrożny, głębszy niż przeważnie głos, jakby jego brzmienie miało zniechęcić kogoś przed próbą wyważenia drzwi.
- To ja - odpowiedziała jej Fei, na co przed znajomym brzdękiem odskakującej klamki usłyszeli szuranie krzesła lub komody po podłodze. Były równie ciężkie; drewno, z którego je wykonano, gdzie indziej zastąpiła oklejona jego imitacją sklejka, plastik i metal, lub lżejsze, mniej trwałe odmiany, mieszczące się w budżecie przeciętnych obywateli.
Widząc go w progu Jin musiała powstrzymać się przed zatrzaśnięciem uchylonych drzwi, ale zamiast tego zagrodziła mu tylko przejście, nie zamierzając rozmawiać inaczej. Bieliznę i jedwabny szlafrok, w których widział ją ostatnio, zastąpiły wygodne spodnie i czarna nakładana przez głowę bluza, którą musiała ubrać w pośpiechu ledwo co osuszywszy włosy ręcznikiem. Lewe oko przypominało jesienny liść; powieka nabrała czerwonawo-sinej barwy, a policzek i cudem tylko nieotwarty łuk brwiowy obsypał szereg zielonych, żółtych i niemal brunatnych plam. Musiała zadrzeć nieco głowę aby spojrzeć mu w twarz; od dość dawna nie widział spojrzenia pełniejszego pogardy.
- Przyszedłem ci podziękować.
Jin przewróciła oczami.
- Niepotrzebnie się fatygowałeś - rozłożyła skrzyżowane dotąd ramiona. - Nie zrobiłam tego dla niego, ani tym bardziej nie dla ciebie.
- Nawet jeśli zrobiłaś to tylko ze względu na siebie - czy nie przez ten sam wzgląd powinnaś przyjąć podziękowania, w tej czy innej formie?
- To nie podziękowania chciałabym usłyszeć - skrzywiła się. - Nie jesteś wszechwładny; nie spełnisz moich żądań. Ale powinieneś zrozumieć, że beze mnie oboje zdążylibyście zginąć, bezradni jak dzieci. Beze mnie bylibyście niczym.
Ralf uśmiechnął się pokornie i przytaknął.
- Być może wychodzisz z założenia, że tego nie wiem - zaczął - co samo w sobie byłoby zrozumiałe. Ale zdążyłaś poznać mnie chyba na tyle, by zorientować się, że płaszczenie się przed innymi nie przychodzi mi łatwo. Pomimo tego właśnie to robię, bo nie wybaczyłbym sobie gdyby coś mu się stało.
Jin zmierzyła go wzrokiem.
- Co z tamtym?
- Pochowany.
- Powinien tam zostać i zgnić.
- Byli tego samego zdania.
- Udowodnij mi jeszcze, że w jego miejscu nie powinien znaleźć się Claude, albo ty. Wtedy będziemy kwita.

- Aus Deutschland? Na wirklich? - powtórzył Ralf z zaskoczeniem, zajmując miejsce obok Claude'a, naprzeciw Noah, w tym samym co on stopniu zdziwiony usłyszeniem rodzimego języka, choć to Claude, słysząc niemiecki po raz pierwszy od dawna wydawał się najbardziej zaskoczony. - Von wo genau?
- Frankfurt; jesteś z północy, prawda?
- Hamburg.
- Hamburg - zabrzmiało echo, a Noah ścisnął usta w bolesnym wyrazie, współczującym cmokaniu, jakim Europa zwykła przekazywać sobie kondolencje w pokłosiu regularnych protestów, zamieszek i zamachów. Ralf nie miał prawa wiedzieć, czy chodziło mu o te, których bywał naocznym świadkiem, czy też te, które ominęły go podczas trwającej blisko dziesiąty rok emigracji; miał szczęście mieszkać poza centrum, którego wyłączone z ruchu ulice płonęły czerwienią ostrzeżeń na mapie GPS-a, podczas gdy ojciec odbierał go ze szkoły. Z przyłożonymi do szyby dłońmi widział oddziały prewencji, ciemnogranatowe radiowozy i osnuwający je dym gazu pieprzowego, który czasem mógł poczuć wpompowany do auta przez klimatyzację, wyłączoną, gdy tylko piekący zapach kapsaicyny zaczynał drażnić Marzella. Gaz rozpływał się ulicami jak mleczna mgła o poranku poprzedzonym wieczornym deszczem. Jego obecność stawała się podobna do zjawisk atmosferycznych; popołudniem mogą wystąpić drobne opady, które spowolnią rozprzestrzenianie się oparów. Granaty hukowe zastąpiły grzmoty; blask błyskowych przypominał błyskawice. Choć niemal nikt o tym nie wiedział, zdarzyło mu się stać w tłumie przeganianym przez funkcjonariuszy - innego dnia ci sami osłaniali go tarczami przed gradobiciem złożonym z bruku i przypominającego lód szkła.
Ralf machnął na to ręką, choć jego twarz skrzywiła się w podobnym wyrazie gdy Noah oznajmił, że pochodził z Frankfurtu. Nadrzeczny krajobraz Tianjinu nie odbiegał wiele od ich miast; pulsowały życiem za sprawą Menu i Elby, drożnych arterii, którymi dziś, podobnie jak Hai, zamiast wypełnionych turystami statków spływały wyłącznie ciała.
- Najgorsze mnie ominęło - oznajmił, licząc, że to samo będzie mógł powiedzieć Noah.
- Mnie nie - uśmiechnął się smutno. - Długo tu siedzisz?
- Będzie z rok, ale wyjechałem już dawno. Ty?
- Sześć miesięcy tu, sześć miesięcy tam, już od jakichś trzech lat. Brakowało dwóch tygodni a zdychałbym w domu - zaśmiał się, co wywołało krótki napad kaszlu. - To trochę zabawne kiedy czujesz nostalgię zaciągając się zapachem płonących opon. Młodo wyjechałeś, co? Jeszcze trochę i uznałbym cię za wyspiarza.
Nie krył pogardy. Gdyby mógł, splunąłby w bok wypowiedziawszy to słowo.
- Na studia. Mógłbym starać się o obywatelstwo.
- Dziani rodzice.
Ralf przytaknął z pewnym wstydem.
- Chciałbym mieć to szczęście, ale koniec końców trafiliśmy do jednego piekła - skinął na drzwi, za którymi w towarzystwie Tanga zdążył zniknąć Zedong. - Widzę, że macie już własną armię i lekarzy. Nieźle sobie radzicie.
Ralf uśmiechnął się kwaśno.
- O co w tym wszystkim chodzi? To jakaś detencja?
- Areszt domowy. Mieszkamy tu z Claude'm od dłuższego czasu, mamy wielu gości, jedni odchodzą, inni zostają, ale ci - on również spojrzał na drzwi - nadużywają naszej gościnności. O co chodzi, Claude, nie podoba ci się niemiecki?
Ralf szturchnął go ramieniem.
- Brzmisz jakby to ciebie dopiero co próbowano udusić.
- Długo się znacie?
- Wystarczająco długo - uspokajająco rozmasował dłonią kark Claude'a, na którym spoczęła gdy ten przewrócił oczami. - Byłeś sam?
- Od dłuższego czasu. Parę incydentów kazało mi zacząć unikać ludzi; takich jak oni jest więcej i wolałem nie sprawdzać czy byli podobnie uzbrojeni.
Gdyby Claude zrozumiał słowa Noah być może właśnie chrząknąłby znacząco; co innego niż ryzykancka ciekawość Ralfa doprowadziła ich właśnie w to miejsce? To z jego inicjatywy wybrali się w tereny, które Yan radził im omijać; to z jego ust padły słowa, które wywabiły ich rój z gniazda jak słodki zapach przyciągającego osy mięsa. To on odmówił Claude'owi ucieczki, kiedy ten zaaranżował tę możliwość, zamiast przekonać go, że powinni razem spróbować szczęścia na którejś z odnóg autostrady Jingjintang łączącej Tianjin z Pekinem. Dziś nie umiałby powiedzieć co wbrew zdrowemu rozsądkowi kazało im obu zostać właśnie tutaj, choć tę decyzję - co oboje wiedzieli - z łatwością mogli przypłacić życiem.
- Twój przyjaciel się niecierpliwi.
Mimowolny uśmiech rozlał się na ustach Ralfa, choć dopiero co spoważniał; Freund. Spojrzał na Claude'a, wyraźnie znużonego, gotowego wstać w każdej chwili, a nade wszystko obojętnego na dwuznaczność tego prostego słowa, która go samego wprawiła w zażenowane rozbawienie.
- Porozmawiamy innym razem. Być może zauważyłeś, ale okoliczności chwilowo nie sprzyjają pogawędkom - do tego czasu czuj się jak w domu. Jesteś głodny?
- Ani odrobinę.
- Tym lepiej, być może nie mielibyśmy czym cię poczęstować. Chodź, Claude.
- Ależ nie przeszkadzajcie sobie, resztą mogę przecież zająć się sam - odezwał się Claude wstając i tym razem to Ralf uniósł oczy ku niebu. Posłał Noah przepraszający uśmiech i zamknął drzwi wychodząc wraz z nim.
- Zdążyłeś zapomnieć że jestem Niemcem? - zapytał, ale Claude nie zaśmiał się. - Może powinienem był zainteresować się zmianą obywatelstwa; wolałbyś Anglika?


Edytowane przez Choo dnia 20-10-2019 22:40
 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

Współpraca miała kluczowe znaczenie dla przetrwania i Claude nauczył się tego już przed wieloma, wieloma laty, jeszcze w tych złotych czasach, kiedy zrywali lankami murawę z boiska. Każdy, kto znalazł się w tym pozlepianym z przypadkowych szczeniaków zespole, trafił tam z pewnego powodu. Cheney nie był szczególnie bystry, ale na boisku zachowywał się jak zdyscyplinowany pies, który zwęszył świeżą krew i właśnie ta towarzysząca mu niezdrowa werwa przydała się kilkukrotnie wtedy, kiedy inni zaczynali opadać z sił - a także wtedy, kiedy zaciągał się do Legii; Adrien nie wyróżniał się niczym szczególnym, a przynajmniej tak myśleli, dopóki nie przekonali się, że nie miał sobie równych przy uderzaniu piętką; Kasim zabierał piłki, a kiedy podrósł na tyle, by znaleźć upodobanie w czymś innym, zaczął zabierać też cudze partnerki; Nazaire umiał przewidzieć, kiedy i w którą stronę powinien się rzucić - naigrywali się z niego i nazywali go wyrocznią, ale to on, kierując się niczym innym niż właśnie idiotycznym przeczuciem, nie poszedł do tego po stokroć przeklętego klubu, w którym zginął Adrien, kiedy zegar na podłożonym ładunku wybił godzinę Sądu Ostatecznego. Claude pamiętał ich wszystkich, choć nie ze wszystkimi był w przyzwoitych stosunkach - sam został zwerbowany z powodu swoich nóg i płuc, których nie zdążył przepalić. Biegał szybko, kurewsko szybko i zdawał się przy tym nie męczyć, co nie podobało się Victorowi i Alainowi, których byłby podejrzewał o to, że w swojej zawiści byliby skłonni próbować podłożyć mu haka i po śmierci, ale to Alain pociągnął go za ramię i potem wciągnął do kontenera na śmieci - tłum, który tamtego dnia żywym strumieniem odpłynął przypominającymi rowy melioracyjne uliczkami zadeptał tych, którzy mieli pecha się potknąć. Patrzyli na siebie z przerażeniem, słysząc wrzaski i uderzenia dziesiątek, jeśli nie setek ciał odbijających się od ich trumny, w której wraz z nimi do snu wiecznego układały się uszkodzone makiety reniferów z pobliskiego jarmarku bożonarodzeniowego oraz pozgniatane kartony. Nie spotkali się już nigdy więcej, ponieważ wyjechał wkrótce po tych wydarzeniach, ale zdążył jeszcze odpuścić mu w duchu wszelkie winy z tytułu poczynionych dotąd złośliwości.
Nie przepadali za nim też pozostali, którzy mieli mu za złe wiele innych rzeczy, których Claude nawet nie próbował zrozumieć. Po przeprowadzce nie wrócił do piłki nożnej i biegał sporadycznie, a z czasem coraz rzadziej - aż doprowadził do tego, że przebiegnięcie promenadą wzdłuż jednej z wielu odnóg Haihe i powrót truchtem do domu sprawiały, że po plecach strugami spływał mu pot. Niekiedy nie mógł złapać oddechu jeszcze zanim przyspieszył - na początku lubił winić zanieczyszczenie powietrza, ale nawet na bieżni prześladowała go myśl, że zaraz wybuch rozsadzi szyby za jego plecami, a on znów znajdzie się w miejscu, z którego będzie musiał uciekać. Goran ani myślał biegać, ale zdarzało się, że pożyczał rower tylko po to, żeby dotrzymać mu towarzystwa. Stanowili zespół - on i Goran. Po jego śmierci znów został sam, ale coś się zmieniło - nie przestał biegać, ale też nie zdobył się na zmianę trasy i przez to nie opuszczało go wrażenie, że podążał śladem kogoś, kogo nie był w stanie dogonić.
Każdy miał zadanie. Cheney grał napastliwie, Adrien śmiał się, jakby miało nie być jutra, Victor nie przestawał być tak męczący, jakby chciał mu przypomnieć, że jeśli tylko zwolni, piszczele połamią mu przeciwnicy lub z rozkoszą on sam, Kasim popalał z nim nad Garonną, Goran płacił rachunki, Gaspard próbował zostać następcą Victora, choć sam o tym nie wiedział, Joshua użalał się nad swoim położeniem, a Ralf pozbywał się zbędnego balastu. Patrząc na Noah, Claude widział kogoś, dla kogo mogliby znaleźć zajęcie, ale kiedy usłyszał niemiecki i zobaczył blask w oczach Ralfa, zobaczył tylko śmieci, które powinien był pozwolić wynieść chłopcom Zedonga.
Nie pamiętał, czy coś odpowiedział na tamtą zaczepkę. W następnych dniach miał wyrobić nowy nawyk zbywania w takich chwilach Ralfa obojętnością, która w przeciwieństwie do wywołujących uśmiech replik zdawała się uwierać go niczym kamień w bucie.

Późnym wieczorem Zedong - a w zasadzie przysłany przez niego pośrednik - miał dla nich kilka wiadomości. Claude, którego w związku z nieznanym mu rozkazem zaprzestano niepokoić, przez co zaczynał uważać się nie tyle za zakładnika, co nieposłusznego syna skazanego na areszt domowy, z nieukrywanym zaciekawieniem wysłuchał tego, co tamten miał im do powiedzenia. Ralf, który musiał jeszcze czerpać pewną radość z tego, jak niewiele potrzeba było, by Claude znów zaczął syczeć przez zęby i który właśnie w związku z tym zdecydował się spędzić resztę dnia na napawaniu się tym widokiem, wpuścił wizytatora i stanął za fotelem, wsparty na łokciach na zagłówku. Ich spojrzenia spotkały się na krótko, kiedy Claude uniósł głowę, by ocenić odległość potrzebną do trzepnięcia Ralfa książką, ale ten - nauczony na błędach - trzymał ręce przy sobie i tylko krótko parsknął zduszonym śmiechem.
To, że miasto nieprzerwanie stało w ogniu nie zaskoczyło szczególnie żadnego z nich, ale to, że pożoga przemieszczała się na podobieństwo przerzutów - już tak. Nie mówili o tym na głos, ale wszyscy liczyli na to, że w pewnym momencie ogień zabrnie w wykonany z płyt ognioodpornych kozi róg i zgaśnie. Zdawało im się, że realizacja inwestycji budowlanych zależała właśnie od uwzględnienia tych ścian w projektach i że ramy skreślone przed laty ołówkiem na papierze będą w stanie zatrzymać żywioł w chwili próby. Wszyscy wyszli na zaślepionych pobożną nadzieją głupców.
- Co z deszczem? Przecież pada - zapytał w końcu Ralf, wskazując na mżawkę za oknem, a Claude usłużnie przetłumaczył jego pytanie.
- Ale za słabo. Mówili, że ogień przestał rosnąć, ale wiatr zmienił kierunek. Poszedł w stronę warsztatu. Prosto na lakiernię - dopowiedział posłaniec z krzywym uśmieszkiem, jakby chciał zapytać, czy ich zamknięte w przeszklonych biurowcach pokolenie miało chociaż cień wyobrażenia o tym, jak łatwopalne były to środki. Claude wiedział, ale nie miał pewności czy wydelikacone ręce Ralfa miały styczność z materiałami innymi niż toner do drukarki.
- Świetnie. Gdzie jest teraz?
- Osiem, dziewięć kilometrów stąd? Kojarzysz te serwisy Hyundaia i Mercedesa przy moście?
- Jezu. Przeszedł na drugą stronę tej czteropasmówki? Jak?
- Jeszcze nie, ale cała pętla jest unieruchomiona. Może pójść po tych autach, jeśli nie przestanie wiać.
Ralf spojrzał na niego pytająco.
- Jutro o tej porze być może będziemy tu rozstawiać grilla.
- Czy to źle? Dawno nie jadłem mięsa, a mamy go pod dostatkiem. Straszne marnotrawstwo.
- Liczysz, że powiem, że wolałbym zjeść ciebie niż ich?
Odpowiedział mu ten sam pełen samozadowolenia uśmiech, który oglądał przez cały wieczór.
- Zedong planuje się przenieść? - zapytał, na powrót poważniejąc. - Czy jesteście chociaż spakowani?
- O nic się nie martw - odparł beztrosko chłopak - nie zapomnimy wrzucić was z bagażami do tyłu. Kto wie, może będziemy musieli was porąbać, żebyście się nam zmieścili.
- Myślę, że bez Yijuna możecie mieć z tym problem - a jaka szkoda, że i jemu też się to nie udało - przypomniał mu Claude równie pogodnie, zanim raptownie pochylił się do przodu, by jednym zwinnym ruchem złapać stojącą na stole butelkę po piwie i przy akompaniamencie huku roztrzaskał ją o kant. Zakończoną odłamkami szyjką wskazał na drzwi. - Spieprzaj stąd.

- Czy Ralf wie?
- Ralf bierze prysznic.
- Pytałam, czy wie.
- Nie musi wiedzieć - wyszeptał - Nie mam czasu się z nim sprzeczać, więc będzie lepiej, jeśli to zostanie między nami.
Fei przyjrzała się mu bez słowa i gdyby nie to, że między brwiami pojawiły się bruzdy, Claude nie powiedziałby, że była na tyle przytomna, by zrozumieć, co właśnie usłyszała - wprawdzie usiadła, zanim pozwoliła mu się odezwać, ale widział, że walczyła z potrzebą ułożenia się na powrót do snu. Sposób, w jaki przeczesywała włosy palcami, a także to, jak na niego patrzyła sprawiały w niczym nie przypominała tego podlotka, którego przygarnęli. Całokształt zmian, które zachodziły w niej dzień po dniu stanowiły miarę tego, jak bardzo spieprzyli sprawę. Nie po raz pierwszy pomyślał, że wraz z Ralfem nie różnili się zanadto od komórek nowotworowych - wystarczyły tygodnie, by doszło do utraty kontroli nad stabilnością materiału genetycznego; by niepostrzeżenie wymknęli się spod kontroli organizmu, a potem niepostrzeżenie dzielili się, dzielili i dzielili, aż wspólnymi siłami wytworzyli narośl na i tak już zwichrowanym ciele społeczeństwa. Stanowili zagrożenie dla zdrowych komórek - Fei, choć mogła nie zdawać sobie z tego sprawy, już zmagała się z przerzutami. Z braku środków zaradczych stali się prawie nieśmiertelni - ale za jaką cenę?
- Zamierzam cię stąd wyciągnąć - wyjaśnił - Ralf może nie być zachwycony.
- Teraz? - Oddech Fei stał się cięższy. - Jest noc.
- Późny wieczór - sprostował. Na moment zapanowało milczenie. - Będziesz miała kilka godzin przewagi. Zadbam o to, żeby nie zorientowali się, że cię nie ma.
- Oni są też na zewnątrz.
- Dlatego zbierzesz teraz rzeczy - weź tylko te najpotrzebniejsze, i spakuj je tak, żeby nie grzechotały. Zrobimy wyłom w tym murze, ale tylko na kilka minut. Prześlizgniesz się.
- "My"?
- Tang otworzył mi oczy na parę spraw.
- Czy jesteś pewien, że to właściwa osoba?
- Co?
- On ma blizny na przedramionach. Wtedy, kiedy sprzątaliśmy w kuchni i staraliśmy się przeliczyć to, co zostało... Zakasał rękawy. Ma blizny na przedramionach. Nie pytałam o to, kto mu to zrobił, ale wiem, jak wyglądają świeże ślady po oparzeniach - Fei podciągnęła nogawkę piżamy i wskazała na zadawnione zbliznowacenie na stopie. Pamiątka po nieopatrznie strąconym łokciem woku. - Czy jesteś pewien, że on chce nam pomóc?
Claude otworzył usta, by coś powiedzieć, ale nie znalazł słów, które brzmiałyby dość przekonująco, więc pozwolił, by znów zapadła cisza.
- Odrobina bólu to niewygórowana cena za czystsze sumienie - odparł w końcu. - Jeśli mnie wyda, będę miał powody prosić o to, żeby zadowolili się przypalaniem. Ubierz się i spakuj - masz kwadrans. Chcę, żebyś za dwadzieścia pięć minut była na dole przy wyjściu - przy tym kuchennym, zaopatrzeniowym.
Tym razem to Fei umilkła. Jej okrągła, poważna twarz po raz pierwszy nie przypominała mu księżyca w pełni, a tarczę zegara na dworcu. Wystarczył rzut oka, by zorientować się, że zbliżała się godzina rozstania.
- Nie idziesz.
- Nie.
- Nie chcę być tam znowu sama.
Claude wyciągnął przed siebie rękę. Między palcami trzymał złożoną kartkę.
- Pamiętasz panią Yao? Ralf odwiózł ją pod ten adres. Jeśli jeszcze żyje, pomoże ci - jeśli nie, być może zastaniesz jej wnuczkę. Jeśli coś się im stało... My też niedługo znikniemy, ale nie sądzę, żeby pozwolili nam odejść bez pożegnania. Będziemy potrzebować czasu, żeby ich zgubić. Pod adresem Yao są dwa inne - w zależności od tego, co zastaniesz na miejscu, zaczekaj tu lub tam.
- To hotele?
- Nie - Claude sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął z nich klucze kołyszące się na karabińczyku. - Pierwsze to mieszkanie Ralfa, jest bliżej. Drugie jest moje. Nie wiem, co zastaniesz u niego, ale u mnie niektórzy sąsiedzi postanowili umrzeć w swoich łóżkach i mogą cuchnąć. Dwudzieste piąte piętro.
Fei nie spuszczała z niego wzroku.
- Nie chcę być sama - powtórzyła i choć zapanowała nad swoim głosem w porę, by się nie załamał, Claude zaczął wątpić w to, czy zdoła odzyskać kontrolę nad własnym.
- Tu nie jest bezpiecznie.
- Rozumiem - Fei wreszcie wstała z łóżka i sięgnęła po te same ubrania, które musiała zdjąć przed niecałą godziną. Były czarne jak zasnute chmurami niebo za oknem. To dobrze, pomyślał. To dobrze.
- Pamiętaj. Za dwadzieścia pięć minut od mojego wyjścia. I... Przepraszam. Przepraszam za wszystko.
- Na początku nie było źle - zauważyła z tym samym lokalnym uporem w głosie, który zdumiewał go tu w pierwszych tygodniach i którego nie zdołał pojąć przez lata; nie spodziewał się, że i ona wykaże się tą samą nieustępliwością, która - ucieleśniona w blisko półtora miliardach istnień ludzkich - sprawiła, że to państwo trwało na przekór wszystkim przeciwnościom losu i miało przeżyć ich wszystkich. - Żegnaj, Claude.
Żegnaj, żegnaj, żegnaj. W tym jednym słowie kryło się coś ostatecznego, co sprawiło, że przeszył go dreszcz i zacisnął rękę na klamce tak, że nawet w nieostrym świetle dostrzegł, że jego palce zbielały.
Jeszcze mógł to zatrzymać.
Zawahał się, ale tylko na krótką chwilę.
- Żegnaj, Fei.
Odrobina bólu to niewygórowana cena za czystsze sumienie.

Dwadzieścia minut.
- Ej, wy. Widzieliście Ralfa?
Końcówki papierosów rozjarzyły się w półmroku na podobieństwo kropek u znaków zapytania. W oczach mężczyzn wyznaczonych do pełnienia warty w recepcji rozbłysła nieufność. Byli znudzeni, ale nie zmęczeni.
- Jeśli go zgubiłeś, może się już nie znaleźć - skwitował z cynicznym uśmiechem jeden z nich. Claude, którego nerwy były napięte na podobieństwo lin okrętowych, z trudem przywdział maskę zblazowania i zbył tę uwagę prychnięciem.
- Rzeczywiście, nie byłbym zdziwiony, gdyby akurat pieprzył któregoś z was. Bądź pomocny i zapytaj, czy ktoś go widział.
- Pierdol się.
- Pozwolę sobie zasugerować, że to ciebie ktoś będzie, jeśli ja będę musiał przejść się do Zedonga sam i sprawdzić, czy nie ma u niego Ralfa.
Krótkofalówka zatrzeszczała krótko przy wtórze przekleństw i w kilka sekund zameldowały się wszystkie oczy i uszy Zedonga.
Osiemnaście minut.
Claude stał z boku, starając się nie zerkać na zegarek. Pierwsze zgłosiły się posterunki na zewnątrz - doliczył się trzech.
Siedemnaście minut.
Pozwolił im ustalić, że nikt nie wychodził z budynku - wiedział o tym, ale marnowali jego czas. Pozostali nie byli szczególnie uważni, ale uszy z II piętra w porozumieniu z oczami z I ustaliły, że Ralf przeszedł korytarzem i zniknął w którymś z pokojów - mógłby podpowiedzieć im, od którego numeru powinni zacząć poszukiwania. Usłyszał zniekształcone przez odbiornik walenie. Przekleństwa.
Kwadrans.
Do momentu, w którym znalazł się niewątpliwie poirytowany i poddenerwowany Ralf, zgłosili się wszyscy - wszyscy, którzy powinni wiedzieć, że człowiek wyrwany z kąpieli nie mógł mieć nic wspólnego ze zniknięciem Fei.
Ze stosownym uniżeniem przeprosił Ralfa i zapewniwszy o tym, że nic się nie stało, poprosił, by ten udał się na moment na górę, kiedy skończy. Zawrócił na pięcie bez słowa podziękowania dla wartowników, którzy zaczęli wieszać na nim psy zanim się oddalił.

Dziesięć minut.
- Tang?
Wiele wskazywało na to, że Tang spał snem sprawiedliwego, ale wspomnienie tego, jak bez wahania sięgnął po broń po tym, jak został przebudzony było aż nazbyt świeże w pamięci Claude'a, by zaryzykował zajściem go od tyłu i zdawkowym potrząśnięciem za ramię. Przypomniał sobie przy tym słowa Fei i machinalnie zlustrował wzrokiem ściągnięte do nadgarstków rękawy, a potem własne, zakasane. Próbował wyobrazić sobie strach, jaki musiał towarzyszyć świadomości, że rozgrzany pogrzebacz - albo cokolwiek, co uznawali za skuteczne przy wymierzaniu sprawiedliwości - zbliżał się nieubłaganie i miał zniknąć z pola widzenia tuż po tym, jak na skórze wykwitną pęcherze. Jeśli Fei się nie myliła, nie miał już podstaw przypuszczać, że Zedong byłby skory obchodzić się z Ralfem w inny sposób; nie bał się zaryzykować trwałym kalectwem rąk, których potrzebował, więc co stało na przeszkodzie ścięciu głowy, która pomyślała o czymś, o czym nie powinna?
- Tang?
Tang podźwignął się do siadu i zobaczywszy, że miał przed sobą wyłącznie cudzoziemca, przed którym nie odpowiadał, stęknął i powoli, metodycznie, ale i z pewną niezgrabnością zaczął przecierać twarz rękoma. Przypominał żołnierza z terakoty, któremu po ponad dwóch tysiącach lat kazano wybudzić się z kamiennego snu i powrócić na służbę.
- Pomóż mi. Proszę.
- Bramy urzędu są dla wszystkich szeroko otwarte, ale nie można do niego wejść bez pieniędzy - wymruczał, trąc skronie - a ty powinieneś o tym wiedzieć.
- W życiu kierowałem się zasadą, że generał w polu nie słucha cesarza.
- W takim razie powinienem rozmawiać z Ralfem - nie widzę go tu.
- Z Ralfem? - powtórzył i prychnął lekceważąco. - Ralf niewiele różniłby się od Zedonga, gdyby oddać mu ludzi do dyspozycji - rządziłby i dzielił z wysokiego zamku, niewiele wiedząc o tych wszystkich paskudnie przyziemnych rzeczach, które robię za jego plecami, żeby utrzymać nas obu przy życiu.
- Poświęcenie godne podziwu jak na kogoś, kogo pozycja w społeczeństwie była wyższa. Powiedz mi, Claude - Tang urwał na moment potrzebny do przeciągnięcia się, a Claude zerknął na zegarek. Czas przesączał się mu przez palce. - Powiedz mi, co takiego zrobił Ralf, że tak chętnie się za niego podkładasz? To tylko naukowa ciekawość, bo, widzisz, wystarczyłoby mi poinformować Zedonga, że mi się narzucasz, a on wydałby rozkazy zupełnie inne niż Wen.
- Wen?
- Och, tak, ale nie musisz udawać zaskoczonego - obraziłbyś tym własną inteligencję. Przecież obaj wiemy, że zauważyłeś zmianę w ich zachowaniu.
- Tam, gdzie nie sięgają rozkazy miłościwie nam panujących, można nawiązać przedziwne znajomości.
Kąciki ust Tanga drgnęły.
- Nie jestem Wenem.
- Myślę, że jako medyk polowy spełniasz kryteria przystąpienia do naszego kameralnego, generalskiego klubu w roli honorowego członka. Chcę usunąć stąd Fei, ale ktoś musi przekręcić do tych na zewnątrz - tych, którzy warują na tyłach - i na moment zwrócić ich uwagę w innym kierunku. Pomóż mi.
Twarz Tanga nie zdradzała żadnych emocji i przez chwilę Claude'a naszła irracjonalna obawa, że zapomniał się i powiedział coś zupełnie innego niż zamierzał - co zdarzało się nierzadko, kiedy jeszcze w liceum uczył się intonowania nieznanych mu zwrotów - ale naraz tamten westchnął, co wreszcie zdradziło, że w milczeniu mierzył siły na zamiary.
- Jutro spróbuję-
- Nie jutro. Nie mam tyle czasu.
Zapadła cisza. W innych warunkach Claude pozwoliłby mu pozbierać myśli, ale tego wieczoru nie miał na to czasu.
- Za cztery minuty ona pchnie te cholerne drzwi i wpadnie prosto na nich.
- Jak-
- Nie spodziewałeś się tego - oni też nie będą. Czy nie o to chodzi w uciekaniu?
Tang po raz pierwszy uśmiechnął się tak, że Claude'owi przed oczami stanęła ilustracja z "Alicji w Krainie Czarów"; przez moment patrzył w oczy kota z Cheshire, który starał się uchodzić za myślącego tylko o sobie szaleńca, byleby stworzyć zasłonę dymną dla niespotykanego intelektu i nieprzerwanie uchodzić za nieszkodliwego.
- Twój dług wobec mnie rośnie z każdym dniem - roześmiał się i nie spuszczając z niego wzroku, sięgnął po krótkofalówkę. - Przypłacisz to któregoś dnia życiem.
Na linii rozległy się trzaski.
- Co jest? - Z morza statycznego szumu wybił się zniekształcony głos. Claude przyłapał się na tym, że rozprostowywał palce, zaciskał je w pięści, znów rozprostowywał i zaciskał. Tang przytknął palec do ust.
- Jak ogień?
- Nadal płonie.
- Gdzie?
- Skąd mam wiedzieć?
- To może warto byłoby sprawdzić, czy nad ranem nie będziemy musieli stąd uciekać. Po co tam sterczycie, jeśli nie trzymacie ręki na pulsie?
Trzaski.
- Wen nic nie mówił.
- Wen śpi.
- Nie rządzisz tu.
- Ty też nie. Nie mamy dość żelu łagodzącego dla wszystkich, a w szczególności nie wystarczy go dla ciebie, jeśli nie sprawdzicie, czy i jak szybko ogień się przemieszcza. Zróbcie to od ręki, rozumiecie? Odbiór.
- Pierdol się.
Trzaski. Nasłuchiwali.
- Guanting, jedziemy na Jianshan. Odbiór.
- Po co?
Dwie minuty.
- Sprawdzić, czy pożar się rozprzestrzenia. Będziemy z powrotem za pół godziny. Miejcie oko na tył. Odbiór.
- Niech będzie. Podrzućcie nam fajki. Bez odbioru.
Tang poderwał się bez słowa i truchtem ruszył przed siebie, nie kłopocząc się zamykaniem drzwi; Claude podążył za nim i zrozumiał, dokąd zmierzali, kiedy tamten zatrzymał się przy jednym z okien na korytarzu w sąsiednim skrzydle i uchylił je na tyle, by zdążyli usłyszeć warczenie zagrzewanych silników. Wpatrywali się w mrok za oknem, dopóki ich złowieszczy ryk nie przycichł w oddali; wreszcie Tang szturchnął go i wskazał palcem tam, gdzie ciemność zdawała się skotłować - to Fei bezszelestnie przebiegała przez trawnik. Zniknęła z ich pola widzenia równie szybko, co się w nim pojawiła.
- Liczę na to, że rozumiesz, że zauważą, że jej nie ma, a wtedy wyprę się wszystkiego, czym spróbujesz mnie obciążyć - wyszeptał Tang i odchrząknął; zanim usłyszał miękki szelest materiału, Claude wiedział, że tamten, sprowadzony do samego obramowanego rozmytym konturem cienia, pogładził ramiona i pokrywające je blizny, których istnienie ukrywał. - Próbowałem uciec tylko raz, krótko po tym, jak mnie znaleźli - myślałem, że zostawiłem ich w tyle, ale oni wiedzieli, że skorzystam z pierwszej okazji, więc rozmyślnie ją dla mnie stworzyli. Myślałem, że mam szczęście, dopóki nie zaszli mi drogi. Yijun mnie przytrzymywał.
- Fei mówiła, że to oparzenia.
- Pomysł Zedonga, jak wiele innych. Wiedział, że boję się o ręce - bałem się o nie, zanim to się zaczęło. Bałem się sprawdzać, czy następnym razem mi je połamie. Za to - Tang wskazał na dziedziniec i westchnął - za to ukarałby was nawet wtedy, gdybyście jej nie pomogli. Takie są zasady. Jesteś próżny, obaj jesteście - i on o tym wie. Na twoim miejscu pożegnałbym się z twarzą w takim kształcie, w jakim do niej przywykłeś.

Gdyby nie poustawiane na blatach szklanki z niedopałkami i kubki z herbatą, która nie zdążyła w pełni wystygnąć, można by pozwolić zwieść się wrażeniu, że byli tu z Ralfem - nie licząc wystraszonego Yana, Jin, która przebywała u Zedonga lub spędzała bezsenne noce u siebie i Shujuan, która przemykała korytarzami niczym przywidzenie - sami, na wzór personelu, który nie udawał się na spoczynek. Poza nimi zdecydowana większość tych, którzy wprowadzili się do hotelu, spała - wprawdzie na schodach minął kilku maruderów, ale nawet oni padali z nóg na tyle, by bez zbędnych komentarzy ustąpić mu pierwszeństwa, kiedy zanosił wrzątek na pierwsze piętro.
Ich bierność pozwoliła się mu wyciszyć, bowiem znaczyła tyle, że nikt nie uderzył na alarm. Fei poruszała się piechotą i Claude powątpiewał w to, by bez wprawy i z duszą na ramieniu zdążyła do rana przemaszerować trzydzieści kilometrów, ale z każdą godziną oddalała się, stając się nieuchwytnym, ruchomym punktem na mapie. To więcej, niż mógł powiedzieć o sobie, tkwiącym tu ze znacznikiem strzeleckim przytwierdzonym do pleców. Sam zapracował na taki los - ta myśl nie pozwalała poczuć się mu ze sobą lepiej, nawet wtedy, kiedy przelewał zawartość czterdziestolitrowego garnka do wanny.
Pozostałe, już opróżnione, stały pod ścianą w sypialni, do której wstęgami uchodziła nagromadzona w łazience para wodna. Oleisty zapach kwiatu pomarańczy zmieszał się z balsamiczną wonią drzewa sandałowego. Claude zrzucił z siebie ubrania; nie bez żalu odrzucił wyciągniętą z kieszeni paczkę papierosów na stół i wsunął do ust lizaka. Zasyczał - woda była gorąca, bardzo gorąca, ale zmusił się do pełnego zanurzenia i zaraz podziękował sobie, kiedy mięśnie zaczęły się rozluźniać, a żar przeniknął do kości. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz brał kąpiel. Byłby zasnął, gdyby nie pukanie.
- Otwarte.
- Czy ty jesteś normalny? - zawołał od progu Ralf. - Czy dobrze się bawiłeś, przeganiając mnie wte i we wte?
- Sam się przeganiałeś.
- Może jeszcze sam zostawiłem sobie kartki.
- Mogłeś nie brać udziału w podchodach.
- Byłem w trzech pokojach, Claude, i myślałam, że w ostatnim zastanę twoje zwłoki. Czy ty się dobrze czujesz? Co ty- urwał, wszedłszy do łazienki. Claude otworzył oczy i zachęcającym gestem wskazał na wannę.
- Miałem parę rzeczy do zrobienia. Zapraszam.
- Zdążyłeś rozgościć się beze mnie. Czy przypadkiem ci nie przeszkadzam?
- Nie musisz być taki nieuprzejmy. Co to byłaby za niespodzianka, gdybym powiedział ci wcześniej?
Ściągnięta w wymownym wyrazie rozdrażnienia twarz Ralfa przywiodła mu na myśl rozlane w kuchni mleko, które zdążyło skwaśnieć nim ktoś zdążył uprzątnąć bałagan. Nie wystarczyły słowa zachęty, by dał się zwieść tak łatwo.
- Posłuchaj - westchnął Claude - możemy porozmawiać o tym w wannie - czy pamiętasz w ogóle, jak to jest siedzieć w gorącej wodzie? - albo możesz sobie tak stać. Wybór należy do ciebie.
- Zamierzasz patrzeć, jak się rozbieram?
Claude ostentacyjnym ruchem wyciągnął spod karku zrolowany ręcznik, rozprostował go pojedynczym trzepnięciem w powietrzu i zakrywszy nim twarz z teatralnym ociąganiem, zsunął się niżej, jakby niespodziewanie dopadła go ta sama niemoc, która stała się udziałem modela pozującego do Śmierci Marata.
- Nie wszystko musi rozchodzić się o nagość, ale proszę - skoro to ma sprawić, że poczujesz się lepiej...
- Jesteś beznadziejnym przypadkiem.
- Powiedział ten, który boi się widoku własnych jąder - Claude pozwolił opaść głowie bezwładnie w tył. - Już?
W następnej chwili Ralf szarpnięciem zdarł z jego twarzy frotowy całun - ale nie szeroki uśmiech, który się wówczas ukazał.
- A jednak chcesz, żebym patrzył - roześmiał się, nie otworzywszy zamkniętych z dziecinnej przekory oczu. - Mógłbyś wreszcie przyznać, że moja uwaga sprawia ci przyjemność.
- Nie chcę pozbawić cię radości z wmawiania sobie, że nawet w tym stanie w dalszym ciągu robisz na kimkolwiek jakiekolwiek wrażenie.
Woda zachlupotała, kiedy Ralf wszedł i prawie natychmiast zabrał nogę z przeciągłym sykiem. Claude parsknął.
- Mówiłem, że jest gorąca.
- To wrzątek.
- Wcale nie - zaprotestował, ale zaraz wyciągnął ramiona - a nawet jeśli tak, powinieneś się przyzwyczajać do dzielenia z innymi kotła smoły. Chodź do mnie.
Nie musiał widzieć, by wyczuć zawahanie w powietrzu równie wyraźnie, co mocny, odurzający zapach unoszący się znad kąpieli. Był bliski wyciągnięcia ręki przed siebie w nadziei, że zdoła złapać i przyciągnąć Ralfa do siebie, ale on wtem przemógł się i Claude poczuł na piersi znajomy ciężar, kiedy tamten - niepewnie i wciąż wiercąc się w poszukiwaniu dogodnej pozycji - oparł się o niego. Kiedy rozsiadł się, Claude łagodnym, pieszczotliwym ruchem pogładził go po wilgotnych od pary włosach i zachęcony brakiem prób ucieczki przed dotykiem, przycisnął na moment lepkie od słodyczy wargi do jego szczęki tuż pod uchem. Ralf poruszył się, ale miast odsunąć, przeciągnął jedynie palcem wzdłuż spoczywającego mu na piersi smagłego ramienia, jakby nie mógł nadziwić się ich kontrastowości.
- Fei udało się uciec - powiedział w końcu Claude i umilkł na krótko, poczuwszy suchość w ustach. - Tang dał mi do zrozumienia, że potną mi twarz - albo obleją kwasem. Inwencja Zedonga jest ograniczona, ale-
- Kiedy?
- Kiedy co?
- Kiedy uciekła? Teraz...? To było to, co miałeś do zrobienia?
- Masz mi to za złe?
Zapadła niekomfortowa cisza.
- Nie - odparł Ralf - nie. Może. Może tak. Dlaczego mi nie powiedziałeś? To po to był ten cyrk? Żebyś zyskał na czasie?
- I tak, i nie. Chciałem, żeby wiedzieli, że nie miałeś z tym nic wspólnego. Być może dadzą się przekonać, że powinni obejść się z tobą łagodniej, gdyby coś poszło nie tak.
- Wytłumacz mi - zaczął Ralf ze spokojem, który nie w pełni maskował wzburzenie w jego głosie - co mi po ich przekonaniu o tym, że nie miałem z tym nic wspólnego, skoro każą mi patrzeć na to, jak drą z ciebie pasy. Wytłumacz mi, gdzie w tym łaska, bo nie umiem jej dostrzec.
- Żeby obedrzeć mnie ze skóry, musieliby mnie najpierw złapać.
- Co?
- Myślisz, że zamierzam dać im satysfakcję z wywleczenia mnie z łóżka? Nie będzie mnie tu o świcie - nie będzie tu ani mnie, ani ciebie.
- Czy zamierzałeś mi o tym w ogóle powiedzieć? Czy gdybym tu nie przyszedł-
- Wiesz, że bym powiedział - przerwał mu z rozdrażnieniem. - Przecież wiesz. Gdyby tamtego dnia złapali tylko Joshuę, nie wróciłbym.
- Nie? A jednak właśnie narażasz się dla Fei. Dla dzieciaka, który nawet nie jest twój.
- Dla tego dzieciaka, który nawet nie jest mój przeszukałem twoje rzeczy. Mam nadzieję, że nie trzymasz na wierzchu zbyt wielu skórzanych uprzęży czy co tam-
- Co zrobiłeś?
- Nie udawaj, że klucze do mieszkania były ci jeszcze do czegoś potrzebne. Oddałem jej też swoje - i Gasparda. Musi gdzieś przenocować. Wątpię, żeby zamierzali jej tam szukać, skoro wiedzą, że nas samych coś stamtąd skutecznie przepędziło.
- To nie zmienia faktu, że te klucze są m o j e.
- Nadal są - tyle, że to Fei je nosi.
- Mogłeś mnie przynajmniej zapytać - zauważył oschle Ralf, odtrącając jego rękę. - Ale może już nawet na to cię nie stać. Dobrze się bawisz, bawiąc się za kulisami? Udając, że wiesz więcej, możesz więcej?
- Szczerze mówiąc, czuję się jak laboratoryjny szczur w labiryncie. To mnie zaskakuje, wiesz? To, że kiedy ty śnisz swoje sny o potędze, ja chcę się stąd tylko wydostać. Współpracujesz z nimi?
Ralf obrócił się gwałtownie, jakby usłyszał, że wanna została ukradkiem podpięta do sieci i prąd byłby ich poraził, gdyby nie przeciążenie i spowodowana nim przerwa w dostawie.
- Pojebało cię?
- Czy Zedong obiecał ci coś, o czym mi nie powiedziałeś? A może - Claude wyjął lizaka z ust i machnął nim od niechcenia, jakby ta myśl nie zaprzątała jego uwagi od paru godzin - może szukam w niewłaściwym miejscu? O czym rozmawiałeś z Noah?
- Nie bądź niepoważny - parsknął tamten - o niczym takim. Sam powinieneś wiedzieć, że-
- Że co? - warknął. - Że mogę ci ufać? Może tak jak Joshua, co?
Zapadła cisza i przez chwilę łazienkę wypełniał tylko plusk wody, którą Ralf bezmyślnie nabierał, by pozwolić przesączyć się jej między palcami.
- Rozmawialiśmy o tym, od kiedy cię znam i skąd jesteśmy - odrzekł głucho Ralf, przerywając milczenie. Mówił tym samym opanowanym tonem, którym przemawiał do Zedonga z nożem na gardle. - Pozwól, że powtórzę: sam powinieneś wiedzieć, że czasem dobrze jest porozmawiać o starych, dobrych czasach, kiedy naszymi największymi zmartwieniami były zamieszki i korki na drogach. Domyślam się, że jesteś gotów przysiąc, że usłyszałeś coś na kształt "A potem go wypatroszymy i pomalujemy jego krwią ściany!", ale jest spora szansa, że akurat powiedziałem wtedy, że Claude stanie się nieznośnie marudny, jeśli będziemy dłużej zmuszać go do wysłuchiwania niemieckiego!
Tym razem to Claude udał, że był głuchy; wsunął lizaka na powrót do ust i z nagłym wzmożonym zainteresowaniem zaczął rozglądać się dookoła, jakby szukał czegoś, czego nikt poza nim nie mógł dostrzec.
- Co, nie tego się spodziewałeś? A może nie wiesz, czy nie kłamię? - Ralf nie szczędził sarkazmu. - Sprawdź moje ubrania, Claude. Może schowałem tam nóż, którym miałem poderżnąć ci gardło, skoro nie udało się to Yijunowi, kto wie?
- Masz ochotę na wino?
- Co?
- Pytam, czy masz ochotę na wino.
- Jesteś jak dziecko. Mógłbyś chociaż przyznać, że znów się myliłeś. Nie musisz nawet przepraszać, Claude, bo już zdążyłem ci to wybaczyć, ale byłoby mi miło, gdybyś to odszczekał.
- Zastanów się, czy czułbyś się komfortowo, będąc na moim miejscu. Myślę o tym, jak nas stąd wyciągnąć - obu, skoro nie chciałeś odejść sam. Byłoby mi przykro, gdybyś wolał uciec z nim.
Butelka zadzwoniła o kafelki, kiedy Claude samymi czubkami palców zahaczył o zalakowany korek i wyciągnął ją spod wanny.
- Masz ochotę czy nie?

- Wystarczy mi tylko pięć minut, jeśli potrafisz odczytywać znaki - zanucił, rozlewając resztki do ich kieliszków. Woda zdążyła wystygnąć, ale nadal była dostatecznie letnia, by nie spieszyło się im do wyjścia. - Wystarczy mi tylko pięć minut, jeśli potrafisz czytać między wierszami.
Ściany łazienki zadudniły od czystego, donośnego śmiechu Ralfa.
- Myślałem, że najgorsze, do czego będę musiał przywyknąć to ty i twój angielski, ale nie sądziłem, że fałszujesz jeszcze gorzej niż mówisz.
- Jedna dla oczu i jedna dla głosów, jedna dla dotyku, jedna dla delikatnego uśmiechu! Co jest, Ralf? Myślisz, że Zedong by ci śpiewał?
- Hymn nad swoim grobem? Czemu nie? - zaśmiał się. - Powstańcie, którzy nie zgadzacie się być niewolnikami! Naszą krwią i naszym ciałem wznieśmy nowy wielki mur! Widzę to.
- A ja widzę coś innego. Spójrz.
Ralf rzucił na niego okiem z ukosa, jakby zamierzał zapytać, w którym kierunku powinien patrzeć, ale ten moment wystarczył, by Claude ujął go pod brodę i skradł pocałunek; nie była to sztuka, zważywszy na to, że Ralf zapomniał się na tyle, by rozlokować się w jego ramionach w dość nieobyczajny sposób, który nie korespondował z prezentowaną przez niego na co dzień powściągliwością.
- Te podchody są znośniejsze, kiedy nie cuchniesz tytoniem - zauważył mimochodem, choć nie bez rozbawienia.
- Rzuć kamieniem, kiedy sam przestaniesz.
- Popalam dla towarzystwa - to różnica.
- Mam rzucić? - zaśmiał się Claude, ale jednocześnie nerwowo przetoczył między palcami patyczek po lizaku. Umiał oszukać głód nikotynowy na godzinę, może dwie, ale prędzej czy później on wciąż wracał. - Boisz się, że zabije mnie rak? Myślę, że Zedong może być szybszy.
- Nie zaszkodziłoby ci, gdybyś przynajmniej spróbował.
- Rzucałem dwukrotnie - nie wyszło.
- Ale teraz ja cię o to proszę.
- Jak każdego z twoich tinderowych chłopców?
- Nie, oni przeważnie byli prostsi w obsłudze. Mniej uparci - powiedział w roztargnieniu, ale zaraz dodał z nonszalanckim uśmiechem:
- A może po prostu lepiej rozumieli, co do nich mówię.
Claude przewrócił oczami i bez ostrzeżenia podciągnął się do pionu. Ralf stracił równowagę i znalazł się pod wodą na moment potrzebny temu pierwszemu na rozwinięcie szlafroka; noc nie należała do ciepłych, więc zanim się nim okrył, zdążył przeszyć go dreszcz pomimo tego, że łazienka nadal była nagrzana od uwięzionego tu zaduchu.
- Wybacz, nie zrozumiałem - rzekł beztrosko, przysiadając na brzegu wanny - mógłbyś powtórzyć?
- Sukinsyn.
- Och, nie bądź wulgarny, Ralf - pouczył go, z niespotykaną łagodnością sczesując mokre włosy, które przykleiły się mu do czoła niczym wodorosty; w pewnym momencie palce zacisnęły się w pięść. Nim zmusił go do tego, by przysunął się bliżej, na tyle blisko, by prawie stykali się nosami, w oczach Ralfa zdołał spostrzec zaskoczenie, ale i pragnienie, które trawiło jego samego i którego nie było w stanie ugasić ani wino, ani woda; kiedy ten wyrwał się do przodu, by wciągnąć go z powrotem do wanny, on sam był na to przygotowany i choć z trudem udało się mu zachować równowagę, następnym szarpnięciem sprawił, że to Ralf ją stracił. - Jeśli chcesz tak się bawić, kochany, nie ma problemu - ale nie zapominaj, że nie jestem jednym z nich. W tamtym życiu to oni mogli być potulni i jeść ci z ręki; w tym będziesz to ty. Ty będziesz prosił, Ralf. A może mam cię puścić? Chcesz tego, Ralf?
- Nie - wychrypiał i odchrząknął. - Nie.
Jeszcze zanim wyszedł z wody i pozwolił się przyszpilić do łazienkowego kredensu, dla obu stało się oczywistym, że potrzebowali się wzajemnie jak ziemia w okresie suszy deszczu; Ralf przyjął go równie wdzięcznie, ulegając mu bez reszty, kiedy wszedł w niego głębiej niż kiedykolwiek. Zgodnie z zapowiedzią, to on był tym, który został zmuszony do proszenia - o to, by ta chwila, kiedy stracił kontrolę trwała; by znów go wziął, kiedy Claude umyślnie zwalniał, nie pozwalając mu szczytować; by nie puszczał, kiedy wreszcie poczuł rękę zaciskającą się na gardle. Jesienny wiatr zawodził żałośnie w gałęziach drzew za oknem, a Ralf w jego ramionach, kiedy rozkosz zaatakowała go znienacka niczym niekontrolowanie rozprzestrzeniający się ogień.
Prawda była taka, że płonęli obaj - płonęli jaśniej niż łuna pożaru widoczna na horyzoncie nawet z daleka - i kiedy zakrawającym na taneczny, choć nierównym krokiem dotarli do łóżka, nie tylko Ralf był gotów błagać, by między nich nie zakradł się chłód. Claude czuł, jak palce tamtego próbują rozerwać mięśnie na jego plecach, czuł, jak zęby zatopiły się na moment w szyi, kiedy Ralf nie umiał zwalczyć gardłowego skowytu, do którego nie zamierzał się przyznawać; wreszcie poczuł metaliczny posmak w ustach, kiedy zbyt mocno przygryziona warga pękła jak dojrzałe grono. Krew - przywodząca na myśl w półmroku wino - rozmazała się na jego twarzy i szyi wraz z serią pocałunków. Rozumieli się bez słów; ich wspólnym językiem była mowa ciał, które drżały w zapamiętaniu niczym iskry niesione żarem znad paleniska. Gdy padli w bezdechu na materac i spojrzeli sobie w oczy, obaj szukali w nich tych dwóch słów, które w skrytości ducha chcieli tak desperacko usłyszeć, a kiedy te nie padły, na powrót do siebie przylgnęli.
Drugi raz w niczym nie przypominał pierwszego; zniknęła gwałtowność, a pustkę po niej wypełniła czułość. Z taką łatwością przychodziło im kochać się zamiast bezmyślnie rżnąć, jak gdyby mieli szansę poznać się w innych czasach; z taką łatwością przychodziło im zapomnieć, że łączące ich przymierze mogło zostać zerwane równie szybko, co kontakt wzrokowy; że niegdyś być może rozeszliby się po jednej z takich nocy bez słowa, ponieważ wychowali się w złotej erze zamawiania miłości przy pomocy paru przeciągnięć palcem po ekranie. Trzymanie przy sobie Ralfa, całowanie go - to nie było trudne; problemów miało nastręczyć to, co przychodziło potem, powrót do rzeczywistości, zakłopotany śmiech, którym zbywali skonsternowanie. Kiedyś mogłoby być im dobrze i owa stracona przeszłość, która nie została im dana echem pobrzmiewała w westchnieniach Ralfa; wszystkie zaprzepaszczone szanse i zmarnowane dni dawały się odczuć, ilekroć usta pod wpływem miękkich pocałunków wyginały się w niepozornym uśmiechu. Tak mogło być, zdawał się mówić. Tak mogło być, ale nigdy już nie będzie. To wszystko, co mieli, było namiastką - błędnym ognikiem, który z rzadka rozbłyskał w mroku tuż ponad powierzchnią zwodniczych bagien i za którym za każdym razem podążali w głąb gruntów tak grząskich, że powrót w którymś momencie stał się niemożliwy. Nie musieli o tym rozmawiać, by wiedzieć, że woleli wpatrywać się w ten pojedynczy rozbłysk nad wodą i utonąć niż odstąpić od pogoni i spędzić resztę życia w nieprzeniknionych ciemnościach.

- Musimy wrócić na górę - wyszeptał Claude. Z zamkniętymi oczami chłonął ciepło bijące od leżącego pod nim Ralfa, który bez pośpiechu kreślił na jego plecach tylko sobie znane znaki. - Mogą zapukać. Zauważyć, że nas tam nie ma. Nie potrzebujemy ich wzmożonej-
- Zaraz wrócimy - uciszył go tamten. - Już zaraz. Tych kilka minut i tak nas nie zbawi, jeśli już zapukali.
- Jak chcesz.
Niemy śmiech uniósł klatkę piersiową. Claude podciągnął się na tyle, by móc wesprzeć się na łokciu; nie zaprotestował, kiedy został na powrót przyciśnięty ramieniem.
- Nie możesz twierdzić, że różnisz się od innych, kiedy uciekasz tak jak oni.
- Nie możesz na każdym kroku doszukiwać się we mnie podobieństwa do tych kretynów. Boisz się, że któregoś dnia wyjdę zapalić i zaginie po mnie ślad? Może dlatego mam rzucić, co, Ralf?
- Głupie pytanie.
Tym razem to Claude się zaśmiał.
- Co cię tak bawi?
- Nic - Pocałował go tuż pod brodą. - Zupełnie nic.

Edytowane przez wewau dnia 22-11-2019 23:59
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo


Prędko stało się jasnym, że zabranie ze sobą czegokolwiek poza tym, co byli w stanie założyć i ukryć w kieszeniach było niemożliwe, choć torba tego z czym nie byli w stanie się rozstać skończyła wciśnięta pod łóżko na wypadek gdyby nagły zbieg okoliczności umożliwił przeniesienie jej do auta bez wzbudzania niczyich podejrzeń. Mogli wyrzucić ją choćby i oknem - rozważali to przez chwilę szeptem, podszedłszy niemal na palcach do drzwi balkonu - lecz nawet jeśli jej uderzenie o ziemię umknęłoby wartom stojącym przy wszystkich wejściach, poczciwy błysk świateł i towarzyszące mu przy odblokowaniu drzwi piknięcie niechybnie zaalarmowałoby także tych, którzy bez obowiązku czuwania pozwolili sobie na sen. Pieszo, przypomniał z naciskiem Claude, moglibyśmy wziąć ze sobą i drugie tyle; pieszo, powtórzył za nim Ralf, pozostaniemy w zasięgu zarówno ich wzroku, jak i kul. Świt nastał.

To o poranku podniosły się pierwsze głosy anonsujące rychłe wyczerpanie ich zapasów. Wszyscy wiedzieli, że ten moment nadchodził z każdą godziną jaką spędziło tu ponad dwudziestu ludzi Zedonga, co zsumowane ze stałymi rezydentami Ritz-Carlton'a dawało trzydzieścioro osób, pomiędzy które należało podzielić pożywienie przeznaczone dla sześciu na - w najlepszym wypadku - niespełna dwa tygodnie, choć i te szacunki odbiegały od prawdy. Poprzedniego dnia zdążyli wydać zapasy schowane na czarną godzinę w zamkniętym na klucz pomieszczeniu, skromne, choć wystarczające na stłumienie coraz agresywniejszych wzburzeń; dziś musieliby pożegnać się z tym, co od zawsze gromadzili w zaciszu własnego pokoju.
- Kiedy ostatni raz sprawdzałem te półki, te dwie półki - Ralf wskazał na nie dłonią - były pełne.
- Być może powinieneś zaglądać tu częściej. Ta świeci pustkami od wczoraj.
- Nie ja zajmuję się ewidencją żywności.
- Claude?
- Obawiam się, że również i on miał na głowie bardziej palące problemy. To Fei i Tang przeliczyli ją za pierwszym razem, potem to ona sprawdzała w jakim tempie znikało to, co zostało - oznajmił stanowczo; połowa problemu leżała w ilości osób, połowa zaś w tym, że nieposkromiony głód chińskiej gospodarki znalazł ujście w ich nawykach. Jedli byle jeść, nawet jeśli struci alkoholem w przeciągu parunastu minut zwracali wszystko to, co zdążyli pochłonąć przed napadem mdłości. - Gdzie ona jest? Claude, gdzie jest Fei?
Przerażenie, które odmalowało się na twarzy Claude'a w chwili gdy Ralf zadał to pytanie było prawdziwe; obalona bezpodstawność podejrzeń na chwilę przyćmiła wspomnienie ustaleń, poczynionych przed paroma zaledwie godzinami. Ralf uniósł brwi, na co Claude je zmarszczył, jakby zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Nie widziałem jej od wczoraj - oznajmił gdy przeżuł ostatnią garść prażynek krewetkowych, których puste już opakowanie zmiął w dłoniach. Trafiło do worka na śmieci, jednego z trzech czekających na wyniesienie. - Powinna była powiedzieć wam wczoraj, że kolejne śniadanie będziecie musieli zjeść u siebie.
- Albo przynajmniej mi.
- Albo, być może, powinniśmy poszukać przekąsek w waszym pokoju - Wen uśmiechnął się tak, jak zwykł robić to Zedong. To był upiorny uśmiech, lecz Ralf potrafił go odwzajemnić. - Musicie mieć coś w zanadrzu skoro nie zdaliście sobie nawet sprawy, że został sam ryż i niewystarczająco dużo wody, by chociaż go ugotować.
- Jedzenia jest pełno, wystarczy umieć je przygotować. Poza tym nałykałem się nieco deszczówki i żyję - zwrócił się do niego Claude. - Ale jeśli myślisz, że znajdziesz u nas to czego szukasz: proszę bardzo, zapraszam.
Jeszcze wczoraj Ralf powołałby się na własny wygląd i zapytał czy tak wygląda ktoś, kto ma co jeść; czy zapadnięte i zgaszone oczy są oznaką dostatku, czy biała skóra nie zawdzięcza swojego koloru przebijającym przez nią kościom, ale choć umiał kłamać nie potrafił oszukać własnego ciała, które na nowo zapragnęło żyć. Nabrał koloru jak posiniała na mrozie ręka, której żyłami za sprawą odrobiny ciepła ponownie ruszyła krew - stamtąd dotarła do ust, policzków, oczu, których spojrzenie odzyskało bystrość, aż wreszcie umysłu, który odzyskawszy przytomność pracował z dawną sprawnością.
Uśmiechnął się pod nosem.
- Rób co uważasz, możesz nawet podrzucić nam jedzenie i oskarżyć nas o jego magazynowanie, ale to nie zmieni faktu, że najwyższy czas wybrać: albo przenosicie zapasy tu, albo swoich ludzi tam.
Wen spuścił głowę; kiedy ją podniósł malował się na niej zupełnie inny wyraz.
- Niektórzy są już spakowani. Może ci się wydawać, że przejęli się ogniem, ale część wprost pali się aby pójść prosto w płomienie. One tu dotrą, Ralf, ale oni będą twierdzić, że nie ma żadnego pożaru, choćby dopiero co zdali raport z tego jak się przemieścił. Na waszym miejscu zacząłbym prosić Zedonga o schronienie zanim kto inny dopilnuje, abyście tu spłonęli.

W ciemności nawet znane Fei ulice wydawały się obce. Przemykała między czarnymi masywami sięgających nieba budynków, nie do końca pewna, czy usiłuje dotrzeć do celu, czy jedynie pozbyć się nieustającego wrażenia, że ciche echo jej kroków jest w rzeczywistości cudzymi.
Odległy ryk motorów ucichł; mimo to nie zwolniła, chociaż straciwszy siły dawno przestała biec. Błądziła, lecz czy nie wszyscy błądzili? Ralf i Claude zgubili się, być może stracili cel z oczu, albo mapa, której szlakami usiłowali doń trafić okazała się prowadzić w zgoła innym kierunku. Nie mieli kogo zapytać o drogę; wszyscy którzy zdołali tam dotrzeć dawno nie żyli, chociaż szlak, którym ruszyli oni sami, pozostał dotąd nieprzetarty. Powinni się cofnąć, tak jak cofnęła się ona sama, trafiwszy pod drogowskaz na którego tablicach nie widniała żadna z ulic wymienionych przez Claude'a.
Wiedziała gdzie znajdowała się dzielnica, do której zamierzała trafić, chociaż nie przypominała sobie aby kiedykolwiek ją odwiedziła. Rozpoznanie jej nie było trudne: nazwy ulic widniały tam w dwóch, niekiedy trzech językach, przynajmniej w jej sercu, gdzie świeżo wybudowane wieżowce zamieszkiwali - w procencie znacznie bardziej zauważalnym niż gdziekolwiek indziej - obcokrajowcy, sąsiadujący z chińskimi przedsiębiorcami i ich dziećmi, posyłanymi do szkół z potomstwem gwailou. Znała parę dzieciaków, które z jednej z takich podstawówek trafiły do jej liceum. Nie była w stanie ich znieść, chociaż dziś zazdrościła im łatwości, z jaką dogadałyby się z Ralfem gdyby żyły. Wiedziała, że dawno były martwe.

Za pierwszym razem Ralf zapukał do jej drzwi ostrożnie, zdając się zakładać, że wyrwie Fei ze snu. Zawołał ją cicho po imieniu - Wen patrzył na to oparty ramieniem o ścianę - po czym zapukał ponownie, głośniej. Ralf nie wyglądał na zaniepokojonego, jeszcze nie; teraz był najwyżej zdziwiony.
- Może jest u dziewczyn - zasugerował Wen ze spokojem. - Zamierzasz ją zdyscyplinować? Będziesz ją karał jak Zedong za brak zdanego raportu?
- Chyba się nie rozumiemy - Ralf ruszył korytarzem w stronę pokoju Shujuan. W jego energicznym kroku był pewien pośpiech. Wen musiał przyspieszyć aby go dogonić. - Skoro nie powiedziała nam wieczorem, że jedzenie się kończy, to znaczy, że nie miała go nawet okazji policzyć: ani przed waszą kolacją, ani po niej. Claude? Nie ma jej u Jin?
Claude pokręcił głową, zamykając za sobą drzwi pokoju Jin, której zaniósł jedzenie; przygotowanie posiłku nie zajęło mu wiele czasu, choć stanowiło pewien popis przed obserwującym jego poczynania w kuchni Wenem, który idąc za Ralfem jak cień wciąż trzymał miskę własnej porcji pod brodą. Przyjął ją z niewypowiedzianą pojednawczą wdzięcznością, przez co stało się jasnym, że Zedong nie zamierzał pozwolić na przeniesienie jedzenia w miejsce bezpośrednio narażone na posuwający naprzód ogień. Rzygam tym, oznajmił wtedy sięgając kieszeni, z której wyjął baton proteinowy; Claude złapał go z chłopięcą zwinnością, gdy Wen rzucił go w jego stronę.
- Nie widziała jej od wczoraj - dodał Claude. - Twierdzi, że mogła się gdzieś schować, bo sama ma taką ochotę; nawet by mnie to nie zdziwiło, ale to nie pora na zabawę w chowanego.
Ralf westchnął ciężko, przetarł twarz dłońmi i spojrzał na drzwi pokoju Shujuan, która nie chciała widzieć go na oczy jeszcze bardziej niż on jej. Zapukał, wołając ją po imieniu. Odpowiedziała za drugim razem; słyszał, że oparła się plecami o wciąż dzielące ich drzwi, tłumiące nieco jej głos, ale nieodejmujące mu wrogości:
- Czego chcesz?
- Jest u ciebie Fei? - zapytał zamiast niego Claude.
- Nie.
- A była?
- Powinieneś wiedzieć, że od pewnego czasu nie rozmawiamy.
W ciszy która zapadła słyszeli jej kroki kiedy wracała w głąb swojego pokoju. Claude przełknął ślinę. Mięśnie jego szczęki spięły się zauważalnie.
- Zapytaj ich - zwrócił się do Wena. - Zapytaj ich czy ją widzieli. Który ostatnio i kiedy. Niech na coś się przydadzą.
Tym razem to Wen westchnął ciężko, wiedząc aż nadto dobrze co sugerowała taka prośba.
- Zmęczyły ich nieco twoje wczorajsze poszukiwania Ralfa.
- Dlatego tym razem to ty ich zapytasz, a my jej poszukamy. Chodź, Ralf. No chodź, przecież się znajdzie.
Jeszcze przez chwilę Ralf nie ruszył się z miejsca, jakby chciał powiedzieć: oczywiście, że się znajdzie. I zapytać: ale w jakim stanie. Potem przytaknął.

Od wspinaczki po zdających się nie mieć końca schodach zaczynało kręcić jej się w głowie. Doliczyła się jedenastu wind na parterze wykładanym imitującym kamień gresem tak szkliście błyszczącym, że mogła przyjrzeć się w jego tafli, chociaż miejscami widać było na nim ślady podeszew; za recepcją rozciągał się architektoniczny przekrój budynku, wskazujący lokalizację punktów widokowych i tarasów, na samym zaś jej blacie wciąż stał cennik, którego widok zadziałał na nią jak siarczysty policzek. Metalowa poręcz dźwięczała kiedy Fei chwytała ją tracąc równowagę, a szkło zastępujące pręty trzęsło się delikatnie. Z wind rozpościerał się widok na przysłoniętą pozostałymi wieżowcami panoramę miasta, ale rzadko uczęszczana klatka schodowa stanowiła murowany kręgosłup całej konstrukcji - światło wpadało do niej ciągnącym się od podstawy budynku wąskim przeszkleniem, po którego obu stronach, przynajmniej na niższych piętrach, ustawiono donice ze sztucznymi roślinami. Powyżej siódmego piętra klatka pozostawała pusta; powyżej dwunastego zdawała się całkowicie nieużywana; na piętrze szesnastym stała popielniczka; na dwudziestym Fei zatrzymała się z sercem walącym jak młot.
Nie mogła nazwać tego wyboru racjonalnym, ale coś kazało jej przyjść właśnie tu, choć powinna wiedzieć, że zanim dotrze na blisko trzydzieste piętro zdąży pożałować tej decyzji co najmniej parę razy. Ciekawość zagórowała nad rozsądkiem - dlaczego nie była w stanie także nad zmęczeniem? Fei oparła czoło o chłodne szkło, zamknęła oczy, ścisnęła w dłoni butelkę z wodą. Plecak ją spowalniał, jego ciężar ciągnął ją w dół schodów, i chociaż zastanawiała się chwilę nad jego zostawieniem powstrzymała ją przed tym świadomość, że nieprędko odzyska wystarczająco dużo sił aby po niego wrócić.
Jej serce nie zdążyło wrócić do normalnego rytmu kiedy podjęła wspinaczkę na nowo.

Ralf nawoływał jej imię z narastającym przejęciem, chociaż z coraz mniejszym zaangażowaniem, którego brak Wen miał następnie uznać za rezygnację. F e i, rozbrzmiewało kolejnymi piętrami hotelu, po których błąkał się z Claude'm, trzaskając drzwiami i rozglądając się ilekroć minął ich któryś z zaangażowanych w poszukiwania patroli Zedonga. Nie było potrzeba wiele czasu aby w trzasku krótkofalówek stało się jasnym, że nikt nie widział jej od wczorajszego popołudnia; nie widział jej nikt, albo ktoś kłamał. Pytania dotarły także do tych, którzy zdążyli wrócić do ich siedziby, a nawet tych, którzy przebywali w niej od ponad doby, wreszcie także do Zedonga, którego przeczucie kazało mu wrócić do Ritz-Carlton'a jeszcze o południu.
F e i, wołał Ralf, powstrzymując histeryczny śmiech ilekroć Claude porozumiewawczo spojrzał mu w oczy, samemu nie będąc w stanie krzyczeć przez wciąż obolałą krtań. F e i, odpowiadało mu echo pustych sal, bezludnych korytarzy, opuszczonych pięter.
- Twierdzą że jej nie widzieli - głos Wena dotarł do nich kiedy ten prowadził Zedonga schodami. Dopiero wtedy uśmiech Claude'a zgasł, ustępując lękowi, ukojonemu dopiero przez kolejne zdanie: - A oni szukają jej od blisko dwóch godzin.
- Nie uciekła?
- Musiałaby oknem, a nawet jeśli to na pewno ktoś by ją zauważył.
- Na pewno, na pewno - powtórzył po nim Zedong ze sceptycyzmem. - Ralf, przyjacielu, czy ona mogła uciec?
- Nie zrobiłaby tego. Byłem w jej pokoju, oboje byliśmy; wszystkie jej rzeczy są na miejscu. Może mogłaby zostawić nas, ale nie je.
- Sprawdziliście wszystkie pokoje?
- Jest ich prawie trzysta.
- Może być w którymś z nich.
- Musiałaby być martwa lub nieprzytomna aby nas zignorować - wycedził Ralf, przechodząc do sedna; do podejrzeń, które musieli zasiać i wypielęgnować w ich myślach przed przystąpieniem do żniw.
Zedong zaciągnął się powietrzem i wypuścił je powoli.
- Zawołaj ich wszystkich do mnie - zlecił Wenowi bez pośpiechu, patrząc na Ralfa, jakby to on miał wykonać to polecanie. - Te karty do wszystkich drzwi. Ile ich macie?
- Może paręnaście działających, może mniej - odpowiedział mu po chwili namysłu, zanim jego oczy rozszerzyły się nieco. - Fei ma jedną z nich.

Raz po raz spoglądała na przerwany myślnikiem ciąg srebrnych cyfr u szczytu drzwi, a pęki kluczy dzwoniły w jej roztrzęsionych dłoniach. Nie pamiętała który otwierał mieszkanie, który dotąd niemal nieużywane drzwi drogi ewakuacyjnej, a który był od skrzynki pocztowej - ich ściany przypominały skrytki bankowe - a nade wszystko, który z trzech kompletów należał do Ralfa. Być może tak czuli się więźniowie, którzy ukradłszy strażnikowi pęk kluczy musieli znaleźć wśród nich ten, który otwierał dzielące ich od wolności kraty celi.
Kiedy wreszcie udało jej się trafić w zamek ten zgrzytał, grożąc złamaniem klucza; kiedy jeden z nich okazał się pasować, przekręcenie go okazało się niemożliwe; wyszarpnięty upadł na podłogę, a ponieważ każdy kolejny stawiał opór, Fei spróbowała ponownie.
Nie pozwalał przekręcić się w ani jedną, ani drugą stronę, wreszcie przekrzywił się nieco, zdawałoby się, utykając w zamku bezpowrotnie. Fei cofnęła się od drzwi aby raz jeszcze spojrzeć na przedział liczbowy mieszkań znajdujących się na tym piętrze, przyjrzała się ponownie kartce z zapisanym na niej adresem, szarpnęła za klamkę, pchnęła ją, wreszcie docisnęła klucz z całych sił. Zamek ustąpił.
Ciemność rozcieńczało jedynie odległe światło przeszklonego segmentu przy windach; omiatając latarką ledwo widoczne numery mieszkań Fei rozpoczęła szukanie tego, który zdążył wryć się w jej pamięć jako powtarzana w myślach mantra: 483, 4-8-3, śmierć-dobrobyt-narodziny.
483. Podbiegła do drzwi i otworzyła je w pośpiechu, jakby Ralf czekał na nią zamknięty w środku. Przekraczając próg spodziewała się usłyszeć jego głos; przechodząc z korytarza do salonu była gotowa zobaczyć go na kanapie, pochylonego w skupieniu nad papierami, których treści nie rozumiała; ale chociaż obeszła całe mieszkanie, zastała jedynie pustkę i ciszę. Nikt nie mieszkał tu od dawna, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że nie chodziło o miesiące, a o co najmniej rok. Mógł wyprowadzić się całkowicie, zabierając ze sobą wszystkie rzeczy osobiste, ale jednocześnie wiele wskazywało na to, że najzwyczajniej ich nie posiadał. Samo mieszkanie, choć przestronne na zachodnią modłę, przypominało raczej biuro niż dom. Było ładne: bezosobowe, urządzone w sposób z założenia podobający się wszystkim, właściwy dla firm zajmujących się wynajmem. Home staging. Biele i granaty, czarne metalowe stelaże mebli, ciemne drewno blatów i półek. Ogromne lustra. Szyby zastępujące wschodnią ścianę. Obrazy zamiast zdjęć w powieszonych miejscami ramkach. Jedynie zmięta pościel, której dopasowany do wnętrza komplet musiał otrzymać wraz z kluczami i ręcznikami wskazywała na to, że kiedykolwiek tu był. Część wieszaków w zabudowanej garderobie obok łóżka była pusta, na innych wciąż wisiały koszule, swetry, płaszcze i marynarki; pary spodni stanowiących z nimi komplet leżały złożone tuż obok, na półkach poniżej nich stały pary butów. Resztę musiał zabrać ze sobą, myślała, ostrożnie wysuwając kolejne szuflady, jakby w każdej chwili mógł tu wejść i nakryć ją na gorącym uczynku. Nie wiedziała czego szukała, ale ciekawość nie pozwalała jej przestać.
Jego mieszkanie było większe niż to, które zajmowała wraz z rodzicami.

Część ich rzeczy leżała zrzucona na podłogę; niektóre ubrania wystawały z niedających się domknąć, niedbale upchanych szuflad; inne pozostały otwarte, jakby ktoś zrezygnował z udawania, że nigdy go tu nie było.
- Co do kurwy... Claude? - Ralf postąpił powoli w głąb ich apartamentu, rozglądając się wokoło: na zrzucone książki, walające się po podłodze butelki, skotłowane pościele. Obrócił się, a strach w jego oczach zdawał się prawdziwy. - Claude? Claude, to ty to tak-
- Nie - usłyszał krótką odpowiedź. - Chryste, nie. Wen?
Ralf ruszył dalej. Szafka nocna przy ich łóżku zdawała się wypatroszona; wysuwana szuflada leżała opróżniona na podłodze, wyszarpnięta z zawiasów; zawartość półek za niezamkniętymi drzwiczkami walała się wokół niej. Nie było w niej kart do pokojów. Nie było ich dokumentów, paszportów, kluczy do ich mieszkań.
- Zedong - stwierdził Ralf wystarczająco głośno, aby pierwsi spośród jego ludzi z ciekawości zajrzeli przez otwarte drzwi do ich apartamentu. - Co to do kurwy miało być? - zwrócił się do nich, mijając ich w przejściu. - Gdzie on jest? Gdzie jest Zedong?
Chwycony za kołnierz kurtki chłopak skinął głową za siebie; Zedong zdążył ruszyć w ich stronę, wyraźnie zdziwiony, choć bez zamiaru ingerowania. Ralf uśmiechnął się do niego szeroko, niemal krzycząc.
- Więc to o to chodziło? Straże przy wszystkich drzwiach to za mało?
Zedong zmarszczył uniesione dotąd brwi.
- Musieliście zabrać też nasze dowody żeby mieć pewność, że nie uciekniemy? Klucze do naszych mieszkań? Paszporty?
- Nie wiem o czym mówisz - zaoponował, ale zdezorientowanie nie pozwoliło mu zaprotestować gdy Ralf chwycił go za bark, prowadząc do środka pokoju.
- Oczywiście, że nie wiesz. A może sami się okradliśmy? Z tożsamości i tych śmiesznych resztek jedzenia?
- Nie wydałem takiego rozkazu.
- Nie?
- Nie.
- Może był to Wen? Jak sądzisz? Komu powinieneś pogratulować?
Zedong potoczył wzrokiem po pobojowisku, w które zamienił się ich apartament. To rzucało się w oczy: został w pośpiechu przeszukany i opuszczony.
- Nie udawaj zdziwionego. Nie imponuje ci ta inicjatywa? A może żałujesz, że sam o tym wcześniej nie pomyślałeś? Wiesz jak to wygląda? Wygląda na to, że ktoś zabrał Fei kartę aby się tu dostać.
Grdyka Zedonga zafalowała.
- Nie zrobiliby czegoś takiego.
- Dobrze wiesz, że by to zrobili.

Przechodziła pokojem powoli, oglądając każdy mebel z osobna jak gdyby był eksponatem w muzeum dawnego życia. Na regale stało wiele książek: część anglojęzyczna, mniejsza po niemiecku. Chwyciła jedną z nich, przypatrując się obcym słowom: podwójnym kropkom nad niektórymi z liter, znakowi przypominającemu B. Niektóre ze zdań były podkreślone, nie była jednak w stanie ich zrozumieć; nawet te po angielsku składały się ze zbyt wielu słów, których jeszcze nie znała. Kojarzyła jeden z tytułów; dopiero później przypomniała sobie, że widziała jak Claude go czytał. Wuthering Heights. Położyła książkę na łóżku z zamiarem przejrzenia jej i własnie wtedy to zauważyła; tuż przy jego krawędzi ekranem do dołu leżał telefon. Nie musiała go podnosić aby wiedzieć, że jego ekran rozpadł się na co najmniej setkę kawałków - część z nich rozprysnęła się po podłodze pokoju. Fei odruchowo obejrzała się za siebie. Ściana była lekko wgłębiona.
Podniosła go i bez namysłu spróbowała włączyć, ale nawet jeśli telefon wciąż działał jego bateria dawno się wyczerpała. Położyła go obok książki; kolejny relikt tego kim był Ralf. Przechodząc dalej znalazła ich jeszcze parę: ciemny kalendarz, na którego stronach mogła znaleźć plan prawie każdego dnia jaki spędził w Chinach - czasem jego pismo było eleganckie, czasem pośpiech upodabniał je do graffiti - kopię dyplomu ukończonej uczelni w obszernej teczce, w której znajdowała się także umowa najmu i o pracę, oraz jego CV, zaopatrzone zdjęciem. Przyglądała mu się przez chwilę: miał na nim nieco krótsze włosy i weselsze spojrzenie, ale jego wygląd nie różnił się wiele od obecnego. Być może jego policzki były teraz bardziej zapadnięte, przez co rysy zdawały się ostrzejsze, ale Ralf, którego znała, był tym samym, który patrzył na nią z załączonego wizerunku. Przejrzała kartki. Widziała ile zarabiał i ile płacił za wynajem. To nie były liczby, do jakich przywykła.

- Dobrze wiesz - powtórzył - i nie udawaj, że nie jest ci to na rękę. Chcecie pogmerać a dokumentach ambasady, sprawdzić czy Claude rzeczywiście chociaż przestąpił jej próg? Upewnić się, że nie będziemy mieli dokąd pójść? A może chodzi o szantaż, co?
- Naprawdę nie wiem o czym mówisz, Ralf - zadeklarował Zedong, ale w jego głosie dała słyszeć się utrata pewności, której dotąd mu nie brakowało.
- O tym, że od paru dni nie możemy wyjść na papierosa bez waszego usranego pozwolenia. Że nie możemy myśleć o wywiezieniu śmieci, a co dopiero zobaczeniu pożaru na własne oczy; chyba że ten zdąży tu dotrzeć!
Wen przepchnął się do środka pomiędzy blokującymi przejście barkami tych, którzy tłoczyli się w korytarzu, wstrzymani gestem dłoni Zedonga.
- Coś się stało?
Tym razem to Claude się zaśmiał, jak gdyby nie wierząc w komiczność sytuacji.
- Ty też będziesz udawał, że nie wiesz?
- O czym? - zapytał Wen, ale spojrzenie na stan ich pokoju wystarczyło, aby sam udzielił sobie odpowiedzi. Zdążył lekko otworzyć usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale uśmiech znikł z ust Claude'a równie szybko co się pojawił:
- Czy nie ty mówiłeś o szukaniu jedzenia w naszym pokoju?
- Przez cały ten czas byłem z wami.
- Żeby kto inny mógł nas w spokoju okraść?
Przypatrujące im się pary oczu teraz spojrzały po sobie pytająco, ale żadna z głów nie przytaknęła, niczyich ust nie wykrzywił dumny uśmiech, który wskazałby winnego.
- Ty też będziesz udawał głupiego?
Zedong westchnął ciężko, obracając się w stronę małego tłumu zwabionego zamieszaniem; niektórzy zaglądali przez próg sypialni, inni zadowalali się informacjami przekazanymi im przez tych pierwszych.
- Czyj był to pomysł? - zwrócił się do nich, ale brak odpowiedzi jedynie pogłębił jego zdenerwowanie. - Kto to zrobił?
Milczeli, zerkając na siebie nawzajem; niektórzy kręcili delikatnie głowami, odpowiadając na niewypowiedziane oskarżenia padające ilekroć skupiała się na nich czyjaś uwaga. Przypominało to szukanie ucznia, który grając w piłkę obił auto dyrektora; nikt poza nim samym nie wiedział, że wgłębienie i rysa pojawiły się na karoserii w innych okolicznościach.
- Macie godzinę aby oddać mi ich rzeczy.
- Wolałbym dostać je do rąk własnych. Oraz wiedzieć gdzie jest Fei.
Oczy Tanga, stojącego nieruchomo w pobudzonym tłumie, otworzyły się szerzej. Patrzyły na Claude'a i Ralfa, pełne niedowierzania i niemal drżące w swoich szybkich ruchach.
- Oczywiście, że byś wolał - zgodził się z nim Zedong. - Ale zabranie wam dokumentów to całkiem dobry pomysł.
- Zamierzasz nas tu więzić aż spłoniemy.
- Groziłeś mi ogniem. Jak to jest poczuć jego ciepło na twarzy? Niezbyt przyjemnie, prawda? Tak myślałem.
Ralf skrzywił się. Nie w to miejsce miała zabrnąć ich rozmowa; jej kluczową kwestię Zedong niemal umyślnie pozostawił bez komentarza, a teraz zmierzał w kierunku wyjścia, po tym jak wszyscy poza Wenem zdążyli opuścić pokój.
- Nie sądzę, aby oddali ci nasze dokumenty - Ralf zmusił go do zatrzymania się wpół kroku. - Wiesz dlaczego? Są zbyt cenne. Cenniejsze niż wszystko co możesz im dać. Gdyby zrobili to dla twojego poklasku, dawno skończyłyby w twoich dłoniach, wraz z kluczami, wraz ze wszystkim. Ale ktokolwiek je wziął wie, że może wziąć również wszystko to co mógłbyś mu zaoferować w zamian.
Wen poruszył się niespokojnie, jak gdyby chciał krzyknąć, że to kłamstwo, ale w porę zorientował się, że zaprzeczenie słowom Ralfa wyłącznie utwierdzi Zedonga w przekonaniu, że to on, wespół z innymi, działał tuż za jego plecami. Było prawdą, że że przed paroma dniami uwidoczniło się pęknięcie, wzdłuż którego mogli rozpaść się na pół jak topniejący lodowiec; sam nie zadecydował jeszcze czy kiedy to nastąpi pozostanie na lądzie, czy dryfującej przed siebie górze lodowej.
- Kiedy ten dzień nadejdzie - a wierz mi, on zbliża się dużymi krokami - będziesz potrzebował każdej jednej osoby, która opowiedziałaby się po twojej stronie. Niektórzy już zadecydowali, prawda, Wen? Ale nas właśnie pozbawiono luksusu wyboru. Skoro i ty i oni będziecie traktować nas tak samo, możemy chociaż uchwycić się nadziei, że kiedy to się skończy, nasze nazwiska nadal będą cokolwiek znaczyć.
Na twarzy Zedonga dała się widzieć pewna zmiana; zaskoczenie schowało się za powoli kwitnącym gorzkim uśmiechem kogoś, kto właśnie został ograny w karty, lecz nadal trzymał asa w rękawie. Przytakiwał, przyznając Ralfowi pewną rację, ale kiedy ten skończył mówić Zedong na powrót uniósł opuszczoną nieco głowę.
- Masz szczęście, że zależy mi na naszej przyjaźni.

Kolejne strony kartowanego przez nią kalendarza stawały się coraz pełniejsze skreśleń; pierwsze z nich były staranne, niemal jak narysowane od linijki, ale w każdym kolejnym coraz widoczniejsze było trzęsienie ręki, które ustało dopiero gdy pociągnięcia długopisu stały się bardziej zamaszyste. Dwie kartki skończyły całkowicie wyrwane. Następne były zupełnie puste, a ich biel, kontrastująca z zapiskami, była w pewny sposób niepokojąca.
Znalazła parę wyczerpanych baterii; wyglądały jak łuski wystrzelonych w ciemność nabojów. Jakiekolwiek źródło światła zasilały, Ralf musiał wziąć je ze sobą opuszczając to mieszkanie po raz ostatni. Musiał zakładać, że któregoś dnia tu wróci, ponieważ w szafkach jego kuchni wciąż znajdowały się pewne ilości suchego, puszkowanego i zamkniętego w słoikach jedzenia, chociaż nie było tu palnika, na którym mógłby je podgrzać. Było kupione, wiedziała to, jeszcze gdy ceny raptownie skoczyły w górę, tuż przed tym, jak całkowicie straciły na znaczeniu, a miasto pogrążyło się w ciemności.
Próbowała wyobrazić go sobie, siedzącego w jej miejscu kiedy to nastąpiło. Pamiętała dźwięk jaki temu towarzyszył, głośne tąpnięcie, po którym nastąpiła cisza; szum urządzeń umilkł, światła zgasły, świat przestał się kręcić.

Czarne worki zniknęły pod zatrzaśniętą klapą bagażnika; Claude przysiadł na nim, krzyżując ramiona i patrząc na Ralfa, jak gdyby szukając potwierdzenia, że to się uda. Ralf uśmiechnął się do niego ostrożnie: uda, uda, musi się udać.
Przez całą drogę z ich pokoju do kuchni, z której zabrał śmieci, aż do auta, w którym upchnął je wraz z ich podobnie zawiniętymi rzeczami i jedzeniem nie mógł pozbyć się wrażenia, że to aż nazbyt oczywiste. Że przebijały przez folę, tak jak wetknięty za krawędź spodni paszport i nóż przebijał przez tkaninę narzuconej bluzy, a klucz mieszkania Gasparda pobrzękiwał w kieszeni pomimo zawinięcia go w chusteczkę.
Claude wskazał brodą na zbliżającego się w ich kierunku Zedonga. Ralf obejrzał się. Tuż przed nim, uzbrojeni i gotowi do drogi, szli Xian i Jingyi.
- Jesteście wolnymi ludźmi - Ralf powtórzył jego własne słowa - ale pozwólcie, że zadbamy o wasze bezpieczeństwo!
- Znają drogę - uśmiechnął się do niego Zedong, podczas gdy oni nakładali kaski. Xian zapiął go pod brodą Jingyi'ego, który chwilę szamotał się z paskiem. Motocykle, których dosiedli, zamruczały głęboko. - To nie jest daleko. Zdążycie tam pojechać i wrócić w pół godziny.
- Chcę wiedzieć który to zrobił kiedy tylko się tego dowiesz. Jeśli ona się nie znajdzie-
Zedong zacmokał przekornie.
- Kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć, że umiem wyciągać z ludzi informacje. W szczególności z własnych. Kiedy wrócicie będę miał wasze dokumenty. Jeśli chodzi o Fei...
- Jeśli jest przytomna nie pozwoli wam się znaleźć. Będziesz musiał poprosić dziewczyny, albo Tanga. Jeśli nie jest... - Claude urwał. - Chcę żebyś dowiedział się co jej zrobili. I zrobił im to samo. Taka była umowa.
Rekini uśmiech Zedonga rozbłysł na chwilę.
- A my dotrzymujemy umów, prawda, Ralf?
Poklepał go po ramieniu, następnie odszedł w kierunku głównego wejścia.
Wsiadając do auta Ralf czuł się jak po biegu: jego serce biło szybko, płuca nabierały wiele płytkich oddechów, a nogi zmiękły, nieomal zapadając się pod ciężarem reszty ciała, choć to nieznośna masa obciążonego sumienia powinna była zwalić go z nóg. W ucieczce nie było nic honorowego, ale zaakceptował to jeszcze uciekając z Niemiec do Anglii, z Anglii do Chin, uciekając przed innymi, ale znacznie częściej przed sobą samym, goniąc innych, ale i usiłując za sobą nadążyć.
Drzwiczki zamknęły się za nim z trzaskiem i kiedy oświetlone reflektorami krople wody rozbryznęły się spod kół mijającego ich motocykla, błyskając jak iskry wskrzeszone przez gładzącą powierzchnię metalu szlifierkę, Ralf spojrzał na Claude'a, w którego oczach jedna z nich musiała wzniecić ogień. Chciał coś powiedzieć, lecz nie umiał. Claude uśmiechnął się blado, ruszył; zmieniwszy bieg wyciągnął dłoń w stronę Ralfa aby potrzymać przez chwilę jego własną, ująć jego zimne palce w swoje, ciepłe, ale przez cały ten czas nie spuścił wzroku z sylwetki motocyklu przed nimi.
- Nie zabij nas.
- Nie zabiję.
- Chcę żyć - Ralf stwierdził po raz pierwszy na głos, chociaż te słowa dopiero niedawno zagościły w jego myślach z tą intensywnością. - Chcę żebyś ty żył. Chcę żyć, z tobą.
- Będziemy - Claude uniósł jego dłoń do ust i ucałował ją krótko. - Obiecuję.
Ten moment trwał jedynie do zmiany biegu. Przyspieszyli, zmuszając jadącego przed nimi Jingyi'ego do tego samego, aż ten parę kilometrów dalej znalazł się z ich boku, niezdolny jechać dużo szybciej. Widzieli Xiana, przemieszczającego się od prawej do lewej krawędzi lusterka wstecznego, w odległości zwiększonej niewystarczająco by gwałtowne hamowanie nie doprowadziło do kolizji. Claude uchylił okno i oparł na nim łokieć.
Pożar, widoczny stąd jedynie jako kłęby czarnego dymu na niebie, było czuć w powietrzu. Bentley zwalniał i przyspieszał na zmianę, zmuszając Jingyi'ego i Xiana do tego samego; rozpędzał się prędzej niż ich motocykle, hamował płynniej.
- Co się tak wleczecie? - Claude zwrócił się do nich przekrzykując pomruk silników. Jeśli odpowiedź padła z ust Jingyi'ego, stłumił ją kask i warkot dodanego w miejscu gazu. Chwilę później Xian zajechał im drogę, zmuszając obu do zatrzymania.
Potrzebował dwóch szarpnięć, aby zdjąć z głowy kask i dziesięciu kroków, aby zobaczyć odbicie własnej twarzy w czarnej szybce kasku Jingyi'ego; widział własne poruszające się w niemal zwolnionym tempie usta - czy cię pojebało, kretynie, zabijesz się, zwolnij, nie starczy ci benzyny na powrót przy takim spalaniu! - i pasma włosów, klejących mu się do czoła za sprawą potu, widział Claude'a wzruszającego ramionami i Ralfa, który bez skutku wykrzyczawszy mu to samo po angielsku teraz wychylał się niemal przez okno, prosząc Xiana by przywołał Jingyi'ego do spokoju zanim wszyscy zginą.
- Zawsze możesz wysiąść - oznajmił Claude klikając przycisk odblokowujący drzwiczki i chociaż w jego głosie przebrzmiewała aktorska irytacja, nie była ona w stanie przyćmić faktu, że mówił to poważnie. - No co? Za chwilę po ciebie wrócimy. Mam wysiąść i ci je otworzyć, królewno?
- Nigdzie się stąd nie ruszam.
Claude uniósł brwi. Ralf opadł z powrotem na swoje miejsce i zapiął odpięty pas. Jingyi kolejny raz warknął silnikiem, a Xian pokręciwszy głową ponownie nałożył na nią kask. Nie ustalili dokąd się ścigają, ale Xian zdał sobie z tego sprawę za późno, będąc paręnaście metrów za malejącą sylwetką auta i motocyklu i jadąc przez chmurę pyłu, wzbitego w powietrze przez ich koła; pyłu, który musiał być świeżym popiołem i dymem spalonej gumy.
Początkowo Ralfowi wydawało się, że nadejście tego momentu było kwestią minut, ale prędkość, którą rozwinęli, wciskająca go głębiej i głębiej w fotel, znana mu z autostrad i startów samolotów, szybko udowodniła mu, że było inaczej: chodziło o sekundy. Dyskutowali o tym jeszcze przed paroma godzinami, nawzajem przedstawiając sobie wszystkie sposoby, na które mogli stracić życie usiłując je ratować.
Mogli natknąć się na przeszkodę, którą motocykl byłby w stanie ominąć, ale droga okazała się czysta, tylko okazjonalnie zmuszając ich do ominięcia czegoś, czemu nawet nie byli w stanie się przyjrzeć. Mogli rozbić się wchodząc w zakręt, ale od najbliższego dzieliła ich jeszcze chwila jazdy, a Jingyi zaczynał zwalniać, wiedząc, że okazałby się dla niego śmiertelny prędzej niż dla nich. Mogli skończyć dachując, ale póki nie straciliby przytomności wszystko byłoby do uratowania, choć wiele zależałoby od tego czy wyszliby ze zgniecionego auta sami czy zostaliby z niego wyciągnięci. Mogło stać się wiele rzeczy, ale dopóki Jingyi i Xian nie zdążyliby sięgnąć broni, wciąż mogli przeżyć.
Wkrótce znaleźli się na czarnym szlaku, który ogień przetarł przechodząc miastem. Ściany budynków pokrywała warstwa sadzy, znajdująca się także na tych spośród szyb, których nie wybiła żadna z buchających fal gorąca. Pojedyncze zwęglone auta skurczyły się jak winogrona przetworzone w rodzynki, a ich opony wtopiły się w równie czarny co one asfalt, który zdążył ostygnąć, choć nieco dalej wciąż musiał być ciepły, jeśli nie gorący. Z dekoracyjnych trawników oddzielających chodniki od sześciu pasm ulicy nie pozostało nic poza czarną ziemią, a po plastikowych szyldach zostały jedynie ich stalowe stelaże, choć z części zachowało się wystarczająco by rozpoznać otwarte tu firmy. Xian wciąż nie pojawił się w lusterku wstecznym kiedy Claude spojrzał na Ralfa i widząc jego krótkie przytaknięcie przyspieszył, znacznie wyprzedzając Jingyi'ego. Wdusił sprzęgło, wrzucił luz, jego ręka natychmiast znalazła się na hamulcu ręcznym; zaciągnął go, podczas gdy druga gwałtownie skręciła kierownicę.
Pisk opon - sunęli bokiem i wkrótce mieli obrócić się o blisko trzysta sześćdziesiąt stopni.
Głośne zderzenie - Jingyi nie zdążył wyhamować i uderzył w ich bok, zostawiając na tylnym oknie pajęczynę pęknięcia.
Pisk, pisk, pisk, Claude manewrował kierownicą, patrząc jak Jingyi koziołkował spadłszy z motocyklu, sunącego tuż za nim lub, jeśli prędkość była wystarczająca, za jego ciałem.
Zatrzymali się tak raptownie, że koła po stronie kierowcy musiały na chwilę oderwać się od ulicy. Ralf nie pamiętał momentu w którym wyskoczył z auta by znaleźć się przy Jingyi'm zanim zrobiłby to zbliżający się Xian, ale czuł jeszcze na ustach wilgoć pocałunku i mocny uścisk dłoni Claude'a na karku, po tym jak ten gwałtownie przyciągnął go do siebie, niemal jednocześnie mówiąc: idź.
Xian zeskoczył z motocyklu jeszcze zanim zdążył w pełni wyhamować, a ten wywrócił się za nim z trzaskiem. Zobaczył sylwetkę Ralfa w dymie, jego machające w powietrzu ręce, każące mu się pośpieszyć i wtedy wiedział, że jest źle, choć jego serce musiało wiedzieć o tym jeszcze wcześniej, ponieważ zdawało mu się, że przestało bić. Mówił mu, ostrzegał: któregoś dnia się zabijesz, mówił mu to także dzisiaj, przed chwilą, a teraz musiał podejść do leżącego na ziemi Jingyi'ego, nad którym pochylał się już przestraszony - to musiał, musiał, musiał być strach - Ralf, który coś do niego krzyczał, coś o tym, że musi mu pomóc. Xian przytaknął, wyszarpując głowę z odrzuconego zaraz na bok kasku, ale kiedy znalazł się wystarczająco blisko Jingyi'ego jego kolana zderzyły się z asfaltem, uginając się pod nim na widok jego własnego kasku, paskudnie przekrzywionego. Nie chciał sprawdzać, czy głowa Jingyi'ego obróciła się razem z nim.
Nie takiej reakcji spodziewał się Ralf. Byłoby łatwiej gdyby Xian się na niego rzucił, choćby i z nożem, łatwiej nawet gdyby wymierzył w niego broń.
- Musimy go obrócić, Xian - powtórzył kolejny raz, podchodząc bliżej niego. - Sam nie dam rady, chodź.
Obejrzał się na Claude'a, który zamknął oczy, przełknął ślinę i policzył do trzech zanim uchylił wgniecione i przez to stawiające nieznaczny opór drzwiczki bentleya.
- Ty - widząc go wychodzącego z auta Xian ożywił się, próbując stanąć na nogach.
- Musimy go obrócić - Ralf powtórzył ponownie, tym razem musząc przytrzymać Xiana za bark by ten nie rzucił się na Claude'a.
Zdawało się, że znaleźli się w samym piekle. Dym pożaru był tu na tyle gęsty, by przysłonić niebo, a ogień wciąż nie wygasł, choć jego serce znajdowało się dalej niż zajechali; wychylał się z okien, tańczył na kałużach paliwa, zaciekawiony wglądał zza rogów ulic. Jego pomarańczowe światło przypominało to zachodu: ciepłe, złowrogie, zwiastujące nastanie ciemności.
Xian miał szeroko otwarte oczy, które nie mrugnęły ani kiedy ukucnął przy Jingyi'm, ani kiedy prowadzący go do niego Ralf, zdając się mieć zamiar zrobić to samo, wbił mu nóż w szyję. Claude obrócił głowę.
Wyszarpnięty rozharatał jego gardło. Krew, ta obrzydliwa ilość krwi którą nadal bijące serce zdołało wypompować poza ciało, chlusnęła prosto na niego, wybijając jak woda ze studni przez palce Xiana w potwornym gulgocie, jaki wydawała, ściekając krtanią do dławiących się płuc. Ralf miał ją na dłoniach, pokryła też jego ubrania; parę kropli sięgnęło jego włosów, upstrzyło twarz jak piegi. Jego palce zostawiły dwie czerwone kreski na szyi Jingyi'ego kiedy sprawdził czy wciąż miał puls.
- Żyje? - Claude zapytał, dopiero teraz patrząc w jego kierunku.
- Nie wiem.
Claude obrócił się ponownie i spojrzał na łunę pożaru, oparłszy łokcie na otwartych drzwiczkach auta. Kiedy zerknął znów w kierunku Ralfa ten wycierał dłonie o zrzuconą, bo i tak lepką od krwi bluzę; jej kałuża rosła teraz także wokół Jingyi'ego.

W pierwszej chwili Fei zazdrościła mu: miał wszystko to, o czym ona nie powinna nawet marzyć, w ciągu paru sekund dojeżdżał windą tam, gdzie ona musiała wspinać się po schodach, w ciągu paru miesięcy dostawał awans, na który ona musiałaby pracować latami, nawet jego sufit znajdował się wyżej, żeby pomieścić drzwi, o których ramę nie rozbiłby sobie głowy. Miał wszystko poza tym, czego brak nieustannie wypominał mu Claude; wszystko poza życiem, którego albo się wyrzekł, albo które zostało mu odebrane. Fei potrafiła to sobie wyobrazić: ktoś próbował mu je zabrać, więc Ralf oddał je dobrowolnie byle pokazać jak niewiele dla niego znaczyło, jak gdyby złodziej miał uznać zdobycz za bezwartościową i ją zwrócić. Gdyby Claude to usłyszał pewnie by się zgodził, i pewnie dodałby, że złodzieja nie było, był tylko wiatr, który ma to do siebie, że wyszarpuje dzieciom baloniki z rąk, i był Ralf, który myślał, że mu jednemu usiłował zabrać go na złość. Więc go wypuścił, a ten odleciał.
Gdyby Claude tu był, Fei przyłapała się na myśleniu, ten komplet kubków skończyłby zbity, w koszu: zastąpiłyby go weselsze i nawet w środku lata Ralf piłby kawę ze świątecznego. Gdyby tu był na półkach pojawiłyby się kwiatki, a przy tym dużym oknie stanąłby największy, w donicy. Pościel miałaby wzorek, książki przestałyby mieścić się na regale, a kolorystyczne posortowanie zawartości szafy zaczęłoby stanowić spore wyzwanie. No i zapach: pachniałoby świeczkami, albo kadzidłem, albo jego perfumami, albo gotowaną kolacją, kawą i herbatą, siekaną bazylią i oregano, które rosłyby w małych doniczkach na tym zabudowanym balkonie, wystarczająco wysoko by nie czuli smogu ani nie słyszeli odgłosów ulicy. I nie byłoby tak potwornie cicho: ciągle grałaby muzyka, lub to on wypełniałby ciszę nieustannym gadaniem, którego Ralf nie znosił.

Smugi roztartej na dłoniach krwi nie potrzebowały wiele czasu aby zakrzepnąć, czyniąc jej zmycie trudnym nawet chusteczkami nasączonymi wodą, którą Claude poświęcił gdy zwilżenie jednej z nich śliną nie wystarczyło mu do starcia czerwonych kropek z twarzy Ralfa; musiał przytrzymywać go za brodę, ponieważ odwracając wzrok Ralf kręcił całą głową. To nie był pierwszy raz kiedy widział go zakrwawionego, ale tym razem cieszył się, że ta krew należała do kogoś innego, a sam Ralf był cały, spokojny tak jak tylko może być ktoś, kto właśnie zabił. Był roztrzęsiony, ale było to widać dopiero w niespokojnych ruchach dłoni, z których sam Ralf próbował zmyć szkarłat dopóki Claude nie oznajmił, że nie mają czasu.
- Chodź, domyjemy je u Gasparda - skinął głową gdzieś za siebie.
- Tą samą szczoteczką co ostatnio?
- Sam przyznasz, że jest wprost stworzona do szorowania krwi spod paznokci. Nic dziwnego, że drań ją miał, chociaż znając życie pewnie miałeś przy umywalce identyczną.
Ralf przytaknął z czymś, co można by uznać za śmiech.
- Nie uważam tego za przypadek. Jeśli cię to pocieszy miałem podobną.
Broń Jingyi'ego była porysowana, ale nic nie wskazywało na to aby wypadek miał ją w jakikolwiek sposób uszkodzić; była stworzona do znoszenia gorszych warunków. Ralf chwycił obie za lufy, zdjąwszy karabinek Xiana także i z jego pleców. Po chwili wahania Claude wziął jedną z nich i przewiesił przez swoje ramię, razem z torbą wyjętą z jednego z worków na śmieci, które wciąż znajdowały się w ich bagażniku.
- Działa? - Ralf wskazał na auto, na co Claude zareagował uśmiechem.
- Działa, ależ oczywiście - zaśmiał się, przywołując go do siebie palcem i obchodząc samochód. Wskazał na opony. - Ale z nich zostało niewiele. Spacer dobrze ci zrobi. Chcesz zobaczyć po drodze ogień?
- A wziąłeś pianki?
Claude lekko uderzył się dłonią w czoło: - Jak mogłem zapomnieć!
Ralf roześmiał się przez łzy, dając się pociągnąć naprzód za przegub ręki.
Żyli, żyli, ż y l i.

Może dlatego, że poznała ich razem nie mogła wyobrazić ich sobie w pojedynkę; rozumiała też, że Claude, z którym przyszło jej rozmawiać, musiał mieć niewiele wspólnego z tym, którym był zanim świat się skończył, tak jak Ralf musiał się zmienić, tak jak i ona sama się zmieniła. Kiedyś powiedziałaby, że na gorsze, być może obwiniałaby ich o skradzenie jej życia, ale w pewnym sensie to oni jej je dali. Miało to swoją cenę - zrzucając się dołożyli mniejszą część, ale bez nich nie byłoby jej na to stać, jakkolwiek wiele woli nie trzymałaby zachowanej na czarną godzinę.
Jin mówiła, że powinna od nich uciec, ale teraz, będąc daleko i nie wiedząc nawet czy żyją Fei liczyła, że tak, i że wkrótce zobaczą się ponownie. Miała jednak nieprzyjemne wrażenie, że nie nastąpi to prędko.
Lub że nie nastąpi wcale.

Ogień piął się ścianami budynków jak winorośl, cierpliwie i metodycznie szukając kolejnych punktów zaczepienia, wspierając się na których mógł sięgnąć wyżej i wyżej; wkradał się do środka i wił po schodach, zlizując emalię z odmalowanych poręczy, stamtąd pukał do drzwi, tylko po to by wyskoczyć oknem jeśli ich drewno wpuściło go do środka, choć jednocześnie szedł dalej, do sąsiadów, rozgrzewając rury instalacji gazowej, szukając w nich nieszczelności jak wyjątkowo skrupulatny inspektor. A kiedy ją znajdywał - a znajdywał zawsze, jak wyszkolony pies wyczuwający narkotyk nosem - odłamki szkła spadały z nieba na ulicę i rozbijały się w drobny pył w ryku alarmów samochodowych i pisku czujników dymów, które wkrótce potem milkły, stopione.
Z tej wysokości Fei widziała go bardzo wyraźnie.
Szkło chrzęściło pod podeszwami Ralfa i Claude'a kiedy wodząc wzrokiem po okolicy szyli przed siebie, jak gdyby na spotkanie bestii. Jej obecność zdradzał żar, nieomal letni, oraz duszność, która wywoławszy pierwszy atak kaszlu zmusiła ich do skręcenia w boczną uliczkę. Świeże powietrze było boleśnie zimne, a świat dotkliwe jasny; ściemniał nieco dopiero gdy dotarli do bloku Gasparda.
W środku czas jak gdyby zatrzymał się. Claude z rozbawieniem - jakim przed paroma miesiącami nie spodziewał się, że mógłby na to zareagować - podniósł jedną z książek, które zrzucone wtenczas w kartonie ze schodów rozsypały się po całej ich długości, gubiąc strony i obwoluty. Było coś zabawnego w sposobie, w jaki Ralf, idąc w górę, unikał ich wzrokiem pomimo ciągłego poszturchiwania, niewinnego droczenia się - myśl o którym nie przyszłaby Claude'owi do głowy w ostatnim dniu jaki tu spędzili - wypominania, które wreszcie wymusiło uśmiech także i na jego poważnej dotąd twarzy. Wrócili, i przez chwilę zdawało się, że nic co miało miejsce odkąd opuścili to mieszkanie nie wydarzyło się: że nie skradli Fei dzieciństwa, nie poznali Zhanny, Chena, ani Shujuan, której jako jedynej z nich nie zabili, że ich drogi nie skrzyżowały się z Jin ani Joshuą, którego ciało musiało nadal wisieć uczepione gałęzi, że Claude omal sam nie stracił życia, a winny temu Yijun nie spłynął wodami Hai, że Ralf wcale nie miał na sobie krwi Jingyi'ego i Xiana, która okazała się przesączyć przez jego ubranie, sięgając skóry, rozsmarowując się po jego torsie jak dawno temu krew Gasparda, zmieszana z jego własną sączącą się z drobnych nacięć. Że nie sięgnęła trzymanych za pasem dokumentów, znacząc ich strony, plamy na których przeraziły go bardziej niż czyn, przez który powstały, uświadamiając mu raz na zawsze: nie było powrotu.
To dopiero ten widok wydobył z niego strach, zmuszając jego oczy do szerszego otwarcia się i wprawiając dłonie w drżenie, z którym podał Claude'owi swój paszport i z którym zmywał z siebie krew, podczas gdy on z ostrożnością usiłował zetrzeć ją z jego zdjęcia, wizy, naznaczonych pieczątkami i pustych stron, bezskutecznie. Zdążyła wypełnić drobne wgłębienia plastiku i bezpowrotnie wsiąknąć w papier, a kiedy Ralf wyszedł z łazienki, przebrał się i otworzył na oścież okna, odraczając swoje pytanie w czasie, Claude mógł odpowiedzieć mu tylko jedno.
- Próbowałem.
Ralf spojrzał na dokumenty nie odważając się wziąć ich w dłonie i przytaknął z zaciskającą się szczęką i ustami.
- Nie sądzę żebyś jeszcze kiedyś ich potrzebował.
- Ale co jeśli?
Claude wzruszył ramionami.
- Wymyślimy coś.
Ralf uśmiechnął się gorzko.
- To byłoby dożywocie. Albo kara śmierci.
- Tylko Zedong mógłby chcieć ci ją wymierzyć, o ile właśnie mu nie zaimponowałeś. Pewnie już ich znaleźli - Claude krótko obejrzał się za siebie na okno obramowane nadymającymi się od wiatru zasłonami. - Fei tu nie było. Musi być u mnie lub u ciebie - uśmiechnął się niespokojnie - o ile udało jej się uciec.
- Możemy później sprawdzić.
- Nie jestem pewien czy powinniśmy.
Ralf przyjął to z przytaknięciem. Dopiero teraz odważył się chwycić leżący na stole paszport i przekartkować go; spojrzeć na własny splamiony życiorys, który nagle zapragnął spalić, choć dobrze wiedział, że nie potrafiłby tego zrobić. Claude uśmiechnął się pod nosem patrząc na bliznę przecinającą jego dłoń.
- Przy tym stole mi ją zszyłeś.
W odpowiedzi Ralf skinieniem wskazał fotel w nieprzyzwoicie przestronnym jak na chińskie standardy salonie.
- Tam spałem kiedy stojąc na balkonie planowaliście mnie zabić.
Uśmiech Claude'a przygasł, ale zaraz znów zagościł na jego ustach, jak przegoniony z gniazda ptak, który upewniwszy się, że zagrożenie minęło zasiadł w nim z powrotem.
- Na tym samym balkonie pierwszy raz cię pocałowałem. Mógłbym to zrobić ponownie, gdybyś chciał.
Ralf odłożył zakrwawiony paszport na stół, ale nie oderwał wzroku od jego czerwonej krawędzi.
- Pomimo tego?
Zamyślony nie zwrócił uwagi na to, że Claude podniósł się ze swojego krzesła, nie zauważył nawet, że nachylił się nad nim i przez chwilę obserwował go badawczo, studiując strapienie nadające jego twarzy trudny do odczytania wyraz, dziwny jak obce mu dotąd słowo, którego znaczenie miał dopiero poznać - poczuł jedynie, że na jego czoło spadł pocałunek, pojedynczy, jak pierwsza kropla wyczekiwanego z niecierpliwością deszczu. Podniósł wzrok tak jak robili to zaskoczeni opadami ludzie i po raz pierwszy od dawna nie pożałował, że nie miał przy sobie parasola, pod którym mógłby się schronić; przeciwnie, zapragnął nagle aby po pierwszej kropli spadła na niego kolejna i kolejna, aby mżawka zmieniła się w ulewę, nie pozostawiając na nim suchej nitki. Claude musiał to dostrzec, wyczytać z jego błagalnego spojrzenia, ponieważ chwycony przez Ralfa za krawędź bluzy w niemej prośbie, aby nie odchodził, przyciągnął go do siebie, pozwalając mu objąć się w pasie, wtulić w tors, ukryć w nim twarz, podczas gdy sam gładził go po głowie, rozmasowywał kark i równie sztywne barki, aż Ralf nie zdusił w sobie płaczu, od którego na krótko poczerwieniały mu oczy. Nie załkał przez to co zrobił; łzy, które na chwile wezbrały w jego oczach, były łzami szczęścia i niewypowiedzianej ulgi. Kiedy spojrzał na Claude'a ponownie uśmiechał się i choć odsunął się nieco by móc dostrzec jego twarz, nie wypuścił go z rąk.
Co teraz, chciał zapytać, ale zamiast tego przyciągnął Claude'a bliżej, aż ten znalazł się na jego kolanach, roześmiany, jak roześmianym mógł być tylko ktoś kto uciekł śmierci; jego usta znalazły się w zasięgu ust Ralfa, które z powściągliwością - miały o niej wkrótce zapomnieć - złożyły na nich pierwszy z setki pocałunków, jakie mieli wymienić nie przejmując się zmrokiem, który miał wkrótce zapaść, bałaganem, jaki pozostawili opuszczając to mieszkanie przed paroma miesiącami, kurzem, którym pokryły się meble i w następstwie ich ubrania, kiedy rozbijali się o ściany, szafy i blaty, czasem przysiadając na nich, po to tylko by przyciągnąć się bliżej zaciśniętymi wokół bioder drugiego udami.
Co teraz, odległe echo pytania tłukło się w jego myślach, ale wkrótce zagłuszała je odpowiedź: teraz będziemy czerpać z życia garściami. Czerpali; chwytali swoje twarze w dłonie, całując każdy ich element z osobna, od policzków po zamknięte powieki, od nosów po żuchwy, jak zjednoczeni po latach rozłąki kochankowie, pijani radością z samego tylko powodu, że żyli, oboje. Czerpali, i w tych chwilach nie liczyło się nic innego - ani to, że ciała Jingyi'ego i Xiana zostały dawno znalezione, ani nawet to, że pierwszy pościg wyruszył zanim znaleźli schronienie, ani to, że Fei, owinięta w któryś z niezabranych swetrów Ralfa, usiłowała zasnąć, skulona w jego łóżku, z napoczętą książką przyciśniętą do piersi. Nie liczyło się nic; równie dobrze obudziwszy się w swoich ramionach mogliby przypomnieć sobie, że oboje powinni zacząć zbierać się do pracy, a wyjrzawszy przez okna zobaczyć tętniące życiem ulice zamiast znajomego im nieruchomego krajobrazu obumarłego miasta, szarego w mdłym świetle świtu.
Wciąż w skotłowanej pościeli Claude przeciągnął się, patrząc na Ralfa, który przysiadł na parapecie i stamtąd spoglądał na zewnątrz. Tym razem nie próbował przywołać go z powrotem do łóżka; zamiast tego wstał i sennym krokiem podszedł do niego, by wtuliwszy się w zgłębienie jego szyi również spojrzeć na świat, w którym przyszło im żyć.
Dopiero delikatny dotyk ust na jej skórze sprawił, że Ralf drgnął, jak gdyby wyrwany ze snu czy też - co wierniej oddawałoby sytuację - wybudzony z koszmaru. Claude krótko uniósł brwi w wyrazie jakim zwykł witać go w te z poranków, które pozostawały miłym przedłużeniem poprzedzających ich nocy, tych których nie przespali, a które okazywały się pobudzać ich lepiej niż solidny sen, lepiej nawet niż następnie pita w milczącym porozumieniu kawa. W jego zmęczonych wciąż oczach czaiła się zadziorna wesołość, będąca echem wieczoru, i to za jej sprawą Ralf porzucił powagę, z jaką lustrował rozciągające się miastem ulice i gęsto je porastające budynki.
- Myślałeś kiedyś, że tu wrócimy? - zapytał Claude próbując zobaczyć w tym krajobrazie to samo, co zdawał się widzieć Ralf gdy ten ponownie uciekł wzrokiem w dal.
- Prędzej, że wrócę do siebie kiedy to wszystko się skończy.
- Czy gdyby się skończyło mógłbym wrócić z tobą?
Ralf uniósł kąciki ust z niedowierzającym, urwanym śmiechem.
- Nie chciałbyś.
- Skąd możesz wiedzieć?
- Bo nawet ja nie chcę wracać do siebie z samym sobą.
Zrozumienie, z jakim spojrzał na niego Claude, było tyleż pokrzepiające co smutne; jakaś część Ralfa nie mogła znieść myśli, że oboje mieli ręce splamione krwią, podczas gdy jeszcze inna chorobliwie dopatrywała się w tym powodu do dumy.
- Dlatego, gdyby ten dzień nadszedł, powinieneś ze mną - oznajmił Claude uparcie; ten upór, z początku ich znajomości irytujący, teraz wywoływał na twarzy Ralfa uśmiech - Zastanów się nad tym.
- Sam zaprzepaściłeś własne na to szanse - usłyszał w odpowiedzi i gdyby nie czułość głosu Ralfa, tak dla niego obca, że niemal szydercza, oraz gdyby nie to, że powiedział to na skraju śmiechu, obróciwszy się do niego twarzą i odgarnąwszy z jego własnej ciemne niesforne kosmyki, w tej właśnie chwili zbierałby ubrania z podłogi tylko po to, by głośno trzasnąć drzwiami. - Zaprzepaściłeś, oddając Fei jedyny klucz. Nawet gdybyśmy chcieli - nie wejdziemy.
Jedynie Gaspard posiadał aż trzy klucze, w poprzednich latach wynajmu tego mieszkania rozdzielane pomiędzy trzech studentów lub młodych pracowników, których zsumowane czynsze i tak nie równały się temu, jaki musiał być on gotowy zapłacić za mieszkanie urządzone na europejską modłę, nieróżniące się wprawdzie wiele od tego, w którym mieszkał Ralf, a jednak brutalniejsze przez fakt, że spod warstwy remontu przebijał dawny układ pomieszczeń: trzy sypialnie, z których uchowała się jedna, podczas gdy drugą zamieniono w garderobę, pomniejszywszy ją nieco, by za wyburzeniem kuchni powiększyć trzecią i uczynić z niej salon z aneksem. To było jedno z wielu mieszkań dopasowujących się do potrzeb rynku, a przekraczając jego próg mogłeś być pewien, że wszystkie wyniesione z niego łóżka znalazły miejsce w innym, trzypokojowym dotychczas mieszkaniu, którego równie plastyczne lekkie ściany pozwoliły na zamienienie go w sześcio-.
- Nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić cię do siebie. Mógłbym ugotować ci całkiem znośne curry z soczewicy, chociaż pewnie już nauczyłeś się, że bez świeżej cebuli to nie to samo; albo, gdybyś wolał, mógłbym zrobić ci nawet i bolognese, z suszonymi grzybami mun i seitanem zamiast mielonego, znasz już tę sztuczkę, wiem, że ci smakowało. Nie udekoruję go świeżą bazylią, bo ta musiała dawno zwiędnąć, ale myślę, że widok talerza i tak wprawiłby cię w zachwyt. A jeśli to cię nie przekonuje-
- Claude - przerwał mu Ralf, kryjąc poruszenie rozbawieniem, które niemal zagłuszyło to, co powiedział następnie: - Dobrze wiesz, że pójdę za tobą wszędzie.
Zmieszany własnymi słowami chciał go wyminąć, ale Claude nie pozwolił mu, złapawszy go w pasie.
- Również do łóżka?
- Obawiam się, że zdążyłem to zrobić.
- Mógłbyś ponownie.
Ralf przewrócił oczami, jak gdyby godził się na to niechętnie, ale z pierwszym pocałunkiem stało się jasnym, że było wręcz przeciwnie; że pragnął go odkąd ich usta, wciąż jeszcze pod osłoną nocy, rozdzieliły się po raz ostatni. Pociągnięty w stronę łóżka nie protestował, a znalazłszy się przy jego brzegu sam pchnął na nie Claude'a.

Edytowane przez Choo dnia 07-02-2020 02:12
 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

Końcówka długopisu sunęła milimetry ponad rozłożoną mapą - tą samą, nad którą pochylali się z Gaspardem w tych czasach, o których powinni myśleć jako o współczesnych, a które wydawały się nazbyt odległe, by którykolwiek z nich mógł sięgnąć doń pamięcią. Claude wpatrywał się w linie, które zostały skreślone jego ręką, usiłując przy tym zwalczyć deja vu. Z nerwowością właściwą nowo nawróconym abstynentom raz za razem uderzał kłykciami w blat. Wzdłuż linii ust wędrowała bezmyślnie przygryzana skuwka, która musiała trzasnąć mu w zębach, by Ralf wychylił się do przodu i wydobył spomiędzy warg nienaruszony, metalowy klips. Claude nic nie powiedział, ale poczuł, że palce niekontrolowanie zwinęły się w pięść.
- Zapal. Nie wygłupiaj się.
- Nie.
- Claude.
- N i e.
Wiedział, że wściekłość w takich momentach przychodziła niespodziewanie.
- Za kilka godzin nie będziesz w stanie myśleć. Już nie możesz się skupić.
- Nie musiałbym się skupiać, gdyby Zedong nie spuścił kundli ze smyczy. To miasto jest kurewsko wielkie, ale nie zamierzam ryzykować i iść wzdłuż-
Poczuł na karku uścisk, który zaraz rozluźnił się i zamienił w pieszczotę; ciężar ręki Ralfa zadziałał jak kompres.
Wiedział, że wystarczyło niewiele, by znów się wyciszyć.
- W którymś momencie będziemy musieli znaleźć się na widoku. Już przez to przechodziliśmy, pamiętasz? Zasiedziałeś się.
- Ty też.
- Ja też - przyznał Ralf - ale nie zapomniałem, że masz zaskakujący jak na kogoś takiego jak ty talent do unikania ludzi, których nie chcesz widzieć.
Claude potarł twarz; pod palcami wyczuwał szorstkość zarostu. Przypomniał sobie o maszynce, która powinna leżeć przy lustrze i o zapasowych na komodzie, o kremie i wodzie po goleniu, o flakonach z perfumami i wszystkich tych rzeczach, które z taką łatwością zostawił za sobą, a które stanowiły wszystko, co jeszcze łączyło go z człowiekiem, jakim niegdyś był. Dom, pomyślał, wracam do domu.

Dom, pomyślała Fei, z zawiścią potoczywszy wzrokiem dokoła. Klucze, którymi kręciła na palcu, brzęczały niby ostrzeżenie. Wiedziała, że mogłaby podłożyć tu ogień i zaczekać na Ralfa i Claude'a w pobliskim wieżowcu - mogłaby zatroszczyć się o mieszkanie usytuowane na tyle nisko, by zza zasłon zobaczyć ich zastygłe w wyrazie bezbrzeżnego zdziwienia twarze. Zdziwienia i wściekłości, napomniała się, przecież po to by to zrobiła. Wszystkie meble, wszystkie pościele, wszystkie te posegregowane ubrania spłonęłyby co do sztuki, a oni patrzyliby na to, patrzyliby na szkielet budynku, który uginałby się pod własnym ciężarem i zawodził, i wreszcie zrozumieliby, że prawdopodobnie to samo zastaliby pod adresem, który sami wskazali - tam, gdzie miała się udać. Zrozumieliby, że nie byli kwita, ale rachunki musiały zostać wyrównane w ten lub inny sposób.
Zacisnęła palce wokół karabińczyka, naraz zabierając nogę, którą przez cały ten czas powstrzymywała drzwi przed zamknięciem się. Kiedy te wreszcie zatrzasnęły się tuż przed jej nosem, schyliła się, by położyć klucz na progu. Przez krótką chwilę za niezły pomysł uznała przykrycie ich wycieraczką, by nikt ich nie spostrzegł, ale zaraz machnęła na to ręką - kto i czego miałby szukać na trzydziestym piętrze? Poza tym nie miała pewności co do tego, czy Ralf zauważyłby różnicę - to był dla niego następny hotel, następna wiata, pod którą chronił się przed wiatrem przed wyruszeniem w dalszą drogę. Gdyby to był dom, pamiętałby o kupieniu wycieraczki i zwróciłby uwagę na to, że ktoś zabrał starą i podłożył nową.
Gdyby to był dom, Fei nie zawahałaby się rzucić pod nogi zapałki.

Nakładające się na siebie echa kroków i pokrzykiwań niosły się korytarzami - niegdyś mogłoby to przyprawiać gości zamieszkujących apartamenty w pobliżu klatek schodowych o zgrzytanie zębów, ale Jin one nie wadziły i z rozmysłem przekręciła klucz w zamku tak, by zasuwa wbiła się w ścianę, a pogłosy wpadały szczelinami do środka. Udawała, że nie widziała Noah, którego z pewnością poprzedniego dnia wywlekli z pieleszy i pobili nim bez uprzedzenia wrzucili go tu, jak gdyby był workiem ryżu - Noah w zamian milczał i nie zadawał pytań, na które nie zamierzała udzielać mu odpowiedzi; udawała, że nie widziała też Tanga, którego przyprowadzono dopiero po pewnym czasie - Tang przysiadł na parapecie z rękoma w kieszeniach i wpatrywał się w coś, czego nikt poza nim nie widział. Z początku była zbyt wściekła, by próbować wciągać któregokolwiek z nich w rozmowę, a potem przyszli po Noah i nie miała z kim zamienić słowa, ponieważ zapytany o to, co się stało, Tang wzruszył ramionami i westchnął ze zniecierpliwieniem, jakby wiedział, co dopiero się stanie i chciał mieć to już za sobą. W końcu zamieszanie na schodach ucichło, a wtedy przyszli po nią.

Przestąpili przez kałużę potłuczonego szkła, które zaczęło migotać u ich stóp niczym fale, kiedy zza chmur niemrawo wychynęło słońce. Claude skorzystał ze sposobności i przystanął, by upewnić się, że Ralf nie został zanadto w tyle - pomimo zgłaszanych przez niego zastrzeżeń, by zwolnił, utrzymywał tempo i wymuszał na nim przyspieszenie kroku, kiedy przechodzili w pobliżu niezastawionych porzuconymi samochodami skrzyżowań. Ilekroć musieli zwolnić, Claude'a brały nudności, więc teraz tylko rozprostowywał palce i na powrót zamykał je w pięść, usiłując nad sobą zapanować. Wybrali z garderoby Gasparda rzeczy w stonowanych barwach, ale w żadnej mierze nie pomagało mu to w pozbyciu się paskudnego wrażenia, że równie dobrze mogliby ubrać się w odblaskowe kombinezony służb drogowych.
- Mamy przed sobą szmat drogi. Pospiesz się.
- A czy - wziąwszy pod uwagę to, o której wyszliśmy - jesteśmy w stanie dotrzeć do ciebie jeszcze dziś? - zagadnął Ralf znużonym tonem, ale zaraz uśmiechnął się z przekorą. - Poza tym mógłbyś przynajmniej udawać, że nie możesz chodzić.
Claude nie roześmiał się. Ruszył dalej.
- Musisz się pospieszyć.
- Claude.
- Ralf - Claude zatrzymał się tak gwałtownie, że Ralf, który wyrwał do przodu byłby na niego wpadł. - Czas-
- Mamy go pod dostatkiem. Trzymaj.
Ralf sięgnął do kieszeni płaszcza i w następnym momencie wyciągnął paczkę papierosów. Claude poczuł, jak krew z rykiem uderzyła mu do głowy; serce, które w nieregularnym rytmie trzepotało w piersi i sporadycznie zamierało, jakby miało się poddać, zaczęło wściekle tłuc o żebra niczym wygłodniały, podrażniony zapachem krwi pies, który zamierzał zerwać się z uwięzi.
- Zapomnij, że coś mówiłem. Wolę, kiedy wionie od ciebie tym niż trupem, a zaraz padniesz przez- Zuch.
Roztrzęsionymi rękoma zerwał opakowanie. Zanim Ralf zdążył zorientować się, czego był świadkiem, Claude wziął zamach, a paczka poszybowała wysokim łukiem i zniknęła między budynkami.
- Nie przyjmuję rozkazów. - Między palcami zmełł poszarpaną folię. - Idziemy.

Idziemy, mówili i złorzeczyli, ale nie popychali jej ani nie próbowali podsunąć broni pod nos, więc Jin - wnet zorientowawszy się, że młodym wydano rozkazy i że mogły one pochodzić wyłącznie od jednego człowieka, skoro były respektowane - nie zamierzała przyspieszyć kroku i tym samym pozwolić im myśleć, że mieli nad nią przewagę. Kretyni, myślała, kiedy idący przez nią szczeniak zatrzymał się i lekceważącym szarpnięciem podbródka zasugerował, by na spotkanie odwróconego plecami Zedonga udała się w pojedynkę. Pierdoleni, zastraszeni kretyni.
- Co się dzieje? - wysyczała przez zaciśnięte zęby. - Dlaczego wepchnęli mi tego Niemca do sypialni? Co miałam z nim zrobić? To cię kręci, patrzenie? A może zgubiłeś kilku laowaiów, huh?
Pozostali nie wiedzieli tego, co ona - nie zdawali sobie sprawy z tego, że ten, przed którym trzęśli się ze strachu wcale nie był wężem koralowym, a lancetogłowem mlecznym.
- Jesteś mi winien wyjaśnienia.
Zdawałoby się, że Zedong zamarł, usłyszawszy te słowa, ale po sposobie, w jaki rytmicznie, mechanicznie uderzał w nogę markerem poznała, że był on zanadto skupiony na czymś, co miał przed sobą, by zwrócić na nią uwagę. Gestem przywołał ją do siebie i dał do zrozumienia, by stanęła tuż obok niego przy stole, na którym - jak się okazało - leżała rozciągnięta i przybita w rogach gwoździami mapa.
- Powiedz mi, gdzie poszli - powiedział - i gdzie mogła pójść ta mała.
- Uciekli? - zapytała z niedowierzaniem, a zaraz potem zaśmiała się niekontrolowanie, znów spoważniała i wybuchnęła śmiechem. - Masz tylu ludzi, tylu- Kiedy?
- Jeśli nie powiesz mi dokąd poszli, oddam cię im - Wskazał na zamknięte drzwi. - Może sobie przypomnisz.
- A może oni przyjdą po ciebie. Nie przeszło ci przez myśl, że gdybym była z nimi w zmowie, już by mnie tu nie było? Nie mam powodów ich kryć. Oni o tym wiedzą.
- Nie? - Przez twarz Zedonga przemknął paskudny grymas. - Nie zapomniałem o tym, kto zabił Yijuna, kotku. Oni też nie. Powiedziałbym, że zrewanżowałaś się za kolegę - Joshuę, tak? Jaka szkoda, że on był ich wrogiem, nie twoim- Nie patrz tak na mnie.
Jin poczuła suchość w ustach.
- To oni?
- Ten sam Francuz, któremu następnie pomogłaś. Skoro śmierć Joshuy nie zdołała położyć się cieniem na waszej śmiesznej przyjaźni, skąd mogę mieć pewność, że właśnie go nie kryjesz?
- Skąd wiesz?
- Od twojego drugiego przyjaciela - powiedział od niechcenia. - Wsypał go, myśląc, że w ten sposób mu pomoże. Bezmyślne, białe kundle.

Fei przechadzała się wzdłuż witryny w tę i we w tę, ważąc w ręku kostkę brukową, którą niosła w zabranym z mieszkania Ralfa plecaku - z rozmysłem wybrała markowy, pomimo tego, że z powodu wąskich szelek nie wydawał się solidny, a już z pewnością nie nadawał się do tego, by załadować do niego kamienie. Miała nadzieję, że Ralf za nim przepadał, choć w skrytości ducha powątpiewała w to, by ta strata mogła go w jakikolwiek sposób dotknąć. Pomyślała o tym, że mogłaby na nich zaczekać pod wskazanym adresem, a w nocy zakraść się do nich po ich własnych śladach, by roztrzaskać im głowy we śnie. Na to zasłużyli. To by odczuli.
Zamiast tego zamachnęła się i zaraz skuliła, kiedy szyba runęła z przeraźliwym hukiem. Uważając, by się nie skaleczyć, poszerzyła wyrwę na tyle, by móc wśliznąć się do środka. Nim weszła, jej plecy spłynęły potem, a ręce trzęsły się tak, że musiała zacisnąć palce w pięści, by odzyskać w nich czucie i zapanować nad drżeniem. Bała się, że lada moment usłyszy tupot stóp; tego typu incydenty zdarzały się już w przeszłości, na samym początku, kiedy przemierzała miasto w pojedynkę. Tianjin był martwy, tak, ale świeże ślady bytności innych ludzi nie pozwalały zapomnieć o tym, że tu i tam wciąż kryły się zastępy rozwrzeszczanych, spragnionych rozlewu krwi diabłów - białych, żółtych, czarnych. Kolor stracił na znaczeniu.
Nie musiałaby ryzykować robieniem hałasu, gdyby nie ssanie w żołądku (samo w sobie nie było problemem), z którym w parze szły mdłości (do wytrzymania) i wreszcie widmo zasłabnięcia. Wiedziała, że nie miała w ustach niczego konkretnego od wielu, wielu godzin i że w pewnym stadium zmęczenia sama próba zerwania się do biegu sprawi, że wzrok naraz zamgli się, uszy wypełnią szumem, a ona padnie na ulicę, płacząc z bezsilności. Nie mogła sobie na to pozwolić. Ku jej wielkiemu rozczarowaniu, Ralf nie zostawił u siebie niczego, co mogłaby przełknąć, nie zastanawiając się, czy zaraz to zwróci.
Wkroczyła między półki - większość z nich musiała świecić pustkami już wtedy, kiedy zaczęły się pierwsze utrudnienia w zaopatrywaniu poddanych kwarantannie miast, ale między przeterminowanymi, wzdętymi puszkami (źle zamknięte, pomyślała) znalazła kratę z pasteryzowaną, ugotowaną na parze białą fasolą. Wepchnęła do plecaka trzy słoiki, nim zorientowała się, że nawet po wyciągnięciu kostki brukowej - którą odłożyła w miejsce zabranych konserw, jakby dokonała wymiany ze strzegącym ich bożkiem - nie zmieści wiele więcej. Wróciła się do kas, z których zabrała nożyczki i ekologiczną, nadającą się do przerzucenia przez ramię torbę na zakupy. Rozcinając niebezpiecznie szeleszczące, plastikowe woreczki z orzechami i przesypując je do bawełnianego worka usiłowała rozsądzić, czy powinna się się gdzieś zatrzymać, by podgrzać to, co znalazła, czy zadowolić się batonikiem i butelką soku, a pastę z fasoli przygotować sobie u Claude'a, przy na wyrost optymistycznym założeniu, że dotrze tam przed zapadnięciem mroku. Była wściekle głodna, ale bała się wyłamywać zamki - bała się tego, co może zastać w środku tych mieszkań, które nie zostały porzucone; bała się tego, co mogło zalęgnąć się w tych hotelach, których nie zamieniono w szpitale.
Usadowiwszy się między paletami na zapleczu, rozerwała zębami paczkę Latiao i wyciągnęła z plecaka turystyczną mapę miasta.
- Jeszcze trochę - powiedziała ni to do siebie, ni do swoich nóg, z których nie zzuła butów, wiedząc, że nie będzie w stanie postąpić ani kroku, jeśli choć na moment pozwoli pokrytym pęcherzami stopom zapomnieć o niewygodzie. - Jeszcze tylko trochę.

- Ralf.
- Idę.
- Nie, słyszysz to...? - zapytał Claude, zatrzymawszy się i wbiwszy kciuk w przestrzeń między brwiami, jakby w nadziei na to, że to pomoże mu w złagodzeniu ból, który zdawał się rozsadzać czaszkę od środka. Za sprawą marszu kaszel, który nie powinien męczyć go jeszcze przez kilka godzin [jesteś tego pewien? - usłyszał zadane swoim własnym pełnym pogardy głosem; uciszył samego siebie] od pewnego czasu zmuszał ich do robienia przerw, by w trakcie ataku nie zadławił się powietrzem, więc Ralf, zapewne przypuściwszy, że nadszedł następny napad, położył mu rękę na ramieniu, jakby w pytaniu, czy był w stanie iść. Wydawał się strapiony, choć nie tym, czym powinien.
Claude machnięciem ręki zbył tę niepotrzebną troskę i wskazał w kierunku, z którego - jak mu się wydawało - wiatr przygnał pogłos warczenia silnika.
- Słyszałeś...?
Ralf również zastygł w bezruchu, ale zaraz rozluźnił się, uśmiechnął z politowaniem i wskazał na przepełniony śmietnik na końcu ulicy. Nawet stąd widzieli, że wrony, które tłumnie obległy kosz usilnie próbowały dziobami rozerwać coś, co z odległości przypominało zdeformowaną puszkę.
- To tylko te głupie ptaki.
Claude nie wyglądał na przekonanego, ale szturchnięty w bok również zdobył się na uśmiech i zdawkowe przytaknięcie.
- Zastanów się: jak mieliby nas znaleźć? Nie chciałbym cię cytować, ale obaj wiemy, że to miasto jest kurewsko wielkie - Ralf rozłożył ramiona, jakby zamierzał nimi objąć pobliskie wieżowce; nim wsunął ręce z powrotem do kieszeni, w pieszczotliwym geście zdołał złapać go za kark i nieco nim potrząsnąć. - I obaj wiemy, że najgorsze jest już za nami. Nie mów, że nasz mały, romantyczny spacer zaczął napawać cię grozą.
- Może to dobrze, że nie spotkaliśmy się wcześniej - Claude zakasłał krótko i ruszył przed siebie - nie wiem czy chciałbym, żebyś mnie dokądkolwiek zabierał, skoro to jest dla ciebie romantyczne.
- Byłbyś pierwszy. Inni nie narzekali - zauważył Ralf, zanim z wystudiowanym znudzeniem kontynuował:
- Rozumiem, że we Włoszech mógłbyś czuć się prawie jak u siebie, ale co powiedziałbyś na Wietnam? Dobrze, załóżmy, że w Wietnamie też czułbyś się jak u siebie - mieszkasz tu dłużej. Ale co powiedziałbyś na Rosję? W Rosji mogłoby ci się spodobać - w Pałacu Zimowym może nawet zmieściłoby się twoje ego.
- Nie byłem tak rozbestwiony.
- Co?
- Mówię, że nie byłem szczególnie wybredny. Byłem kilka razy w Tajlandii, byłem w Japonii i w Korei, ale to praktycznie za rogiem. Nazwij mnie sentymentalnym, ale zawsze najbardziej lubiłem wracać do domu.
- Czyli?
- Co: czyli?
- Gdzie? Tu czy na tę twoją francuską wieś?
- I tu, i tam. Nie wiem. Kurwa, nie wiem, naprawdę- Przez kilka lat to było takie proste: na początku wracałem tam.
- A potem?
- Po półtora roku wszyscy wyprowadzili się do Paryża, wydawali mi się obcy - zaczynali zakładać rodziny z ludźmi, których nie znałem, a Camille... Stara znajoma, w podstawówce obciąłem jej włosy nożyczkami- Zazwyczaj zatrzymywałem się u niej. Krótko potem zmarła. Była w drodze do pracy, kiedy wybuchły zamieszki. Ładunek w metrze.
- Przykro mi.
- To nic. Sam wiesz, jak było. W każdym razie wracałem z Paryża wyczerpany, więc Goran zaproponował, żebyśmy polecieli razem. Przez kilka lat znów wszystko znów było proste: ustalaliśmy kierunek i lecieliśmy razem, żeby złapać oddech. Razem wróciliśmy tam po raz ostatni, to znaczy: do Francji. Potem miał wypadek - nie potrafiłem znaleźć sobie tu miejsca, ale z nikim tam też nie utrzymywałem już bliskiego kontaktu, nawet z własną matką. Co miałbym jej powiedzieć? Wszystko się tak popieprzyło. Na szczęście świat się skończył - wtrącił z przekąsem - i znów cieszę się na powrót do mojego mieszkania. Prawdopodobnie będziesz musiał zaczekać na klatce, bo nie pamiętam jak wielki zostawiłem tam burdel.

Niebo prześwitujące między budynkami z wolna przybierało rdzawopomarańczową barwę i Fei mimowolnie przyspieszyła kroku. Zdawała sobie sprawę z tego, że szanse na znalezienie się u celu przed zapadnięciem mroku były nikłe, ale wiedziała, że z chwilą, z którą sięgnie po latarkę, wystawi się na ataki ze strony tych, którzy woleli poruszać się w ciemnościach jak karaluchy. Już raz przekonała się o tym, że ucieczka w takich warunkach - kiedy w popłochu odrzucała latarkę i niby niewidoma wbiegała w nieznane uliczki, modląc się, by wciąż porażone światłem źrenice skurczyły się na tyle, by była w stanie zobaczyć przynajmniej kontury przeszkód na drodze - graniczyła z cudem i nie chciała przekonywać się na własnej skórze, czy fortuna uśmiechnie się do niej ponownie w podobnej sytuacji.
Wtedy usłyszała szelest. Dookoła nie widziała nikogo; kłęby pary, w które przeistaczał się jej przyspieszony oddech, na krótko przesłonił widok, i wtedy spostrzegła ruch. Tamten człowiek również musiał ją zauważyć. Gdyby miała zgadywać, powiedziałaby, że stał sto pięćdziesiąt, może dwieście metrów dalej.
Niedobrze, pomyślała. Kurwa, niedobrze.
- Idź w drugą stronę - wyszeptała, wycofując się noga za nogą, jakby miała przed sobą dzikie zwierzę - idź w drugą stronę. Idź w drugą-
Ale on ruszył na nią i kiedy Fei rzuciła się przed siebie, usłyszała, że od również biegł.

- Jesteś pewna?
Nie.
- Tak.
Przez lata Jin zdążyła wielokrotnie przekonać się, że połowa sukcesu tkwiła w sprawianiu pozorów, dlatego wbrew sobie i dławiącemu strachowi szła przed siebie wyprostowana, choć z postawionym kołnierzem, by nie czuć natrętnych spojrzeń na karku i z rękoma wbitymi w kieszenie kurtki, by nikt nie spostrzegł, że tę wymuszoną pewność siebie przypłacała zaciskaniem pięści tak zapamiętale, że palce zbielały. Niebo na horyzoncie zdawało się spływać krwią.
- Po takim czasie Joshua musi być w fatalnym stanie.
Pomyślała o poczerniałych twarzach ludzi, którzy zmarli na ulicy. Pomyślała o przegniłych mięśniach odchodzących od kości i larwach, które wiły się tuż pod skórą.
- Dlaczego go nie pogrzebaliście? - zapytała, nim histeria wzięła nad nią górę. - Dlaczego pozwoliliście mu tkwić na tym pierdolonym drzewie?
- Nie jestem przesądny, ale oni tak. Nie chcieli się do niego zbliżać.
- Jakby śmiercią przez powieszenie można było się zarazić.
- Jeśli mogę oszczędzić im koszmarów, robię to.
Jin przyjrzała się Zedongowi z ukosa - Zedongowi, który nawet się tak nie nazywał i który zbudował image przy pomocy terroru. Ze szpetnych odbitek w dokumentach patrzył na nią pozbawiony werwy, znużony urzędnik, istny produkt swoich czasów, w niczym nieprzypominający kroczącego tuż obok mężczyzny.
- Chcę usłyszeć ich przyznanie do winy - odezwała się, kiedy przekroczyli bramy parku. Starała się nie rozglądać na boki w obawie, że między konarami spostrzeże inne zwisające bezwładnie nogi. - Chcę, żeby się przyznali, nawet jeśli trzeba będzie przetrącić im obu kręgosłupy, żeby to z nich wyciągnąć.
- Każdy przyznałby się do winy w takich okolicznościach.
- Oni powinni zawisnąć już za to, co zrobili mi. Co zrobili Shujuan. Zhannie. Fei.
- Nie ruszyli jej.
- Co?
- Nie chciałbym, żebyś błędnie odebrała to jako próbę usprawiedliwienia, ale Wen i Tang twierdzą, że pozostali stchórzyli, a ona- Ona wykazała się inteligencją. Nie wspomniała o tym nikomu słowem. Tang mówi, że i tak była w szoku, to naturalne, nie powinna zostać wystawiona na taki stres i nie powinna była widzieć, jak wlekli tego Francuza korytarzem, jakby już nie żył, ale nikt nie zdążył-
- Rozumiem.
- W pewnym sensie pozostaję twoim dłużnikiem.
Jin milczała.
- Przyznaję, że wielu z nich wymyka się spod kontroli, ale to Yijun był problemem, który za mnie rozwiązałaś. Pozwól, że - Zedong przystanął i zagrodził jej sobą ścieżkę - pozwól, że jako człowiek, który chce spłacić dług, zapytam po raz ostatni: czy jesteś pewna, że chcesz go zobaczyć? Yijun nie wyglądał dobrze, ale on- Oni nie zbliżali się do niego bez powodu.
- Jestem mu to winna.
Zedong milczał przez moment, a potem postąpił krok w bok, usuwając się z drogi. Już wtedy wiedziała, że musiał zauważyć go pierwszy, że sama dostrzegłaby Joshuę, gdyby nie skupiała się na odpychaniu od siebie wspomnień o wrzaskach tamtego, o trawie błyszczącej w mroku nocy od krwi.
I wtedy go zobaczyła.

W którymś momencie Claude zaczął poznawać budynki i świadomość tego, że znalazł się w sąsiedztwie, w którym niegdyś musiał kręcić się niczym bączek, nim nabrał rozeznania w terenie, sprawiła, że prawie rozpłakał się z ulgi.
- Jesteśmy.
- Gdzie?
- Niedaleko - powiedział. - Już niedaleko.
Pomimo tego, że od wielu godzin szli bez przerwy, Claude na chwilę zapomniał o zmęczeniu i prawie podbiegł do rogu, na którym wystawiali się sprzedawcy. Pamiętał ich stragany, brzęczenie monet i szeleszczenie parzących palce bułek w papier; pamiętał, że zatrzymywał się tu, kiedy wracał z pracy nad ranem. Sprzedawca z początku nie pozwalał sobie na zaczepki, ale zorientowawszy się, że laowai umiał wydusić z siebie coś więcej niż nieudolne, bełkotliwe zao shang hao i równie niezgrabne xie xie, zaczął sobie z niego nieszkodliwie żartować, kiedy spotykali się bladym świtem. Lata były upalne, a poranki parne i duszne, co zdawało się szczególnie nie wadzić tym, którzy się tu urodzili; Claude zlewał się potem pomimo podwiniętych rękawów koszuli. Dobrze znosił wysokie temperatury, ale nie wysoką wilgotność.
Niższa zabudowa ustąpiła wieżowcom; między ich masywnymi, przytłaczającymi sylwetkami kłębił się przygnębiający półmrok. W żadnym z tysięcy okien nie paliło się światło, a mimo to Claude nie mógł pozbyć się myśli, że pustostanów było zbyt wiele, że w którymś z mieszkań musiało tlić się życie; że musieli być obserwowani. To przykre wrażenie zniknęło, kiedy zbliżył się do martwego panelu u zamkniętych podwoi - były zamknięte. Nim wyciągnął zapasowy klucz, pomyślał o tych wszystkich razach, kiedy wprowadzał kod z pamięci, bez zastanowienia, pomimo tego, że konsola była wytarta. Powiódł palcami tuż nad nią, ale w pewnym momencie zamarł, uzmysłowiwszy sobie, że nie umiał przywołać z pamięci trzech ostatnich cyfr. Z przepraszającym grymasem pociągnął za klamkę.
Poza tym wszystko było dokładnie takim, jakim je zostawił i kiedy weszli do środka, w ich nozdrza uderzył ten sam słodkawy, wywołujący mdłości fetor zgnilizny, który przed paroma miesiącami zapewne nie miał prawa być tak silny jak obecnie, a i tak sprawiał, że wówczas walczył z odruchem wymiotnym, ilekroć musiał udać się na poszukiwania wody. Nawet po wprowadzeniu kwarantanny zaraza, która strąciła ludzkość z piedestału przetrzebiała populację; szpitale pękały w szwach, więc ludzie zaczęli umierać w swoich łóżkach. Claude nie miał im tego za złe - wiedział, że nie mieli na to większego wpływu ani sił na podźwignięcie się do pionu - jednak z odrazą patrząc na to, jak nienawykłe do światła karaluchy w pośpiechu rozpełzły się pod ściany, kiedy wspięli się na pierwsze piętro, mimowolnie pomyślał, że niektórzy mieszkańcy mogliby w przededniu wyzionięcia ducha usunąć się stąd o własnych siłach z szacunku do tych, którzy nie wybierali się na tamten świat.
Numery mieszkań i pięter rosły.
Claude pamiętał słupek rtęci w staromodnym termometrze, który piął się w górę równie wytrwale pomimo rozpaczliwych błagań o to, by zatrzymał się, zatrzymał i na powrót skurczył. Leżał złożony wysoką gorączką w przepoconej pościeli przez wiele, wiele dni, nim wreszcie zdobył się na powstanie - pamiętał zawroty głowy, które sprawiły, że usiadł na podłodze kuchni z paskudnym przeczuciem, że spędzi tam noc i pamiętał, że choć przegotowanie wody wyzuło go z resztek energii, znalazł w sobie dość samozaparcia, by powoli, powoli przeczołgać się z tam, skąd przyszedł - ale wiedział, że nie umrze, że nie rozłoży się wśród poduszek, które wsuwał pod kark i krzyż, by ucisnąć bolesne punkty i na moment przynieść sobie ulgę. Pamiętał, że tego dnia, którego poczuł się nieźle, na zewnątrz wstał szary, wietrzny świt i że wiatr wył, i wył, i wył.
- Zaczekaj.
Wył i wył, ponieważ zostawił otwarte okna.
- Nie wygłupiaj się.
Ralf, który nie zdawał sobie z tego sprawy nie zamierzał stać w progu; zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać, pchnął drzwi i te stanęły przed nimi otworem. Przeciąg sprawił, że drewniane żaluzje zaczęły tłuc o ramy okien niczym wierne psy, bijące ziemię ogonami na widok pana. Doniczka roztrzaskała się na podłodze.
Claude w milczeniu potoczył wzrokiem po mieszkaniu: po pozostałych zaniedbanych sukulentach, po ubraniach niedbale przerzuconych przez hokery, po postawionym na blacie baru kuchennego kubku, w którym resztki kawy musiały zaskorupieć niczym cement, po przyczepionych magnesami do lodówki odbitkach i po kolumnach wciśniętych w rogi mieszkania. Wyraźniej niż kiedykolwiek przedtem widział wszystko to, co liczyło się w życiu człowieka, którym był: masywny, krzykliwy obraz na ścianie, satynowy płaszcz kąpielowy, który musiał zsunąć się z kołka i zdawał się wypływać z łazienki, widoczne za uchylonymi drzwiami lustro i schludne, choć przykurzone rządki kosmetyków, balsamów i bezużytecznych produktów do stylizacji włosów, które wymagały przystrzyżenia, wyniesiony z poprzedniego mieszkania gramofon, który ukochał sobie Goran i wciśnięte tuż obok płyty winylowe w naddartych kartonowych albumach. Gdyby postąpił kilka kroków, być może zdołałby kątem oka spostrzec widmo samego siebie, ten cień dawnego ja, który błąkał się tu na podobieństwo duszy potępionej; być może zdołałby zobaczyć, jak pochyla się nad rzeczami, które wypadły z szafy, jak podnosi z ziemi atramentowoczarne koszule i wzorzyste bomberki, jak bosą stopą poprawia wiedenki, sztyblety i trampki, jak patrzy na niego z rozczarowaniem, jak wzdycha i bezpowrotnie znika.
- Fei tu nie dotarła - stwierdził Claude. Gdyby zignorował mięsistą warstwę kurzu, mógłby udawać, że wyszedł stąd przed tygodniem. - Wszystko jest na swoim miejscu.

- Myślisz, że coś się jej stało? - zapytał, przyklęknąwszy na jedno kolano z szufelką w dłoni. - Ralf?
- Może wyszła po wodę - zauważył nieobecnym tonem tamten. Claude, który zaczął zmiatać rozsypaną ziemię, wychylił się zza sakwy i zobaczył, że Ralf wpatrywał się w wywołane, zawieszone w ramkach odbitki i monstrualnych rozmiarów wydruk na płótnie. Bóg jeden wiedział, co dostrzegł w lesie opiętych pajęczynami rajstop nóg i połysku wściekle karmazynowych szpilek.
- Wiedziałbym, gdyby ktoś wszedł tu pod moją nieobecność.
Znów odpowiedziała mu cisza.
- Ralf, mówię do ciebie.
- To twoje nogi. Druga para od prawej.
- Tak, moje i nie tylko. Myślisz, że coś mogło się jej stać?
- Co ty robiłeś w szpilkach?
- Próbowałem nie skręcić sobie kostki. Myślisz, że coś się jej stało?
Ralf wzruszył ramionami. Nie oderwał wzroku od obrazu.
- Nawet jeśli - nie jesteśmy w stanie jej pomóc - powiedział wreszcie, ale zaraz znów umilkł, by pozbierać myśli. - Kim są ci ludzie?
- Moi przyjaciele - westchnął Claude i wyprostował się na tyle, na ile mógł, choć nie musiał widzieć zarysów sylwetek, by wiedzieć, do kogo należały. - Od lewej... Einar, Norweg. Nie studiowaliśmy razem, ale wiesz, jak to wygląda, kiedy jest się tu białym, to znaczy: białym albo czarnym. Pytasz, gdzie się podział mój zdrowy rozsądek - właśnie na niego patrzysz. Lubili się z Goranem - stoi obok. Nie chciał wydepilować nóg i powtarzał, że będziemy wyglądać jak cioty, ale to on powiedział, że musimy wyglądać i to on nalegał, żebyśmy poszli ubrani właśnie tak. Jinhai... Jinhai wszędzie był u siebie, wszędzie czuł się jak ryba w wodzie i przez to bez przerwy ze sobą rywalizowaliśmy, ale był- Był wierny. Ani razu mnie nie wystawił, ani razu nie próbował podłożyć mi nogi. Obok niego widzisz Chunhuę.
- Chunhuę, która...?
- Była bystra. Chunhua była kurewsko bystra. Miałbyś z nią problem - zaśmiał się - i kiedy o tym myślę, być może mam typ. Sypialiśmy ze sobą - nie krzyw się, chyba nie myślałeś, że jesteś moim pierwszym? - nawet po tym, kiedy już znalazła sobie narzeczonego. Przypuszczam, że do samego końca liczyła na to, że się jej oświadczę - wyszła za mąż z wygody, nie z miłości. Wpadła po pewnym czasie, co było nieuniknione, i zerwaliśmy kontakt. Dziecko nie było moje. To zdjęcie zostało zrobione, kiedy ledwie zaczęła umawiać się z Liangiem. Obok jestem ja. Chunhua kupiła te szpilki dla siebie i potem udało się jej je zwrócić, chociaż Bóg mi świadkiem, że z kilometra wionęło od nich alkoholem i potem. Obok mnie stoi Kuo - przypominał rzezimieszka z Triady i w zasadzie przez to podejrzewaliśmy, że nim nie był, ale i tak go uwielbiałem.
- I?
- I?
- Widzę, że to nie wszystko.
- Myślę, że on też mógł przeżyć. On był takim człowiekiem, na którego wszyscy postawilibyśmy nasze głowy, że przeżyje.
- A Chunhua?
- Co z nią?
- Kochałeś ją?
Claude był zbyt zbity z tropu tym pytaniem, by udzielić odpowiedzi od razu, więc tylko spojrzał na niego z politowaniem.
- Kiedy ktoś za kilka lat spyta mnie o to, kim dla mnie byłeś, powiem, że zazdrość zżerała cię na samą myśl o tym, że ktoś poza tobą mógłby uważać mnie za skurwysynowatego Francuza i mimo to chcieć się ze mną pieprzyć. Nie, Ralf, to było skomplikowane. Nie umiem ci tego wyjaśnić. Nie po tym, jak się rozeszliśmy.
- To przeszłość. Zostawmy to - uciął niespodziewanie Ralf. Claude odniósł wrażenie, że temperatura w pomieszczeniu spadła o kilka stopni. - Nie powinienem był pytać.
- Nie - przyznał półgłosem - nie powinieneś. Ale skoro chcesz wiedzieć: z nich wszystkich zależało mi tylko na Goranie, chociaż nie tak, jak to sobie wyobrażasz. Sprawdź, proszę, ile puszek zostało w szafkach. Musimy coś zjeść na kolację. Zaraz skończę sprzątać tę ziemię.

- Co potem?
Postawiwszy przed Ralfem to pytanie wraz ze szklanką burbona, Claude nie liczył na wiele, ale miał nadzieję, że uda się mu przełamać milczenie.
- Co zrobimy? Nie możemy tu zostać.
- Na początek możesz upewnić się, że zaciągnąłeś zasłony - zabrzmiała sucha replika. - Wolałbym nie mieć towarzystwa.
- Wyrzucasz mnie z własnego mieszkania?
Ralf bez większego zainteresowania wertował znaleziony magazyn i nawet nie podniósł na niego wzroku.
- To wyłącznie twoja interpretacja. Kto wie, co zrozumiałeś?
Gdyby Claude zapalił, być może nie powiedziałby tego, co powiedział, co zamierzał wypluć pod nogi Ralfa, ale znalazł się w stanie, w którym przypominał minę przeciwpiechotną. Nie potrzebował wiele, by wybuchnąć.
- Czy umiesz być słodki wyłącznie z kutasem w pysku? Myślisz, że zatkasz tym-
- Powinieneś zapalić - wtrącił tamten, ale w pozornie niewzruszonym tonie głosu kryła się wściekłość. - Być może wtedy przestałbyś posądzać mnie-
- Och, biedny, porzucony Ralf. Zostawili mnie, Claude, wszyscy zostawili mnie dla kogoś innego. Pociesz mnie, pocałuj mnie, zerżnij mnie-
- Zamknij się.
- Zerżnij mnie i bądź przy tym dyskretny, Claude, nie chciałbym, żeby ktoś nas razem zobaczył. Powinieneś milczeć, Claude, powinieneś wykonywać moje polecenia, Claude, bo tylko wtedy jesteś dla mnie czegoś wart, Claude. Jesteś takim samym skurwysynem jak oni. Umiesz brać i brać, i nie rozumiesz, że-
Szklanka, którą trzymał rozbiła się, a alkohol rozbryznął na ścianie na podobieństwo wzoru zaczerpniętego z testu Rorschacha.
- O co ci chodzi?!
- O co mi chodzi?! - wrzasnął - wiesz, co zrobiłbyś, gdybyśmy przespali się w innych warunkach? Wyszedłbyś nad ranem i zniknął, bo nie miałbyś odwagi, by cokolwiek zmienić w swoim pierdolonym, pedantycznie poukładanym życiu. Nawet nie próbuj udawać, nie próbuj, kurwa, łgać, że jestem dla ciebie czymś innym niż rozrywką na kilka nocy! Ludzie, którym tak zazdrościsz nie traktowali mnie lepiej! Byłem dla nich bibelotem, czymś, co dobrze jest mieć w tle, żeby zdjęcie wyszło udane - zamiast mnie mogliby wstawić basen, stolik z kieliszkami, bungalow z widokiem na morze! Nigdy nie interesowałem ich j a - nie umieliby wskazać jednej rzeczy, którą lubiłem, jednej rzeczy, która wyprowadzała mnie z równowagi. Byłem wiadrem z lodem i szampanem, które wygodnie było mieć pod ręką, pokazać i powiedzieć: "to moje"; byłem dodatkiem do historii, które mogli potem opowiadać znajomym, tym znajomym, na których naprawdę im zależało - "poszliśmy tam, robiliśmy to, widzieliśmy jak" - ale na tym koniec! Jesteś taki sam.
- Jak zwykle widzisz wszystko takim, jakim chciałbyś to widzieć! Czym innym miałbyś być? - wykrzyknął, zanim zaśmiał się histerycznie. - Czy nie wszystkich mamisz tymi samymi wyświechtanymi banałami, nie wszystkim każesz myśleć, że są inni? Że znaczą dla ciebie więcej niż reszta?
- Nie - wycedził oschle - nie. To tobie zależało na tym, żeby ktoś się tobą zajął, a potem zniknął - i wiesz co? Zrobiłbym to. Zrobiłbym to, kurwa, nawet wziąłbym za ciebie kulę, nie licząc na nic w zamian, na nic, może poza tym, że nie uciekniesz i nie pozwolisz mi zdechnąć w samotności. O co ci, kurwa, chodzi, Ralf? Zazdrościsz ludziom, którzy nie żyją, ale nie rozumiem dlaczego - przecież już uznałeś mnie za swoją własność, może się mylę? Spośród tych wszystkich skurwysynów tylko Goran był czegoś wart; był inny. Znał mnie jak własne mieszkanie, do którego możesz wejść, nie zapalając światła i nie zabić się o podwinięty róg dywanu, bo wiesz, że on tam jest; znasz rozkład pomieszczeń i umeblowanie; wiesz, które klepki zaskrzypią, jeśli na nie nastąpisz; wiesz gdzie trzymane są brudy, wiesz, z których szaf wypadają trupy. Ty odwracasz wzrok od wszystkiego, co nie pasuje do twoich wyobrażeń, a ja przymykam na to oko, bo jesteś moim przyjacielem - nawet jeśli ja nie jestem twoim.
- Claude-
- Nawet jeśli ci na mnie nie zależy i mógłbym zniknąć z twojego życia z dnia na dzień.
- Claude, ja-
Ralf wyraźnie walczył ze sobą, ale nie umiał wykrztusić słów, którymi się niemal zadławił; wreszcie zawahał się i zachował milczenie, ale wpatrywał się w niego z niemą, rozpaczliwą prośbą o zrozumienie. Wybuch gniewu wypalił Claude'a; nie miał siły nalegać, by tamten dokończył zdanie. Bał się tego, co mógłby usłyszeć.
- Przepraszam - wydusił z siebie po chwili - przepraszam. Miałeś rację.
- Nie, Claude, ja-
- Idę zapalić. Wariuję.
Ralf poderwał się i złapał go za ramię.
- Nigdy nie byłeś dla mnie- Nigdy nie traktowałem cię jako pocieszenia na jedną noc. Nie stać mnie na to, rozumiesz?
Claude przytaknął Ralfowi z bladym, ugodowym uśmiechem i uwolniwszy ramię ze słabnącego uścisku, zabrał z kuchennego blatu paczkę papierosów.
Nie umiał mu uwierzyć.

- Ralf?
Po tym, jak wypaliły się świece, sypialnię spowił mrok. Rozespany Claude wsparł się na łokciu, usiłując złapać kontakt z rzeczywistością i nie osunąć się na powrót bezwładnie w sen, z którego nie w pełni się wybudził.
- Ralf, qu'est-ce qui se passe?
Gdyby spędzali tę noc w którymś z miniętych hoteli, być może nie zwróciłby uwagi na ugięcie się materaca i szelest pościeli; być może nie zauważyłby niewyraźnego, przywodzącego na myśl kleks kształtu, który zastygł w bezruchu na krawędzi ramy; być może uznałby to za przywidzenie i zignorował. We własnym mieszkaniu nie mógł pozwolić sobie na wzięcie skrzypienia podłogi za pozostałość snu, ponieważ nigdzie, nawet w snach, wysłużona podłoga nie uginała się w ten sposób.
- Ralf-
- Nic się nie stało - zapewnił tamten półgłosem. - Śpij. Nie chciałem cię obudzić.
Claude wyciągnął ramię przed siebie i dosięgnął przygarbionego cienia. Kiedy ten drgnął pod dotykiem i spróbował zwiększyć odległość między nimi, sam podźwignął się do siadu i przysunął na tyle blisko, by przywrzeć do pleców Ralfa.
- Znów koszmary...?
- Tak. To ten, który zawsze do mnie wraca.
- Nie myśl o nim. To tylko sen. Tylko sen, słyszysz? - wymruczał, wspierając brodę na jego ramieniu. - Połóż się.
- Fei nie przyszła.
- Nie wszyscy lubią szwendać się po ciemku.
- Nie lubię - przerwał mu Ralf - ale nie wiem, co innego miałbym robić.
- Chodź do mnie - poprosił szeptem - chodź do mnie, proszę.
Wzięty w ramiona Ralf wreszcie uległ i sam przycisnął się do niego tak, by nie pozostawić między nimi przestrzeni; Claude poczuł na sobie jego urywany, gorący oddech zaalarmowanego, skorego do ucieczki zwierzęcia. Pomimo senności, ponownie zdobył się na to, by niczym Szeherezada szeptem opowiedzieć mu o świecie, innym, nieosiągalnym świecie, w którym mogliby wracać do siebie i śmiać się jak dzieci; o świecie, w którym prawdopodobnie mogliby zacząć od początku. Oddech Ralfa powoli zwalniał i wyrównywał się, a spięte mięśnie rozluźniały się. Kiedy wreszcie zasnął snem sprawiedliwego, Claude przycisnął usta do jego czoła i bezgłośnie wypowiedział słowa, których nie ośmieliłby się wyrzucić z siebie na głos.
Kocham cię, kocham cię, kocham cię.


Edytowane przez wewau dnia 25-03-2020 21:30
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo
i.imgur.com/t2xvtud.png

Wspomnienia tamtych dni rozbijały się echem w jego pamięci, grzechocząc przy tym jak ziarnka w suchej już makówce; z kolejnym uderzeniem w głowę miał wrażenie, że za chwilę straci również i je, że rozsypią się po podłodze i potoczą po pokoju jak paciorki rozerwanego przez zbyt gorliwe powtarzanie różańca.
Pamiętał, że gdy otworzył oczy tamtego poranka ogarnęło go wrażenie, że wszystko co wydarzyło się dotąd było jedynie złym snem. Claude, którego nie było obok, wychynął zza progu kuchni, najwyraźniej zwabiony znajomym skrzypnięciem którejś ze sprężyn jego łóżka, niedosłyszalnym tak, że nikt poza nim nie wychwyciłby go w tej ciszy. Jedno spojrzenie na jego ciemne rozczochrane włosy, skrępowany uśmiech i idiotyczny szlafrok leniwie przewiązany w pasie wystarczyło by Ralf zrozumiał, że on również chciał, aby to wrażenie wciąż trwało.
Ralf uśmiechnął się do niego ospale. Pamiętał, że w powietrzu rozpływały się meduzy dymu kadzidła palącego się na parapecie i że przyglądał się im bezmyślnie, podczas gdy szczęk naczyń oznajmiał nadejście śniadania. Dawniej często budził się w cudzych mieszkaniach; początkowa dezorientacja prędko przekształcała się w namacalny plan ich opuszczenia, odnajdywał wzrokiem ubrania i drzwi i wychodził, nasłuchując ruchu w sypialni podczas gdy spięte palce ostrożnie naciskały klamkę. Zdarzały się wyjątki, te których żałował po paru tygodniach lub miesiącach i kiedy Claude ponownie pojawił się w pokoju Ralf zapragnął powiedzieć mu, że byłby jednym z nich, i że nie chciałby go żałować.
- Wyspałeś się? - zapytał Claude, wyrywając go z zamyślenia. Po takim czasie musiał być przyzwyczajony do braku odpowiedzi, ponieważ nie czekając na nią dodał: - To niewiele, ale powinieneś się najeść. Myślałem, że zdążę ci przygotować jakieś ubrania, ale chyba będziesz musiał wybrać je sam, a w łazience-
- Claude.
- Tak?
Ralf spojrzał mu krótko w oczy zanim speszył się, kryjąc zakłopotanie uśmiechem.
- Nic. Wszystkie są tak kretyńskie jak ten szlafrok?
- Większość - oznajmił Claude z powagą, ale śmiech prędko przełamał linię jego ust, jak gdyby wcale nie znajdowali się dwudziestym piątym piętrze opuszczonego bloku, a kadzidło nie tliło się celem stłamszenia lekkiej woni zgnilizny docierającej tu z sąsiednich mieszkań. Kiedy się śmiał Ralf przysiągłby, że rurami wciąż płynęła woda, a zasilona prądem lodówka znów wydawała z siebie szum pracującej chłodziarki, że była pełna, a wokół, nawet tu, blisko sto metrów ponad poziomem ponownie ruchliwej ulicy, tliło się życie. - Naprawdę ci się nie podoba?
- Jest-
- Zbyt krzykliwy? Wzorzysty? Zbyt pedalski?
- Dobrze wiesz, że-
- Że nie miałbyś jaj go założyć. Zazdrościsz mi. Rozumiem, że bałeś się tego co pomyśleliby ludzie, ale czy widząc własne odbicie w czymś takim bałbyś się nawet tego co pomyślałbyś sam?
- Jest pewna różnica między baniem się a dbaniem o wizerunek.
- Chyba raczej pilnowaniem, by ten był jak najdalszy od rzeczywistości - Claude krótko chwycił go za brodę by przyjrzeć się jego twarzy i uśmiechnąć widząc znajome, powściągliwe uniesienie kącika ust Ralfa. - Nie mam racji?
- Nie chodzi o to, by był jak najdalszy, a o to, by był optymalny.
- Optymalny - przedrzeźnił go Claude wróciwszy do kuchni po stygnące kubki z kawą. - Optymalny!
- Nie za blisko, nie za daleko. Jak z wyborem mieszkania pod miejsce pracy. Wystarczająco blisko by móc dotrzeć do biura na piechotę, wystarczająco daleko by nie widzieć go z okna.
- Trudno widzieć je z okna jeśli w nim mieszkasz, Ralf.
- Zabawne.
- A tak nie jest? Mieszkając pod biurkiem dopiero zoptymalizowałbyś swoją efektywność. Mikrofalówka z powodzeniem zastąpiłaby ci całą kuchnię, a kiedy żarcie z niej by ci zbrzydło z chęcią zaprosiłbym cię do siebie na obiad.
Z krzyżującymi się samoistnie ramionami Ralf uśmiechnął się pod nosem i pokręcił głową, poniekąd pogodzony z myślą, że takiego wyobrażał go sobie Claude, który musiał dawno pojąć, że z im większym protestem spotykały się jego przypuszczenia tym bliższe prawdy były - chociaż to te, które Ralf przemilczał całkowicie, oddawały rzeczywistość najwierniej. To również musiał zrozumieć, bo rozbawiony aż zbyt dobrze mu znaną ciszą przysunął się bliżej, tak by Ralf widział go nawet opuściwszy wzrok.
- Nie martw się, całe piętro zazdrościłoby ci lunchu, o ile zdążyłbym przed tobą wstać i ci go zapakować jak dziecku, ty nieszczęsny pracoholiku. Chociaż połowę czasu pewnie nie musiałbym nawet wstawać, bo akurat sam dopiero bym wrócił.
- Nawet ze mną czekającym w łóżku wciąż szlajałbyś się do świtu po klubach?
- Czy nie do tego zdążyłeś przywyknąć? - Claude odpowiedział pytaniem na pytanie, a ponieważ przywołało to na twarz Ralfa grymas, którego widok sprawiał mu potworną przyjemność podczas kłótni, i którego widoku nie mógł znieść w innych okolicznościach, prędko wyjaśnił, ująwszy go pieszczotliwie za brodę na krótką chwilę: - Podczas gdy ktoś inny rozbijałby się po klubach ja siedziałbym w samochodzie wysyłając ci dziesiątki wiadomości, a ty rano nawet byś ich nie odczytał, woląc nadrobić służbowe maile, które nagromadziły się w twojej skrzynce kiedy spałeś. Pewnie nawet byś mi nie odpisał do późnego popołudnia.
- Tak sądzisz?
- Znalazłbyś dla mnie miejsce w tym swoim napiętym grafiku?
- Mógłbym spróbować.
Claude przytaknął niedowierzająco, z gorzkim uśmiechem rozpływającym się na ustach.
- Z pewnością. A tutaj - wskazał na nagą pierś Ralfa, wymierzając palec, niemal oskarżycielsko, prosto w jego serce - tutaj też byś je znalazł czy tylko w łóżku?
Ralf milczał przez chwilę.
- Postarałbym się.
Gorzki uśmiech nie zniknął, jak gdyby Claude sam nie wiedział na jaką odpowiedź liczył; nie zdawał się być nią przesadnie rozczarowany, ale, co było widoczne, jednocześnie nie wprawiła go w zadowolenie.
- Kawa wystygnie - chciał wstać, ale ku własnemu zdumieniu poczuł ciężar dłoni na barku, wystarczający aby nie podźwignął się z krawędzi łóżka. Ralf musiał być równie zdziwiony własnym odruchem, jak gdyby ten dokonał się wbrew jego woli, ponieważ bez cienia tej chwilowej śmiałości pozwolił jej spłynąć z ostrożnością po ramieniu, od łokcia do nadgarstka, aż ten obrócił się, a palce ich dłoni powoli splotły się w znajomym sobie, choć powściągliwszym niż nocami uścisku.
- Naprawdę bym się postarał. Chcę żebyś to wiedział.
- Wiem.
- Nie wierzysz mi.
- Odkochałbyś się gdybym potrafił tak naiwnie uwierzyć zawodowemu kłamcy.
Ralf roześmiał się krótko, kryjąc rozbawieniem niezręczność w jaką wprawiło go to stwierdzenie.
- W przeciwieństwie do ciebie, ja nie okłamałem cię ani razu. Prawdopodobnie wolałbyś, abym to zrobił - o ileż mniej mieszane uczucia bym wtenczas w tobie wzbudzał! - ale tak się nie stało. Wiesz wszystko: dobro jak i zło. I sam jeden wiesz ile wysiłku kosztuje cię tolerowanie tego drugiego.
- Mniej niż bym chciał. Mniej niż kogokolwiek powinno. - Spojrzenie Claude'a, patrzącego na niego spod przymrużonych powiek, graniczyło z zuchwałym; Ralf je uwielbiał.
- A jednak zbyt wiele.
Claude pokręcił głową.
Pamiętał jak uważnie obserwował Claude'a kiedy ten wtenczas na niego patrzył. Być może tylko z perspektywy czasu to spojrzenie wydało mu się tak czułe, a jednak już wtedy wystarczyło aby ośmielił się zbliżyć do niego twarz w oczekiwaniu na pocałunek, który by to potwierdził. Ten nie nastąpił natychmiast; Claude chwilę wędrował wzrokiem od jego oczu do ust, nie tyle prosząc o pozwolenie, co upewniając się, niepotrzebnie, że zostało mu ono dane.
Pierwsze z pocałunków były słodkie i ciepłe, ostrożne, choć pozbawione zawahania. Wystarczyły aby Ralf przestał zastanawiać się jak czuł się Claude z twarzą ujętą w dłonie, które zabiły, lecz to kolejne, bardziej stanowcze, uświadomiły mu z jaką łatwością przychodziło mu niepamiętanie o tym, że do tego samego były zdolne dłonie Claude'a. A podczas gdy jedna przyciągała go za kark, druga spoczęła na wgłębieniu jego pleców, skąd powoli przemieściła się - na bok, na biodro, na krawędź bielizny.
Pamiętał jak śmiali się: z tego, że Ralf nie kłamie i z tego, że częściej zdarzało im się pić zimną aniżeli ciepłą kawę.
Czy to wtedy usłyszeli szczęk klucza przekręcanego w zamku? Nie, nie, nie - Ralf uśmiechnął się w nagłym przebłysku pamięci, a krew cieknąca z pękniętych dziąseł spłynęła w dół jego zębów - to nastąpiło dużo, dużo później. Zdążyli zacząć śniadanie.

Chyba rozmawiali wtedy o algierskim miodzie, którego słoik, jeszcze dawno temu, starannie owinięty ubraniami mającymi chronić go nie tyle przed turbulencjami lotu, co niedbałością przerzucających między sobą walizki pracowników trzech miniętych lotnisk, znajomy przywiózł Claude'owi z krótkiego pobytu w domu, chcąc udowodnić mu wyższość rodzimej produkcji; ten słoik musiał kosztować krocie, a jednak był niczym innym niż częścią przyjacielskich przechwałek. Podobnie jak większość rzeczy, które zachowały się w szafkach jego kuchni, czekał na nadejście specjalnej okazji, schowany gdzieś w głębi z myślą o lepszych czasach, lepszej chwili, lepszym towarzystwie. Claude nie miał prawa wiedzieć w jakich okolicznościach przyjdzie mu go otworzyć.
Z pewnym rozbawieniem i jego słodyczą wciąż wyczuwalną na podniebieniu Ralf zauważył wtedy dwie zasadnicze różnice między nim a Claude'm: on musiałby na ten słoik zapracować, a wszystkie rzeczy, które zachowywał z nadzieją na pojawienie się w jego życiu specjalnej okazji, w pewnym momencie okazywały się być długie miesiące po swojej dacie ważności. Claude stwierdził, że gdyby Ralf poznał go wcześniej obydwa problemy rozwiązałyby się same - być może to wtedy w drzwiach jego mieszkania nieoczekiwanie przekręcił się klucz - ponieważ poczęstowałby go i miodem, i marynowanymi cytrynami, które unosiły się nieruchomo w złotej zalewie z paroma papryczkami, laską cynamonu i garścią goździków. Nie zdążyły się zakisić zanim opuścił mieszkanie, wyjaśnił Claude, obracając szkło w dłoni i przyglądając im się badawczo. Tak, przypomniał sobie Ralf: to wtedy Claude podnosząc wzrok z własnoręcznie opisanej etykiety zamiast na Ralfa spojrzał na przestrzeń za jego plecami, zaskoczony i jakby pobladły. Ralf obejrzał się przez ramię.
W progu stała Fei, ze skórą lśniącą od potu i z policzkami nabiegłymi krwią; podszedł do niej - nie, niemal podbiegł, gotów upaść przy niej na kolana i ją uścisnąć - ale kiedy się zbliżył świat poczerniał. Przez chwilę nie czuł nic poza bólem promieniującym z policzka do skroni i ucha, w którym rozbrzmiał ogłuszający pisk. Nie słyszał jak plecak, który smagnął jego twarz, z ciężkim łomotem wylądował tuż za nim, nie słyszał też słów wykrzyczanych przez Fei, choć widział jak jej usta poruszały się, jak gdyby w zwolnionym tempie, widział też jej pięści, którymi okładała go na ślepo nawet gdy zrobiwszy parę chwiejnych kroków w tył, osłaniając się rękoma, stracił równowagę. Te uderzenia nie bolały, choć Boże, jaka ona była wtedy wściekła! Claude próbował ją od niego odciągnąć, ale dziecinne ciosy ustały zanim mu się to udało, a ona, wyczerpana, zaczęła szlochać w ten sam tors, w który dobijała się pięściami - jak gdyby ten był drzwiami domu, które okazały się zamknięte gdy dopadł ją potwór, przed którym uciekała.
- Jak mogliście - usłyszał przez łkanie - jak wy mo-o-o-ogliście!
Gładził ją wtedy po wilgotnych od potu włosach, w szoku niepozwalającym na jakąkolwiek inną reakcję, a Claude patrzył na niego szeroko otwartymi oczami, przykucnąwszy tuż obok. Fei drżała, nabierając gwałtownie powietrza i wypuszczając je w beznadziejnej próbie uspokojenia oddechu. Pamiętał ból, który miał nie przeminąć jeszcze przez tygodnie, pamiętał też to, że bluza, którą dał mu Claude, przesiąknęła mu na piersi jej gorącymi, wściekłymi łzami, pamiętał też wyraz jej twarzy kiedy udało mu się odciągnąć ją od siebie na tyle, by mógł spojrzeć jej w przekrwione oczy - ale kiedy to zrobił, sam na powrót ją objął, szukając wsparcia w Claudzie, nie mniej bezsilnym niż on sam.
Gdzieś ty się podziewała, powtarzał, dopóki nie uzyskał odpowiedzi, co się z tobą stało?

Przez nasiąknięte krwią skarpetki i opuchliznę Fei nie była w stanie samodzielnie zdjąć butów. Nie dała rady także podnieść się o własnych siłach z podłogi - tłumaczyła wtedy, że od dłuższego czasu nie zatrzymywała się aby odpocząć, bo gdyby to zrobiła, nie byłaby w stanie podjąć wędrówki ponownie. Nogi same ją niosły, choć dawno przestały stawiać proste kroki, przez co ostatnie kilometry pokonała słaniając się jak gdyby była pijana, lub jakby przemierzała pokład statku podczas wyjątkowo paskudnego sztormu. Nie czuła ich, ale w ciągu paru godzin miały zacząć płonąć bólem zakwasów. Ten ból nie opuścił jej przez najbliższe dni; Ralf pamiętał, jak na niego narzekała.
Rozsupłał wpijające jej się w skórę sznurówki podczas gdy Claude przyniósł miskę z odrobiną wody. Fei tępym wzrokiem patrzyła na to jak ta zmieniała kolor pod jej stopami: z żółtawego w różowy, z różowego w czerwony.
- Piecze.
- Poszukasz jakichś plastrów? - Ralf zwrócił się do Claude'a, ale ten zdążył się za to zabrać zanim jego pytanie wybrzmiało do końca.
- Przyniosę bandaże.
- Chyba zabiłam człowieka.
- I wodę utlenioną! - Ralf dodał nie mogąc nie zwrócić uwagi na jej zdarte ścięgna. - Co takiego, Fei?
- Nie jestem pewna.
- Czego nie jesteś pewna, skarbie?
- Czy oddychał. Nie obejrzałam się.
- Kto oddychał?
- Mam: woda utleniona, bandaże, gaza, a to dla ciebie, Ralf.
- Facet, który mnie gonił.
- Źle to wygląda?
- Przyłóż zanim spuchnie. Jaki facet, Fei?
- Chciał ci zrobić krzywdę?
- Nie wiem.
- Wyżej - Claude przesunął zimną łyżkę wzdłuż jego kości policzkowej, aż Ralf syknął. - Jak to nie wiesz, na litość boską?
- Krzyczał żebym zaczekała a ja nie dałam rady biec. Więc go uderzyłam.
- Ralf żyje. Tamten też musiał to przeżyć.
- Kostką brukową. W głowę.
Ralf i Claude spojrzeli po sobie, niepewni co powinni jej powiedzieć; Fei musiała uznać tę chwilę ciszy za wyraz ich dezaprobaty, bo kontynuowała: - Bałam się, że coś mi zrobi, ja naprawdę nie chciałam, myślałam, że tylko go przestraszę i mnie zostawi ale- ale-
- Fei-
Ale to Claude ujął jej twarz ostrożnie w dłonie, zdobywszy się na mówienie spokojnym, powolnym głosem, jakim wyjaśnia się zasady funkcjonowania świata dziecku. Wciąż nim była.
- Gdybyś się przed nim nie broniła, to on mógłby zabić ciebie - oznajmił. - Rozumiesz?
Przytaknęła, przełykając ślinę i hamując ponownie wzbierający się szloch.
- To dobrze, że umiesz się bronić. Prawda, Ralf?
Ralf również przytaknął. Pamiętał jak Claude patrzył mu wtedy w oczy.
- No już. Nie płacz. Popatrz jak załatwiłaś Ralfa. Co przytargałaś w tym plecaku, kamienie? I skąd go masz?
- To mój.
- Nie pierdol. Byłaś u Ralfa?
- Ta bluza też jest moja.
- Mogę ci ją oddać-
- Nie bądź śmieszna. Noś ją ile chcesz. Chodziłem w niej kiedyś na siłownię.
Pamiętał gniew w jaki wprawiła go wcześniej myśl, że Fei mogłaby zobaczyć jego mieszkanie. To było zanim uświadomił sobie, że tak naprawdę nigdy nie było jego. Że go samego, tak naprawdę, nigdy w nim nie było - choć może właśnie to tak go wówczas niepokoiło, jak gdyby było zbrodnią, którą miała odkryć przekroczywszy jego próg. Ralf rozejrzał się po mieszkaniu Claude'a, nie mogąc powstrzymać cienia uśmiechu jaki przywoływała na jego twarz świadomość, że Claude tu był, a przynajmniej jakaś jego część, nawet pod jego nieobecność.
- Uśmiechasz się - stwierdziła Fei na głos.
- Cieszę się, że do nas dotarłaś - wyjaśnił Ralf, mierzwiąc jej włosy. - Claude, nie masz niczego zimniejszego?
Nie pytał czym zasłużył na tamten cios w policzek. Znał długą listę swoich grzechów wystarczająco dobrze by rozumieć, że Fei, zapoznana z niewielkim tylko jej fragmentem, miała pełne prawo zareagować w ten sposób. Przepraszała go parę razy - tamtego dnia, następnego, i podczas paru kolejnych, kiedy obrzęk na policzku wciąż pozostawał gorący i powoli zmieniał barwę z czerwieni w purpurę. Naiwnie myślał wtenczas, że mogło dojść do uszkodzenia kości, ale tamten ból, choć sam w sobie dotkliwy, był niczym w porównaniu do tego, który jeszcze na niego czekał. Wspominał go na skraju przytomności ze śmiechem i z metalicznym smakiem własnej krwi w ustach.
Nie wiedzieli wówczas co robić. Fei przyniosła ze sobą pewien zapas wody i jedzenia, zamierzając nie ruszać się stąd przez dwa lub trzy dni - z pewną urazą twierdziła, że nie miała zamiaru czekać na nich gdyby nikogo tu nie zastała, że chodziło tylko o schody, po których miała szczerze dosyć się wspinać, z czym zresztą nie mogli się nie zgodzić - ale nawet jeśli zsumować go z tym, co mieli oni sami: to było niewiele. Fei nie chciała zostać sama, Ralf nie zamierzał wypuścić Claude'a samotnie po tym, co stało się gdy ostatnio spuścił go z oczu, a Claude twierdził, że puszczony samopas Ralf nawet, jeśli znalazłby wszystko czego potrzebowali, nie wiedziałby jak tu wrócić. Pierwszego z tych dni, tych cudownych, długich, spędzonych we trójkę dni, nie opuścili mieszkania ani na krok. Być może kupili tym sobie czas; być może już wtedy było obserwowane.

Tamten dzień jawił mu się jako zlepek chwil: Fei łapczywie jedząca to, czego oni nie zdążyli, ich zaniepokojone spojrzenia wymieniane gdy sięgała po dokładkę, i ten jej pytający wzrok gdy bała się zapytać czy może.
To jak wybudziwszy się z krótkiej drzemki zaczęła z ciekawością rozglądać się po pomieszczeniu, i to, jak odzyskawszy siły zaczęła się po nim przechadzać, biorąc do rąk coraz to kolejne drobiazgi jakie tylko cudem mieściły się w mieszkaniu Claude'a; Ralf mógłby przysiąc, że półki uginały się pod ich ciężarem. Kiedy Claude pierwszy raz ją na tym przyłapał speszona nieomal wypuściła wysadzany cyrkoniami posążek Buddy z rąk, ale on, zamiast poprosić ją o jego odstawienie, leniwym, choć pełnym cierpliwości głosem, opowiedział jej skąd go miał i podejmował tę opowieść ilekroć coś innego wzbudziło jej ciekawość: figurki, książki, zdjęcia, wszystko to o co Ralf sam pragnął zapytać, choć przysłuchując się ich rozmowie udawał, że te wspomnienia go nużyły.
To jak Claude przewrócił oczami dobrze wiedząc, że jego znudzenie miało jedynie tuszować ciekawość. To jak z rozbawieniem unosił brwi zauważając zaaferowanie, w jakie wprawiały Ralfa słyszane imiona, oraz te, których Claude nie był w stanie przywołać z pamięci. To jak droczył się z nim, przechodząc na chiński ilekroć Ralf próbował udawać, że strony wertowanej przez niego książki interesowały go bardziej niż życie Claude'a w świecie, który już nie istniał. I to jak usatysfakcjonowany grymasem, jaki brzmienie obcego Ralfowi języka wywoływało na jego twarzy, powracał do angielskiego.
- Co z nim? - Fei, niekwestionująca dotąd zasad tej słownej przepychanki, w której uczestniczyła z dziecięcą ochotą, wreszcie zapytała Claude'a nachyliwszy się ku niemu konspiracyjnie.
- Jest zazdrosny, bo przez całe życie nie przeżył tyle co ja w jeden dzień - odpowiedział jej Claude po angielsku, choć spoglądając przez ramię patrzył prosto na Ralfa. - Nieprawda? Nie boli cię to jak ubogie wiodłeś życie?
Ralf przemilczał to pytanie, choć kiedy padło zapragnął zerwać się z kanapy i wyjść.
- Nie masz wrażenia, że je zmarnowałeś? - Kontynuował Claude. - Że nie masz teraz nawet czego wspominać?
- Nie wiesz zbyt wiele o tym, jak wyglądało moje życie.
- Kiedyś myślałem, że byłeś po prostu zamknięty w sobie, mało tego, poszanowałem twoją prywatność; dzisiaj wiem, że nie opowiedziałeś mi o niczym, bo nie miałeś o czym.
- Może.
- Może! Nie możesz znieść myśli, że gdyby jednak wyglądało inaczej, znalazłbyś się na którymś z tych zdjęć.
- Zamiast tego znalazłem się tu. Chciałbym powiedzieć, że nie mogę narzekać.
Claude roześmiał się miękko i przyjaźnie, kręcąc głową i dając Ralfowi tym samym do zrozumienia, że w jego głosie nie powinny były przebrzmieć szorstkie, defensywne tony.
- To oni mogliby zazdrościć tobie, gdyby żyli.
- Chyba mogą zazdrościć nam samego życia - wtrąciła Fei i zadarła głowę w górę by spojrzeć na Claude'a, którego dłonie z aprobatą opadły na jej ramiona.
- Żadnemu z nich nie było dane przeżyć tego, co przeżyliśmy my. I żaden nie przeżyje tego, co jeszcze nas czeka. Masz okazję nadrobić te blisko trzydzieści lat zmarnowanego życia, Ralf.
Ralf pamiętał nadzieję, która przebrzmiewała wtedy w głosie Claude'a. To chyba przez nią każdy zadany mu cios bolał tak strasznie.

Pamiętał jak spojrzeli na siebie gdy po wyczekiwanym zapadnięciu zmroku Fei zasnęła, oraz to jak niewielka wydała mu się jej głowa kiedy sprawdzając czy śpi pogładził ją po włosach. Pomyślał wtedy, że zwinięta w kłębek i przykryta kocem przypominała kocię, nie bez świadomości, że przyszła na świat z pazurami, które bezmyślnie zaostrzyli. Tymi samymi, które wyrwane mu samemu za młodu, odrosły silniejsze.
- Myślisz czasem o tym co zrobiliśmy?
- Zrobiliśmy wiele rzeczy - bulgot whisky przelewającej się z butelki do szklanek niemal zagłuszył szept Claude'a. - Niektóre z nich lubię wspominać. O innych wolę nie myśleć.
- Mam na myśli te drugie.
- Wolałbym gdybyś miał te pierwsze. Choć odnoszę wrażenie, że w twoim wypadku i pierwsze, i drugie, są tymi samymi.
Ralf przytaknął, niechętnie przyznając mu rację. Cichy brzdęk zderzających się ze sobą w toaście szklanek rozbrzmiał krótko, zmuszając ich do zerknięcia na Fei. Ani drgnęła, jednak Claude skinął na drzwi sypialni, po których ostrożnym zamknięciu kontynuowali szeptem rozmowę.
- To odrobinę bardziej skomplikowane.
- Nie musi być.
- Chciałbym.
Po ustach Claude'a powoli rozpłynął się uśmiech.
- A jednak nie o tym chciałeś porozmawiać. Powinieneś wiedzieć, że nie potrzebuję rachunku sumienia.
- Myślałem nad tym gdzie popełniliśmy błąd.
- Byłoby łatwiej pomyśleć ci nad tym gdzie go nie popełniliśmy.
Ralf zamilkł na chwilę, wpatrzony w swoją szklankę; ciepłe światło palących się w pokoju świec przechodziło przez kanciaste krzywizny szkła i zabarwione bursztynową czerwienią whisky, obrawszy kształt zdobień, padało na jego kolana, gdy nie pił, i twarz, gdy brał kolejny łyk.
- Żałujesz czegoś?
- Paru decyzji.
- Na przykład nie pozwolenia, by Gaspard mnie zadźgał? - Ralf zapytał, cichym śmiechem tuszując lęk przed tym, że w odpowiedzi usłyszy tak, na przykład. Claude pokręcił głową, zdając się rozbawiony tym, że to pytanie w ogóle padło.
- Tego nie. Ani tego, że nie pozwoliłem na to Zhannie. I zanim zapytasz, o ile w ogóle byś się odważył, tak, poniekąd żałuję też tego, że przez nią pewne rzeczy potoczyły się inaczej, niżelibym chciał. Nadal sądzę, że to twoja wina.
- Jeśli przyznam, że moja-
- To przyznam, że leży po obu stronach.
- Przepraszam.
Claude rozpromieniał chwilowo, dając wyraz zaskoczeniu, że słyszy to słowo. Nie padało z ust Ralfa często, ale musiał przyznać, że sam był w równym stopniu nieskory do przeprosin.
- Ja też. Nie zasłużyłeś na to, a przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim wtedy wydawało mi się, że zasługiwałeś.
- Nie w takim stopniu - przedrzeźnił go Ralf, tyleż obruszony tym stwierdzeniem co zadowolony poprzedzającymi go słowami.
- Trochę zasługiwałeś.
- Niech będzie.
Spojrzeli na siebie; jeszcze niedawno podobna wymiana zdań słowo po słowie eskalowałaby w kłótnię, z czego oboje, z pokornymi uśmiechami, zdali sobie w tej chwili sprawę. Ralf znów uciekł wzrokiem do własnej szklanki, za krawędzią której ukrył swój półuśmiech biorąc kolejny łyk.
- Nie żałuję też niczego dzięki czemu żyjemy. N i c z e g o. Ale to nie znaczy, że nie chciałbym aby wszystko wyglądało inaczej.
- Nie jestem pewien czy może.
- Najśmieszniejsze - podjął Claude, ignorując to przypuszczenie - że wtedy nie wydawało mi się to pojebane. Przeciwnie, to wszystko było naturalną koleją rzeczy, wynikało z siebie nawzajem, miało sens, cel, znaczenie. Ale kiedy siedzę tu, w łóżku, w którym budziłem się przez parę ostatnich lat, nagle nie do końca rozumiem dlaczego to wszystko się stało.
Nigdy o tym nie rozmawiali, jak gdyby ten temat, podobnie jak wiele pozostałych, był objęty zmową milczenia, na którą zgodnie przystali.
- Budząc się w Ritzu w podobny sposób myślałem o dotychczasowym życiu.
- Gdyby moje dotychczasowe życie wyglądało jak twoje sam uznałbym je za bardziej powalone niż to, co przyszło nam przeżyć.
- Nie było aż tak złe.
- Było zmarnowane. Masz jakiekolwiek dobre wspomnienia z tamtego czasu?
- Parę.
- Parę! Nie możesz o nich myśleć bez przypominania sobie o wszystkich tych, które odebrały im smak.
To było prawdą. Ralf pociągnął kolejny łyk i odstawił pustą już szklankę.
- Powiedziałeś że masz parę miłych wspomnień z Ritza - zmienił temat, co nie umknęło uwadze Claude'a, który mimo to postanowił nie brnąć w poprzednią kwestię.
- Ty nie?
- Ja też.
- Kto wie, może są tymi samymi. A gdybyś chciał mieć ich więcej-
Z salonu dobiegł ich cichy, lecz słyszalny w głębokiej ciszy martwego miasta szelest pościeli. Spojrzeli na siebie, zmuszeni stłumić śmiech.
- Kiedyś przysiągłbym, że te ściany są grubsze. Będziemy musieli się przeprowadzić.
Roześmiane oczy Ralfa zamknęły się za sprawą miękkiego pocałunku, jaki Claude złożył na jego ustach. Pamiętał jego smak - nie tyle alkoholu, którym były zwilżone, a słodycz silną na tyle, by stłumić wszelkie nuty goryczy i pomóc zapomnieć mu o kwaśnych domieszkach zepsucia, na które wyczulił się przez lata. Przybierały różną formę: warg oderwanych w pośpiechu, ledwie tylko muskających jego własne, ale i wpijających się w nie zbyt długo i zbyt mocno, jak gdyby w desperackiej próbie udowodnienia kwestionowanej wierności. Tym razem nawet o tym nie myślał i w krótkim zapomnieniu sam pocałował go, przyciągnąwszy do siebie na chwilę oplatającym barki ramieniem.
Pamiętał jak przez jakiś czas patrzyli wtedy na siebie z przezornie zwiększonego dystansu, obserwując własne reakcje i z rozbawieniem utwierdzając się w przekonaniu, że myśleli o tym samym.
- Będziemy musieli się stąd wynieść - powtórzył Claude po chwili milczenia. Te słowa odbiły się echem w głowie Ralfa; Claude powiedział je jak gdyby już wtedy wiedział co czeka ich, jeżeli tego nie zrobią.
- Dokąd?
- Jak najdalej, jak najszybciej. - Jak gdyby wiedział. - Znajdziemy samochód, zrobimy zapasy i odjedziemy.
- Nie możemy jechać bez celu.
- Nie możemy tu tkwić, Ralf. To jedyne, czego nie możemy.
Jak gdyby wiedział.
Spojrzeli na siebie, a Ralf przytaknął na znak, że rozumie. Rozejrzał się po sypialni Claude'a, tak różniącej się od jego własnej.
- Nie będzie ci tego żal?
Claude wzruszył ramionami.
- To miejsce jest jak grób. Tu spoczywa człowiek, którym kiedyś byłem. Nie chciałbym, aby zamieniło się w prawdziwy.
Jak gdyby wiedział - w przebłysku świadomości z tych wspomnień w myślach Ralfa wykrystalizowała się myśl, bolesna jak kłujący skrzep; potem ból sprawił, że stracił ją ponownie.
Kiedy Claude to powiedział Ralf spojrzał na blednącą siniznę obręczy na jego szyi, a obrazy tamtej nocy mignęły mu przed oczami: blada twarz, błoto, woda, ciemność, latarki, zacisk kilku par rąk usiłujących go od niego odciągnąć. Niemal czuł wpijające się w jego ramiona palce, siniaki po których zauważył na swojej skórze dopiero po paru dniach.
- Było blisko - przyznał Claude, czując jego zawieszony na zasinieniach wzrok. Ralf chciał powiedzieć mu jak bardzo się wtedy bał, lecz nie potrafił, a Claude musiał wyczytać to z jego twarzy, bo dodał: - Już prawie nie boli.
- O czym wtedy myślałeś?
- Nie myślałem. Nie miałem na to czasu - Claude uśmiechnął się smutno. - Jeśli już to najpierw o tym, że muszę żyć, ale zaraz potem, że jednak nie muszę, bo ból nie jest tego wart. Nie chcę czuć tego ponownie. Nie chcę żebyś ty to czuł. Dlatego stąd wyjedziemy.
Robiło się jasno kiedy usnęli, zmęczeni rozmową jak dwaj marynarze, którzy po raz pierwszy od miesięcy znaleźli się na lądzie; wspominali czas spędzony na statku, planowali kolejną podróż i nie mieli prawa wiedzieć, że sztorm, który rozpętał się na opuszczonym przez nich w ostatniej chwili morzu, dopadnie ich także i w porcie. Że fale chwycą ich, sięgnąwszy ponad falochronami, a prądy wciągną znów w wzburzone odmęty ciemnych wód, tam, gdzie było ich miejsce.



Edytowane przez Choo dnia 23-07-2020 16:25
 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

Z perspektywy czasu nie umiał powiedzieć, czy tych kilka dni wytchnienia stanowiło ostatni, desperacki głęboki wdech zaczerpnięty na kilka sekund przed zniknięciem pokładu statku pod wodą wraz z pasażerami zaklinowanymi w swoich kabinach, czy nieświadome przygotowania do sztormu, który nadciągał, nawet jeśli oni odwracali wzrok od chmur kłębiących się nad linią horyzontu. A mieli powody ku temu, by ignorować zagrożenie - żyli w stanie napięcia od tak dawna, że przestali zdawać sobie z tego sprawę i bagatelizowali to, czym prawdopodobnie w pewnym stopniu przejęliby się pół roku temu. Kiedy Tianjin umierał, przerażała ich sama myśl o tym, że któregoś dnia puls miasta zaniknie całkiem; kiedy do tego doszło, kiedy ulice wyludniły się i zapadła cisza, bali się wszystkiego, co mogło ją zakłócić - zwracali uwagę na ślady krwi, na wybite szyby, na ciała na ulicach i stopień stężenia pośmiertnego, by ocenić, czy znaleźli się na cudzym terytorium. Kiedy przywykli do widoku śmierci, pycha zastąpiła rozsądek.
Ale wtedy nie myśleli o tym w ten sposób.
Wtedy skupili się na czymś innym, szczególnie Claude, który pluł sobie w brodę, że pozwolił sobie na zatracenie w poczuciu złudnego bezpieczeństwa, kiedy pierwszego dnia przebudził się nad ranem i miał wrażenie, że wyrwał się z koszmaru. Nie musiał widzieć Ralfa, by wiedzieć, że spał - jego bezwładne ramię ciążyło mu w pasie, a gdyby tego było mało, sapał mu wprost do ucha jak zmęczony pogonią pies myśliwski, z czego Claude miał za parę godzin bezlitośnie szydzić, przeszukując szuflady w poszukiwaniu kropli do nosa i aspiryny. Za ścianą Fei krzątała się w kuchni. Słyszał pobrzękiwanie szklanek i gulgotanie wody w wąskiej szyjce karafki, słyszał łapczywe przełykanie i ostrożne, choć koślawo stawiane kroki, kiedy wracała na poranionych, obolałych nogach do łóżka. Potem znów zapadła cisza.
Żadnego walenia do drzwi, żadnych zakamuflowanych gróźb.
Pozwolił powiekom opaść, a kiedy znów otworzył oczy, Ralf siedział tuż obok, zagrzebany w pościeli jak czerw w sadle, z kubkiem herbaty i albumem na kolanach.
- Nie sądziłem, że ktokolwiek w tych czasach drukował zdjęcia - powiedział, przewracając stronę. - Tak, są stare, widzę, ale nie wiem, czy sam znalazłbym choć jedno zdjęcie z okresu, kiedy byłem dzieckiem.
- Masz coś z tym przegrzebywaniem rzeczy, co? - zapytał, ale w jego głosie nie było wyrzutu. Przeciągnął się i przez moment tępo wpatrywał się w krawędź albumu. - Zabrałem z domu tylko kilka zdjęć. Czasem za nim tęskniłem. Czasem brakowało mi tego, co zostawiłem za sobą, nawet jeśli nie mogłem już do tego wrócić.
- Do czego? Croissantów, beretów, ropuch na stole czy-
Śmiech z sykiem uleciał przez zaciśnięte zęby Ralfa, kiedy Claude rzucił w niego poduszką.
- Żartowałem. Niech żyją croissanty - też je lubiłem.
- Skąd go wziąłeś?
- Co? Album?
- Nie, ten zmurszały humor - tak, album. Jak się czujesz? - Wyciągnął rękę spod kołdry i wierzchem przycisnął ją do czoła Ralfa. - Od dawna nie śpisz?
Ralf łagodnie odciągnął jego dłoń i złożył na niej pocałunek.
- Tak, ale nie powinieneś zawracać sobie mną głowy, umiem się sobą zająć. Masz tu więcej gratów niż w muzeum - pewnie potrzebowałbym tygodnia na przyjrzenie się każdemu z osobna.

Przez tych kilka dni, kiedy świat zdawał się stać przed nimi otworem z łatwością przychodziło im snucie snów o potędze. Planowali zniknąć - rozłożyli na stole mapę i z markerami zaznaczali punkty, w których mogliby zaszyć się do wiosny. Ralf i Fei postukiwali zakrętkami w Pekin, Claude w szczyt Panshan. Nikogo tam nie będzie, powtarzał przy tym, a oni kręcili z politowaniem głowami, jakby chcieli w ten sposób dać mu do zrozumienia, że właśnie z tego względu nie mieli tam czego szukać. Brak ruchu lub nieznaczny ruch były równoznaczne z brakiem zapasów, kontrował za każdym razem Ralf, a to wiązałoby się z tym, że musieliby zabrać znacznie więcej ze sobą i zapuszczać się znacznie dalej, by cokolwiek znaleźć. W ten sposób mogliby ściągnąć na siebie niepotrzebne zainteresowanie kogoś, kto miałby oko na drogi wyjazdowe. W Pekinie mogliby znaleźć przytulny, wymarły dystrykt, kilkanaście ulic, kto wie, może nawet park, a i tak nikt by ich nie niepokoił.
- Nie - zaprotestowała Fei - tam też by się ktoś znalazł, tak jak tu - ale nie od razu. Tam jeszcze nie mamy wrogów. Tu będą chcieli was zabić, a ja znów będę musiała uciekać. Znów zostanę z tym sama.
- Nie zostaniesz sama.
- Nie obiecasz mi tego - powiedziała niemal równocześnie z Ralfem - bo wiesz, że nie dotrzymasz słowa. Ja też wiele widziałam. Ja też wiele przeszłam. Jeśli tak będziecie mogli przeżyć, zostawicie mnie. Jeśli ja będę mogła tak przeżyć, zostawię was. Tak to działa. Góra Panshan jest zbyt blisko.
- Góra Panshan jest lepszym wyborem niż Pekin, w którym równie dobrze może nas ukrzyżować horda zdewociałych Amerykanów albo Europejczyków takich jak-
- Dlaczego jesteś tak uprzedzony do naszych zachodnich braci i sióstr, Claude?
- Spójrz na nas - zacmokał i rozłożył ramiona. - Wybieram Panshan.
- Z Europejczykami możemy negocjować, podobnie z Amerykanami - przynajmniej ich rozumiemy. Mieszkasz tu od tak dawna, że powinieneś widzieć różnice jeszcze wyraźniej niż ja.
- Ralf, przypominam ci, że negocjowanie z tobą - jak wolisz, z nami, bo, jak zapewne pamiętasz, układ sił był wówczas inny - skończyło się tragedią.
- Która dała początek wspaniałej przyjaźni. Ze wszystkich ludzi ty, akurat ty, boisz się zawarcia nowych znajomości?
- Nie wkurwiaj mnie. W Pekinie powtórzymy te same błędy.
- Nie zrobimy tego, ponieważ wiele się nauczyliśmy. A może chcesz zaprzeczyć i powiedzieć, że nie zmieniłeś zdania na mój temat? Że już mi nie ufasz? Słucham, Claude, powiedz mi: co skłoniło cię do zmiany zdania? Co sprawiło, że już nie widzisz we mnie rywala, skoro twoje uprzedzenia nie upadły pod ciężarem nowo nabytego doświadczenia?
Claude milczał.
- Nie taki Niemiec straszny jak go malują, kiedy uratuje ci skórę, prawda? Skoro już na własnej skórze przekonaliśmy się, że pewne przedsięwzięcia są nierentowne-
- To nie były przedsięwzięcia. To byli ludzie.
- Błędy zostały popełnione, Claude - westchnął Ralf - i nie naprawisz ich, pokutując w odosobnieniu. Co się stało z twoją chęcią do życia? Fei, czy możesz zostawić nas na moment samych?
- Dokąd mam niby pójść? Z kuchni też będę was słyszeć.
- Jeśli usłyszysz nas z kuchni na ostatnim piętrze to będę pod tak wielkim wrażeniem, że wybaczę ci podsłuchiwanie. Sprawdź, proszę, czy u tych sąsiadów, u których karaluchy nie wyłażą spod drzwi nie ma wody albo konserw.
Zaczekali na to, aż za Fei zatrzasną się drzwi.
- Dlaczego nie Pekin?
Claude unikając spojrzenia Ralfa sięgnął po szklankę z wodą, by zyskać kilka sekund na znalezienie właściwych słów - a w istocie poprawnych, ponieważ to właśnie właściwe ugrzęzły mu w gardle; to przez nie dusił się, nie mogąc ich przełknąć ani wypluć.
- Czy o czymś nie wiem? Czegoś mi nie powiedziałeś? Co jest nie tak z Pekinem?
Zamknął oczy.
- Chcę żyć. Chcę, żebyś ty żył. Chcę żyć, z tobą. Sam to powiedziałeś, pamiętasz?
Tym razem to Ralf milczał.
- Coś ci wtedy obiecałem.
- Że będziemy żyć.
- A przypominasz sobie o czym jeszcze rozmawialiśmy? Nie wtedy, innym razem - o tym, że ludzie, którzy w przeszłości pociągali cię najbardziej mieli w zwyczaju nie dotrzymywać słowa. Może dlatego nie jestem dla ciebie równie atrakcyjny, może dlatego moja propozycja nie brzmi zachęcająco, ale- Ralf, ja mówiłem szczerze. To zabrzmi idiotycznie, ale naprawdę chciałbym się przy tobie budzić, chociaż bywasz lodowaty i wciskasz mi ten zimny nos w kark, a do tego chrząkasz jak prosię przy korycie- Ale w porządku, przeziębiłeś się, pewnie sam- Nieważne. Chciałbym, żebyś narzekał na to, że wstaję za późno, że kawa wystygła, że krytykuję cię na każdym kroku, że zabieram w nocy kołdrę i prawdopodobnie przypuszczam naloty na twoją przestrzeń osobistą znacznie częściej niż byś sobie tego życzył. Nawet jeśli nasz układ ma nie przetrwać w tym kształcie, nawet jeśli wrócisz do starych przyzwyczajeń i wkrótce wyniesiesz się do kogoś innego, a ja będę budził się sam- W porządku - skłamał. - W porządku. Ale pozwól mi przynajmniej wywiązać się z tej jednej obietnicy: że będziemy żyć. W Pekinie żyły ponad dwadzieścia dwa miliony ludzi, Ralf. Załóżmy, że przeżył procent, może nawet w porywach do dwóch - to dwieście albo czterysta tysięcy osób, czyli mniej więcej tyle, ile wynosiła liczba obcokrajowców zanim Ziemia wyciągnęła kopyta. Załóżmy, że tylko dwa tysiące to laowaie. Załóżmy, że tylko pięciuset jest takimi samymi gnidami jak my, choć powinniśmy wziąć poprawkę na sukinsynów wśród miejscowych. Załóżmy, że na naszej drodze stanie tylko dwudziestu wściekłych Anglików, którzy pobiegną za puszką fasoli, jeśli im ją rzucisz- Rozumiesz? Dotąd się nam udawało, ale nasza dobra passa się kończy, a ja... coś... ci... obiecałem.
Ralf przez pewien czas w skupieniu wpatrywał się we własne złożone jak do modlitwy ręce. Claude patrzył na niego, walcząc z chęcią przesadzenia przez dzielący ich stolik - a może ucieczki. Im większa była cisza, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że naruszył kruchą równowagę ich relacji.
Nie powinien był tego mówić. Nie powinien-
- Niech będzie Panshan - powiedział łagodnie Ralf. - Na razie. Poszukamy hotelu u podnóża albo, kurwa, włamiemy się do willi - ktoś musiał tam coś postawić. Złapiemy oddech i zastanowimy się nad tym, co zrobimy potem. Może być?
- Nie będziesz chciał stamtąd wyjeżdżać - rzucił z nonszalanckim uśmiechem, na który Ralf mimowolnie odpowiedział uniesieniem kącików ust. - A przynajmniej nie beze mnie - to też mogę ci obiecać.






[...] Powinien był być przygotowany na to, co nastąpi, ale pogodził się z tym, że nie umiał przyswoić kilku prostych prawd. Utrata i powrót świadomości za każdym razem przychodziły niespodziewanie, i za każdym razem przez moment łudził się - nie, wierzył, wierzył niezmordowanie niczym heretyk na widok stosu - że niewyraźne, fragmentaryczne wspomnienia stanowiły urywki rozpływającego się w pamięci koszmaru, które regularnie nawiedzały też Ralfa. Tuż po przebudzeniu następował rozpaczliwie krótki moment pogodzenia się z losem, w którym to trwał w złudnym poczuciu bezpieczeństwa i mógłby przysiąc, że wystarczyłoby wziąć wdech i uspokoić rozszalałe serce, by przekonać się, że był bezpieczny, jak gdyby nikt nie mógł mu wyrządzić krzywdy, póty nie wstał świt, a na zewnątrz zaczynały niemrawo szczebiotać wróble. Potem rzeczywistość zwalała się na niego niczym lawina i zaczynał wrzeszczeć, a kiedy z rosnącym przerażeniem zaczynał rozumieć, że nie był w stanie rozewrzeć ust, miał wrażenie, że do reszty stracił rozum.
Znienacka został zaatakowany przez blask poranka, rozmyte kolory, mętne kontury. Nie wiedział, gdzie się znalazł. Nie wiedział, czy żył. Nie byłby zaskoczony, gdyby purgatorium przybrało kształt hotelowego pokoju bez wyjścia.
Spróbował unieść rękę do twarzy, by przekonać się, czy stracił oko - wszystko wokół wydawało się tak nienaturalnie przymglone, że przeraził się na samą myśl o tym, że być może stracił oko - ale bark przeszył ból na tyle silny, by ramię bezsilnie opadło; usłyszał własny, dobiegający z niebezpiecznie daleka jęk.
- Nie podnoś się. Słyszysz mnie? Nie podnoś się.
Spróbował zebrać w ustach dość śliny, by zwilżyć spierzchnięte (nie, nie dlatego były spękane, dotarło do niego) wargi, ale zamiast tego poczuł w ustach smak krwi.
- Jesteś naćpany. Halo...? Słyszysz...? To leki. Jesteś naszprycowany lekami. Słyszysz mnie?
Claude przypominał sobie, że miał drugą rękę, ale kiedy nią poruszył, ktoś złapał go za nadgarstek.
Ostrożnie. Delikatnie.
- Zostaw - polecił ostro obcy i umilkł, by zaraz dodać:
- Jeśli mnie słyszysz, spójrz na mnie. Mogę podać ci wodę, ale nie zrobię tego, jeśli nie jesteś na tyle przytomny, żeby się nie zadławić. I nie dotykaj twarzy.
- Co z nią? - wydusił z siebie wreszcie, choć głos, który wydobył się z piersi zdawał się nie należeć do niego. - Co się dzieje?
- Wpierdolili ci. Pocięli jak szynkę. Tang cię zszył. Założył ci wenflon i wpompował leki przeciwbólowe. Nie zginaj tego ramienia.
- Kim jesteś? Gdzie jestem? Co z...?
I znów ból poraził go, nim zdążył zebrać myśli.
Gdzieś z oddali niósł się krzyk mew.
- Guanting. Znamy się.
Zedong. Claude przypomniał sobie twarze schowane w cieniu - czyim?
- Ty skurwielu.
- Hej, hej, ja cię nawet nie dotknąłem, o co ci chodzi? Wiesz, że mógłbym cię udusić? Wiesz, że większość z nich już by to zrobiła? Gdyby nie Wen, już byś nie żył, a gdyby nie to, że Wen poprosił o to, żeby ktoś tu z tobą siedział, już byś się nie obudził - albo wycięliby ci na tym głupim ryju wszystkie klucze Kangxi.
Claude znów uniósł rękę i tym razem zdążył poczuć pod opuszkami zgrubienie w tym miejscu, w którym skóra wydawała się chorobliwie rozgrzana. Tym razem byłby utonął w falach paniki, gdyby nie został schwytany i wyciągnięty na powierzchnię.
- Hej, mógłbyś- Już w porządku, stary. To się kiedyś zagoi. Jesteś poza zasięgiem el comandante. Mógłbyś się uspokoić? Stawiasz mnie w niezręcznym położeniu.
- Gdzie jestem? Gdzie jest Fei, gdzie jest-
- Fei jest z nami.
Z nami, zadzwoniło mu w uszach. Z nami, z nami, z nami.
Temperatura w pomieszczeniu zdawała się spaść o kilka stopni, kiedy do zamroczonego lekami Claude'a wreszcie dotarło, że to zdanie nie miało ciągu dalszego.
Że skoro byli "my", musieli być też "oni".
Że to oni zabrali Ralfa.

Potrzebował tygodnia na to, by stanąć na nogi - tygodnia, który stał się plamą w życiorysie, zupełnie jak gdyby na wydrukowane CV nieopatrznie przewrócono szklankę z wodą i razem z nią został starty też świeży tusz. Dni zlewały się z nocami. Niechybnie była to sprawka Tanga, który musiał składać mu wizyty w regularnych interwałach, ale wyłącznie wtedy, kiedy spał. Wiedział o tym, ponieważ zauważył, że wbita w żyłę w przedramieniu kaniula dwukrotnie zmieniła kolor.
Poza tym po przebudzeniu nie umiał otrząsnąć się z resztek snu, o co - w co nie wątpił - powinien winić tego, kto wtłaczał w niego środki przeciwbólowe i - co podejrzewał - uspokajające po tym, jak kilkukrotnie zdarzyło się, że zlany potem zerwał się z wrzaskiem. Mógł wyłącznie przypuszczać, że chłopak, który zastąpił Guantinga miał mu to za złe albo że nie reagował na rzadkie zaczepki i milczał, ponieważ wykonywał polecenia. Twarze, które widywał w sporadycznych przebłyskach przytomności mogły należeć do kogokolwiek - krewnych, kochanków, przechodniów miniętych w metrze przed dziesięcioma laty. Nie wiedział, gdzie się znalazł, nie wiedział, kto uratował mu życie i to nie wiedział ile zamierzano utrzymywać go w stanie permanentnego zamroczenia. Gdyby powiedziano mu, że umarł, uwierzyłby.
A potem zrozumiał, że Tang - pomimo niechęci, którą do niego żywił - wyświadczył mu łaskę. Zrozumiał to wtedy, kiedy tamten zaprzestał podawania mu środków innych niż przeciwzapalne. Kiedy działanie leków zaczęło się zacierać, uświadomił sobie, że był żywą, natartą solą raną, workiem kości, mięsa i ścięgien, który został wzięty za treningowy. Zorientował się, że szwami został spięty również rozbity łuk brwiowy i przestrzeń między żebrami. Przypomniał sobie brzęczenie kluczy w kieszeni, nacisk noża, który wbiłby się w lewe płuco, gdyby nie utknął w karabińczyku. Prawdopodobnie w trakcie tych kilku sekund potrzebnych na wzięcie ponownego zamachu Kostucha rzuciła monetą - orzeł, reszka, orzeł, reszka, chryzantema, plan Tiananmen, chryzantema, plan Tiananmen, jiao kręcił się na krawędzi życia i śmierci - a świat wstrzymał oddech. Zawdzięczał komuś to, że mógł ponownie zaczerpnąć tchu, i znów, i znów.

- Śpi?
- Wątpię.
- Nie śpię.
- Cześć, Bailly. Możesz już iść.
Ktokolwiek stał u progu, natychmiast zniknął z pola widzenia.
- Cześć, Wen. Co wyście, kurwa, ze mną zrobili? Co tu się- Czy ty masz podbite oko?
- Miałem - Wen przysiadł na krawędzi łóżka i pochylił się, by na podłodze postawić termos z resztkami kawy. Sprawiał wrażenie zmęczonego, ale pod prawym okiem cień kładł się na twarzy nienaturalnie szerokim, żółtawo-zielonkawym łukiem - nie do pomylenia z niczym innym niż blednący siniec. - Sam przyznasz, że rozstaliśmy się w przykrych okolicznościach. Powinieneś wiedzieć, że przez was naprawdę nie mogłem narzekać na nudę.
- Co z Ralfem?
Wen westchnął niczym nauczyciel, którego wyrozumiałość względem wychowanków znalazła się na wyczerpaniu, ale mimo to zmuszony był kontynuować wykład.
- Jest u Zedonga. Wymieniłem go za ciebie. To zawiła historia, więc-
- W y m i e n i ł e ś? Gdzie jest Zedong? Dlaczego-
- Jeśli będziesz mi przerywał, niczego się nie dowiesz - Wen wszedł mu w słowo. - Powiedziałem: nie mogłem narzekać na nudę. Wiele cię ominęło.
Claude zamilkł i przyjrzał się przygarbionej sylwetce człowieka, któremu zawdzięczał życie - tego dzieciaka, szczeniaka, który mógł być niewiele od niego młodszy, którego permanentne zmęczenie uniemożliwiało oszacowanie jego wieku, ponieważ za sprawą nieruchomego spojrzenia i ściągniętych w wyrazie nieustannego napięcia rysów wyglądał zarazem na dwadzieścia pięć i dwieście pięćdziesiąt lat. Patrząc na niego nie po raz pierwszy przeszło mu przez myśl, że w innych czasach, w innych okolicznościach mogliby pozwolić sobie na większą poufałość; że być może nauczyliby się sobie ufać na tyle, by w obecności drugiego zapomnieć o trzymaniu gardy.
- Guanting mówił, że to ty nie dopuściłeś do tego, żeby mnie zakatowali - zaczął - nie pamiętam wszystkiego - mam wrażenie, że w pewnym momencie urwał mi się film - ale niezależnie od tego chciałbym ci podziękować.
- Można tak powiedzieć, choć powinieneś mieć świadomość, że jest kilku innych wierzycieli, którzy prawdopodobnie zechcą w przyszłości odebrać ten dług wdzięczności.
- Tang.
- Między innymi - zgodził się Wen i z westchnieniem wbił na krótko wzrok w przestrzeń za oknem, nim przeniósł go z powrotem na niego - co nie oznacza, że którykolwiek z nich narazi się ponownie, gdyby zaszła taka potrzeba. Powiedz mi, Claude, co mamy z tobą zrobić? Po obu stronach tej barykady, którą wznieśliśmy, stąpamy po tak cienkim lodzie. Rzekłbym, że pod wami - pod tobą i Ralfem - już się on załamał, ale my wyciągnęliśmy z wody ciebie, a Zheng - Ralfa. Chciałbym wierzyć w to, że nie zaczniesz się rzucać jak ryba, bo wszyscy pójdziemy na dno, podczas gdy to Zheng na to zasłużył.
- Zheng?
- To właściwe nazwisko Zedonga - odparł, a po chwili jego usta załamały się w protekcjonalnym uśmieszku - chyba nie myślałeś, że naprawdę się tak nazywa?
Claude zaprzeczył.
- Uważał, że ten... tytuł... należał mu się, skoro udało mu się zebrać przypadkowych ludzi, scementować więzi i utrzymać ten stan rzeczy - zacmokał - ale nie na długo. A ja nie widzę powodów, by traktować go tak, jakby był pierwszym spośród równych.
- Mam rozumieć, że przespałem pucz?
- To nie był pucz, bo nadal rządzi - tymi, którzy zdecydowali się za nim pójść. Między nami panują dość oziębłe stosunki.
- A kto poszedł za tobą?
- Wszyscy, którzy mieli dość.
Nie dopytywał o to, czego - na to pytanie umiał odpowiedzieć sobie sam.
- My też mieliśmy dość, Wen. Nie chcieliśmy z wami walczyć.
- Przypuszczam, że nie różnimy się tak bardzo. Sam też spróbowałem uciec, kiedy myślałem, że los się do mnie uśmiechnął, tak samo jak Tang, tak samo jak Gugu. Wspomnieli ci o tym...? Z Tanga nie łatwo jest cokolwiek wydusić, ale potwierdził to, co podejrzewałem od momentu, kiedy histeryzowaliście, że nie możecie znaleźć Fei - że umiesz na chwilę odłożyć uprzedzenia na bok i współpracować. Ale Ralf...? Czy możesz za niego poręczyć? Czy gdyby Zedong nie zamienił mnie na niego, czy gdyby dorwał się do koryta i zyskał wpływ, gdyby posmakował kontroli - myślisz, że nadal miałby dość...?
- Ralf ani razu mnie nie zawiódł.
- Dlaczego w takim razie powiedział Zhengowi, że to ty odpowiadasz za zniknięcie Joshuy? Wiesz, że to Jin uznała, że pocięcie twarzy odczujesz dotkliwiej niż cokolwiek innego? Chciała, żeby wyłupili ci oko. Chciała, żebyś nie mógł poznać się w lustrze. Chciała tego, bo Zheng powiedział jej, kto zabił Joshuę, a Zheng dowiedział się tego właśnie od Ralfa, który nie wydaje się być na tyle głupim, by nie przewidzieć konsekwencji.
Claude poczuł, że otwiera usta, zamyka je i znów otwiera, nie potrafiąc znaleźć słów.
- Zheng się nim interesował i bez wahania oddał nam ciebie i Fei w zamian za niego. Dwie osoby za jedną, Claude, dwie osoby i zawieszenie broni. Zastanów się: dlaczego? Czy masz pewność, że nie weszli w ciche porozumienie jak ty z Tangiem?
- Nie - Claude usłyszał samego siebie, choć miał wrażenie, że jego głos dochodził do niego z innego pokoju. - Nie. Nie. Mój Boże, Ralf nigdy-
- Nie masz pewności. Ja też nie. Za to Zheng jest przekonany, że trzyma cię w garści, bo ma oczy i widział tamtego dnia to samo, co ja: że wróciłeś po Ralfa, choć nie wiedziałeś, czy wyjdziesz z tego żywy i że upewniłeś się, żeby Joshua zabrał ze sobą do grobu swoje obiekcje. Właśnie to mnie niepokoi - Wen podźwignął się na nogi i podszedł do okna. Uchyliwszy zasłonę na tyle, by móc wyjrzeć na zewnątrz, przeszedł się wzdłuż łóżka i zatrzymał u jego stóp. Przez cały ten czas bezgłośnie stukał palcami od spodu w dno kubka termicznego. - On wie, gdzie nacisnąć, żeby wymusić na tobie reakcję i ma środki ku temu, by to zrobić. Nie jest to coś, z czym nie moglibyśmy sobie poradzić - przynajmniej na jakiś czas - ale musiałbyś mi zaufać. Musiałbyś współpracować.
- Czego chcesz?
Wen nieznacznie rozłożył ramiona, jakby było to oczywiste.
- Wszyscy skorzystaliby na tym, gdyby Zheng został odsunięty od władzy. Nie myśl sobie, że palę się do tego, żeby zająć jego miejsce - lubię święty spokój, ale jeszcze bardziej lubię nie przymierać głodem i patrzeć na to, jak z powodu cudzej pychy lub głupoty grzebie się moich znajomych. Niewiele zabrakło, a tamtego dnia, kiedy uciekliście, zamiast Jingyi'ego i Xian'a eskortowałby was Gugu z Zhu. Nie powinniście robić im krzywdy.
- Czy Gugu to Guanting...?
- Tak. Jest mi bliski - przyznał Wen z wyraźną niechęcią i na moment umilkł. Zdawał się żałować tego, co powiedział w chwili, w której otworzył usta, ponieważ przez moment mełł w ustach własny język niczym tę uwagę, którą powinien był przełknąć. - Ciężko o przyjaciół, kiedy twoja rola sprowadza się do utrzymywania dyscypliny.
- Szczególnie w sytuacji, gdy połowa uważa, że sprawdziłaby się w tej roli lepiej, a reszta - że sam migasz się w ten sposób od roboty.
Wen uśmiechnął się - tym razem szczerze.
- Gugu lubi używać życia, ale rozumie, że musimy poświęcić czas na to, co go ani trochę nie bawi. To mogę ci zaproponować - powrót do tego, co było. Do nudnych, starych czasów.
Claude przytaknął, w tamtym czasie nie wiedząc, że wydał na siebie wyrok.

Trzy tygodnie.
Kiedy po raz pierwszy przekroczył próg i wyszedł na zewnątrz, a wiatr uderzył go w twarz, Claude poczuł się równie bezbronny co pisklę, które zostało przedwcześnie wypchnięte z gniazda. O większości sińców zdążył zapomnieć, a pokrywającą prawy profil mozaikę przypominających pęknięcia nici zastąpiły plastry do zamykania ran; tylko szwy między żebrami przypominały mu o tym, że każdy oddech brał na kredyt.
Trzy tygodnie.
Jeżeli miałby doliczyć ten, który przeleżał w łóżku, będąc zbyt wycieńczonym, by choćby pomyśleć o wstaniu o własnych siłach - miesiąc. Miesiąc spędzony pod kluczem w murach nieznanego hotelu, w klatce o szczeblach rozmieszczonych zbyt blisko siebie, by pozwolić sobie na wyściubienie nosa. W trakcie rzadkich wizyt Wen twierdził, że nie robiłby tego, gdyby nie musiał; Tang milczał, kiedy korytarzem niósł się wrzask Ralfa i za każdym razem odwracał wzrok.
- Co oni mu robią? C o o n i m u r o b i ą? - pytał z rozpaczą, wiedząc, że wskóra w ten sposób więcej niż rzucając się na pręty ogrodzenia wybiegu. Za pierwszym razem bez ostrzeżenia uśpili go jak dzikie zwierzę.
- Uczą go pokory - a ciebie sprawdzają. Nie możemy cię wypuścić, dopóki nie będziemy mieć pewności, że nie będziesz sprawiać kłopotów.
I tym sposobem spotulniał. Nauczył się nie zważać na te nieludzkie porykiwania i znacznie od nich gorszą ciszę, która po nich zapadała, kiedy krzyk nagle się urywał, i któregoś razu, kiedy zostawili za sobą klucz w zamku, nie skorzystał ze sposobności do ucieczki, choć Bóg mu świadkiem, że wpatrywał się w niego tak intensywnie jak u zarania ludzkości musiała Ewa we własnej osobie, kiedy wąż podsunął jej owoc.
Następnego dnia, tego dnia, przed świtem został obudzony przez Guantinga, który bez słowa wyjaśnienia przycisnął palec do ust, podał mu komplet złożonych ubrań i wyprowadził go na zewnątrz. Na horyzoncie widniała pomarańczowawa łuna wschodu, ale pod ścianami i w załomach murów kłębiły się głębokie cienie, w które bez trudu się wtopili. Gdy kątem oka zarejestrował ruch i zwrócił się z niemym pytaniem o to, czy też to widział, Guanting wskazał, by podążał w tamtym kierunku.
- Tak żyjemy odkąd ściany mają uszy - wyszeptał, a w jego głosie kryła się gorycz - jak szczury.
Za rogiem czekali na niego pozostali - wszyscy ubrani od stóp do głów na czarno, w wielu przypadkach wyraźnie zaspani, przeciągający się lub wypalający pierwsze papierosy niczym harcerze na zbiórce.
- Bez problemów?
- Bez problemów. Wszyscy śpią.
- Dobrze - zawyrokował Wen - dobrze.
- Niech mi ktoś przypomni: dlaczego nie rozwiążemy tego problemu od ręki? - zagadnął z nieżyczliwym uśmiechem jeden z tych, który zdawał się odstawać wiekiem od reszty i którego imienia Claude nie znał. - Moglibyśmy ukręcić mu łeb we śnie. Bez niego nie podetrą sobie nawet tyłków, co dopiero-
- Rozmawialiśmy o tym - Wen zaciągnął mocniej pas, za którym w pochwie tkwił nóż myśliwski. - Nie będziemy ryzykować. On nie jest naiwny, a jeśli chcesz w to wierzyć -został z nim Jianshe.
- Jianshe to żółwi pomiot.
- Jianshe jest jak pierdolony wąż w wysokiej trawie i nie będziemy zakładać, że akurat siedzi pod swoim kamieniem, bo przyjdzie nam za to słono zapłacić - warknął Wen, a potem niespodziewanie przeniósł wzrok na Claude'a, jakby spotkali się po raz pierwszy w życiu. - Wystarczy nam Francuz.
- Jeżeli nie skończyłeś jeszcze z szydzeniem ze mnie, mogłeś przynajmniej powiedzieć Guantingowi, żeby wyrzucił mnie z łóżka kwadrans później.
- To akurat komplement - zaśmiał się ktoś - Jianshe to rozgarnięty skurwiel, ale ciebie nie zna. To dobrze - o ile ten Niemiec znów cię nie wsypie. Jianshe pewnie już nad nim pracuje.
- Kim jest Jianshe?
- Nie miałeś przyjemności go poznać - Tang, poprawiając skórzane rękawice, wyłonił się z mglistego półmroku za plecami Claude'a - ten zaś, który nie zauważył jego przybycia, obrócił się raptownie na pięcie. - Śliski gad. W typie Ralfa, jeśli chcesz znać moje zdanie. Chyba też był prawnikiem, nie? Wydaje mi się, że zajmował się wywłaszczeniami. Dla pieniędzy poderżnąłby ci gardło z uśmiechem z tym samym pokornym uśmiechem- Wiesz, w zasadzie szkoda, że nie jest dziewczyną, może Ralf znalazłby sobie żonę. Pasowaliby do siebie.
- Pasowaliby do siebie - zgodził się ktoś, a potem kwestia dopasowania Ralfa i Jianshe zeszła na dalszy plan, kiedy Wen przystąpił do redystrybuowania zadań.
Zebrany w półkręgu tłumek ziewał, poprawiał sakwy, rękawice i noże, które - jak się wkrótce okazało - służyły im przede wszystkim do rozcinania płacht brezentu i podważania wiek i zadawania pytań, z których żadne nie zawierało w sobie nuty groźby ani wyzwania. Nie wiedząc co ze sobą począć i będąc niewiele pożyteczniejszym od liścia niesionego przez morze mrówek, Claude podążył za Guantingiem śladem pierwszych ponaglonych przez niego maruderów. Przez krótki moment bieg rzeczy zdawał się wrócić na dawne tory: każdy z nich został przydzielony do podgrupy, każdy za kilka godzin miał być rozliczony z powierzonych obowiązków, każdy z nich znów miał poczucie celu. Co znamienne, po raz pierwszy z myślą o nim stworzyli pozory wyboru - i choć wiedział, że to prawdopodobnie również był test, na chwilę pozwolił sobie zapomnieć o tym, że widzieli w nim przede wszystkim użytecznego renegata, którego nie mogli spuścić z oka.

- Bailly?
- Wystarczy "Claude".
Guanting wyciągnął ku niemu kubek.
- Wiem, Bailly.
Siedzieli w zaułku na przewróconych, zawilgoconych skrzynkach, w których niegdyś z Syczuanu przywieziono tu pomarańcze. Wszyscy byli z importu - Ye Guanting z pobliskiego Langfang, Ma Long z Zhuozhou i Sun Lijiao z Guangzhou, i wreszcie on sam, z Tuluzy - ale żaden z nich nie zdradził się z tym od razu. Prawdopodobnie nie dowiedziałby się o tym, gdyby Guanting nie stwierdził, że, do licha, zasłużyli na przerwę i nie przyzwolił na to, by ukryli zebrane zapasy; gdyby Lijiao nie uniósł pokrywy kontenera na śmieci i przysypanej zgniecionymi butelkami i zmiętymi, nierzadko porwanymi płachtami papieru plandeki, pod którą tkwiły rzędy puszek i zabezpieczonych przed deszczem kartonów. Na uniesienie brwi Claude'a zareagował wzruszeniem ramion i szelmowskim uśmiechem, który zdawał się mówić: "wiesz, jak jest".
- To Zheng zabawił się waszym kosztem, by nie przymierać głodem, nie my - rzucił od niechcenia Guanting, wspiąwszy się na palce, by unieść klapę na tyle, by przewieszony przez krawędź zasobnika Long nie wyrżnął w nią potylicą. - Wen zaproponował, żebyśmy trzymali żelazne racje poza jego zasięgiem. Nie wszyscy o nich wiedzieli i nadal nie wszyscy wiemy o wszystkich - my troszczymy się o tę dziuplę. Z początku myśleliśmy, że wy też trzymaliście rezerwę na czarną godzinę, ale... no cóż. Nie bez powodu Chiny zostawiły tę waszą Europę i Stany w tyle.
I choć wszystkich ich zdawała się niesamowicie wprost bawić myśl, że n a p r a w d ę nie pomyśleli z Ralfem o utrzymywaniu skromnych spiżarni rozrzuconych po mieście na podobieństwo pary zagonionych wiewiórek, podzielili się z nim tym, co mieli i dali do zrozumienia, by nie brał tego do siebie - "nie jesteś stąd", powiedział któryś; "ty też nie", skontrował przytomnie ktoś inny. "Co z Ralfem", chciał zapytać Claude, ale miał dość rozumu, by przełknąć to pytanie wraz z pierwszym haustem herbaty, którą Lijiao zaparzył po zagotowaniu wody w rondelku ustawionym na chybotliwym palniku butli z gazem. "Co z Ralfem", chciał zapytać, kiedy pochylili się nad śniadaniem, nie zarzuciwszy w pełni tematu skrytek i serdecznego podkpiwania z Tanga, który - jak zakładali - kazał znosić innym wyłącznie spirytus.
Co z Ralfem?
W końcu Ralf też był tu obcy.

Powinien był zorientować się, że już wówczas pozwalali mu myśleć, że w pełni zapoznał się z nakreślonym przez nich scenariuszem wydarzeń, że był bezpieczny, choć prawdziwy dramat miał się dopiero rozegrać, a jemu samemu w udziale przypadła rola trybika unoszącego kurtynę. Podobnie jak nie zapomnieli o środkach ostrożności, tak nie umieliby puścić w niepamięć innych kwestii, tych mniej i bardziej palących, niezmiennie wymagających jednak przedsięwzięcia zdecydowanych kroków. Naiwnością było sądzić, że problem w osobie Ralfa rozwiąże się sam lub - co jeszcze mniej prawdopodobne - że ktokolwiek zda się w tym zakresie na łaskę losu, który obchodził się z nimi dość okrutnie.
- Nie chcę.
- Też nie chcę robić wielu rzeczy - mruknął pod nosem wiszący tuż nad Claudem Tang. - Ale oto jestem.
- Nie musisz przy mnie skakać.
Trzymana między zębami szpatułka zadrgała niebezpiecznie.
- Nie ruszaj się.
Zabrzmiało to jak "neufajse".
Krawędzie ran zamknęły się i już nie szczypały, ilekroć rozprowadzał wzdłuż sznytów maść, ale - choć pracowali nad nimi we dwóch - nie dawały nadziei na to, by kiedykolwiek miały zniknąć. Tang w skupieniu niczym wizażystka poprawiał to, czego nie umieli ukryć, tak, by rzucało się w oczy; by świeże blizny krzyczały. Czymkolwiek smarował mu twarz, cuchnęło, a kolorem przypominało szlam z kałuży. Kto wie, czy nim nie było.
- Co to?
- Ichtiol - Szpatułka znów zadrżała. - Nie powinien ci zaszkodzić, to na trądzik... Zmiany ropne... Może podrażniać, ale o to chodzi - ma wyglądać źle.
- Pocięli mi twarz - wysyczał - i to nie wygląda dla ciebie dostatecznie źle?
- Potem to zmyjesz i posmarujesz tym, czym zwykle - oznajmił beznamiętnie Tang, prostując się i gestem dając Wenowi do zrozumienia, by rzucił okiem. Szpatułka z brzękiem wpadła do pustego kosza. - Co sądzisz?
- Wygląda jak gówno. Może być. Chcesz zapalić?
Claude wstał i wyrwał mu paczkę z ręki, by ukryć to, że jego własne się trzęsły. Wypadł na korytarz i ruszył przed siebie - tam, gdzie chcieli by poszedł. Kiedy wyminął Guantinga, poczuł się tak, jak gdyby przeszedł obok słupka granicznego ustawionego w szczerym polu, świadom tego, że wystawiał się na strzał. Na klatce schodowej dobiegł do niego pogłos rozmowy z tego skrzydła hotelu, do którego nie pozwalali się mu zapuszczać. Wspiął się jeszcze wyżej, a koniec papierosa rozjarzył się jak dioda kontrolna, kiedy ciśnienie w kotle wzrastało na tyle, by zagrażało to rozerwaniem rezerwuaru. Przeskakiwał po dwa, trzy stopnie i nie zatrzymał się, kiedy na rogu mignęła mu schnąca para butów.
Był tam, gdzie być miał, podobnie jak on sam, podobnie jak widownia; brakowało pozostałych aktorów, którzy zostali w tyle i rozgrzewali się na zapleczu, nasłuchując. Rozmowy w sali umilkły, a wszystkie pary oczu zwróciły się na niego, w tym Jin, Shujuan i Ralfa, i musiał przywołać z pamięci ich pierwsze dni we własnym towarzystwie, wspomnienie wzgardliwych spojrzeń i lekceważących komentarzy, by zalała go wściekłość, a palce zwinęły się, jak prasa zgniatając paczkę i świstek papieru, który mełł nieustannie od kilkudziesięciu minut, by zapanować nad nerwami. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, nim Ralf zdołał w pełni zlustrować go wzrokiem i pojąć, że tym razem nie zamierzał rzucić mu się na szyję, pięść dosięgnęła celu i rozległ się suchy trzask.
- Dobrze się tu bawisz, co? Spójrz, co zrobiłeś.
Zrzucił go na ziemię.
Myślał o kimś innym, kiedy się nad nim pochylił. Kopanie leżących nie sprawiało mu przyjemności odkąd sam zaznał smaku ziemi w ustach.
- Spójrz na mnie, kurwa mać. Mówili mi, że nie przyłożyłeś do tego ręki, że to nie twoja wina, ale czyja, jeśli nie twoja?
- Claude, ja-
- Claude, Claude, Claude - jak zwykle w krytycznych momentach tylko na tyle cię stać! - roześmiał się zimnym śmiechem, a potem zawisł nad Ralfem tak, by dostrzec odbicie złowrogo żarzącego się papierosa w jego oczach rozszerzonych - prawdopodobnie po raz pierwszy - za sprawą strachu. - Co powiesz na to, żebyśmy wyrównali rachunki? Oko za oko, ty skurwysynu, oko za oko. Oślepniesz pierwszy.
Słyszał pierwsze odgłosy zamieszania w oddali. Przedstawienie się zaczynało, musiał się pospieszyć.
- Moją winą jest, że nie powiedziałem ci tego pierwszy, żebyś mnie tu zostawił - wyartykułował Ralf zmartwiałymi wargami na tyle cicho, by nie usłyszał tego nikt inny. - To był błąd.
- Jedynym błędem była nasza znajomość.
W powietrzu rozszedł się ostry zapach nikotyny i znacznie słabszy - przypalonego ciała, a kiedy Ralf zasyczał, widownia przebudziła się z transu; Claude, który poczuł na ramionach uścisk wielu rąk, rozwarł mu palce i wsunął między nie zgnieciony zwitek papieru w samą porę, by pozostało to niezauważone - dla postronnego obserwatora musiało wyglądać to tak, jakby wzbraniał się przed odciągnięciem na bok, gdzie niechybnie złamano by mu nos, gdyby do środka nie wpadli pozostali uczestnicy przedstawienia, a światła reflektorów natychmiast nie skierowały się na nich.
Wywleczono go za próg sali konferencyjnej. Zdołał jeszcze napotkać zaskoczony, pełen niewysłowionego cierpienia wzrok Ralfa, któremu pomagano podnieść się z ziemi, uważając, by nie złapać przy tym za znamię wypalone na przegubie. Claude niemo wyartykułował "przepraszam", choć wiedział, że to na nic, i że nadzieję mógł pokładać wyłącznie w karteluszce, którą tamten być może już zgubił. Myślał o tym intensywnie przez resztę dnia, nie zważając na powszechną nerwowość, w którą cały rój wprawiło pojedyncze szturchnięcie gniazda kijem.

Po południu padły strzały i dopiero ten dźwięk - ten piekielny huk, który nie dawał się pomylić z niczym innym - wyrwał go z otępienia. Na klęczkach związywali z Yichenem worki ze śmieciami, kiedy gdzieś na po drugiej stronie budynku poszły komuś nerwy, a wraz z nimi niechybnie szyba. Yichen zamarł i rzucił na niego okiem.
- To nie ja - powiedział machinalnie Claude, choć niedorzecznością byłoby myśleć, że miał z tym coś wspólnego. A mimo to w spojrzeniu tamtego kryło się oskarżenie. - Zrobię z tym porządek do końca sam, jeśli chcesz sprawdzić, czy powinieneś wywiesić flagę Zhenga.
- To nie jest zabawne - odparł kwaśno Yichen - i prawdopodobnie pierwszy się o tym przekonasz.
- Wiem.
Pracowali przez chwilę w ciszy, choć obaj nasłuchiwali niczym rozpłaszczone na ziemi zające, nad którymi przeleciał jastrząb. Odkąd Zheng przypomniał sobie o schizmie i istnieniu dwóch głów własnego mikroskopijnego państewka nie mieli pewności, czy ten nie postanowi pozbyć się problemu w z pewnością nie jedyny, ale najprostszy ze znanych mu sposobów - poprzez rozlew krwi. Wen zdawał się zakładać, że tego nie zrobi. "I tak stracił nad tym kontrolę", napomknął z roztargnieniem, kiedy kazał im wracać do swoich zadań. "Rozpasali się, myślą, że ktoś inny zrobi za nich to, co musi być zrobione - albo że wystarczy nas napaść i okraść. Kiedy zorientują się, że nas tu nie ma, i że przymierają głodem, sami go zeżrą. Niech w tym garnku wrze - naszą rolą jest w nim od czasu do czasu mieszać.". Nikt nie zadał pytań, ale po sposobie, w jaki rozglądali się po sobie Claude poznał, że prawie wszyscy myśleli o tym samym: czy nie prościej byłoby zabrać dobytek i zacząć od nowa w innym miejscu? W piętnaście osób poradziliby sobie z zamienieniem parku w pole marchwi.
"Niczego się nie nauczyłeś, Bailly", zrugał samego siebie, kiedy się rozeszli. Wen wiedział, że Chiny były zbyt małe na to, by ryzykować odwróceniem się plecami do wroga, który tropił dezerterów dla zabicia nudy.
- Gdybym chciał, już bym stąd zniknął - odezwał się. - Możesz iść na górę - tylko wróć po mnie, jeśli mielibyśmy stąd uciekać.
Yichen skinął głową i zaraz zniknął mu z oczu. Claude związał ostatni worek i schwyciwszy pozostałe, powlókł się w przeciwną stronę, do skąpanego w mroku przejścia służbowego, który wychodził na zaplecze. Puszki i puste butelki hałasowały przy każdym kroku.
Na zewnątrz szaruga niepostrzeżenie przechodziła w noc. Claude w drodze do wkrótce mającego się przepełnić kontenera potknął się w półmroku o krawężnik i zaklął. Miał wrażenie, że kogoś tym spłoszył, ale gdy podniósł głowę i rozejrzał się dookoła, widział te same wypłowiałe afisze - ZAGROŻENIE EPIDEMIOLOGICZNE, GODZINA POLICYJNA, ZAGINĄŁ MĘŻCZYZNA, ZAGINĘŁO DZIECKO, INSTRUKCJA POSTĘPOWANIA W RAZIE SKAŻENIA BIOLOGICZNEGO, ZACHOWAJ POGODĘ DUCHA - i porzucone, niszczejące z wolna budynki. Zapalił, by sprawiać pozory swobody (przed kim?), choć skóra z każdą minutą cierpła mu na karku. Ralf zaśmiewał się, bywał głupi jak gęś - i być może tak było, być może właśnie zamierzał zbłaźnić się przed szczurami przegrzebującymi resztki, ale wychodził z założenia, że to właśnie owe paniczne przewrażliwienie stanowiło o wyższości gęsi nad psami stróżującymi. Wiedziano o tym już Rzymianie.
Schylił się i zważył w dłoni szklaną butlę, a potem cisnął ją przed siebie.
Tym razem nie było wątpliwości - ktoś umknął w pośpiechu, a jego szybko oddalające się kroki zadudniły w wymarłym mieście niczym uderzenia w werble.
[...]

Edytowane przez wewau dnia 24-10-2020 22:28
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Przejdź do forum:
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Aktualnie online
· Gości online: 1

· Użytkowników online: 0

· Było użytkowników: 211
· Ostatni użytkownik: Acanthi
1,693,413 unikalne wizyty