Zobacz temat
 Drukuj temat
Finite
Choo


Przez jakiś czas milczał, jakby ognisko, które jeszcze przed chwilą w nim płonęło zgasło zalane kubłem zimnej wody; minęła chwila zanim pod czarnymi zgliszczami okazały się wciąż tlić iskry, wskrzeszając w nim zuchwałość zakrawającą na dziecinną.
- Nie będziesz miał czasu na żałobę. - Ralf oznajmił z będącą nie na miejscu pogodnością. - Jeśli ja zginę, dołączysz do mnie w mniej niż pięć minut.
Znał rozczarowany uśmiech, z którym spojrzał na niego Claude. Był to spokojny, smutny uśmiech nauczyciela, który skończywszy tłumaczyć problematykę zajęć wciąż nie był w stanie wyegzekwować od uczniów odpowiedzi na najbanalniejsze spośród zadanych im pytań.
- Popatrz na siebie. Pewnie nawet nie potrafisz wyobrazić sobie jak to jest kogoś stracić. W przeciwnym wypadku dotarłoby do ciebie, że-
- Nie muszę niczego sobie wyobrażać - Ralf zagrzmiał szeptem, brzmiącym jak niespodziewana letnia burza słyszana gdzieś z oddali - bo jeśli zaraz nie przestaniesz panikować jak one, jutro będę miał okazję sobie o tym przypomnieć, Chryste.
- Nie zaszkodziłoby ci lekkie odświeżenie pamięci.
- Nie mów tak.
Dopiero teraz Ralfem przemówił niedopuszczany siłą do głosu strach, którego przysięgał, że nie znał, nie miał sposobności poznać, nawet gdy ten zaglądał mu w oczy, powtarzając Ralf, Ralf, Ralf, przyszła i twoja kolej, Voigt. Claude dostrzegł to.
- Nie zamierzam poświęcić się w tym celu; zapomnij o wszystkim co powiedziałem, nie byłbyś tego wart.
Szturchnął go ramieniem. Obaj przełknęli gorzkie uśmiechy z jakimi dzieci udowadniały sobie nawzajem, że nie boją się ciemności, ani tego, co w niej czyha, ani śmierci.
- Co z tobą, Ralf? Miałeś portfel tak wypchany, że nie znalazło się w nim miejsce na ani jedno zdjęcie? Nawet nie na rodziców? Nie na własne?
Próbował sobie przypomnieć. Ta zabawa w chowanego trwała od dawna, lecz dopiero teraz, przestraszony przejmującą ciszą własnego umysłu, odważył się ją przerwać: mamo, tato, gdzie jesteście? Mam dosyć, poddaję się, wygraliście, słyszycie? Nie uzyskał odpowiedzi, przeciwnie: nabrał pewności, że został tu sam, skończyły się nakazy i zakazy, pouczenia, dobre i złe rady, których rodzice niegdyś mu udzielali. Niewykluczone, że Marzell i Daniela nie poznaliby własnego syna, lecz czy nie takiego zapamiętali go najlepiej? Słyszeli jak przemawiał nim gniew i widzieli, do czego był go w stanie pchnąć - żadne wspomnienie nie potrafiło zatrzeć niesmaku jaki pozostawiło tamte parę incydentów z dzieciństwa, przez które panicznie obawiali się, że kamień, którym kiedyś rzucił zamieni się w cegłę lub koktajl Mołotowa, tak jak Ralf widział to w filmach, w wiadomościach, a wreszcie na żywo. Mogli przełączyć kanał, lecz jakkolwiek nie usiłowaliby uczynić go ślepym i głuchym na przemoc, szczelnie i oburącz zasłaniając jego oczy i uszy, ta i tak przeciskała się pomiędzy ich palcami; zdawałoby się, że przyciągał ją niczym magnes ostre, metalowe opiłki, które raniły ich, dopóki nie wypuścili go z rąk.
Kiedy widział ich po raz ostatni? Rodzinne spotkania stały się niemożliwe do zniesienia przez tę ich ciągłą czujność, nieustanne dopatrywanie się w nim najgorszego, ale podczas gdy Daniela patrzyła na niego z luster, Marzell użyczył mu głosu; nie potrzebował zdjęć aby pamiętać jak wyglądali. O innych nie chciał pamiętać. Pokręcił głową, co Claude przyjął bez cienia zdziwienia.
- No tak. W końcu i w nim i w sercu miałeś miejsce tylko dla pieniędzy. Obrażasz się? Może się mylę?
- Powiedz mi: czy chociaż raz się co do mnie nie myliłeś?
- Nawet jeśli, może to ten pierwszy.
- Może ostatni.
- Może.
Rozmowa wygasła; zdawałoby się, że do ich pokoju zakradł się nieproszony gość i teraz, zdawszy sobie z jego obecności sprawę, zamilkli jakby był przedmiotem przerwanych plotek. To Śmierć, posłyszawszy ich głosy, przyszła posłuchać o życiu, które zastanawiała się czy powinna już ukrócić. Jakiś czas Ralf bawił się trzymaną w dłoni zapalniczką zanim zdecydował się niedbałym gestem wyciągnąć rękę w przestrzeń z nadzieją, że znajdzie się w niej paczka papierosów; Claude podał mu ją z pewną niechęcią.
- Myliłeś się już wtedy, jeszcze z Gaspardem - zaczął wymieniać, lecz nie zdążył dokończyć zdania.
- Naprawdę nie chcę teraz o tym słuchać. I nikt nie powiedział, że oboje byliśmy w błędzie.
- Tak czy inaczej, wyprowadziłeś go z niego dopiero gdy było za późno. Potem błędnie uznałeś, że zostało mi wystarczająco dużo zdrowego rozsądku abym był bezpiecznym towarzystwem.
Claude schylił się ukrywając uśmiech, wbrew woli wykrzywiający dotąd zaciśnięte usta.
- Gdy tak o tym myślę, miałeś rację cały jeden raz: wtedy, proponując abyśmy tak właśnie żyli. I może przy jeszcze jednej, góra dwóch innych okazjach. - Ralf wypluł z ust pozostały w nich dym, zapadając się głębiej w zwróconym w stronę łóżka fotelu. - Chcę w ten sposób powiedzieć, że nie ma ani jednej przesłanki abyś przynajmniej w tej kwestii się nie mylił. Jestem stertą twoich gorzkich rozczarowań i miłych zaskoczeń. Nie wiesz jaki byłem, z kim byłem, dlaczego byłem, chociaż przyznam ci, że na to ostatnie sam nie znam odpowiedzi. Teraz - mogę być kimkolwiek zechcę, ale do diabła, Claude, wcześniej też byłem człowiekiem.
- To tylko przypuszczenia.
- Wysnute na jakiej podstawie? Bo nie idę w twoje ślady, nie spisuję testamentu zanim oni tu przyjadą? A może mam się z tobą na wszelki wypadek pożegnać? Bo potem będę żałować, że tego nie zrobiłem - żachnął się, ale nie pokładając wiary we własne słowa zaraz znowu zmarkotniał, co odebrało im całą ich butność. Zakrywszy oczy dłońmi przetarł je, nie zważając na tlący się między palcami papieros, który jeszcze przez chwilę spopielał się w ciszy. - Przepraszam. Po prostu- ja naprawdę nie byłem aż taki zły.
Claude obserwował go przez chwilę z własnego miejsca, lecz wkrótce odwrócił wzrok, niepewien, czy powinien wyrazić współczucie, czy oskarżyć Ralfa o próbę jego wzbudzenia, a może siebie samego - jego szczęki zacisnęły się - o sprawienie, że zamiast trzymać gardę ten nie spróbował nawet się bronić. Westchnął, wstał, podszedł do okna, które uchylił, wpuszczając do środka zimne powietrze.
- Sam jesteś sobie winien - odezwał się dopiero zaczerpnąwszy parę jego wdechów. - Zdajesz sobie sprawę jak ciężko jest zmusić cię do mówienia? Pozostawiasz mi tylko domysły, a potem jesteś zły, że te odbiegają od rzeczywistości. Przecież wiesz, że ludzie dopowiadają sobie każdą część historii, która została pominięta; litości, Ralf, nie udawaj zdziwionego, że też to robię.
Ralf spojrzał na niego krótko i z wyrzutem, zanim ponownie skupił wzrok na kryształowej popielniczce, rozpraszającej chwiejne światło świecy, które przeszedłszy przez jej zdobienia podpływało do samej krawędzi stołu i wycofywało się, by zaraz znów o nią zahaczyć, jak fale morza, raz za razem nabierające rozpędu by sięgnąć siedzących na brzegu turystów.
- Chodź, pokażę ci coś.
Papieros udusił się własnym popiołem. Uczepiony ręką zasłony Claude spoglądał przez szybę i gdy Ralf ruszył w jego kierunku, przekonany, że tuż pod bramami zobaczy rozpraszające mrok reflektory motocykli, lub że jego twarz wnet omiecie snop przeczesującej teren hotelu latarki, ten wskazał na niebo, niewiele mniej oślepiające gwiazdami niż ona.
- Przyjrzyj się - zachęcił go, samemu zadzierając głowę. - Widzisz tą jasną? Najjaśniejszą.
Ralf przytaknął bez przekonania.
- To byłem ja.
- Nie bądź śmieszny.
- Przysięgam - Claude rozpromieniał uśmiechem, posłanym bardziej nocnemu niebu niż Ralfowi; gdy spojrzał znów na Ralfa o pojawieniu się na jego twarzy jakiegokolwiek wyrazu rozbawienia świadczyło już tylko ułożenie kącików ust, przyjazne w swojej prześmiewczości. - A ty? Kim niby był człowiek, którym uparcie twierdzisz, że niegdyś byłeś?
- Sam nie wiem - wzruszył ramionami. - Wokół czego kręcą się wszystkie gwiazdy?
- Nie jest odkryciem, że twoje ego ma własne pole grawitacyjne.
- Nie wiem co jeśli nie ono trzyma cię na mojej orbicie, ty pieprzony Narcyzie. Możesz być najjaśniejszą z gwiazd, proszę bardzo, ale to nie znaczy, że sam nie świeciłem kiedyś jaśniej od ciebie. Popatrz co ze mnie zostało - Ralf wycofał się spod okien, rozkładając ręce, które wnet ponownie opadły wzdłuż jego ciała.
Dobry Boże, pomyślał, rozbawiony własną grozą, co ze mnie zostało.
Wiatr zawył jakby drobne obłoki chmur, które przeganiał po niebie, były owcami, a on pilnującym ich psem pasterskim; do ranka, zbliżającego się długimi krokami, ich stado miało skotłować się nad miastem. Claude zatrzasnął okno zanim przeciąg zdążył drzwi.
- I skoro tak strasznie wzgardzasz tym, kim według ciebie byłem - dodał Ralf szeptem, jakby ani Claude, ani nawet on sam nie miał tego usłyszeć - naprawdę nie wiem co kazało ci uznać, że to, czym jestem teraz, zasługuje na ratunek.
- Może podoba mi się to kim mógłbyś być - Claude uśmiechnął się ciepło, choć słowa te zdawały się parzyć go w język. - To kim mógłbyś się stać gdybyś tylko chciał. A myślę, że byś chciał. Ja to wiem, ty to wiesz, widzę, że wiesz, nawet inni zdają się domyślać. Nie oceniam cię, kurwa, choćbym chciał - nie jestem lepszy; nie oceniam, bo nawet Bóg by nie śmiał! I jeśli tam jest, jest albo dumny, albo przerażony, kto wie czy nie jednocześnie.
Ralf pokręcił głową, jakby jawiący się na jego twarzy cień uśmiechu był tylko jednym z opadających na nią włosów, które należało strząsnąć.
- Żartujesz sobie.
- Ani trochę. Zapytam go jeśli mnie do siebie wpuści. Może on mi podpowie co mam o tobie myśleć?
- Nie musisz się fatygować.
- Nie pozostawiasz mi wyboru. Kim był Ralf, którego tak zachwalasz?
Iluzją, jego usta zadrgały zaciskając się; zbiorową halucynacją, delirium, w które sam zapadł, odurzony krzywdami, doświadczenie których miało usprawiedliwić każdą, jakiej sam się dopuścił. Claude uniósł brwi ponaglająco, zdążywszy usiąść znów na brzegu łóżka.
- Im więcej o tym myślę tym bardziej jestem przekonany, że nadal nikim, kogo chciałbyś znać.
Westchnienie.
- Zapewniam cię, nie mogło być z tobą gorzej, niż jest obecnie.
- Zdajesz sobie sprawę jak żałosne wiodłem tu życie? - zapytał Ralf ze śmiechem, niemrawo dosiadając się do niego.
- Słychać to po twoim chińskim - Claude wzruszył ramionami. - Nie miałeś nawet okazji się z nim osłuchać, nie umiałbyś przedstawić się bez zawahania, nie nauczyłeś się niczego przez ten blisko rok; może zaprzeczysz?
- Nie musiałem-
- Bo nie miałeś życia poza pracą.
- Lubiłem moją pracę.
- To sobie powtarzałeś aby nie zwariować?
- Wkładałem w nią serce aby nie zwariować.
- Nie do tego służy ten organ.
- Do tego się nadaje kiedy-
Ralf urwał.
- Kiedy co? Kiedy bite dziesięć godzin dziennie spędzasz obciągając przełożonym, bo inaczej nie daj Boże miałbyś czas kogoś poznać?
- Nigdy nie powiedziałem, że nikogo nie poznałem.
- Ale nikogo o kim warto byłoby pamiętać - Claude stwierdził, zapytał go lub oskarżył. Nie uzyskawszy odpowiedzi odchylił się w tył i z tego dystansu zlustrował Ralfa ponownie, to, jak zapadał się sam w sobie, przygarbiony, z oczami wbitymi w podłogę. - Dlaczego?
Złapał go za przegub zanim Ralf zdążył się podnieść.
- Dlaczego? - powtórzył łagodniej, tak że Ralf byłby uwierzył w zmartwienie widoczne na jego twarzy. - Nie powiesz mi chyba, że mogłeś narzekać na brak zainteresowania?
Claude puścił jego rękę dopiero gdy się uśmiechnął.
- Ralf...
Jego milczenie pozostało nieprzerwane. Zacisnął skrzyżowane ramiona w ciasny węzeł i tak, nieruchomo, zdawał się marznąć, nieomal dygocząc z zimna, które ściągnęły na niego wspomnienia.
- Wszyscy trafiliśmy kiedyś na niewłaściwych ludzi - próbował przemówić do niego Claude, choć był pewien, że Ralf go nie słuchał. - To nie znaczy, że powinniśmy przestać dawać szanse wszystkim innym. Tu były ich miliony.
- Co jeśli ja jestem tym niewłaściwym?
W szeroko otwartych oczach Claude'a pojawiło się oburzenie, które przemówiło nim, choć przez chwilę zdawało się, że oniemiał:
- Kto kazał ci tak sądzić?
- Wystarczająco dużo osób abym uwierzył - nie dając łzom polecić z oczu Ralf uśmiechnął się wbrew woli, i dopiero wtenczas, niejako pogodzony z tym losem, rozsupłał zaciśnięte na sobie ręce. Drżący oddech przeszedł w niemy śmiech, a ten uwiązł w gardle.
Claude przysunął się, zmuszając go do spojrzenia sobie w oczy, do dostrzeżenia w nich troski i życzliwości, współczucia, na które Ralf twierdził, że nie zasługiwał; popatrz, prosił, popatrz i zobacz.
- Ale ja w to nie wierzę - oznajmił spokojnie.
- Nie jesteś jedną z nich?
- Nie, nie jestem. Ralf, na Boga, gdybyś mnie przedtem spotkał zaraz byś o tym wszystkim zapomniał.
Przygarnął go do siebie i niemalże przewrócił się pod jego ciężarem; Ralf był jak drzewo, które odrąbane od swoich korzeni czekało na jedno pchnięcie, aby poddańczo runąć w pierzynę leśnego runa.
- Przedtem - Ralf zaśmiał się gorzko. - Przedtem nie zwróciłbyś na mnie uwagi. Może tak właśnie było. Może nawet się na mnie nie obejrzałeś.
Claude pokręcił głową z cierpką dezaprobatą i choć Ralf usiłował się podnieść przycisnął go do ramienia mocniej, tym samym napotykając potylicą rozrzucone u wezgłowia poduszki.
- Jestem pewien, że dałbyś zamówić sobie drinka. Być może w zamian nie mógłbym liczyć na nic poza uprzejmym uśmiechem, ale nawet on byłby niezłym początkiem.
Aby spojrzeć mu w oczy Ralf uniósł głowę i dopiero wtedy, pewien, że Claude nie żartował, pozwolił zdziwieniu przekształcić się w rozbawienie.
- Teraz tak mówisz.
- Nie miałem okazji w innych okolicznościach. Za rzadko wychodziłeś. W innym przypadku dawno byśmy się poznali: byłem wszędzie tam, gdzie cię nie było, było mnie pełno, wszędzie. Miałbym zobaczyć cię i nie zacząć głośno zastanawiać się co taki ktoś jak ty robi w miejscu jak to?
- Masz na myśli Tianjin?
- Gdybym miał na myśli bar zwyczajnie zapytałbym czy się zgubiłeś.
- Może dałbym się odprowadzić do domu.
- Może mój byłby bliżej.
Oparty dotąd na łokciu Ralf zapadł się, pozwalając Claude'owi zobaczyć swój uśmiech tylko przez chwilę, ale ta wystarczyła, aby ten sam zakwitł i na jego ustach.
Leżeli tak chwilę, bezsilni jak ostatnie z ziaren piasku w przesypującej się klepsydrze, odnajdując jedyne pocieszenie w udawaniu, że stos pod nimi był niczym innym niż plażą, wylegując się na której mieli oczekiwać końca - oraz w tym, że koniec oznaczał przewrót. Że mieli znaleźć się na dnie, pogrzebani ciężarem pozostałych, bo taką cenę miał powrót do przeszłości, wrócenie tam, skąd przybyli, przez wąski szklany lejek, spiralną zjeżdżalnię, gdzie każde ziarnko miało swoją kolej. Zdawało się, że przyszła i ich.

Skoro nie chodziło o pieniądze, pyta Claude, dlaczego się tu męczyłeś? Nie chcesz o tym słuchać; gdybym nie chciał, nalega, nie usłyszałbyś tego pytania: może jednak pieniądze? Milczenie, Ralf zastanawia się nad odpowiedzią jak gdyby sam jej nie znał, dłoń cierpliwie przeczesuje jego włosy, powinniśmy je podciąć, słyszy głos Claude'a. Będziesz się śmiał, stwierdza wreszcie, może będę, mówi Claude, ale chyba lubisz mój śmiech? Pokręcił głową, byłem pewien - zaczyna - że wszyscy byli zbyt zajęci gonieniem własnego ogona aby to zauważyć, ja byłem jak pies, Claude, goniłem piłkę, za którą nikt inny nie odważył się pobiec, szukałem jej po całym Tianjinie, słowo, i dopiero niedawno zdałem sobie sprawę: szef jedynie udawał, że ją rzucił, krzyknął aport i schował ją za plecami, zatrzymał dla siebie. Zmylił mnie, wiedział, że na to pójdę, kazał mi się nie przejmować: Ralf, jeśli chodzi o mnie nie mam innego kandydata. To stanowisko jest twoje. To twoja szansa. Czy wiesz, jak ja się cieszyłem? Claude śmieje się: nie byłem jak ty, nie byłem karierowiczem; nie byłem jak oni, Ralf obrusza się, przynajmniej nie do końca. Próbowałeś coś sobie udowodnić, pyta Claude, a może innym? Oni wszyscy to robili, i żaden się nie przyznawał, byłeś dokładnie jak oni. Więc może byłem, przyznaje Ralf, zirytowany i zrezygnowany. Odsuwa się, ale Claude nalega: przecież wiesz, że tylko się z tobą droczę. Na pewno byłeś najlepszym korposzczurem w tej klatce.
Nie wskoczyłem do niej sam, podchwytuje Ralf. Zostałem do niej włożony, choć wtedy zdawało mi się - gorzki śmiech - że naprawdę byłem do tego stworzony, że to moje powołanie, skoro rozmowa przebiega tak dobrze, skoro są mną zainteresowani, skoro rekruter puszcza do mnie oko, głośno mówiąc: zadzwonimy, tak aby wszyscy słyszeli. Dwie godziny później usłyszałem o której mam przyjść: czekamy na ciebie, Ralf. To było świeżo po tym jak-
Po tym jak co, pyta Claude, co się stało? Tym razem Ralf milczy jeszcze dłużej, wypuszcza powietrze ustami, zamyka oczy, otwiera je znów: nie wiem czy ci mówić, nieważne. Zerwałeś z kimś, półżartem zgaduje Claude, a Ralf niemal niezauważalnie przytakuje. Pierwszy raz? Pierwszy.
Mówi dalej: wszyscy sugerowali, że powinienem znaleźć sobie jakieś zajęcie poza pisanym wtedy licencjatem, szczególnie rodzice; oni nienawidzili gdy byłem smutny, powinienem był o tym pamiętać, bo nie minął miesiąc, jak ktoś zapytał mnie o ojca, Voigt, co u niego, pozdrów go od nas koniecznie! To on mnie zachęcał abym wysłał tam CV, co ci szkodzi, Ralf, w najgorszym przypadku nie odpowiedzą. Wtedy wszyscy, włącznie ze mną, dowiedzieli się, że to on załatwił mi stołek. Więc tak, Claude, musiałem udowodnić, że się nadaję, sobie, im, całemu światu, zgadłeś. Ale ja naprawdę się nadawałem.
Pokłóciliście się, Claude marszczy brwi, prawda? Nie, nie, Ralf uśmiecha się smutno, wtedy taki nie byłem, a on, on tylko chciał dobrze, choć ty pewnie powiesz, że mi to zaszkodziło. On cię zepsuł, stwierdza Claude. Nie: ja sam się zepsułem.
Przez chwilę milczą, Ralf obraca w palcach sznurek jego bluzy, aż ten tworzy ciasną pętelkę na jednym z nich, musi puścić, zanim opuszek spurpurowiałby jak wisielec, Joshua. Claude wzdycha. Nikt nie psuje się sam, powtarza, słowo po słowie. Zawsze jest jakaś przyczyna, czy się z nią zgadzasz, czy nie; on cię zepsuł, a jeśli nie on to ktoś inny. Nie powiesz mi chyba, że znalazłeś szczęście w korpo? Sam go szukałem, ale wyjaśnij mi - może niewystarczająco starannie?
Naprawdę myślisz, śmieje się Ralf, że nie szukałem go gdzie indziej? Że nie znalazłem? Miałem je w garści wiele razy. I zawsze przemijało, rozsypywało się w drobny mak, może ściskałem za mocno. Claude mu przerywa: może ono nie było prawdziwe. Wobec tego nie wiem czym jest prawdziwe, Ralf obrusza się. Mógłbym ci pokazać. Naprawdę mógłbym.
Milczą. Myślisz, że to by tak bolało gdyby nie było prawdziwe, Ralf pyta i spuszcza wzrok, choć ten rozjaśnił się chwilową radością. Może wydawało ci się, że jest prawdziwe, Claude patrzy mu w oczy, ale nie było prawdziwe dla nich. Zasłużyłem na to, przekonuje go Ralf, może nie na początku, ale potem? Potem to stało się jedynym, na co ktoś jak ja powinien liczyć. Zasłużyłem sobie.
Niby jak? Claude nie dostaje odpowiedzi, kontynuuje: nikt nie zasługuje na coś takiego, nawet ty. Nawet ja? Ralf śmieje się cicho: zasłużyłem, stając się taki jak oni. To oni cię zepsuli, podchwytuje ponownie Claude. Może mógłbym cię naprawić.
Przez chwilę Ralf nie odpowiada, lecz zaraz wyjaśnia dlaczego: nie naprawia się aut ze złomowiska. Graty jak ja nadają się tylko na części. Claude poszturchuje go karcąco, leżymy na jednym złomowisku, mówi, ze mnie też niewiele zostało, leżymy i czekamy aż nas zmiażdżą. Może masz części, których potrzebuję, może mam te, których ty.
Ralf odwraca głowę usiłując ukryć niespodziewany uśmiech, ale jest zbyt wolny, czuje pomruk śmiechu Claude'a na ramieniu, w zgłębieniu szyi - bawi cię to? - ta myśl zdaje się łaskotać ich obu. Ralf poważnieje pierwszy: już kiedyś to słyszałem. Claude'a to nie zniechęca: tak, i jesteś wrakiem, bo oddałeś całe serce za cudzy złom. A ja mam tylko je. Moglibyśmy się dogadać, rzuca, lecz zanim Ralf reaguje zmienia temat: spodobałoby ci się tu gdybyś częściej wychodził z biura.
Claude wymienia miejsca, opisuje je, tam był przesmyk między budynkami, drzwi zdające się prowadzić do bunkra, był długi korytarz, niebieskie neonowe światło i masa sztucznych roślin na jego końcu, pokazałbym ci zdjęcia; było ślicznie. Nie tak daleko znajomy przejął bar; mieli podświetlany blat i jeśli piłeś coś z lodem jego kostki miały wytłoczone słowa - piętnaście pięter wyżej tłoczyli logo, a on te słowa - nigdy nie wiedziałeś jakie ci się trafi, szkoda, że byś nie zrozumiał, tyle cię ominęło, Ralf, w tym parku latem otwierali kino w plenerze, stare chińskie kino, było tyle stoisk, tyle jedzenia, które powinieneś był spróbować, tyle miejsc, które powinieneś był odwiedzić, nie mów mi, że nie miałeś z kim.
Wymienia miejsca, jak gdyby usiłował wpisać hasło do dawno porzuconego konta, aż wreszcie oczy Ralfa rozjaśniają się ożywionym wspomnieniem: byłem tam. Pamiętam.
Tam moglibyśmy się spotkać, Claude uśmiecha się, a Ralf nie może poradzić nic na to, że on sam również. Więc mówisz, że byś mnie zauważył, pyta kpiąco i nie wierzy ani jedno słowo, które słyszy w odpowiedzi: musiałbym być ślepy żeby nie. Claude dostrzega to, przewraca oczami, każdy zauważyłby blondyna, który zdaje się nie umieć złożyć zamówienia, to ty nie zwróciłbyś uwagi na mnie, przynajmniej dopóki bym cię nie zaczepił. Mógłbym postawić ci drinka, moglibyśmy wyjść razem na fajkę i nigdy nie wrócić. Gdybyś chciał - dodaje i ucieka wzrokiem, ma zamiar się odsunąć, ale Ralf go przytrzymuje, chce spojrzeć w oczy. Miałbym ci odmówić, dłoń przesuwa się z karku, kciuk gładzi policzek. Nie zrobiłbyś tego? Nie umiałbym.
Mierzą się wzrokiem, który błądzi od oczu po usta, śmieją się z tego, ostrożnie odsuwają od siebie, choć zdają się wiedzieć, że nie na długo. Mógłbym pokazać ci parę miejsc, Claude zagaduje go ponownie, zaczynając od sypialni, pyta Ralf, nieomal dławi się śmiechem, tak, od sypialni, chyba że po drodze musielibyśmy wstąpić gdzieś jeszcze żebyś się zgodził.
- Chyba po gumki - Ralf śmieje się w jego szyję.
- Naprawdę myślisz, że bez nich wychodzę?
- Dogadalibyśmy się.
- Moglibyśmy i teraz, ale jutro o tej porze moje ciało dopłynie do morza, o ile mogę marzyć o przynajmniej takim pochówku.
Ralf ciężko wypuszcza wstrzymany oddech, podnosi się, opiera plecami o wezgłowie, długo waży słowa: nie chce o tym mówić, to nie jest świat, którego powietrzem chciałby oddychać, tęskni za chłodną rześkością nocy, smogiem i zapachem starego tłuszczu, tak gęstym, że mógłby w nim pływać.
- To nie twoje ciało będzie trzeba wrzucić do Hai - spogląda na Claude'a przez ramię sięgając po wodę. Dopiero wziąwszy jej łyk kontynuuje. - Może to ich będzie trzeba zanieść nad brzeg. Nie przewidzisz tego co się tu jutro stanie.
- Czuję to w kościach.
Ralf podaje mu butelkę; Claude długo trzyma ją w dłoniach zanim postanawia się napić, odstawia ją sam, sięgając ponad nogami Ralfa, na których wreszcie kładzie głowę. W ten sposób czekają aż teraźniejszość przeminie jak złe wspomnienie, którego napływ spłukał uśmiechy z ich twarzy. Ralf odgarnia włosy z jego czoła, przeczesuje je, ale jego dłoń nieruchomieje gdy Claude nakrywa ją własną i przesuwa do ust. Są ciepłe i miękkie, mokre od wody; kiedy Ralf zaczyna śledzić ich zarys kciukiem rozciągają się ukazując zęby. Claude zamyka oczy, przez chwilę zdaje się, że mógłby tak wbrew samemu sobie zasnąć, lecz gdy otwiera je nie są ani senne, ani nawet rozmarzone: sięgnij do szafki, mówi. Aż po dno.
- Czego mam szukać?
- Będziesz wiedział.
- Tu niczego nie ma.
Claude wzdycha, niechętnie obraca się i sam zagląda do szuflady, lecz zaraz ją zatrzaskuje: poza książką, tabletkami i prezerwatywami nie ma w niej niczego co miał na myśli. Musi wstać, sprawdza torbę, sprawdza płaszcze, w kieszeni drugiego z nich znajduje coś, co sprawia, że z jego twarzy znika grymas. Niewielki kwadratowy ekran oświetla ją, Claude klnie, niepewien, czy się włączy, czy jedynie zawiadomi o niskim poziomie baterii. Znalazłeś? Kupiłem.
Siada obok Ralfa i chociaż wskaźnik baterii świeci na czerwono przystępuje do przeglądania utworów, przechyla ekran, nie daje Ralfowi spojrzeć na te, które pomija: właśnie tak z tobą jest, odgraża się, pomijasz to, co niewygodne, więc pozwól mi z łaski swojej to, co upokarzające. Ralf nie odpowiada, Claude musi go szturchnąć, aby zrozumiał, że tylko żartuje.
Trzymaj, podaje mu wyjętą z pudełka słuchawkę, to prawa.
Ralf przypomina sobie o kłamstwie, w które chciał wierzyć: w przyłożonej do ucha muszli było słychać szum morza, z którego pochodziła, jakkolwiek daleko by się od niego nie znajdowała. Tym właśnie jest muzyka, którą słyszy - szumem odległego świata, początkowo zakłada: o miesiące. Później rozumie: o dekady.
Kiedyś tego nienawidziłem, tłumaczy Claude widząc jego zdziwienie, mieszkaliśmy razem, a on odmawiał puszczania czegokolwiek innego, król jest tylko jeden i trzyma swój tytuł nieprzerwanie od 1956! Potem nie mogłem tego słuchać, bo zaczynałem ryczeć jak dziecko, aż dotarło do mnie, że tylko to mi zostało. Miałeś tak kiedyś?
Raczej na odwrót, uśmiecha się gorzko Ralf. Tak myślałem, słyszy w odpowiedzi, ale nie myśl, że ja nie. Może będziesz mnie wspominał z uśmiechem jak ja Elvisa: miałem dość, hamując i śmiech i łzy nuci pod melodię, teraz tęsknię. Chwilę patrzy w sufit zanim postanawia znów na Ralfa, jutro możesz zginąć, przekonuje go, albo mogę ja, albo możemy oboje, ale nie zamierzam w tak żałosnym stanie, kręci głową w rytm. Nie ma mowy. Tańczysz?
Tańczyłem, odpowiada mu na ucho Ralf, jak gdyby musiał przekrzyczeć muzykę. Claude unosi brwi: wyglądasz jak ktoś kto nie odchodzi od baru i jedynie patrzy na parkiet z politowaniem, może powiesz mi, że pozory mylą? Ralf nie kłóci się z tym, zależy od dnia, wzrusza ramionami, od towarzystwa; i od tego, Claude pyta, ile wypiłeś? Od tego też, uśmiecha się Ralf, nie wspominając słowem o tym, że parę lat temu nie była mu potrzebna ani kropla. W prawym uchu Elvis ostatni raz powtarza mu, że jest diabłem w przebraniu, w lewym słyszy szept Claude'a: mogę ci nalać jeśli ze mną zatańczysz. Jego oddech łaskocze go w szyję, no chodź, słyszy znowu, drugiej takiej okazji może już nie być. Nie daj się prosić.
Próbuje wyciągnąć go za rękę z łóżka, ale Ralf jeszcze chwilę siedzi na jego krawędzi, jakby mocząc nogi w basenie zastanawiał się czy chce w nim pływać, podczas gdy Claude zapewniał go, że woda jest ciepła. Ralf wstaje dopiero gdy unosi karafkę. Podchodzi do niego cicho jakby płynął, opiera ręce na jego biodrach i brodę na barku, tylko nie przesadzaj, prosi go, po czym sięga po pełniejszą szklankę. Claude obraca się, stukają się nimi, szkło dźwięczy o szkło; za to co było, pyta Claude, za to co będzie, poprawia go Ralf, nie, Claude protestuje: za to co jest. Próbuje się uśmiechnąć, lecz robi to dopiero, gdy sącząc whisky Ralf zaczyna kołysać się w rytm muzyki, choć zdaje się to robić przypadkiem, jak drzewo bezsilne wobec poruszającego nim wiatru.
Tańczyliśmy już raz, przypomina mu Claude; to przepłoszone z pamięci wspomnienie przebiega przed oczami Ralfa, gonione przez setkę pozostałych, jakby zaplątało się w nie, jakby te pętały mu nogi, usiłując zatrzymać tam, gdzie dotąd się kryło: tak, tańczyliśmy. Ucieka wzrokiem w bok, patrzy dokąd biegnie lub skąd ucieka, ale nie może powstrzymać uśmiechu, ani tego, że ręce same odnajdują oparcie w ramionach Claude'a, ani tego, że objęty jego własnymi w pasie czuje radość, którą tak uparcie od siebie odsuwał. Przecież widzę, że kiedyś robiłeś to częściej. Możesz mówić co chcesz, ale nie jestem ani ślepy, ani głupi, choć z tym ostatnim pewnie byś się kłócił, podczas gdy prawda jest taka, że to ty jesteś, jeśli twierdzisz, że mnie oszukasz. Nie próbuję, przerywa mu Ralf, ale mija chwila zanim może to powtórzyć patrząc mu w oczy: naprawdę nie próbuję. Więc dlaczego próbowałeś? Ralf udaje, że przez muzykę nie usłyszał pytania, czuje na sobie jego wzrok i dopiero po chwili rozumie, że Claude nie nalega, lecz prosi o odpowiedź. Nie potrafi jej udzielić. Patrzy na niego przepraszająco, ale oczy Claude'a są cierpliwe i wyrozumiałe jak nigdy przedtem. Zamiast powtórzyć pytanie zmienia je: co się wtedy stało? Co cię tak do wszystkich zraziło?
Nie musi zastanawiać się ani przez chwilę, odpowiedź na nie nieustannie pływa na samej powierzchni jego myśli, jest jak olej unoszący się ponad tutejszymi ściekami, który do niedawna pozostawał w ciągłym obiegu za sprawą ulicznych sprzedawców; czyż nie truł się nim świadomie, z własnej woli i własnego wyboru? Mimo to milczy dłużej niż powinien, zanim odpowiada tak niewyraźnie, że musi powtórzyć, aby Claude go usłyszał: zdrada, zostałem zdradzony, nie raz, nie dwa, nawet nie trzy.
Claude przytakuje, wszyscy kiedyś zostaliśmy, wszyscy znamy ten smak. Ale niektórzy trochę lepiej, uśmiecha się wbrew sobie Ralf, jakby był dumny z tego, że nieustannie czuje go na podniebieniu, że drażni je jak kwaśny, permanentny posmak żółci, nie pozwalając na poczucie żadnego innego. Smak, zapach, potrafię ją wyczuć, śmieje się, sam proszę się o to, by mnie wymieniono, ja się im nudzę. Claude kręci głową: nie znudziłbyś się nikomu gdyby znał cię naprawdę. Gdyby ktoś poznał mnie naprawdę, zaprzecza Ralf, wolałby mnie nie znać w ogóle. Oboje to wiemy. Chce zabrać ręce z ramion Claude'a, lecz ten chwyta jego dłonie zanim zdąża to zrobić i trzymając je nie pozwala mu przestać tańczyć. Ja tak nie uważam, mówi po chwili; czy ktokolwiek znał cię lepiej, niż znam cię ja? Kiedyś tak, odpowiada Ralf, lecz w jego głosie nie słychać przekonania, musi się poprawić: ale znali kogoś innego. Wolałbym żebyś znał mnie wtedy.
A ty mnie, przekonuje go Claude, tak mi przykro, że zostały ze mnie tylko resztki, te, których nikt nie chciał, same twarde kości, ale możesz dostać się do szpiku. Psy wprost za nim przepadają. To przysmak epoki kamienia.
Patrzą sobie w oczy dłużej niż kiedykolwiek, Ralf zdaje się chcieć coś powiedzieć, lecz nie jest w stanie, spuszcza wzrok pierwszy. Kto wybrzydza ten nie je, ciągnie Claude rozbawiony, nie chcesz się chyba zagłodzić na śmierć? Może chcę, śmieje się sam z siebie Ralf, może mam po tym wszystkim jadłowstręt. Claude poważnieje: pokładałeś zbyt dużo wiary w tamtych ludzi, ale to nie znaczy, że powinieneś przestać ufać reszcie. Na przykład tobie? Na przykład mi. Słodki dotąd uśmiech Ralfa cierpnie i gorzknieje: wiesz, wtedy, z Zhanną. Zdziwienie na twarzy Claude'a jest szczere i głębokie, Chryste, Ralf, gdybym wiedział, tak cię przepraszam. Ralf kiwa głową, oczywiście, gdybyś wiedział, przepraszasz, nie przestaje nawet gdy Claude ujmuje jego twarz w dłoń: w porządku, prosiłem się o to. Wcale się nie prosiłeś, Claude przekonuje go, ale gdybyś poprosił o co innego do tego wcale by nie doszło. To mój błąd, ale gdzie Zhanna jest teraz? Tam gdzie inaczej dawno byłbym ja.
Przypatrują się sobie, Claude pogodnieje pierwszy: w życiu bym nie pomyślał, że tak to odbierzesz. Ja też, spuszcza głowę Ralf, lecz Claude przyciąga go tak, że ta znajduje oparcie na jego ramieniu. Naprawdę nie wiedziałem, powtarza mu szeptem i na chwilę przykłada usta do jego policzka. Przywykłem, usiłuje zbyć własne rozżalenie Ralf, ale Claude na to nie pozwala: przecież wiem, że to za każdym razem boli tak samo, że jeśli masz jakąś ranę nie musisz zostać dźgnięty ponownie by poczuć ten sam ból, że on powraca sam z siebie. Ale ty żyłeś z nim zbyt długo, za wcześnie dowiedziałeś się jak to jest, prawda? Ralf milczy, w ten sposób przyznając, że Claude ma rację; kołyszą się nie bacząc na rytm muzyki, której przez krótką chwilę zdają się nie słyszeć. Więcej tak nie zrobię, szept owiewa ucho Ralfa, to się nie powtórzy, deklaruje Claude. Oczy Ralfa otwierają się szeroko, usta rozchylają się, serce bije głośno, ktoś puka z jego wnętrza, grozi, że wyważy drzwi, które sam zamknął; robi krok w tył, lecz Claude nie pozwala mu na następny, splata swoje ręce z jego, przykłada do ust, z ostrożnością składa na obu dłoniach powolne pocałunki: w porządku? Ralf przytakuje, musi otrzeć oko, ale uśmiecha się tak, jak nie robił tego od dawna. Spuszcza głowę, lecz gdy podnosi ją Claude nadal przypatruje się mu z czułym zadowoleniem. Fei ci powiedziała, pyta Ralf, wszystko, słyszy w odpowiedzi, śmieją się z tego cicho, zetknięci czołami. Ale wtedy nie zrozumiałem; obecnie nawet nie muszę się starać, wiesz? Po prostu założyłem, że zawsze taki byłeś, czyli jaki, przerywa mu Ralf. Zachowawczy, Claude patrzy mu w oczy, potem na usta: żeby nie powiedzieć, że wstrzemięźliwy. Ralf odwraca głowę, on dobrze wie, że nie zniesie tego spojrzenia, ale radość, jaką sprawia mu jego skrępowanie jest całkiem niewinna.
Nie byłem. Kiedyś nie byłem. Czyli kiedy, dopytuje Claude, i znów spotyka się z dłuższą ciszą, którą wypełnia muzyka. Zanim tamto się stało? Nie, Ralf krzywi się, to nie przechodzi mu łatwo przez gardło: zanim się powtórzyło, zanim zaczęło się w kółko powtarzać. W jednej chwili słyszysz jak wiele dla nich znaczysz, w drugiej dowiadujesz się, że przestałeś dawno temu. Że dałeś się oszukać jak ostatni debil.
Claude waży słowa, milczy, czekając aż echo pobrzmiewającego w głosie Ralfa gniewu przeminie, zagłuszone melodią. Kobiety takie są, oznajmia nagle z groteskową powagą, ale widać, że powstrzymuje śmiech. Ralf przewraca oczami, wzdycha, męczy się, jak gdyby nie ciągnął go za język, a za jeden z noży, którymi najeżone były jego plecy. Ludzie tacy są, poprawia go; zadowolony? Żebyś wiedział, uśmiecha się Claude.
Żebyś wiedział, całuje jego skroń.
Nie musisz odpowiadać, uspokaja go, ale wtedy, gdy studiowałeś: to był chłopak czy dziewczyna? Ralf śmieje się kręcąc głową, patrzy w bok, w podłogę, wszędzie, byle nie w jego oczy. Claude uznaje, że nie usłyszy odpowiedzi, ale właśnie wtedy Ralf jej udziela: miałem chłopaka. Długo? Trochę ponad dwa lata. Musiał być fajny. Ralf przytakuje: do czasu. Dopóki nie zmarnował ci młodości. Tak. Albo życia. Nie, życie zmarnowałem sobie sam.

Czasami z zewnątrz dochodził do nich głośny, radosny śmiech, innym razem głosy stróżujących przy bramie mężczyzn bądź chłopców cichły - milkli raptownie gdy coś zwróciło ich uwagę, lub stopniowo, krok po kroku, gdy zmęczenie okazywało się silniejsze od niezdrowego zapału, z jakim zaniepokojeni ruchem lub hałasem sięgali broni. Będą zmęczeni, usiłowała dodać sobie i im otuchy Shujuan, będą wkurwieni, syczała Jin. Będą martwi, Fei gryzła się w język; gdyby zacisnęła zęby choć odrobinę mocniej trysnęłaby z niego krew. Spędziły blisko godzinę unikając rozmowy o tym, co nieuniknione, z ustami zakneblowanymi obyczajami, które umarły wraz ze światem, i których postępujący rozkład wydzielał odór nie mniej toksyczny niż robiły to martwe ciała.
Ale Fei była pierwszą, która się od tego uwolniła: chwyciła przegniły ząb, którym usiłowała przeżuć rzeczywistość, szarpnęła, i wypluła zanim choroba przeniosłaby się na pozostałe. Nie była przywiązana do tych zębów; wspomnienie samoistnie wypadających mleczaków, wierzeń, które porzuciła jako dziecko, było wciąż żywe. Nikt nie mógł przekonać jej, że w ich miejsce nie wykształci nowych; a jeśli nie? Wkręci sobie złote. Założy sztuczną, idealną szczękę, jak Ralf i Claude, autentyczny odlew pozbawionych skaz zębów, tak jasnych, że gdyby były prawdziwe wybielanie dawno zabiłoby je w środku.
Lecz to było to, co wszyscy chcieli widzieć: nie szczerby po mleczakach, których Shujuan zdawała dopatrywać się w jej uśmiechu, przypominając Jin, że jest zaledwie dzieckiem, ani nie krwawe kratery po siłą wyrwanych trzonowcach. Chciała mieć komplet, ostry jak ich, ostry jak gilotyna. Zgryz, który sprawiłby, że przed rozpięciem rozporka mężczyźni zastanowiliby się, czy nie odgryzie im kutasa.
Na ten jednak moment zamierzała przypomnieć im o mleczakach. Umiała wykorzystać ulgowe traktowanie, które jej gwarantowały, choć do niedawana sprawiało, że chciało jej się rzygać.
- Jestem zmęczona. Chyba się położę - ziewnęła cicho, patrząc na Jin i Shujuan spod półprzymkniętych powiek. Weźmie tabletkę, którą podsunął jej Ralf, musisz się tylko wyspać, być przytomna, obudzi się za osiem godzin, mniej, jeśli Jin wstanie pierwsza.
- Popatrz na nią i powiedz mi jeszcze raz, że popełniłam z Joshuą błąd chcąc jej tego, właśnie tego oszczędzić-
- Może byś jej oszczędziła; a może byłaby już martwa.
- Ciszej, proszę.
- Łatwo jest ci mówić: oni cię nie tkną, o ile Zedong nie udzieli im zgody. A mnie-
- Ciebie też by nie tknęli - zaświergotała Jin. - Ciebie też by nie tknęli, ale nie będą mieli szczególnego wyboru. Ty albo Fei, a każdy, któremu odmówisz, zwróci się właśnie do niej. Chcesz sprawiedliwości dla niej, dla dziecka? Więc współpracuj, do diabła!
- Ciszej...
- Skończyłyśmy rozmawiać, Fei. Shujuan idzie do siebie.

Niebo rozjaśnia się; świece nie są już potrzebne aby mogli widzieć się w świetle nadchodzącego świtu, niebieskim jak gdyby byli pod wodą, a chmury, do złudzenia przypominając pianę morską, miały przypominać im, że znaleźli się na samym dnie, skąd nie mają szans dosięgnąć powierzchni. Tańczą powoli, opór wody ich spowalnia, muzyka wkrótce urwie się bezpowrotnie. Księżyc jest cienki jak ość.
Przez pierwszy rok, opowiada dalej Ralf, były tylko plotki, żarty, może parę pytań, nie były zadawane na poważnie, więc odpowiedzi również takie nie były; zresztą nawet gdy mówił prawdę robił to w taki sposób, że nikt mu nie wierzył, może to rzeczywiście był żart, który zaszedł za daleko. Ale na niedługo przed końcem wiedzieli już wszyscy: znajomi, wykładowcy, rodzice, czułem się przez to jak idiota. Rodzice? Claude pyta. Powiedziałeś im? Ralf kręci głową: to wyszło przez przypadek. Polubili go, potem znienawidzili, naprawił im syna - cudownie, ale potem oddał to, pewnie twierdząc, że samo się zepsuło. Poczekaj: oni nie mieli nic przeciwko? Ralf śmieje się, trochę przez wspomnienie, trochę przez zdziwienie Claude'a: zrozumieli, że chciałem wtedy zrobić im na złość, więc zrobili wszystko, aby pokazać mi, że nie jestem w stanie. Zawsze tacy byli. Wiedzieli, tolerowali, akceptowali, wspierali, nazwij to jak chcesz; zaskoczony? To nie ich wina, że taki jestem, nie przerywaj, proszę: wiem jaki jestem, a wina jest moja.
Claude milczy; Ralf buja się na boki, jak gdyby dwie przeciwne siły uczepiwszy się jego ramion usiłowały wydrzeć go sobie z rąk - uśmiecha się, przywykł do tego, że żył rozdarty. Jak było z twoimi, pyta Claude'a, usiłując przegonić konsternację z jego twarzy - inaczej? Claude zastanawia się chwilę; potem gorzkie rozbawienie wykrzywia jego usta. Pamiętasz jak mnie sklepałeś? Przepraszałem cię tyle razy; a ja wybaczyłem, Bogiem a prawdą sam bym sobie wtedy przyjebał, ale posłuchaj tego - to nie był pierwszy raz kiedy tak dostałem. Mówiłem im: wrócę później, nie czekajcie, wychodzę, ciao! Przedłużyło się, stwierdza Ralf. Trochę, Claude się śmieje, może następnego ranka uznali, że zdążyłem gdzieś znów wyjść, ale zaraz doszło kolejne dwadzieścia nieodebranych połączeń, kolejnego dnia drugie tyle, i gdy wreszcie wróciłem- Nie byli zadowoleni. Nie, nie byli. Martwili się o ciebie - chciałeś, żeby się martwili. Nie chciałem. Chciałeś, żebym ja, Ralf wystukuje palcem sylaby na jego piersi. Claude wzdycha: kiedy wróciłem matka była przerażona, że coś mi się stało, ale ojciec powitał mnie pięścią, brzmi znajomo, prawda? Krzyczał coś o tym, że jestem pierdolonym egoistą, bo gdybym miał odrobinę rozumu znalazłbym sposób na poinformowanie matki, że nadal żyję, choćby padł mi telefon, wreszcie wyraził nadzieję, że dobrze bawiłem się z koleżanką, i ponieważ też chciałem zrobić mu na złość, odpowiedziałem, że koledze się podobało. Wtedy uderzył mnie jeszcze raz, matka kazała mu się uspokoić, mi doprowadzić się do porządku. Nie rozmawialiśmy przez wiele dni, wystarczająco, abym pogodził się z myślą, że jest już po mnie, ale potem posadzili mnie w kuchni, zaczęli pouczać, jeśli chciałbyś nam kogokolwiek przestawić, Claude, obojętnie, czy jest to chłopak, czy dziewczyna, po prostu go zaproś. Potem matka zapytała mnie o jego imię, wzruszyłem ramionami: to już bez znaczenia, mamo. Potem się rozwiedli. Potem skończyłem tu. Długo byliście razem? Parę dni. Miałem szesnaście lat; czego innego byś się po mnie spodziewał? To nie był moment na cokolwiek poważnego, jeszcze przypadkiem skończyłbym jak ty, zrażony do wszystkich, zresztą wtedy wciąż myślałem, że zaraz mi przejdzie, przecież lubię dziewczyny.
Zdążyłem się zorientować, zauważa Ralf. Ty nie? Ralf spuszcza wzrok, aż wreszcie sam zbywa to pytanie wzruszeniem ramion. Niekoniecznie. A mnie? Może. Może, przedrzeźnia go Claude; masz jeszcze parę godzin żeby się zdecydować.

Yan nie pamiętał swojego snu, ale wstrząśnięty, z szeroko otwartymi oczami wyodrębniającymi meble z mętnego, towarzyszącego świtowi półmroku, nie miał wątpliwości, że to właśnie jego przebieg go obudził. Ten nieokreślony, nawiedzający go koszmar stał się tak dalece niemożliwy do zniesienia, że pobudkę w niewiele od niego lepszej rzeczywistości przywitał z ulgą. Musiały minąć minuty, zanim uspokoiły się jego myśli, i znacznie więcej, zanim ich śladem zrobiło to serce.
Przyłożył twarz do szyby, chcąc schłodzić rozgrzane policzki i czoło, lecz wtedy to dostrzegł: dwie pary świecących ślepi zdawały się dymić w kłębach porannej mgły, dwoje zaś jeźdźców, odłożywszy kaski i broń na bok, grało w karty, siedząc na podjeździe i co jakiś czas krzycząc coś w krótkofalówkę. Czy też by taką dostał? Czy nauczyliby go strzelać? Czy byłby w stanie zrobić to, co musiałby, aby uznali go za równego sobie?
Schował się za zasłoną. Znał odpowiedź, nie musiał się nad nią zastanawiać. Nie miał w sobie tego, co Ralf, aby móc chwycić nóż i ubrudzić jego ostrze krwią, nie miał w sobie tego, co Claude, aby skorzystać z jej rozlewu, nie miał nawet tego, co Zedong, aby jej widok potrafił go rozbawić, miał tylko szybkie nogi, które pozwalały mu uciekać, lecz dziś odmówiły mu posłuszeństwa.
Spojrzał jeszcze raz. Ich sylwetki rzucały długie, ciemne cienie, nieomal sięgające wejścia. Co stałoby się, gdyby do nich podszedł? Być może mogliby się dogadać, jak człowiek z człowiekiem, być może uznaliby go za jednego z nich i pochwalili ten wybór; ale mogli również strzelić, po prostu. Albo kazać mu się pierdolić. I co jeśli Ralf i Claude patrzyli? Miał wrażenie, że właśnie tak było. Patrzyli i czekali, aż wreszcie zmięknie i pójdzie błagać nowych bogów o litość, narażając się na gniew tych, pod których protekcją dotąd żył.
Wrócił do łóżka. Dygotał. Pod nieobecność słońca temperatury skradały się niebezpiecznie blisko zera i wkrótce, jeśli nie zaraz, koce i pościele miały okazać się wobec nich bezsilne. Pomyślał o zamarzającym w powietrzu oddechu, o ogniu, nafcie, benzynie i gazie, o promiennikach, świetle i cieple, oraz o tym, że nie miał pojęcia gdzie miałby je znaleźć wśród korytarzy bezkresnego Tianjinu.

Tego dnia zdawało się, że świt nie nastał. O obecności słońca za gęstą warstwą chmur świadczył wyłącznie tępy ból oczu, którego Ralf doznał odsłoniwszy okna; potarł zamknięte powieki dłońmi gdy mleczna jasność nieba spłynęła prosto na jego twarz, jak gdyby usiłowała zmyć z niej senność, której nie wyplenił ani prysznic, ani woda po goleniu, ani filiżanka wypitej w ciszy z Claude'em kawy.
Krople przywróciły biel jego białkom, krem rozjaśnił niebieskawe worki pod jego oczami, ale nic poza snem nie było w stanie uciszyć zmęczenia, szumiącego mu w czaszce jak wiatr przeciskający się między gałęziami okolicznych drzew. Dopiero zimne powietrze ocuciło go na tyle, by dotarła do niego powaga sytuacji: na prowadzącym do hotelu podjeździe wciąż czuwała przysłana przez Zedonga dwójka, a w przeciągu paru godzin mieli dołączyć do nich pozostali. Jeden z nich zauważył go, stojącego w szlafroku na balkonie, szturchnął towarzysza i wskazawszy Ralfa palcem powitał go niedbałym salutem. Ich wojskowa dyscyplina była twarda i krucha jak szkło, niemal słyszał, jak jej powierzchnią rozchodziły się pęknięcia, te same, które miarowo dzieliły lód na krę.
- Nadal tam są - oznajmił, zamykając za sobą drzwi balkonu. Claude nie był zdziwiony, przyjął te wieści z obojętnością tak niezachwianą, że gdyby nie udzielona po chwili odpowiedź Ralf uznałby, że go nie usłyszał.
- Zaproś ich na śniadanie.
Ralf zmarszczył brwi, lecz nie protestował, ani nie uznał, że jego słowa były tylko elementem żartu; ten pomysł nie spodobał się dopiero Fei, która nie zdążyła przebrać się z piżamy gdy Jin wpuściła go do ich pokoju. Nie spały od dłuższej chwili. Nerwowe pobudzenie, które zerwało je przedwcześnie z łóżek, ustąpiło nieznacznie dopiero na dźwięk jego zmęczonego głosu i widok bladej twarzy, niedospanej, jakby przez całą noc myślał jak je od tego ocalić.
- Nie wyjdę tam sama.
- Nic ci nie zrobią.
- Musisz zrozumieć, że to twoja szansa - powtórzył spokojnie. - Za Jin wstawi się Zedong, za Shujuan nikt, ale za tobą może któryś z nich. To dziecinnie proste, Fei, dziel i rządź, wybierz sobie któregoś i uśmiechnij się do niego nieco szczerzej, proszę.

Spraw, że drugi będzie zazdrosny, skłóć ich ze sobą, powtarzała sobie w myślach, niosąc żeliwny imbryk na tacy z dwiema filiżankami i wyłożoną na talerz paczką ciastek. Węsząc podstęp w słodkim zapachu jej perfum nie zgodzili się opuścić posterunku, lecz krople mżawki zachęciły ich do przeniesienia się pod wiatę u wejścia. Byli młodzi, zaniedbani, przeciętni, ale w ich rysach nie czaiło się nic obrzydliwego dopóki nie wymieniali sprośnych spojrzeń nad jednym ze stolików, których przed upadkiem cywilizacji nie zabrała z zewnątrz obsługa, i których nie zdążył ukraść wiatr. Fei próbowała spojrzeć na nich inaczej: jeszcze przed paroma miesiącami inne dziewczyny w jej wieku chełpiłyby się krótką rozmową z o parę lat od nich starszym chłopakiem, a ona zazdrościłaby im, choć już wtedy wiedziała, że niezależnie od czasów chodziło im o jedno. To jak się nazywasz? Fei Fei, odpowiedziała nieznajomemu odgarniając czarne włosy za ozdobione kolczykiem ucho, ale oni mówią mi Fei, ty też możesz. Ty i-
- Jingyi. A ja jestem Guanting, miło mi cię poznać, Fei Fei.
Między ich zębami chrzęściły ciastka, a parę pięter wyżej w kamiennym moździerzu kruszone na pył tabletki, powoli zaczynające przypominać mąkę lub kokainę. Mogliby podać im je w takiej właśnie formie, zachęcić do wmasowania w ociekające śliną dziąsła, lecz Zedong poznałby różnicę. Zamiast tego nieznacznie mąciły herbatę, z którą zostały pośpiesznie zmieszane, w niepokojącym stopniu opadając na dno czajnika wraz z fusami, układającymi się w nieprzychylną wróżbę; Claude i Ralf mogli ją jedynie zignorować.


Edytowane przez Choo dnia 17-03-2019 21:52
i.imgur.com/Wgny7bt.gif
 
wewau

i.imgur.com/0WP3pbH.png

- Co zrobisz, kiedy sprawy wymkną się spod kontroli?
To pytanie na krótko zawisło między nimi wraz z wyplutym pod nogi tytoniem - Jin musiała w zapomnieniu przygryźć papierosa, którym dotąd uderzała o przednie zęby. Pobudzony w niezdrowy sposób, krążący bez celu na podobieństwo więźnia Claude zdążył uznać, że wybijała w ten sposób rytm marsza pogrzebowego nim uprzytomnił sobie, że nie zadała mu pytania retorycznego i w związku z tym spodziewała się uzyskać odpowiedź, a on nie tyle nie umiał, ile nie zamierzał jej żadnej udzielić. Byli potępionymi przez opinię publiczną skazańcami, na których spadł ten sam surowy i nie mający wiele wspólnego ze sprawiedliwym wyrok - mogli się sprzymierzyć lub mieć na względzie wyłącznie siebie i cenę równie niewielką co przydzielona im cela sprzedać współosadzonego strażnikom. Ich problem polegał na tym, że nie umieli przewidzieć, które z tych rozwiązań przyniesie im większe korzyści. Ta niepewność była zarazem szansą na przekonanie Jin do tego, by zechciała współpracować, by on utrzymał w rękawie tę kartę, tego Jokera, którego wolałby nie wyciągać, chociaż od pewnego czasu przyłapywał się na pocieraniu krawędź tektury palcami. Czy Zedong znalazłby w sobie dość serdeczności, by pozwolić im przepaść jak kamień w wodę, gdyby obok Jin sprezentowali mu też Fei i Shujuan?
- A co ty byś zrobiła? Jeśli do tego dojdzie-
- Kiedy, Claude. Kiedy do tego dojdzie - sam wiesz, że to tylko kwestia czasu.
- Nie mamy pewności.
- Nie pogrywaj tak ze mną.
- Bo...? Co zrobisz? Poskarżysz się Zedongowi w nadziei, że za kilka tygodni się tobą nie znudzi?
- Za kilka tygodni rozkład przeżre ten uśmiech, a reszta tego, co z ciebie zostanie zamieni się w kupę przegniłego mięsa, które i bez pomocy ptaków odeszłoby od kości... A ja będę żyła. Może nie będę szczęśliwa, ale będę żyła. Co ty na to?
Claude przez moment nie był w stanie zdobyć się na wiele ponad milczenie i szukanie zaprzeczenia tych słów zagrzebanego gdzieś w herbacianym pyle, który zgromadził się przy samym dnie filiżanki z herbatą. Zaczynał żałować, że nie pozwolił sobie na wlanie kilku kropli rumu; że resztki proszku wsypał do imbryka, a nie własnego kubka.
- Przyszła ostatnia zmiana - skonstatowała z odrazą Jin ze skronią przyciśniętą do ramy balkonu, a potem z zastygłym na twarzy wyrazem pogardy obróciła się w jego stronę. - Może powinniśmy zwrócić im Ralfa. Gdybyś poprosił, żeby przez moment ich zajął, zrobiłby to.
- I co potem? Wierzysz, że po czymś takim miałbym jakiekolwiek opory przed wystawieniem ciebie, gdyby nas zatrzymali?
- To ty tu jesteś na przegranej pozycji. Jak myślisz, komu uwierzą - rozhisteryzowanej kobiecie, która zaprze się, że została uprowadzona czy tobie, z bronią pod ręką? - przypomniała mu z czymś, co można by uznać za cień protekcjonalnego uśmiechu. - Ralf mnie nie posłucha, ale ciebie tak. Wiesz, że byłam temu przeciwna, ale zmieniłam zdanie i nie chcę dziś umrzeć - ty też, więc przestań brać to do siebie. Joshua zniknął i nie wrócił, i nie łudzę się, że wróci, ale gdybyśmy go spotkali, nie miałabym mu za złe tego, że raz wykazał się większym rozsądkiem i uratował własną skórę. Możemy zrobić to samo. To będzie bolało tylko na początku, ale potem przestaniesz o nim myśleć.
Claude zakrztusił się własnym rozpaczliwym śmiechem - czy to działo się znowu? czy to działo się naprawdę? - i pokręcił z niedowierzaniem głową, a kiedy podniósł wzrok, napotkał jedynie identycznie poważne i nienawistne spojrzenie Jin.
- Mam ochotę cię udusić, bylebyś się wreszcie zamknęła.
- A ja i ciebie, i jego, ale oto jesteśmy - i proponuję ci bezkrwawe wyjście.
- Nie jesteś pierwsza. Gdybym był tobą, dałoby mi to do myślenia.
- Jak się nazywała ta dziewczyna? Ta, która podcięła sobie żyły? Nie zorientowała się w porę, że zapędziliście ją w kozi róg, co? Powiedz mi, Claude - ona to sobie zrobiła czy ty? Ile razy już przez to przechodziliście? Ile razy przedtem błagałeś o oszczędzenie Ralfa?
Na moment zapadła cisza.
- Musisz czuć się zraniona - podjął Claude - Joshua nie okazał się tak wierny. Wyjechał i zostawił cię w tyle. Możesz mnie przeżyć, zgoda, ale myślę, że możemy się też zgodzić co do tego, że to nie ja postradam zmysły. Wiesz, co robiono kobietom, kiedy Japończycy weszli do Nankinu? Musisz wiedzieć, to tragedia, wielka tragedia... A oni nie będą lepsi, Jin. Nadal chcesz podcinać gałąź, na której siedzisz?
- Umrzemy - wyszeptała zmartwiałymi wargami Jin, nim powtórzyła to samo, tym razem nieomal krzycząc:
- Czy ty nie rozumiesz, że umrzemy? Że zarżną nas jak-
- Jak wszystkich innych. Wiem, że umrzemy i ty też to wiesz. To nie może być szczególnie trudne, ale wolałbym, żeby nie okazało się bolesne.
Ogień tlący się w Jin zdawał się przygasnąć - na krótko odwróciła wzrok, a kiedy znowu nań spojrzała, przypominała ten sam niedopałek, który przed momentem sama zdusiła w popielniczce. Wtedy zdał sobie sprawę z tego, że sam musiał wyglądać niewiele lepiej. Czy ktokolwiek zmrużył tej nocy oko?
- Zmień Ralfa, zajmij się naszymi gośćmi. Nie chcę tam schodzić, dopóki nie pojawi się Zedong.
Przytaknął, ale nie ruszył się z miejsca. Jin podniosła głowę.
- Coś jeszcze?
- To, co powiedziałaś-
Zbyła to uniesieniem ręki. Sprawiała wrażenie zrezygnowanej.
- Przestań. Jestem wściekła, ty jesteś wściekły, wszyscy jesteśmy wściekli, a nawet jeżeli zgadłam - proszę, zapamiętaj sobie, że nie jestem nią, nie jestem też Shujuan... Każdy z nas ma kogoś na sumieniu. Jedna kurwa wte czy we wte... Ale ja jestem w stanie was przeżyć - nie zamierzam tylko wpaść z deszczu pod rynnę, rozumiesz?
- Przecież każdy z nas wybiera mniejsze zło.
- Dlatego przestań kryć plecy Ralfa, bo może się okazać, że będziesz musiał schować się za moimi.

Claude zamknął za sobą drzwi najciszej jak potrafił, ale nie zdążył odejść daleko nim po ich drugiej stronie rozległo się stukotanie - to Jin przekręciła blokadę i podstawiła krzesło pod klamkę, to samo, któremu przed paroma kwadransami przypatrywał się bez zrozumienia, nie pojmując co też musiała robić w nocy, skoro zdecydowała się postawić je pod ścianą korytarza tak wąskiego, że nie mieściły się w nim dwie dorosłe osoby. Bogiem a prawdą walczył z odruchem zrobienia tego samego - zamknięcia się w sypialni i zabarykadowania przejścia tak, by w razie zaistnienia potrzeby zyskać te kilka sekund, które mogły zadecydować o życiu lub śmierci.
Nigdy nie uważał strachu za coś złego - szczególnie, że to on częściej niż cokolwiek innego przydawał jego życiu smaku i pozwalał komponować się z brawurą. Nigdy też by się do tego nie przyznał, ale przepadał za pulsowaniem krwi w skroniach, przyspieszonym tętnem, ścierpniętą skórą i napięciem mięśni, za tym, jak na te kilka uderzeń serca rzeczywistość sprowadzała się do wzięcia rozbiegu i zeskoczenia z urwiska do wody, między skały, o które mógłby się roztrzaskać, gdyby niepoprawnie oszacował odległość; do tego rozsadzającego czaszkę podekscytowania, kiedy motor przechylił się na tyle, by wpadli w kontrolowany poślizg i prześlizgnęli się pod opuszczonym szlabanem, choć tamtego dnia wyłącznie szczęśliwy traf przesądził o tym, że żaden z nich nie stracił głowy ani nie został stratowany przez rozpędzony pociąg pasażerski. Dotychczas rzucał się w ramiona kostuchy i wysupływał z nich, kiedy tylko pryskało pierwsze zauroczenie, zupełnie jakby była wyłącznie jedną z wielu osób, których imiona rozpływały się w kieliszku wina i która akurat przysnęła, kiedy on ze swoimi rzeczami w zębach wymykał się ukradkiem na zewnątrz. Lubił to niecierpliwe oczekiwanie na zderzenie, ale zarazem wierzył we własną nieśmiertelność i utwierdzał się w tym przekonaniu, kiedy nieszczęśliwe wypadki przytrafiały się wszystkim dookoła, tylko nie jemu - Yanis, który skakał za nim i wydawałoby się, że spadł do wody po tym samym torze stracił władzę w nogach; kamery złapały numery rejestracyjne Ju-long przed tym nim zrobiły to władze porządkowe - po tym zdarzeniu stracili ze sobą kontakt; Chunhua sypiała z nim regularnie i wiedział, że nie brała tabletek cyklicznie, ale kiedy zadzwoniła z płaczem, że wpadli, poprosił o przeprowadzenie testów - po zobaczeniu wyników na własne oczy zapewnił, że będzie służył pomocą niezależnie od tego kim był ojciec tego dziecka, a zaraz potem zablokował jej numer. Przeważnie w parze ze strachem pod rękę z nim szła ulga - ale tym razem coś się zmieniło. Tym razem szczęście się od niego odwróciło, a pech zaczynał ocierać się o jego nogi jak mruczący z zadowolenia kot.
Wiedział, że w porównaniu z tym, co prawdopodobnie miało spaść na barki Jin i Fei - Shujuan nie poświęcał uwagi wyszedłszy z tego prostego założenia, że co z oczu to z serca, a starali się unikać na tyle, na ile było to możliwe - przerosłoby go, gdyby znalazł się na ich miejscu. Jedynym, co pochłaniało go bez reszty były rozważania nad tym, czy Zedong zamierzał nieświadomie zadośćuczynić za krzywdy Joshuy i założyć mu pętlę czy też znalazłby w sobie dość współczucia, by zmarnować na niego nabój. Czy kazałby mu spojrzeć w wylot przyłożonego do ramienia automatu i powiedzieć, czy na końcu widział bramy Raju, myślał Claude, podnosząc wzrok na Ralfa; czy może kazałby mu odwrócić się i zakosztować życia po raz ostatni, a on nawet nie zauważyłby tego, że kula przeszła na wylot, kiedy wpatrywał się w bezkres nieba nad głową i mewy niesione prądami powietrznymi. Może tak właśnie wyglądała śmierć: każda sekunda zdawała się rozciągać bez końca jak lepka, rozgrzana melasa i trwać wieki, potem rozlegało się tąpnięcie, ciało uderzało o ziemię, na porowatym betonie niczym rosnące wzdłuż krawężnika chwasty zakwitały kałuże krwi, a zdezorientowany zmarły patrzył na to i zastanawiał się, w którym momencie dusza oddzieliła się od korpusu.
A może się mylił, może się bał i nie dopuszczał do siebie myśli, że po wystrzale zapadała ciemność. Może to przypominało wyrwanie wtyczki z kontaktu - on, off, a on zamilkłby niczym pozostawiony w pustym salonie telewizor, który został zawczasu podpięty do zasilania awaryjnego, ale nawet wtedy nie mógł pozostać na wiecznym chodzie. Claude uniósł rękę na powitanie ludzi, których ulewa zapędziła do środka, zastanawiając się, któremu z nich zostanie wydany rozkaz wyłączenia sieci.
- Jestem zaskoczony, że wysłano cię do nas o tak wczesnej porze, Wen - zagaił, a sam zainteresowany, który stał i raz po raz potrząsając połyskującą od wilgoci skórzaną kurtką rozmawiał z podkomendnymi, obrócił się na pięcie z wyrazem życzliwego, zakrawającego na kordialność zainteresowania i rozłożył ramiona w geście, który sugerowałby, że zamierzał powitać syna marnotrawnego.
- Już miałem pytać Ralfa czy będziemy tego wieczoru w komplecie! - Wen spojrzał na Ralfa tak, jakby tamten wprawdzie wygrał zakład, ale sama nagroda zniknęła w międzyczasie z podium i nic nie mógł na to poradzić, a potem zaśmiał się z wyższością i wskazał na kanapy. - Usiądź, nie przejmuj się nami - chłopcy mówili, że Fei Fei zdążyła ich poczęstować-
Czym?, ciążyło Claude'owi na końcu języka.
- ...ale sam musisz być głodny. Dopiero wstałeś?
- Położyłem się później niż zamierzałem.
- Mam nadzieję, że nie zamęczyłeś Jin - I znów rozległ się ten śmiech, a Claude poczuł, że narasta w nim ślepa wściekłość. - Rozumiem, że możesz nie podchodzić zbyt entuzjastycznie do dzielenia się z nami swoją dziewczyną - bo jesteście razem? - ale pomyśl o tym jak o podzieleniu się chlebem z potrzebującymi. To jak, Claude? Od jak dawna ukrywasz ją przed światem? A może - tu zwrócił się w stronę Ralfa - ona nie należy już tylko do niego? Na ile części pokroiliście ten tort?
- Nie jest w moim typie - przerwał mu Ralf i wzruszył ramionami - i nie rozumiem dlaczego w ogóle zamierzamy zaczynać ten dzień od rozmowy o gustach. Myślę - wyprowadź mnie z błędu, jeśli się mylę - że Zedong będzie miał do powiedzenia więcej w sprawie tego co komu z was będzie mogło się podobać, a co nie.
Poufały uśmiech zniknął z twarzy Wena, a kiedy nań powrócił, był jedynie bladą, kwaśną kopią tego poprzedniego.
- Powiedziałbym, że przysługuje mu decydujący głos, ale nawet on musi liczyć się ze zdaniem większości.
- Zedong nie byłby zachwycony, gdyby to usłyszał - zauważył niby mimochodem Ralf i zaobserwowawszy, że resztki koloru odpływają z twarzy Wena udał, że tego nie zauważył i kontynuował tym samym niewzruszonym tonem, choć może z większym rozbawieniem:
- Ale bez obaw - nikt z nas tego nie powtórzy. Przecież zależy nam na tym, żeby wszyscy dobrze się bawili - jakimi bylibyśmy gospodarzami, gdyby było inaczej? Swoją drogą, o której planuje się tu pojawić? Nie powiem, że nietaktem byłoby kazać mu czekać aż ziemniaki dojdą, bo sam od dawna nie miałem ziemniaka w ustach, ale może moglibyśmy podać mu przynajmniej ciepły makaron. Jak uważasz, Claude? Dasz radę w pojedynkę?
Tym razem to on wzruszył ramionami, jak gdyby nie wiedział jaka intencja przyświecała zadaniu tego ostatniego pytania.
- To zależy, ale przydałaby mi się pomoc. Nie chciałbym zabierać wam Jin i Shujuan, ale Fei-
- Nie wspominaliście, że jest tu jeszcze jeden chłopak? Nie pamiętam imienia, ale-
- Johnny.
- Kolejny biały? Mnożycie się jak zaraza... Ale niech będzie - o ile Johnny ma dwie ręce, myślę, że mógłby pomóc w kuchni. Dziewczyny zasługują na wolne, prawda? - zapytał, po czym spojrzał na Ralfa, jakby właśnie u niego szukał potwierdzenia. - Sam mówiłeś: zależy nam na tym, żeby wszyscy dobrze się bawili, prawda? One też muszą się kiedyś rozerwać.

Yan był blady niczym duch, który nie rozliczył ziemskich spraw nie wiedząc, że te w życiu pozagrobowym staną się smyczą krępującą swobodę ruchów, ale poproszony o udanie się do kuchni potulnie tam ruszył. Zdawał się skulić w sobie, kiedy przechodzili obok zmieniających się wartowników - czy to byli ci sami, którzy przybyli tu przed chwilą? czy byli to następni? - i wypuścił wstrzymywane w płucach powietrze, kiedy tamci zniknęli z pola widzenia. Krążył wte i we wte od paru godzin, to wystawiając, to zabierając naczynia i wydawał się rad z powrotu do kuchni, nawet jeżeli wiązało się to z szukaniem nowych talerzy - czy mieli ich pod dostatkiem? - i załadowywaniem wózka z poczęstunkiem od nowa. Z każdym popchnięciem dwuskrzydłowych drzwi, przez które wchodził i wychodził ich skromne zapasy topniały w oczach - pierwsze zniknęły przekąski; potem kruche pieczywo i wszystkie słoiki z masłem orzechowym, wreszcie kasza, którą można było przerobić na pudding i podać z marynowanymi owocami, syropem i bakaliami. Rozrywając kartony z ryżem Claude klął pod nosem, zaraz napominając się, że skąpstwo mogli przypłacić życiem, a wtedy na nic zdadzą się mu rezerwy. Woda bulgotała w garnkach, a on powtarzał sobie, że to regularne przyjęcie, parapetówka jak wiele innych.
Skrzypienie zawiasów.
Gdzieś w oddali, w świecie za murami tego więzienia, z którego nie mogli uciec zaszło słońce i lada moment miała przybyć wyczekiwana gwiazda wieczoru - Fei powiedziała mu o tym przed kwadransem. Również była blada, ale zachowała spokój. Claude zastanawiał się, czy za zeszkleniem oczu stały powstrzymywane łzy czy Ralf poczęstował ją winem przygotowanym dla gości - sam przyszedł dotąd tylko raz, a on bez słowa podał mu łyżkę o smukłym uchwycie i udał, że nie słyszał charczenia towarzyszącego wymuszaniu torsji. Taka była cena zachowania jasności umysłu.
- Skończyła się im whiskey. Macie tu coś jeszcze?
Claude z pewnym zdziwieniem spojrzał na Tanga, który od progu omiótł wnętrze latarką, jakby sprawdzał, czy tym sposobem z mroku uda się mu wypłoszyć więcej szczurów niż tylko spoconego jak mysz kucharza.
- Duszno tu jak cholera, ale nawet nie będę pytał czy wolałbyś zamienić się z Ralfem - Tang skierował snop światła na kuchenki - bo nie masz wyjścia. Zedong się za tobą stęsknił. Przebierz się.
- A co z-
- Z Ralfem? Jeszcze nic - powiedział z nutą czegoś, co można byłoby uznać za współczucie. - Oni wyciągnęliby cię tam tak jak stoisz - upokarzanie to ulubiona forma rozrywki tych szympansów.
- Dziwnie jest to słyszeć z ust kogoś, kto przyjechał tu z tym cyrkiem.
- Pozbawili mnie wolności, nie resztek rozsądku. Nie zamierzam robić sobie wrogów - Tang wzruszył ramionami - ale nie rób sobie nadziei. Daję ci head start, nic poza tym. Whiskey?
- Yan zaraz- O, jesteś.
Yan ze zdziwieniem ustąpił Tangowi miejsca w przejściu. Kiedy tamten go minął, niemo zapytał o to co tu robił, a wycierający ręce w ścierkę Claude zdobył się wyłącznie na wzruszenie ramionami i wskazał brodą na szafkę.
- Wystaw tamte karafki, powinny być gotowe. Sprawdź czy na dole nie ma widocznego osadu i weź te, które nie wzbudzą podejrzeń.

Wchodząc w krąg światła rzucany przez bezlik świec i kilka niewielkich lampek, w których do rana miały wyczerpać się baterie, Claude pozwolił sobie na teatralne wycieranie rąk w ścierkę, jakby rzeczywiście ledwie przed momentem wyszedł z kuchni. Za przyniesienie tego niepozornego rekwizytu podziękował sobie, kiedy tylko w ślad za niespokojnym uniesieniem wzroku przez zaalarmowanego ruchem za plecami Ralfa obróciły się też inne głowy. Każda rzucona na powitanie uwaga stanowiła szyderstwo - a nawet te, które w zamierzeniu nim nie były brzmiały do złudzenia podobnie. Claude udawał, że nie słyszał niepochlebnych komentarzy i pytań o to, kto pozwolił służbie wynieść się z kuchni - bez pośpiechu zdradzającego zdenerwowanie, metodycznie zdrapywał z siebie niewidoczny, zmyty w sypialni tłuszcz i przystanął naprzeciwko Zedonga z teatralnym wyrazem znużenia.
- Dobrze cię widzieć - zagaił Zedong i poklepał po udzie Jin, która - uwięziona na kolanach tamtego - zdawała się walczyć z pokusą wbicia Zedongowi paznokci w kark, który niedbale masowała wolną ręką. Nowo przybyłego Claude'a zlustrowała nieprzychylnym, acz mętnym spojrzeniem, nim znów wbiła go w nieokreślony punkt w przestrzeni. - Ralf mówił, że nie ma potrzeby cię tu fatygować, że musisz być zaganiany, a ja, że przecież niecodziennie macie gości - byłoby szkoda, gdybyś gnił przez cały ten wieczór w kuchni. Sam umieram z tęsknoty za świeżą krwią, a przecież nie rozmawiam wyłącznie z Wenem!
- Nie powiedziałbym - zauważył Wen, którego wzrok pozostawał - podobnie jak u Jin - nieobecny i wrażenie to potęgowała powolność w jego ruchach. Nim zdecydował się podciągnąć na siedzeniu na tyle, by wyglądać na trzeźwego, zdążył stracić podparcie i w rezultacie przechylił się przez podłokietnik. - Mógłbym tu zasnąć, a on i tak nie przestałby z Wen, Wen, Wen to, Wen tamto. Zresztą zobaczycie. Do kurwy nędzy, ile mu to zajmuje?
- I tak już ci nie stanie - rzucił ktoś z pozostałych. W odpowiedzi przez salę przetoczyły się urągliwe prychnięcia i kpiarski śmiech. - Ale rzeczywiście, mógłby się pospieszyć. Yijun zdąży wypalić całą paczkę i wrócić zanim-
- Nie bądź skąpym skurwysynem, Liwei - przerwał mu z przyganą w głosie Zedong - umówiliśmy się na coś - umówiłem się z wami wszystkimi. Jeśli nie dziś to jutro. A Ralf... Ralf jest prawnikiem i lepiej niż ktokolwiek wie, że umów trzeba dotrzymywać. Że na człowieka może spaść wiele nieszczęść, kiedy złamie dane słowo.
Ralf uśmiechnął się kwaśno.
- Żyłem z nieszczęść i mogę powiedzieć tyle, że nie uwierzyłbyś, w jakich okolicznościach potrafią spaść na ludzi - podjął - i to przeważnie na tych, którzy spodziewali się ich najmniej... albo wcale, bo i takich nie brakowało. Ale nie narzekam - premie nie brały się znikąd.
- Powinieneś zostać u siebie. Ty i reszta tych karaluchów mielibyście się nieźle na tym wysypisku - może nawet przeżyłbyś promieniowanie, kto wie? - skonstatował Wen i przepłukawszy usta resztką wina, wskazał pustym kieliszkiem na Claude'a. - A ty? Czym ty zapracowałeś sobie na wygnanie?
- Był nieszczęściem, z którym Ralf nie umiał sobie poradzić - zaśmiał się Zedong, ale zaraz spoważniał na tyle, by móc mówić. - Żartowałem. Ralf wspominał, że nie znaleźliście się przed tym wszystkim, ale nie mieliśmy zbyt wiele czasu na pogaduszki ani wtedy, ani- Ale muszę ci to oddać, Claude, że jak na kogoś z bronią wycelowaną między oczy byłeś całkiem rozmowny. Ambasada, Claude, to wtedy zdążyłeś nam powiedzieć. Kim byłeś? Woźnym?
Claude poczekał aż śmiech ucichnie.
- Attaché, a kiedy konsul zmarł - nie on pierwszy zresztą - przemianowano mnie na konsula. Awans, którego wolałbym nie dostać - skłamał i sięgnął po pustą szklankę, pozwalając temu stwierdzeniu wybrzmieć. Wszyscy umilkli. - Zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie tacy jak ty mają nijakie pojęcie o tym, kto pracuje w ambasadzie poza woźnym i samym ambasadorem - i może nawet powinienem przyznać ci rację, może masz podstawy tak myśleć, chociaż o tym nie wiesz, bo widzisz, ten pierwszy w zasadzie mógłby zastąpić drugiego. Obaj zajmowali się w zasadzie tym samym, obaj zamiatali brudy pod dywan. Czy Johnny dotarł tu z whiskey czy już całą wypiliście?
Niewypowiedziane życzenie zostało spełnione bez słowa. Alkohol został mu polany szczodrym strumieniem.
- Nie jesteś zbyt nieopierzony na bawienie się w politykę? - zapytał Zedong. Pewność siebie ustąpiła sceptyczności i skłonności do podejrzeń. Wsparty na zagłówku fotela, na którym siedział Ralf Claude wytrzymał jego chłodne spojrzenie. - Jak na kogoś, kto właśnie zadeklarował, że był konsulem dość ochoczo uciekłeś do kuchni.
Claude zwilżył usta. Whiskey była mocna i nawet przyprawiona pozostała przyzwoita w smaku. Wiedział, że znalazł się na śliskim gruncie, ale umiał się po nim poruszać.
- Czy myślisz, że zadawałby się ze mną do tej pory, gdybym był tylko naszym kierowcą? - zapytał z rozbawieniem, wskazawszy na Ralfa. - Nawet by na mnie nie spojrzał. On lubi zapach pieniędzy i wpływów, a nie tego smażonego na ulicy makaronu i bułek z fasolą.
- Masz o mnie fatalne mniemanie - zaprotestował Ralf z teatralnym wzburzeniem, ale też się uśmiechał. - Przedstawiłeś się imieniem i nazwiskiem, ale nie przy pomocy legitymacji.
- Świat mógł się zawalić, a tacy jak on nadal będą wietrzyć korzyści.
- Skąd takie ambicje?
- Nie nazwałbym tego ambicjami. To była konieczność - powiedział. Tym razem nie kłamał. - Musiałeś słyszeć, co się stało. Wtedy o tym nie myślałem, ale moi rodzice... Oni wiedzieli. Chciałbym powiedzieć, że przewidzieli przyszłość, ale w tamtym czasie wystarczyła odrobina spostrzegawczości, by domyśleć się, że niedługo nie będzie tam dla mnie miejsca. Gdybym został we Francji jeszcze rok lub dwa, musiałbym dokonać konwersji na islam. Przepraszam, nie musiałbym - mógłbym. Podobno na początku takich pariasów było wielu, ale szybko poszli po rozum do głowy. Stęsknili się za prawami, do których przywykli.
- A ty nie? - Zedong z uśmiechem na ustach pochylił się tak, jakby zamierzał wyznać mu sekret, ale zamiast tego rozwinął myśl, kiedy Claude, nie wiedząc o co tamtemu chodziło, umilkł w zachowawczym odruchu. - Nikomu nie trzeba mówić, że nie przesadza się starych drzew, ale nie wszyscy wiedzą, że młode też nie zawsze się przyjmują. Niekiedy młode obumierają - przestają rodzić owoce, a potem-
- Nie urodziłem się wczoraj - przerwał mu łagodnie Claude - ale nie ukrywam, że na początku potrzebowałem pomocy. Zdążyłem przywyknąć do innych warunków. Jak myślisz, czy gdybyśmy zamienili się rolami i to ty znalazłbyś się na ziemi, której zwyczajów do końca nie rozumiesz - czy dożyłbyś tego dnia? Ja myślę, że mógłbyś mieć z tym problem.
I znów usłyszał nieobcy mu pomruk niezadowolenia roju, szeleszczenie rąk, które pod warstwami ubrań szukały broni.
- Myślę, że Europa - ta mała, prowincjonalna Europa pełna miasteczek, które wydają się mikroskopijne w porównaniu z tym, do czego się przyzwyczaiłeś - przeżułaby cię i wypluła tylko chrząstki.
- To bardzo niedyplomatyczne stwierdzenie.
- A ty bardzo krótkowzrocznie zakładasz, że jesteś nieśmiertelny i że to, co powiedziałem odnosi się tylko i wyłącznie do ciebie. Ten kraj - samo to pierdolone miasto! - połknęło mnie tyle razy, że w pewnym momencie przestałem liczyć, ale za każdym okazywałem się na tyle niestrawny, żeby wypluwało mnie pod nogi. Proszę, możesz mi grozić, możesz mnie zastrzelić, ale trochę tu już przeżyłem i na tym etapie nie zrobi to na mnie większego wrażenia. Byłem dyplomatyczny zbyt długo - zbyt długo byłem tu też odmieńcem, który nie umiał złożyć zamówienia w restauracji, zbyt długo błądziłem tu po omacku i zbyt wiele razy zostałem w domu, nie mając siły wyjść. I wiesz co? Potem musiałem wyjść, bo zaczęły się studia - to dopiero było piekło! Przez wszystkie te lata patrzono na mnie z góry i nie traktowano poważnie - zupełnie jak robisz to ty w tym momencie - bo byłem biały, bo nie umiałem pracować w tym samym tempie, co cała reszta, ale przeszedłem przez to. Myślałem: po prostu potrzebuję więcej czasu, najwidoczniej zaaklimatyzowanie się tu potrwa jeszcze trochę. Czekałem cierpliwie i uśmiechałem się do wszystkich tych idiotów, których nazywałem znajomymi. Znajomi...! Degrengolada moralna. Większość nie reprezentowała sobą niczego poza przywilejami, które przysługiwały ich rodzinom - ale to właśnie oni stanowili mój fundusz ubezpieczeń społecznych i właśnie to powtarzałem sobie, kiedy pierwszy raz trafiłem tu do szpitala, bo to oni byli w stanie od ręki wyłożyć tysiące, z których potem się rozliczaliśmy. Byłem cierpliwy i uśmiechałem się, uśmiechałem się bez końca i robiłem wszystko, by wszyscy byli zadowoleni. Myślę, że po tym dam radę zadowolić też ciebie, jeśli pozwolisz, że wrócę do kuchni zamiast zabawiać cię rozmową zamiast Ralfa.
Zedong przez moment patrzył na niego w milczeniu.
A potem wybuchnął śmiechem - ciężko powiedzieć w jakim stopniu był on wymuszony, a w jakim rzeczywiście uznał tę sytuację za zabawną - zupełnie jakby opowiedziano mu nieoczywisty dowcip, na którego rozgryzienie potrzebował dobrej chwili.
- Musisz być tym zmęczony, Claude - a jednak nadal tu jesteś, nadal stoisz, śpisz i pieprzysz się na ziemi, której nie rozumiesz i której - jak z wielkim smutkiem odnoszę wrażenie - nie znosisz. Dlaczego nie wyjechałeś?
- Nie musiałem rozumieć, żeby wiedzieć, że tu mam większe możliwości - tak jak ty nie musiałeś rozumieć nas, by tak chętnie skorzystać z naszej gościnności. Krem z kukurydzy zaraz się przypali.
- Nie szkodzi, z pewnością macie w zanadrzu coś jeszcze - Zedong poklepał Jin jak jałówkę wystawioną na targu bydła - a my mamy czas. Nigdzie się nam nie spieszy.
Claude rozłożył ręce i zerknął na Ralfa, ale ten postanowił wyłączyć się z rozmowy i udawać nieobecnego, czego nikt o zdrowych zmysłach w tych warunkach nie mógłby mieć mu za złe.
- Nie zrozum mnie źle, Claude, bo nie chciałbym zakwestionować twoich... z braku lepszego słowa, osiągnięć - podjął Zedong - ale nie uważasz, że z takim przygotowaniem - z takim przygotowaniem stać cię na więcej niż to?
- Więcej niż pełny żołądek i spokojny sen? To masz na myśli? Nie, nie uważam.
- Więcej niż bycie pomocą kuchenną. Ile jesteś wart, Claude? Więcej niż Ralf? Tyle samo?
- Z moimi przepalonymi płucami prawdopodobnie mniej.
- A podobno to ze mnie jest ciężko cokolwiek wyciągnąć.
- Jeśli za tydzień, za dwa albo za pół roku mieliby tu znaleźć się ludzie, którzy w poprzednim życiu, w tych starych, dobrych czasach mogliby wytrzeć sobie o ciebie buty, nie wiem czy pamiętaliby o kimś takim jak ja - w gruncie rzeczy nie byłem nikim ważnym - ale myślę, że powitaliby mnie z otwartymi ramionami, bo nowy świat będzie potrzebował wielu takich jak ja. Czy osądzą cię, jeśli postanowisz udekorować mną któreś z kolei drzewo? Być może - a być może nie. Czy ta odpowiedź była wystarczająco dyplomatyczna?
- Ani trochę, ale to nic, bo może jest tak, jak mówisz. Może na coś mógłbyś się przydać - a może powinieneś przypomnieć sobie czym jest pokora. Może nawet mógłbym ci służyć pomocą. Jak uważasz, Ralf? - zwrócił się niespodziewanie do tamtego, nie spuszczając jednak wzroku z Claude'a. - Nowy świat, podobnie jak każda łódź ratunkowa, może okazać się przyciasny dla nas wszystkich.
- Nie dzieli aż nas tyle, żebyśmy musieli wyrzucać kogoś za burtę. Poza tym Claude - przynajmniej z tego, co zdążyłem zauważyć - jest niezłym pływakiem i nie byłbym taki pewny, czy nie dopłynąłby do brzegu przed tobą.
- Chciałbym to zobaczyć.
- Tak jak my to, jak wiosłujesz bez wioseł.
- Tupet godny podziwu.
- Tupet? Gdyby nie ja, trzymałbyś na kolanach Wena.
- Byłoby dla ciebie lepiej - półprzytomny Wen przetarł twarz z wysiłkiem - naprawdę byłoby dla ciebie lepiej, gdybyś miał w tym momencie w odwodzie żandarmerię.
- Byłoby, to prawda - przyznał Zedong i pomimo tego, że nie przestawał kręcić szklanką, coś nieuchwytnego w wyrazie jego twarzy podpowiadało, że nie był daleki zarzucenia pozorów wyrobienia towarzyskiego i że tuż pod tą zastygłą skorupą uśmiechu kipiała magma. - Ale skoro na tyle sobie pozwalasz, musisz mieć coś innego. Wyłożyłem przed wami karty na stół - uczciwie! - i liczyłem, że zrobicie to samo.
- A ja z równie wielką uczciwością mogę powiedzieć, że mam wyłącznie siebie, Ralfa i wielką ochotę, żeby zapalić.
Zedong odchylił się. Maska serdeczności spadła i z trzaskiem rozbiła się o podłogę, kiedy niechętnym machnięciem ręki wyraził przyzwolenie.

Wieczór należał do pochmurnych, ale mimo tego tu i tam droga mleczna zdawała się rozlewać w kałużach, które - nie spłynąwszy do kanałów za sprawą nieprzepustowych rynsztoków i krat ściekowych - rozrastały się na z każdą ulewą i zaczynały przypominać niewielkie sadzawki. Claude z pewną ulgą zdał sobie sprawę z tego, że wkrótce mieli pożegnać się z latem - nie zastanawiali się wprawdzie nad tym, jak uporać się z ziąbem w sypialniach i na korytarzach, ale mogli zapomnieć o podtopionych ulicach i przemoczonych ubraniach. Za kilka tygodni przynajmniej ten problem miał rozwiązać się sam.
Za kilka tygodni, przemknęło mu przez myśl, gdy wsunąwszy papierosa między spierzchnięte wargi przetrzepywał kieszenie w poszukiwaniu zapalniczki, za kilka tygodni świętowałby urodziny. Nie marzył o torcie ani o prezentach - oba traktował jako sympatyczne uzupełnienie składanych mu życzeń, ale w tym roku miano mu poskąpić i tych, ponieważ wszyscy, którym na nim zależało nie żyli. Ledwie sobie to uświadomił, żal zakleszczył serce w żelaznym uścisku. Nikt o nim nie pamiętał, bo i nie było komu - i Claude musiał powtórzyć sobie kilkukrotnie, że to było bez znaczenia, że wiedział od dawna, że został zupełnie sam, by bolesny ucisk w piersi zelżał. Westchnąwszy, jakby zamierzał poskarżyć się bezkresowi nieba wypuścił z ust wstęgę pary - i wówczas usłyszał szelest za plecami, pole widzenia przecięła nić, a on zdążył pomyśleć o Moirach, o tych prządkach ludzkiego losu, o naostrzonych nożycach, nim ni sznur, ni struna werżnęła się tuż pod krtanią w skórę, w tkanki, wyduszając z niego resztki powietrza. Palce prześliznęły się po powierzchni drutu śliskiej i zimnej jak pocałunek śmierci - na daremno. Zatoczył się do tyłu, rozbijając o napastnika, którego z daleka można by uznać za kochanka. Przy którymś z kolei szarpnięciu, z którym metal nie puścił, Claude w panice zdał sobie sprawę, że to nie była szczeniacka zabawa. Kiedy przed oczami wykwitły mu szkarłatne kwiaty, rzucił się w bok jak ryba w sieci. Kimkolwiek był agresor, oboje runęli w rozgrzebane w trakcie szamotaniny błoto. Zdołał wyszarpnąć z rąk tamtego poluzowaną garotę. Wrzask rozdarł noc
[ RALF ]
ale zanim Claude zdołał zaczerpnąć tchu po raz drugi
[ RYJ ]
Yijun, którego o wiele za późno rozpoznał po niskim, przypominającym warczenie głosie zdążył zapobiec temu kopnięciem. Ból - palący i duszący - zalał płuca na krótko przed tym, nim zrobiła to woda po tym, jak Yijun zdołał schwycić go za kołnierz i wdusić twarzą w szlam. Kałuża była za płytka, ale próba zrzucenia z siebie kogoś, kto trzymał się na nogach pewniej spełzła na niczym, choć Yijun musiał poczuć się zagrożony, bo w następnej chwili spróbował trzasnąć nim o chodnik, i znowu, jakby miał do czynienia z wybranym z kurnika jajkiem, którego skorupa nie zamierzała pęknąć. Limit został wyczerpany, pomyślał, kiedy w zamroczeniu nie zdołał odepchnąć rąk tamtego; palce zatopiły się w ciele jak żelazne haki i zdołał odwieść je na tyle, by nie zmiażdżyły rozedrganej grdyki.
Przenikliwy, wysoki krzyk w oddali zabrzmiał tak, jakby uchylono same bramy piekieł. Może tak właśnie było. Może ktoś właśnie zgłosił roszczenie, może już znaleziono tam dla niego kąt i czekano aż wyda z siebie ostatnie tchnienie.
Yijun znów spróbował roztrzaskać mu potylicę i kiedy zaalarmowany Claude zluzował uchwyt, ten wykorzystał swoją przewagę i przeciągnął go dalej, tam gdzie woda zgromadziła się w załamaniu ulicy i musiała sięgać kostek. Claude zobaczył wielki wybuch i narodziny nowej galaktyki nim gwiazdy rozmyły się mu w oczach. Zanim się zorientował, instynktownie spróbował wciągnąć haust powietrza - tyle, że spóźnił się i zakrztusił, pogarszając jedynie sytuację, bo zachłysnął się ponownie. Deszczówka zabulgotała w nim jak w niedrożnej rynnie.
Czy tak właśnie czuł się Joshua?
Claude tonął w ciemności, choć niedaleko rozbłysły latarki.
Zdezorientowane nawoływania zamieniły się w krzyki, a te w wycie - czyje? - i rechotanie, zawodzenie i wreszcie w wydawane naprędce polecenia.
- On już nie żyje!
- Yijun! Spójrzcie!
- Nie żyje!
Nie słyszał ich.
- Zostawcie ich!
Claude zdołał odpłynąć w niebyt i zwiotczeć jak zmarnowana trzcina. Nie słyszał już niczego.
I znów po podjeździe przetoczyły się wrzaski i przekleństwa.
- Zabierzcie go! Do tyłu z nim! Do tyłu, kurwa!
Ralf rzucił się do przodu, ale został zatrzymany. Jin, która wypadła na zewnątrz za nim boso przemknęła obok wyciągniętych w jej kierunku ramion. Rozmokła ziemia zdawała się pod nią zapadać, a ona sama zdawała się być otępiała, ale nie na tyle, by zapomnieć, gdzie znajdowały się oczy. Kiedy wzięła zamach, a rozchwiany blask zamigotał na wypolerowanym szpicu, rozległ się nieludzki ryk
[ YIJUN ]
ale tym razem to właśnie dla niego było za późno i kiedy obrócił się, zabrane z blatu recepcji nożyce, którymi rozcinali w holu zgrzewki z wodą, weszły w niczym nieosłonięty oczodół jak w kostkę masła. Wybuchło pandemonium.
Przeraźliwy skowyt wypełnił noc. Pierwsi podwładni Zedonga dopadli do Jin. Ochrypły jęk i wołania o pomoc zagłuszyły jej krzyki. Jako ostatnie echem poniosły się wystrzały - to Tang posłał serię kul w niebo, a w ślad za nimi posypały się komendy.
- Zostawcie ją, do kurwy nędzy i-
Ale inni nie słuchali. Stali niewzruszeni.
Nie on rozdawał karty.
Pobladły Zedong przypominał ducha - a może była to tylko kwestia zbyt wielu skierowanych nań latarek. Skinął głową.
- Róbcie jak mówi.


Edytowane przez wewau dnia 27-04-2019 01:33
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo


Kiedy wypadł na zewnątrz było już za późno. Było za późno jeszcze gdy zerwał się od stołu, było za późno już gdy usłyszał swoje imię, być może ono samo rozbrzmiało ze śmiertelnym opóźnieniem. Wisiało w powietrzu jak wystrzelona ku niebu raca, której huk zdążył dawno rozejść się echem: Ralf. Nie zdążyłeś.
Widział już wiele martwych ciał, więcej, niż ktokolwiek byłby to w stanie zliczyć: nieruchome, sine, białe, zapadnięte, w stanie rozkładu, zimne i jeszcze ciepłe, umazane krwią.
- Claude?
- Martwy, nie widzisz?
Zdawałoby się, że poznał każdą twarz śmierci i ta nie była go już w stanie zaskoczyć; jakże się mylił. Z rozchylonych ust Claude'a wątłą strugą wyciekła woda, której nie zdążył przełknąć zanim zabrakło dla niej miejsca w ściśniętych płucach. Oczy, które zacisnął zanim znalazły się pod wodą, teraz rozluźniły się - i gdyby nie cienka linia przekrwionych białek, widoczna spod opuszczonych powiek, wyglądałby jakby spał. Ralf musiał zadrzeć głowę i przedrzeć się przez gawiedź aby móc na niego spojrzeć i na własne oczy zobaczyć to, co już słyszał: nie oddycha. Nie żyje.
Szarpał się dotąd zakuty w dyby rąk zaciskających na jego nadgarstkach, barkach i karku, lecz właśnie wtedy, korzystając z obezwładniającej niemocy, za sprawą której zapomniał o stawianiu oporu, odciągnęli go dalej, w tył, aż do środka. Nie wiedział czyje polecenie tym samym wykonali. Ogłaszający pisk wypełniający jego uszy, przez który uprzednio nie usłyszał własnego naraz zrozpaczonego i wściekłego wrzasku, teraz nie pozwolił mu usłyszeć potoku płynących z jego własnych ust pytań i żądań, nie będących niczym innym jak błagalnymi prośbami obleczonymi w gniew.
[ ZRÓBCIE COŚ DO KURWY NĘDZY ZRÓBCIE COŚ ]
I chociaż nagle znalazł się przyszpilony rękoma podwładnych Zedonga do krzesła - a te zaciskały się jak pasy bezpieczeństwa podczas gwałtownego hamowania ilekroć szarpnął się, usiłując wstać - wciąż miał przed oczami jeden i ten sam widok. Na mokrym chodniku w białym świetle latarek i gwiazd leżały dwa ciała: jedno martwe, jedno w agonii. Ich losy ważyły się, któreś życie miało okazać się ważniejsze od drugiego. Ralf wzywał Boga, Yijun matkę.
Zedong patrzył na niego z miejsca naprzeciw, milcząc jak ojciec, pozwalający dziecku wykrzyczeć się i wypłakać. Ta cisza jedynie podsycała wściekłość Ralfa, jej rozżarzone wypieki teraz rozgrzały się do białości, czyniąc go równie bladym co księżyc. Równie bladym co Claude.
Wreszcie nie wytrzymał jego spojrzenia, zdradzając tym samym, że nie wiedział co robić, że nie patrzył na niego dotąd z góry, a myślał.
- Myślisz, że masz to wszystko pod kontrolą - wysyczał Ralf; w jego oczach wzbierały się łzy, które wkrótce miały spłynąć w dół gasząc rozpalone policzki. - Dziś to Claude, ale jutro to będziesz ty. Rozszarpią cię twoje własne pierdolone kundle - zaśmiał się upiornie.
- Możecie go puścić.
- Nie radzę.
Ktoś wykręcił mu mocniej ręce. Kto inny zacisnął pięść na włosach, odchylił głowę w tył i cisnął o blat, choć z zawahaniem, dzięki któremu nie roztrzaskał mu twarzy. Yijun nadal zawodził, słowa zmieniały się w bełkot.
- Wystarczy, chłopcy. Ralf jest naszym przyjacielem, prawda? Nie tak traktuje się przyjaciół.
Puścili go, ale nie łudził się: palce, które dotąd wpijały się w jego skórę, teraz zacisnęły się na rękojeściach i spustach. Nie ruszał się, jedynie jego klatka falowała hamując szloch.
- A teraz posłuchaj mnie uważnie, Ralf. Przyznaję, nie taki był plan, bardzo mi przykro, że musi to w ten sposób wyglądać, naprawdę; ale cóż innego nam pozostało jak wykorzystać tę okazję? Porozmawiajmy.
- Kiedy Yijun zdechnie.
- To wybuchowy chłopak - przytaknął Zedong. - A był taki spokojny kiedy się poznaliśmy. Tobie też radziłbym się uspokoić, chyba już wiesz, że nic nie przywraca opanowania jak nóż pod gardłem? Nie, nie, jeszcze nie, zostawcie. W końcu jedynie rozmawiamy. Jingyi, sprawdź co z Yijunem.
- Yijun wyszarpnął te nożyczki. Razem z okiem. Wykrwawia się.
- Mamusia mu nie pomoże.
Zaśmiali się, lecz nie wszyscy.
- Zadowolony? Oko za oko - uśmiechnął się Zedong. - Twoja suka zabiła mojego człowieka.
- Twój kundel zabił kogoś ważniejszego. Nie powinieneś był pozwolić aby do tego doszło.
- Może taki był plan? Na twoim miejscu cieszyłbym się, że to on, a nie ja.
- Miejscami - wycedził Ralf przez zęby - najchętniej bym się z nim zamienił.
- To bardzo szlachetne, Ralf.
- Myślisz, że którykolwiek z nich by za ciebie zginął? Wziąłby za ciebie kulę? Połknął twoją dawkę trucizny?
- Nie tego od nich oczekuję.
- Na twoim miejscu zacząłbym się bać. Nie masz wśród nich przyjaciół. A zamiast szukać ich gdzie indziej, wolisz robić sobie wrogów - był pijany oszałamiającą mieszanką alkoholu, złości i boleści.
- Zostawcie nas samych - oznajmił Zedong, z tą samą niewzruszoną twarzą. - Już. Już, powiedziałem!
- Nie podobają ci się pomysły, które im podsuwam?
- Pierdolisz od rzeczy.
- A ja sądzę, że uderzyłem w samo sedno. Niektórzy z nich właśnie kogoś stracili, kto jeśli nie ty miał temu zapobiec?
- Ktoś taki jak ty. Przejrzyj na oczy, to jedyna taka okazja. Przydałbyś mi się, widzę to, mógłbyś nad nimi zapanować. A Claude? Ciągnął cię tylko w dół, nieomal obaj utonęliście. Nie taki dobry z niego pływak, co?
- Zatoniemy wszyscy razem - głos Ralfa zadrżał. Trząsł się cały, pod nieruchomą powierzchnią skóry drgały naraz wszystkie mięśnie, rażone strachem i wściekłością niby płynącym przez nie prądem; za sprawą tego samego wysokiego napięcia zjeżyły się włosy na jego karku. - Chcesz posłać go na dno: w porządku. Ale pójdziesz tam razem z nim. Razem ze mną. I każdym z nich.
Zedong obserwował go milcząc, dotąd nachylony w przód teraz odchylił się w siedzeniu - mrużąc oczy zastanawiał się na ile słowa Ralfa były wykonalną groźbą, a na ile tylko nieszkodliwą pogróżką, powinny być potraktowane poważnie, czy też zbyte śmiechem. Ten jednak uwiązł mu w gardle. Coś w sposobie, w jaki to wypowiedział, zabrzmiało zbyt niepokojąco. Złowieszczo, pomyślał.
- La commedia e finita, jak to mówicie w Europie.
Ralf przytaknął. Zedong westchnął.
- To ty szukasz we mnie wroga, gdy w obliczu zaistniałych okoliczności, wbrew temu, co mogliby oni pomyśleć, wyciągam do ciebie pomocną dłoń. Zostałeś sam. Na twoim miejscu-
- Na twoim miejscu zastanowiłbym się czy dziewczyny przystanęłyby na to bez gwarancji, że nie zostaną same z tym stadem barbarzyńców - Ralf wziął głęboki wdech, jakby chciał uspokoić rozedrgany głos lub poczuł coś w powietrzu: poza alkoholem, jedzeniem, tytoniem i benzyną, która skropliła czyjąś odzież przy napełnianiu baku, poza potem, krwią i strachem. Ledwie przed paroma godzinami tłumaczył Fei, że gdyby doszło do konieczności użycia przyklejonych u spodu blatu żyletek, pocięte przypadkiem palce byłyby jej ostatnim problemem. Teraz żałował, że obok nich nie umieścili drasek, w złączach ciesielskich zapałek, a w którejś z butelek nie znajdowała się rozpałka zamiast wódki. Że nie mógł chlusnąć mu nią w twarz, puścić wszystkiego z dymem.
- To ma być jakaś zasadzka? - Zaśmiał się Zedong, choć nagle zastanowił się gdzie był Yan, i ta mała, Fei, czy nie ona ledwie chwilę temu przemknęła korytarzem? Rozejrzał się rozbawiony, choć nie bez niepokoju; udawany lęk ukrył prawdziwy.
- Może mam pomyśleć, że ten wasz Amerykanin przybędzie ocalić dzień? Jaka szkoda, że ostatni raz chłopcy widzieli go uwieszonego gałęzi.
Ralf uśmiechnął się. To wtedy wezbrane w oczach łzy zsunęły się dwiema prostymi liniami po jego twarzy.
- Chcę zapalić. Masz zapalniczkę?
Zedong zawahał się wpół drogi dłoni do kieszeni. Stół oświetlały lampy kempingowe. Świeczki, choć początkowo rozpalone, teraz straszyły czernią powykrzywianych knotów, sterczących ponad woskiem jak zwęglone kości. Przed dwiema godzinami ich światło okazało się bezsilne wobec mroku nocy i dziesiątek rąk, bezustannie sięgających ponad stołem. Pokręcił głową.
- Nie.
- Nie? Nie chciałbyś odejść z hukiem? My chcieliśmy.
Nagle zrozumiał: gaz. Zaciągnął się powietrzem.
Wypuścił je ze śmiechem.
- Claude był słabym kłamcą-
- Zdziwiłbyś się - przerwał mu Ralf.
- Ale tobie byłbym w stanie uwierzyć.
- Powinieneś był mu. Nie doceniłeś go.
- Powiedzmy, że rozpoznaję interesujące mnie talenty - Zedong podjął ponownie. - Ten ze Stanów, chociażby: w jednej chwili widzę jak ci się sprzeciwia, w następnej znajdujemy go martwego. Może powinienem to nazwać przypadkiem, ale nawet jeśli: takich przypadków potrzebujemy. Nasze metody są podobne.
- Były - gorzko uśmiechnął się Ralf; nie obchodziło go już, że to, co zamierzał powiedzieć, mogłaby usłyszeć Jin, Shujuan lub Fei. Nie miało to znaczenia. - Claude byłby wzruszony tym jak go chwalisz.
Zedong zamilkł. Wiele z tego, co stało się następnie, miało przypominać desperacką próbę rozprostowania zgięć na zmiętej i ciśniętej w kąt kartce. Załamania papieru miały pozostać wieczne i wyraźne jak blizny.
W ślad za przywołanym Wenem zlecieli się pozostali, ich słowa przelatywały obok Ralfa jak wściekły, co chwila kąsający rój: nie żyje, martwy, zawsze był taki biały? Jaką on miał przestraszoną minę! Martwy, martwy, martwy, widziałem jak się wierzgał, jak on kopał! Trup jak nic. Co z nim zrobimy? Macie jakieś łopaty, Ralf? Chcesz wykopać dół? Obok jest rzeka, wrzucimy go tam i po kłopocie. Brak pulsu, wreszcie się zamknął, jak on się darł, mamusiu, mamo! Xian, chcesz zobaczyć jego oko? Ta suka powinna je zjeść - śmiech - ta suka powinna je sobie wsadzić.

Minęło dużo czasu zanim Yijun umarł.
Najpierw podniósł się na klęczki. Doczołgał się w kierunku świateł latarek, ociężale, jak gdyby wspinał się po pionowej skale i miał spaść, gdyby tylko zluzował zacisk dłoni, zdartych już po chwili do krwi. Nie czuł ich pieczenia, ani nawet bólu, który jeszcze przed chwilą odebrał mu władzę w ciele. Jedynie jego głowa wydawała się dziwnie pełna, ciążyła, ciągnąc go w dół. W lewym oku, wciąż nadzianym na wyrwane z oczodołu nożyczki, widział wyłącznie ciemność; w prawym jedynie biel. Wycelowane w niego latarki świeciły zbyt jasno aby mógł dostrzec choćby sylwetki trzymających je osób. Był sam i nikt nie odpowiadał na jego wołanie. Posadźcie go, usłyszał tylko, zanim wypłynie mu mózg, odpowiedziało pytanie, co ona mi zrobiła, chciał zapytać, ale ani jedno ze słów nie zabrzmiało jak wyraz.
Potem ręce chwyciły go pod barki, puszczajcie, rzucił się, ale jego plecy zaraz napotykały oparcie jednej z betonowych donic. Co ona mi zrobiła, powtórzył, a ponieważ znów nie uzyskał odpowiedzi sięgnął dłonią do mokrego od krwi oczodołu.
- Co on powiedział?
Powtórzył. Spróbował powtórzyć. Jego język zdawał się odrętwiały, skądś znał to uczucie.
- Tang? Tang, co z nim zrobić?
Nie mógł mówić. Nie mógł mówić jak po wizycie u dentysty, w trakcie której kiedyś wyrwano mu ząb. Nie będzie bolało! Nie będzie bolało, krzyknął, a zmieszana z krwią ślina pociekła mu po brodzie.
- Zostaw go i mi pomóż.
Nie możecie mnie zostawić, spróbował dźwignąć się na nogi, nie możecie tak po prostu...
- Ale on-
- Wykrwawi się na zewnątrz lub do środka.
Głowa Yijuna opadła w tył [ NIE MOŻECIE ] kark zdawał się nie móc utrzymać jej ciężaru; następnie w przód. Próbował dźwignąć się na nogi, ale rozsadzana krwią czaszka raz za razem okazywała się ciągnąć go znów ku ziemi. Podobno stanął o własnych siłach i zdążył zrobić dwa kroki zanim runął przed siebie, martwy. Z poziomu ziemi zdrowe oko patrzyło na Claude'a, ciągniętego we dwóch do środka.
Wewnątrz, naśladując ten upiorny, przedśmiertny taniec, z nadzianym na pałeczkę owocem liczi Jingyi gonił uciekającego przed nim Xiana. Przewracali krzesła, zdzierali obrusy, wspinali się na stoły i spadali z nich, z hukiem obiecującym, że za którymś razem jeden z nich nie wstanie z podłogi.

Świat, który raptownie się zatrzymał, ponownie zaczął pędzić. Jakby ktoś wcisnął gaz, ignorując wszystkie ograniczenia oraz błaganie Ralfa, aby zwolnił, zawrócił, obrał inny kierunek.
- Innego nie ma - Zedong wzruszył ramionami. Stracił pojęcie dokąd zmierzała ta rozmowa; była jak jazda w ciemności bezkresną autostradą. Nie wiedział co znajdowało się na jej końcu, ani czy ta rekreacyjna, zdawałoby się, przejażdżka, nie zakończy się stłuczką. Kierowca był pijany i ani myślał posłuchać jedynego trzeźwego pasażera. U diabła, to jego dłonie spoczywały na kierownicy, to on wprawiał to wszystko w ruch, i on jeden, gdyby tylko zapragnął, mógłby wyjąć kluczyk ze stacyjki: to koniec! Wysiadamy. - To jedyny lekarz na jakiego natknęliśmy się w centralnym Tianjinie; oczywiście, że może cieszyć się pewnymi swobodami. Przypomnij im, Wen, że jeśli coś mu zrobią nikt nie zszyje ich ran, a mamy tu delikwenta, który bardzo chętnie by im je zadał. Czyż nie?
Twarz Ralfa była zbyt spięta, aby Zedong mógł z niej wyczytać jakąkolwiek reakcję. Ralf nie pojmował tego co działo się wokoło; czyjś odległy śmiech utonął w gwarze rozmów, z których rozumiał nic albo niewiele. Śmiali mu się w twarz, lecz nie wiedział dlaczego, klepali po policzkach, lecz nie wiedział przez co, trzymali nieomal skutego w krześle - bo dostarczało im to lepszej rozrywki niż cała reszta.
- Nie wszystkim podoba się, że Tang zajął się tym twoim Francuzem. Chcieli go stamtąd wyciągnąć i wypatroszyć - objaśnił mu Zedong jak dziecku, po czym zaśmiał się, bo tylko śmiech pozwalał mu się tym nie martwić. - Powiedz mi, skąd się w nas to bierze?
Ralf znów nie odezwał się słowem. Zedong uśmiechnął się serdecznie.
- Czyżbyśmy nie byli w nastroju na rozmowę?
Miał wiele do powiedzenia, lecz ten mimowolny skurcz szczęki prędzej skruszyłby jego zęby na pył, niż pozwolił otworzyć usta. Trząsł się, tym razem było to widoczne: rozsadzał go gniew i wszystkie słowa, które chciał wykrzyczeć Zedongowi w twarz, a których wypowiedzenie byłoby jednoznaczne ze śmiercią i jego, i Claude'a.
- Księżniczka się nadąsała - Zedong skwitował rozbawiony. - W dodatku zupełnie bez powodu. Kiedy ostatni raz pytałem Wena, Tang twierdził, że twój drogi przyjaciel żyje. Możemy to, oczywiście, zmienić w każdej chwili.
- Chcę go zobaczyć.
- Obawiam się, że to niemożliwe.
- Chcę go zobaczyć - powtórzył Ralf wolniej i wyraźniej, choć wciąż przez zaciśnięte zęby.
- Rozejrzyj się - zachęcił go Zedong. - Nawet gdybym chciał spełnić twoją uprzejmą prośbę byłoby to zbyt ryzykowne. Narazisz na śmierć i mojego człowieka, i twojego kolegę, do tego tą małą, Fei. Możesz być niebezpieczny, pewnie! Ale oni są bardziej.
- Więc przyznajesz, że nie masz nad nimi kontroli.
- Jedynie, że nie oparłbym się pokusie niewydania im rozkazu, halt!
- Boisz się, że by go nie usłuchali.
Głos Ralfa był cichy, graniczył z szeptem.
- Dzisiaj Claude, jutro ty.
- Claude żyje.
- Nie wszystkim przypisuje takie szczęście. Myślisz, że ktoś rzuciłby ci się na pomoc?
- Każdy kto liczyłby na moje względy.
- O ile nie liczyliby na względy nowego przywódcy. Wówczas rzuciliby się, ale do twojego gardła.
- Jeśli zaraz się nie zamkniesz - syknął; stracił panowanie, nad sobą, nad nimi - to twoje znajdzie się w niebezpieczeństwie.
Coś w Ralfie drażniło go, może był to proroczy spokój, z jakim to wypowiedział, a może fakt, że miał rację. Kilka par oczu skierowało się na nich, głosy przycichły. Nasłuchiwali.
- Przecież nie ma powodów do obaw: są ci wdzięczni. Nakarmiłeś ich, nauczyłeś bronić, aż wreszcie odkryli, że mogą atakować. Dałeś im dach nad głową, poczucie sensu i wartości, w dodatku coś do pieprzenia. Ktoś mógłby pomyśleć, że już cię nie potrzebują. Ale ci idioci - bo za idiotów ich masz, prawda? - nie wpadliby na to sami, więc nie masz powodów do obaw.
Tym razem to Zedong zamilkł.
- Boisz się ich.
- Zdziczeli - przyznał z ostrożnością. - Ale czy nie my wszyscy?
Powiódł po nich wzrokiem. Ożywienie, w jakie wprawiła ich cudza śmierć, teraz znalazło ujście w zerwanych obrusach, zbitych butelkach, wykrzyczanych przekleństwach, niepohamowanym, nieludzkim śmiechu, podbitym Jin oku, pośmiertnym hołdzie Yijunowi. Rzucili się na nią gdy Zedong machnął ręką i pozwolił im wymierzyć własną sprawiedliwość, jakby miało jej to dać nauczkę. Teraz, pozbawieni tej rozrywki - zamknęła się w pokoju, puszczona - szukali jej na dnie opróżnianych butelek i półmisków. Zaczynało brakować alkoholu, jedzenia, mord do obicia, co jakiś czas Wen pacyfikował kłótnie i bójki, inne trwały w najlepsze.
- Nawet Yijun kiedyś taki nie był - odezwał się Wen, a Zedong drgnął, nie zdawszy sobie sprawy, że stał tuż za nim i słuchał.
- Męczyli go dopóki nie zaczął się odgryzać - podjął niechętnie - i wtedy okazało się, że to on najmocniej kłapie zębami.
- Któregoś razu ukradli mu przydział wody. Przywykł do skarżenia się rodzicom, więc powiedział Zedongowi, a ten słusznie przypomniał mu, że powinien troszczyć się o swoje.
- Maminsynek. Wyrósł z tego.
- Wyrósł! - zaśmiał się Wen. - Wziął butelkę, która mu została, jedną z tych wysokich, szklanych. Unieruchomił tamtego chłopaka, wepchnął mu ją po gardło, zatkał nos, aż tamten zaczął się dławić.
- Więcej niczego mu nie zabrali.
- Nie odważyli się, mało tego: to on zaczął zabierać. Tych, którzy próbowali bić się o swoje, później traktował jak przyjaciół. Równych sobie.
- Dotąd sądziłem, że wierzyłeś w dyscyplinę.
- Aby zasady były przestrzegane muszą się najpierw podobać. Im podobała się następująca: jeśli coś komuś ukradniesz, nikt nie stanie w twojej obronie gdy w odpowiedzi spróbuje cię zabić.
- Yijun często roił sobie, że znów coś mu zabrali.
- Bo kiedy do nas dołączył miał przy sobie rzeczy z domu - wyjaśnił Zedong. - Ostatecznie nie została mu ani jedna, bawiła ich ta jego tęsknota, czy też raczej: nie mogli znieść własnej, o której im przypominał. Jakieś zdjęcia, rupiecie, wstydził się o nie zawalczyć. Ale potem miarka się przebrała.
- Dlatego go nie opłakują, w większości. Zrobią z tej śmierci jedynie pretekst do roszczeń. Myślisz, że potraktowali tak Jin, bo zabiła im kumpla?
- Zrobiła to, czego żaden się nie odważył.
Ralfa ogarnęła nagła fala mdłości, zimny dreszcz, który aż nim zatrząsł, jakby wypłynąwszy na głębiny otarł się o coś nogą i z przerażeniem pojął, że nie pływa w tych wodach sam. Przed chwilą byłby gotów rozczłonkować zwłoki Yijuna tak, że rodzona matka by go nie poznała; teraz ten nieobliczalny gniew przewracał jego własnymi wnętrznościami, niepewien na kim miałby się skupić.
- Ralf?
Jego oczy, o źrenicach wąskich jak szpilki, przeniosły spojrzenie z podwładnych Zedonga na niego samego.
- Dokąd idziesz?
- Zobaczyć Claude'a.

Nie wiedział jakiego widoku miał się spodziewać. Z jego szybkimi krokami zlało się równie szybkie bicie serca, które zagłuszyło zarówno je, jak i słowa odprowadzającego go pod drzwi Wena. Zwolnij, to tutaj, rozbrzmiało tuż za nim, ale ten głos był przytłumiony, jakby Ralf słyszał go spod powierzchni wody: zdajesz sobie sprawę, że im się to nie spodoba?
- To nie mój problem - oznajmił Ralf, nie zauważając nawet, że jego dłoń zdążyła zacisnąć się na klamce, podczas gdy druga sięgała po kartę. Ciekawskie spojrzenia odprowadziły ich aż tu, a głowy, dotychczas niewinnie wyglądające zza rogów korytarzy, teraz zamieniły się w pojedyncze podpierające ściany cienie. Wtapiały się w czerń nocy. Wystukiwały palcami sekundy na grzechoczących karabinach. Obserwowały, Ralf czuł to na karku, oczekiwały - sępy wypatrujące śmierci.
Palące się wewnątrz świece obiegły uchylone drzwi cienką ramką światła. Z pierwszym postawionym przez próg krokiem zalało twarz Ralfa, nie zauważył, że wstrzymał oddech, ani że w gwałtownym poruszeniu jakie wywołało jego wtargnięcie Tang dobył wymierzonej w niego broni, a Fei, przycupnięta dotąd na brzegu łóżka, teraz schowała się za jego ramą, za Claude'm, który ledwo co spojrzawszy śmierci w oczy nie wypuścił nawet z dłoni układanego na pościeli pasjansa.
- Ralf - Fei była gotowa do niego podbiec, lecz właśnie wtedy z ciemności korytarza wyłoniła się twarz Wena, druga z trzech głów stojącego na straży piekieł Cerbera.
Zatrzymała się, z rozczochranymi włosami, które Claude musiał próbować przeczesać, z rozmazaną pomadką, którą musiał próbować zetrzeć kciukiem. Z wielkimi oczami, w których smolistej czerni kotłowało się coś, czego nie był w stanie zmyć.
- Claude-
Claude otworzył usta, lecz te zaraz zamknęły się rażone bólem. Na jego szyi zaciskała się kolia krwiaków, jakby spadło na nią stępione poprzednimi skazańcami ostrze gilotyny.
- Krtań - wyjaśnił Tang, wskazując na własną. - Powinno mu przejść.
Ralf przytaknął. Nie zdążył mu podziękować.
- Idziemy - ponaglił go Wen; w drzwiach zamajaczyła kolejna twarz.
- Twoje miejsce jest z tymi diabłami - zachęcił go Tang, ponieważ Ralf się nie ruszył, co miało znaczyć: Claude jest pod dobrą opieką.
- Zajmiemy się nim.
Ręka Claude'a sięgnęła ku niemu zbyt wolno, aby wyciągnięty z pokoju mógł ją chwycić, ale wystarczająco szybko, aby mógł dostrzec bliznę, sztucznie przedłużającą przerwaną linię życia na jego dłoni.
Pamiętał jak powstała.
Pamiętał jak ją zszywał.

Ich powieki opadały ciężko, ale źrenice pozostawały czujne, jak u drapieżników, znużonych polowaniem, lecz wciąż wypatrujących świeżej krwi. Krążąc między stołami Yan starał się unikać ich wzroku, trzymać głowę nisko i nie reagować na zaczepki, ponieważ gdy ostatni raz spojrzał któremuś w oczy wyrwali mu kijek od szczotki, którym zbierał szkło z podłogi i kazali robić to ręcznie. Patrzyli jak podnosił kawałek po kawałku, kalecząc sobie dłonie, potem z przejęciem oblali je ćwiercią butelki - alkohol dezynfekuje! - wyrażając wylewne obawy, że przez ścierkę, w którą zacisnął pięść chcąc zatamować krwawienie skończy z zakażeniem. Nadal piekły.
Teraz jednak uspokoili się, przycichli, wzburzenie osiadło wraz z osadem środków nasennych ledwie widocznym na dnie każdej whisky, którą między siebie rozlali. Niektórzy przysypiali, inni gubili się w grze w karty - to tych drugich postanowił zaczepić zbierając z blatów kolejne opróżnione szklanki, naczynia i butelki, zanim skończyłyby roztrzaskane o ścianę.
Nie musiał obserwować ich długo aby jego przedłużająca się obecność została zauważona:
- Co takiego?
- Nie potrzebujecie kogoś - zagadał - kto podliczyłby wam punkty?
- Świetnie sobie radzimy.
- Zhu jeszcze zacząłby przegrywać gdyby kto inny ich pilnował, nie?
- Morda, Gu.
- Weź sobie krzesło.
- Nie żartuję, Guanting.
- Ja też nie. Siadaj; Yan, tak?
Przytaknął. Powinien był zauważyć mrugnięcie, które Guanting posłał Zhu ponad blatem, ale właśnie wtedy odstawił naczynia na pobliski pusty stolik i z głośnym szurnięciem dostawił krzesło do tego, przy którym toczyła się rozgrywka. Rozejrzał się: ani Ralfa, ani Zedonga, ani nawet Wena nie było w pobliżu.
Rozegrali jeszcze trzy kolejki - Yan musiał trzymać długopis ciągle wsparty o kartkę, w przeciwnym razie zauważyliby, jak strasznie trząsł się w jego ręce - zanim Guanting wypuścił karty z dłoni.
- Znudziłem się.
- Bo przegrywasz?
- Przyjrzyj się moim kartom, debilu: czy tak wygląda przegrywanie?
- Ktoś taki jak ty przegrałby i mając same asy.
Yan zaśmiał się. W gruncie rzeczy nie różnili się wiele od studentów, do których przywykł, siedzących w kuchni i pokojach akademika.
Oni również się zaśmiali. Powinien był usłyszeć różnicę w sposobie, w jaki to zrobili.
- Powiedz, Yan, od dawna tu mieszkasz?
- Parę tygodni.
Uśmiechnął się do Gu.
- Podoba ci się tu?
- Miejsce? Tak - przytaknął. - Ale oni? Nie.
Jeden z pozostałych, podchwytując temat, przyklasnął i rozłożył ręce.
- Więc po co tu tkwisz?
- Nie miałem dokąd pójść.
- Jesteśmy sąsiadami - zacmokał Zhu. - Szybki spacer okolicą i z pewnością byś się do nas przypałętał. Przecież wszyscy tak zaczynaliśmy; no, prawie, z pewnymi wyjątkami. Nie myślałeś, żeby się stąd wynieść?
- Moglibyśmy pogadać z Zedongiem, gdybyś chciał. Jasne, może chłopcy nie potraktowali cię zbyt miło, ale potrzeba charakteru, żeby nastawić tak drugi policzek!
Yan podniósł wzrok i świat się zakręcił. Szydzili z niego, powinien był zdać sobie z tego sprawę wcześniej. Chciał wstać.
- Siedź. Nie pogadasz chwilę z kumplami?
- Dopiero co przyszedłeś.
- To jak? Tak czy nie? Chciałbyś do nas dołączyć?
Zhu chwycił jego ramię, było wiotkie, zmęczone pracą, słabe jak odnóże insekta.
- Potrzebujemy takich silnych rąk do pracy.
- Nie karmią cię tu, dzieciaku? Może pora się zemścić?
Nie wiedział co robić. Przytaknął.
- Źle cię traktowali, co? Chłopiec na posyłki, dobre sobie.
- Może myślałeś, że ci z Europy będą lepsi?
Pokręcił głową.
- Nie? To po jaką cholerę dawałeś sobą pomiatać dwóm pedałom?
- Nie wiem.
- Co takiego?
- Nie wiem - krzyknął Yan.
- Nie wiem - powtórzył za nim Guanting. - Wszyscy popełniamy błędy, ale przecież większość da się naprawić. Chodź - chwycił go za kark - powiemy Ralfowi co o nim myślisz. Zedong będzie zachwycony.
Chwilę później gładź naniesionego z ulicy pyłu i kurzu wypełniła nacięcia jego dłoni gdy pchnięty runął na ziemię. Z jej poziomu widział niewiele: trzy ciemne sylwetki rzucały nań niewyraźne cienie, szatkując światło świtu i wyblakłych gwiazd wpadające przez okno tuż za nimi. Ralfa, jak okazało się, stojącego między nimi, poznał dopiero po krokach, tych samych, których niosące się korytarzami echo nie pozwalało mu spać przez pierwsze spędzone tu noce. Czuł wówczas ulgę gdy oddalały się od jego drzwi; teraz brakowałoby dwóch, a Yan chwyciłby go za kostki błagając o ułaskawienie.
- Twój człowiek to zdrajca - oznajmił Zhu dumnie, tonem donosiciela oczekującego nagrody; zdawałoby się, że zaraz wyciągnie po nią rękę, jak gdyby odbierał należność za znalezienie szkodnika. - Yan, powiedz panu co o nim sądzisz.
- Nic nie sądzę.
- Gówno prawda.
- Nic nie sądzę - powtórzył wyraźniej, zanim opadająca na jego plecy podeszwa wydusiła z niego powietrze.
- Nie słyszałeś? Nic nie sądzi.
Zhu spojrzał na Wena, Wen na Zedonga, ten zaś podszedł do Ralfa. Zacisnął rękę na jego ramieniu, potrząsając nim nieznacznie, jakby w próbie ocucenia go ze snu.
- Dopiero co rozmawialiśmy, Ralf. Zero tolerancji dla zdrajców.
- Zdrajców? To nie mój człowiek - wyjaśnił Ralf zmęczonym głosem; pozbawioną wyrazu twarzą przebiegł mdły uśmiech. - Jest wolnym strzelcem. Chce dołączyć do was - jest wasz, droga wolna. Ale wątpię, aby naprawdę chciał.
Guanting splunął pod nogi. Jego ślina obryzgała twarz Yana.
- Pierdolony tchórz.
- Wstawaj, Johnny.
Potrzebował chwili aby uwierzyć, że z chwilą uniesienia się na rękach nie zostanie kopnięty w brzuch i ponownie powalony na podłogę, przez Ralfa, przez nich, przez niezadowolonego z obrotu spraw Zedonga, który zdawał się chcieć coś powiedzieć, lecz milczał, co było jeszcze gorsze.
- Wstań, chłopcze - wydał wreszcie przyzwolenie, kończąc pełną niepewności wieczność, którą Yan spędził nieświadomie na nie czekając.
Potknął się, lecz wreszcie schował za plecami Ralfa, wyśmiany i wytknięty palcami przez niechętnie rozchodzących się mężczyzn, po czym popełnił jeszcze gorszy błąd, zaczynając się tłumaczyć i usprawiedliwiać nieskładnymi zdaniami, których sam się wstydził, ja nie chciałem, naprawdę n i e c h c i a ł e m.
Ale Ralf nie słuchał. Pokręcił z dezaprobatą głową i odszedł w ślad za Zedongiem, którego sylwetkę ponownie pochłonął półmrok pomieszczenia. Z jego ciemnej toni wkrótce dobiegł Yana odległy śmiech. Został sam.
Ponownie rozbrzmiały gwar zagłuszył odległe grzmoty rozdzierających niebo błyskawic. Regularne wyładowania zdawały się mieć przywrócić światu puls, niczym defibrylator, gorączkowo przykładany do nieruchomej piersi miasta.

Próbując wstać z łóżka Shujuan osunęła się na purpurowe kolana. Nogi załamały się pod nią jak u astronautów powracających z wielomiesięcznego pobytu w przestrzeni kosmicznej, których bezsilne wobec grawitacji mięśnie nie były w stanie udźwignąć własnego ciężaru. Ona też musiała opuścić tę planetę, tracąc świadomość i nieco krwi, która zdążyła zakrzepnąć jej na udach i teraz kruszyła się z każdą próbą postawienia kolejnego kroku. Opuściła ją, zdecydowanie, i wróciła w obce sobie miejsce.
Nie słyszała niczego poza własnym płytkim, konwulsyjnym oddechem, ani nie widziała nic poza błądzącymi w ciemności deszczowego świtu rękoma, którymi podpierała się, usiłując nie runąć z jeszcze, jednym, krokiem. Słaniała się, wpadała na ściany, była pijana, ale to nie alkohol odebrał jej władzę w ciele, wciąż nagim, opatulonym jedynie kocem. Szła powoli i bez celu.
W mijanych oknach widziała niewiele. Mgła, która nadciągnęła z wybrzeża, pokryła miasto gęstą warstwą szarości, jak gdyby zanurzywszy pędzel w farbie ktoś postanowił zamazać widok, do jakiego przywykła. Tu i tam budynki przebijały niewyraźnie, lecz ilekroć skupiła na nich wzrok te rozpływały się w powietrzu niczym spłoszone obecnością ludzi widma, w milczeniu obserwujące ich poczynania.
Szła, a świat uciekał jej spod stóp; była tylko kolejnym koralikiem w ponurym kalejdoskopie, którym ktoś bez przerwy obracał, próbując odtworzyć raz zauważony przez wizjer wzór, w jaki przypadkiem ułożyła się cywilizacja.
Dopiero dochodzący z dołu brzęk szkła sprawił, że wszystko naraz znieruchomiało: obraz przestał się kręcić, ona iść, nawet śpiący na miniętych kanapach chłopcy i mężczyźni zdawali się wstrzymać oddechy. Obserwowała ich przez chwilę, bojąc się choćby mrugnąć; usnęli niedawno, płytko i niechętnie. Potrzebowała chwili by zrozumieć, że jeden z nich nie spał: czarne jak porcelanowe paciorki oczy wpatrywały się w przestrzeń, lecz nie ruszyły się gdy zrobiła krok w jego stronę. Patrzyły, lecz nie widziały, były otwarte, lecz nie przytomne. Dopiero nachyliwszy się bardziej poczuła kwaśny odór zeskorupiałych na jego ustach wymiotów, i czegoś jeszcze, czego nie umiała nazwać. Coś było w tym, co pili, a ten chłopak, niewiele tylko starszy od Fei, leżał tam martwy pośród żywych.
Powieki opartego tuż obok o narożnik mężczyzny raptownie rozwarły się, jak szczęki gotowe ją połknąć; śmiał się gdy odskoczyła w tył, śmiał gdy zbiegała schodami, i wciąż śmiał, gdy na dole zobaczyła zbierającego szkło Ralfa. Jego oczy nie różniły się wiele od oczu tamtego chłopca, on również nawet jej nie zauważył. O ile jednak świadomość, że tamten był martwy, wypełniła ją dziwną ulgą i poczuciem winy zarazem, o tyle ta, że Ralf wciąż żył, wprawiła ją w jedynie wściekłość. Chciała zedrzeć z siebie koc i pokazać mu na co im wszystkim pozwolił, wskazać sponiewieraną skórę i pokrywające ją krwiaki, spermę, której nie udało jej się zetrzeć i krew, której źródła nie chciała znać, ale wtedy na nią spojrzał. Miał rdzawą szramę krwi na podwiniętym rękawie i skórę tak szarą, jakby z niego samego odpłynęła ostatnia jej kropla.
- Co robisz? - zapytała, niemal rozbawiona tym, że zamiast robić cokolwiek innego on stał tam, przeganiając szkło i kurz szczotką, jakby tylko udawał, że jest zajęty, zapracowany, i nie może jej wysłuchać.
Nie odpowiedział; jego milczenie wprawiło ją w dziwny niepokój. Musiała zagrodzić mu drogę aby powtórzone ponownie pytanie, tym razem ze strachem, zmusiło go do spojrzenia jej w oczy.
- Ralf, co robisz?
- To robię - odpowiedział cicho, wskazując brodą podłogę. - Ale nie powstrzymam cię przed wbiegnięciem prosto w to, czego nie zdążyłem sprzątnąć.
Jego pusty głos jedynie ją zirytował. Spojrzała w dół. Nie poczuła szkła, które wbiło się w bose podeszwy jej stóp nawet gdy kolejny krok w tył ją w tym utwierdził, zostawiając czerwony ślad na posadzce. Leżało tam niewidocznie jak topniejący lód i równie chłodne, a on jedynie przeganiał je z miejsca na miejsce, bezmyślnie, bez celu.
- Brzmisz jakby to ciebie pieprzyli pół nocy.
- Wolałabyś się zamienić? - zapytał obojętnie, wracając do przerwanego zajęcia. Znów na nią nie patrzył i znów zdawał się nieobecny, jak usłyszana zamiast głosu automatyczna sekretarka, nie mogę teraz rozmawiać, po sygnale zostaw wiadomość.
- Myślisz, że było ci trudno?
- Wiesz co zrobili z tym chłopcem, który prawie zabił Claude'a? - zmiatając szkło na szufelkę zagadał zamiast podjąć temat. - Mieli go pochować, wrzucić do Hai. Zamiast tego posadzili go przy jednym ze stołów i dopóki Zedong się nie zorientował bawili się nim jak kukiełką, wymachiwali jego rękami, udawali, że mówi, ruszając szczęką, a potem, kiedy Wen mu o tym powiedział, upierali się, że chcieli jedynie pożegnać się z kolegą, choć jeden z nich miał już rozpięty rozporek i jego głowę na swoich kolanach. Wolałabyś na to patrzeć? Nie? - Uniósł się, spokojny dotąd głos zaczął warczeć. - A wiesz, kto musiał go pochować, zanieść nad rzekę i modlić się, żeby nurt już go zabrał? Zgadnij, a potem powiedz mi jeszcze raz, że rozłożenie nóg na parę godzin jest trudne.
Drobna ręka pociągnęła go za rękaw koszuli.
- Już wystarczy, Ralf - przerwała mu Fei, której oczy zeszkliły się od słuchania. Widziała go wściekłego i wyczerpanego, ale nigdy aż tak, nigdy naraz.

Edytowane przez Choo dnia 20-06-2019 23:06
 
wewau
i.imgur.com/0WP3pbH.png

W umieraniu niewiele było ze sztuki, za to w powracaniu z martwych - w wynurzaniu się z bezpiecznego zamroczenia, w kurczowym uczepianiu się świadomości, która to przychodziła, to odchodziła, wreszcie w zderzeniu z natłokiem bodźców i całym chaosem, jaki miała mu do zaoferowania rzeczywistość - było jej aż nadto, jednak uczciwość wymagała stwierdzenia, że była to ordynarna i brudna sztuka ulicy, która nie miała zbyt wiele wspólnego z niedorzecznie pompatyczną, a zarazem tak chętnie reinterpretowaną przez artystów ars bene moriendi. Claude utwierdził się w tym, kiedy spojrzał w martwe oczy Fei, która pomimo tego, że siedziała obok, oddychała i z rzadka zmieniała pozycję - a zatem można by powiedzieć, że wykazywała się pewną żywotnością - już nie żyła. W sposobie, w jaki wpatrywała się w przestrzeń być może dramatopisarze byliby w stanie doszukać się tego samego obłędu, w jaki popadła Ofelia, ale on widział wyłącznie niewybaczalny błąd, który popełnił. Samo to, co zrobili Fei - co zrobił on, namawiając Ralfa przed wieloma tygodniami właśnie do takiego stylu życia - stawiło jeden z wielu, wielu powodów, dla których Tang nie powinien był się nad nim pochylać.
A jednak ten ostatni z pokorą sanitariusza na linii frontu zaryzykował własną skórę, aby na nowo wtłoczyć powietrze w - zdawałoby się, nieodwracalnie zalane wodą - miechy płuc. Możliwe, tłumaczył, kiedy Claude na zmianę to krztusił się, to wymiotował, możliwe, że coś złamałem. Możliwe, że to tylko pęknięcie. Myślałem, że już nie zaczniesz oddychać, wtrącił mimochodem, jednak coś w sposobie, w jaki to powiedział samo przez się sugerowało, że byłby nawet zadowolony z takiego obrotu spraw. Fei, która zabrała mu sprzed nosa miskę i podstawiła nową nie odezwała się słowem. Być może ona też wolałaby, żeby umarł.
Być może złamałeś, powtórzył za nim niczym trzeszczące nagranie Claude, kiedy wreszcie przestał rzęzić na moment pozwalający mu zebrać myśli. Ciśnienie rozpierało mu czaszkę, przez co nie potrafił stwierdzić, czy tępe kłucie w klatce, które zamieniało się w rozdzierający ból, ilekroć pochylał się nad miednicą i zwracał treść żołądka - na którą poza resztkami pokarmowymi składał się szlam z ulicy - mogło być skutkiem ubocznym uciskania piersi czy pierwszym sygnałem ostrzegawczym wydawanym przez strzaskany mostek lub żebro. Zresztą, pomyślał, przepłukując usta podaną mu w szklance wodą, nie miało to już większego znaczenia.
Kiedy podźwignął się chwiejnie na nogi i niepewnym krokiem przeszedł przez długość sypialni, Fei wskazała mu lustro w przedsionku i przeciągnęła palcem po szyi. Dotknął przypominającego obrożę odcisku garoty Yijuna. Tam, gdzie nit przeciął skórę, krew zdążyła już zaskorupieć. Skrzywił się, kiedy przesunął palcem po skaleczeniach w próbie dokonania oceny tego, jak głębokie były.
- Na twoim miejscu nie litowałbym się nad sobą, a przynajmniej nie przy nich - poradził mu Tang - bo rozerwą cię na strzępy gołymi rękoma.
Claude potrzebował chwili na zrozumienie tego, że mówił o Jin i Shujuan, a nie spuszczonych ze smyczy biesach, które zawodziły w oddali i których zwierzęce, choć przytłumione porykiwania słyszeli nawet tu.
- Co z nimi?
Tang wzruszył ramionami. Gdzieś w holu przy akompaniamencie upiornego trzasku szyba wypadła z ram, a do środka wdarło się zawodzenie burzy.
- Mogę sprawdzić, ale nie wiem co będzie z tobą - zaoferował, nie podrywając się jednak z miejsca. - Wyszedłbym stąd już jakiś czas temu, ale oni by tu weszli i zadbali o to, żeby nie był w stanie ci pomóc cały zespół lekarzy. Myślisz, że zostawili cię z dobroci serca?
Claude usiadł z powrotem na łóżku i ukrył twarz w dłoniach.
- Ja-
- Wiem, że jesteś wdzięczny. Dla ciebie byłoby lepiej, żebyś był... Ale nie jestem tu ze względu na ciebie. Myślisz, że z nią obeszliby się lepiej?
Świszczący oddech Fei przyspieszył, ale nie poruszyła się. Przez ściągniętą w wyrazie niewzruszenia twarz Tanga przemknął taki grymas, jakby jej obojętność sprawiło mu to fizyczny ból. Poruszył się niespokojnie na krześle, jakby tknięty sumieniem chciał do niej podejść, ale powstrzymał się i odzyskał panowanie nad sobą.
- Powinienem pozwolić mu cię wykończyć po tym, co jej zrobiliście.
- To dzieje się każdego dnia - wychrypiała wreszcie Fei - każdego dnia, tam, na zewnątrz. Widziałam to. Widziałam to już wcześniej.
Podniosła na Claude'a wzrok, w którym pierwszy raz tak wyraźnie zobaczył pogardę; potem wbiła go w Tanga.
- To kretyni, tak, ale to nie oni mi to zrobili. Za to tamci- A może powinnam powiedzieć "wy"?
Tang, który - podobnie jak Claude - nie był na to przygotowany, odchylił się na siedzeniu i umilkł na trochę.
- W inny sposób - odezwał się po chwili - ale skrzywdzili cię w takim samym stopniu co tamci - albo: co my, jeśli wolisz. Nie powinno cię tu być.
- Was też nie.
- Nie byłoby nas tu, gdyby nie oni.
- Zerżnęlibyście mnie nawet wtedy, gdyby ich nie było. Jak myślisz, co tacy jak wy robią z każdą, która nie zdąży uciec? Widziałam. Wiedziałam.
Claude uniósł wzrok ku niebu; wiedział, że jeszcze moment, a nie będzie w stanie powstrzymać łez ani stłumić szlochu, który ściskał mu krtań. Skupił się na pomrukach burzy i na rozbłyskach za oknem, starając się nie patrzeć na Fei ani nie myśleć o tym, że po tym wszystkim nie miał prawa do zapłakania nad własnymi błędami przy niej, która płaciła za każde jego potknięcie.
Nikt nie udzieliłby mu za to rozgrzeszenia. Już nie.
- Przepraszam - wyszeptał drżącym głosem na tyle cicho, żeby tylko ona go usłyszała. - Tak cię przepraszam, Fei.
Fei wydawała się mu nieobecna jak przedtem Jin i zdążył uznać, że nie usłyszała tego, co powiedział, ale wtedy poruszyła się i nie patrząc na niego, odszukała na jego dłoń i uścisnęła ją.
- Potem.
Ale potem zamilkli wszyscy. Tang pociągnął za róg płachty materiału, którą przykryte były nieużywane meble. W powietrze wzbił się kurz, który zatańczył w migotliwym blasku świec. Claude spojrzał na niego pytająco.
- Posiedzimy tu aż tamci zasną. Noce są chłodne, nikt nie przyniesie nam kołdry. Oddaj jej koc i przykryj się tym, jeśli musisz. Nie bierz tego do siebie, ale nieszczególnie mnie obchodzi to, czy nabawisz się przeziębienia.

Sen nie przyszedł mu z łatwością. Fei przysypiała, ale budziła się z każdym trzaskiem, który rozlegał się na tyle niedaleko, że reagowała nań niczym ukryte w zaroślach zwierzę - za każdym razem, kiedy poderwała się do pionu Claude miał nieprzepartą chęć zapytać o to, dokąd zamierzała uciec, gdyby rzeczywiście ktoś zamierzał wedrzeć się do środka, a potem spoglądał w stronę balkonu i nie był pewien, czy byłby w stanie zasnąć już kiedykolwiek, gdyby udzieliła mu odpowiedzi. Zdołał ubłagać Tanga, by poprosił o karty. Wiedział, że tamten nie zamierzał wstać i wychodzić na korytarz - limit życzliwości widocznie został wyczerpany - ale coś w sposobie, w jaki jemu samemu rwał się głos, kiedy prosił bez końca musiało wzbudzić w nim te resztki litości, których sam Tang nie spodziewał się już posiadać i tym sposobem na prześcieradle z pokrowca wylądowała wyświechtana, pachnąca zwietrzałym alkoholem talia. Nie wiedział, kto ją przyniósł - mógł to być Wen, bezimienny wartownik, a może i sam Ralf, który pojawił się i zniknął jak przywidzenie.
[ Jak scyzoryk Gasparda ]
Nie chcąc wracać wspomnieniami do tego, jak skończył Gaspard, Claude skupił się na tasowaniu. W innych okolicznościach nie byłoby to dostatecznie zajmujące, ale inne okoliczności nie zakładały towarzyszącego mu zmęczenia i poczucia winy. To wystarczyło, by
[ Gaspard nie żył ]
odpędzić od siebie niektóre z intruzywnych myśli. Nie wszystkie, ale
[ Joshua nie żył ]
nauczył się z tym żyć. Samo to, że jeszcze nie umarł musiało mu wystarczyć.
[ Kto będzie następny? ]

Przed świtem echa rozmów i trzasków ustały i na korytarzu zapanowała wyczekiwana, choć zarazem złowieszcza cisza. Zsunięty w fotelu Tang spał z nogami na niskim stoliku; Fei u wezgłowia łóżka zwinęła się pod kocem tak, że spod niego wystawały jedynie potargane włosy i wąski pas przysypanego nimi policzka. Claude modlił się o to, by po wzięciu podanych przez Tanga środków nie miała żadnych snów.
- Tang?
Zobaczył, że sięgnął do broni zanim w ogóle zdążył unieść powieki i oprzytomnieć na tyle, żeby go rozpoznać.
- Wszystko w porządku - wyszeptał; nie umiał zdobyć się na podniesienie głosu. Strach karmił się zakrawającym na pewność przekonaniem, że może go stracić, a on nie umiał przekonać samego siebie, że była to wyłącznie idiotyczna obawa. - Budzę cię, bo wychodzę, a Fei śpi.
- Nie możesz-
- Co zrobili z Jin? Co zrobili z Ralfem? Shujuan...?
- Jeśli nie żyją, ktoś będzie musiał się nią zająć - Tang usiadł i przetarł zaspaną twarz - a to znaczy, że będziecie musieli stąd wyjechać. Szybko.
- Wyprowadź mnie z błędu, ale gdybym miał zniknąć i nikogo przy tym nie alarmować, zrobiłbym to wtedy, kiedy inni by spali.
Tang przypatrywał się mu w milczeniu.
- Czy kiedykolwiek zdarzyło ci się nie myśleć o sobie? - zapytał po chwili i umilkł znowu, by zebrać własne myśli. - Zostaw ich.
- Muszę wiedzieć-
- Zabierz ją i wyjedź. Nie zdołasz wywieźć ich wszystkich.
- Muszę-
- Poradzą sobie. Ona jest na to za młoda.
- Teraz tknęło cię sumienie?
Nieruchoma twarz Tanga wykrzywiła się w spazmie, nad którym nie zdołał zapanować, ale zaraz znów wygładziła się.
- Nie mogą połamać mi rąk, bo ich potrzebują - wycedził ozięble - ale czy zastanawiałeś się nad tym, na ile sposobów można zadać ból bez łamania czegokolwiek? Czy naprawdę uważasz, że przystanie do nich to był mój wybór? Złota klatka to nadal klatka i jeśli Zedong postanowił zamknąć w niej Jin lub Ralfa, nie będziesz miał wiele do powiedzenia w tej kwestii.
Claude, który poczuł ukłucie współczucia zaraz napomniał się, że Tang - niezależnie od tego, co mówił - stał na względnie bezpiecznym, stabilnym gruncie po drugiej stronie barykady i wyciągnięcie ręki ponad zasiekami nie oznaczało, że zamierzał przeskoczyć przez usypany między nimi wał i zmienić stronę. Takie rzeczy się nie zdarzały - żołnierze na froncie również zdawali sobie sprawę z tego, jak bezsensowny był rozlew krwi, ale niezależnie od tego pozostawali marionetkami w rękach zwierzchników. Mogli zadecydować o zawieszeniu broni w Boże Narodzenie, mogli nawet wymienić się życzeniami z wrogiem i rozegrać z nim towarzyski mecz na przeoranej szrapnelami ziemi niczyjej, jednak nie powstrzymywało ich to przed powyrzynaniem się pierwszego dnia świąt.
- Czy naprawdę uważasz, że to wszystko - to wszystko, co nam zabraliście i zabierzecie - że przyszło nam to z łatwością? Że zostało nam dane?
W innym świecie mogliby poznać się przez wspólnego znajomego.
- Nie mam nikogo poza nimi. Poza Ralfem, bo one mnie nienawidzą, a Yan- Yan się boi. Nie mam o to do niego pretensji.
W innym świecie mogliby sobie ufać.
- Proszę. Proszę, pozwól mi sprawdzić, czy przynajmniej żyją.
W innym świecie nie musieliby przeprowadzać tej rozmowy.
- Proszę.

Korytarze były opustoszałe i gdyby nie baczyć na to, że poprzedniego ranka podłogi nie zaśmiecały puszki, butelki i wdeptane w wykładzinę niedopałki, można by uznać, że w ścianach wcale nie kryły się zmożone snem szczury. Fei, która z początku kręciła się w pobliżu tak, by móc schować się za nimi, zorientowawszy się, że wszyscy posnęli, wyprzedziła ich i szła kilka kroków przed nimi, jakby nie chciała mieć z nimi - z nim, uświadomił sobie Claude - nic wspólnego. Nie zorientowała się, że zostali w tyle, gdy Tang zatrzymał się i przytrzymawszy Claude'a za łokieć, zmusił go do zrobienia tego samego; być może, pomyślał, wyrwawszy ramię z uścisku, być może Fei wiedziała, że została sama, ale właśnie tego potrzebowała. Wyglądało na to, że odgrywanie ślepców im wszystkim przychodziło z niewielkim trudem.
- O co chodzi?
Tang - który do niedawna sprawiał wrażenie bezpowrotnie wytrąconego z równowagi - po przekroczeniu progu wśród resztek na ziemi musiał znaleźć pozostałości tego katatonicznego niewzruszenia, z którym przed paroma dniami od niechcenia zauważył, że walka z Yijunem była nierówna, nim sam za plecami Zedonga wręczył im broń. W bladym świetle poranka woskowa skóra zdawała się być - zupełnie niczym topik nawleczony niewprawnymi rękoma na wsporniki - rozciągnięta na siłkę na stelażu z wyraźnie zarysowanych tuż pod nią kości twarzy. Przez moment Claude bał się podnieść wzrok w obawie przed tym, że tuż pod linią żuchwy spostrzeże zatopione w żywym ciele przekrzywione śledzie namiotowe.
- O nic. Chciałem powiedzieć, że może powinniście zdechnąć zamiast żyć ich kosztem. Tyle.
Claude poczuł ukłucie w piersi. To żebro, powtórzył, to żebro, to żebro, to żebro.
Nie musiał mu tego mówić - i tak dusił się z poczucia winy.
- Może ty też.
- Może ja też - wyrzekł z wolna Tang. - Może dlatego rozglądamy się za Ralfem, a nie żadnym z nich. Może nie możemy się wzajemnie osądzać.
Przez wybite szyby do środka wdzierały się trele przycupniętych na parapecie wróbli. Pomyślał, że na żółknących liściach musiała perlić się rosa, a niekoszona trawa, która od pewnego czasu rozrastała się niekontrolowanie kołysała się na wietrze. Pomyślał o tym, że w przyszłym roku zamiast zwłok będą natykać się na szczególnie zdrowe kępy polnych kwiatów, na salangany, na pszczoły, na życie - o ile im samym będzie dana jakakolwiek przyszłość, by mogli to zobaczyć. Nie pasowali do świata na zewnątrz. Mój Boże, pomyślał Claude. Może po prostu wszyscy powinniśmy umrzeć.

Natknęli się na palącą w milczeniu Shujuan, która przysiadła na parapecie i wpatrywała się w martwy punkt w przestrzeni. Posłyszawszy kroki, poderwała się na równe nogi, ale zorientowawszy się, że nie stanowili zagrożenia, usiadła i połą płaszcza kąpielowego zakryła sińce, które rozlały się na nogach i przedramionach niczym akwarele na płótnie. W przelocie obrzuciła ich spojrzeniem z odrazą i wrogością niepozostawiającą wiele wątpliwości w kwestii tego, że musiała życzyć im śmierci.
- Przepraszam.
Nie poznał własnego schrypniętego, słabego głosu, który załamał się pod ciężarem tego jednego słowa.
- Pierdol się. A ty - warknęła, zwróciwszy się niespodziewanie do Tanga - powinieneś był zabrać się za tamtego.
- Zrobiłbym to, gdybym umiał mu pomóc. Jak się czujesz?
- Jak się czujesz...! - powtórzyła za nim z niedowierzaniem, wydając się zarazem rozbawioną w upiorny, histeryczny sposób. Wybuchła zimnym, szyderczym śmiechem. - Jak się czujesz...! Mam cię o to zapytać, kiedy rozwłóczą twoje ścierwo po tym, jak wytrzeźwieją? Nie było cię tu z nami, więc mogłeś nie zauważyć, że nie byli zadowoleni, że go odratowałeś. Jak ci się wydaje, co ci zrobią? Jak będziesz się wtedy czuł?
- Gdybyś zmieniła zdanie, będę-
- Pierdolcie się obaj.
Przeszli obok, unikając swoich spojrzeń.

W pierwszym odruchu zapomniał się - spróbował zawołać Ralfa po imieniu, ale przecenił możliwości nadwyrężonego gardła i zakrztusił się, jakby znów niewidzialna ręka niby prasa zmiażdżyła mu krtań i w próbie złapania oddechu przyszło mu zachłysnąć się wodą. Zanim zdołał powstrzymać rzężenie, łzy zdążyły zamroczyć pole widzenia. Usłyszał szybkie kroki i po tym, jak lekko były stawiane rozpoznał Fei.
- To nie było zbyt mądre - powiedziała, kładąc mu rękę na plecach, jakby był wymagającym poprowadzenia starcem - nie podnoś głosu. Wody?
- Claude?
- Chciałam ci powiedzieć, że cię szuka.
- Nienawidzę zadawać tego pytania i w twoim przypadku znam odpowiedź, ale pozwól, że i tak spytam: jak się czujesz?
- Co z nim?
- Żyję - zdołał wciąć się Claude i odchrząknął, choć niewiele to dało, ponieważ kiedy znów przemówił, nienaturalnym brzmieniem mógłby równać się z upiornym skrzypieniem skorodowanych trybów, spomiędzy których z każdym jękliwym obrotem wykruszała się rdza. - Jesteś cały?
W przeciwieństwie do Shujuan, Ralf patrzył na niego pustym wzrokiem lunatyka z rękoma zaciśniętymi na trzonku miotły z taką siłą, że kłykcie zbielały, zupełnie jak gdyby zwątpił w to, co widział - Claude musiał przestąpić przez kałużę zamiecionego szkła, by rozewrzeć jego palce i wsparłszy szczotkę o pobliskie krzesło, łagodnie ująć w dłonie jego pobladłą twarz.
- Nie każ mi się powtarzać, bo wkładam w to spory wysiłek - wyszeptał - jesteś cały? Tang, Fei, czy moglibyście...?
Tang przytaknął zdawkowo.
- Będę w kuchni.
- Nie wiem czy mamy tam po co wchodzić - zauważyła z ciężkim westchnieniem Fei, ale posłusznie ruszyła w stronę zaplecza. - Chodź, i tak musielibyśmy przeliczyć to, co zostało. O ile zostało.
- Dziękuję.
Ralf wreszcie pogodził się z myślą, że nie widział zmarłych i że od podrapanych ramion, które zacisnęły się wokół niego nie tchnęło grobowym chłodem; Claude pozwolił sobie na wsparcie się na nim, kiedy tamten - przeraźliwie blady i wychłodzony - naparł na niego z niespodziewaną zawziętością. Drżał, jakby znów zmagał się z temperaturą.
- Przez całą noc powtarzali mi, że nie żyjesz - wyszeptał - mój Boże. Claude, oni mówili, że po tym, jak wyszedłem, mówili, że zasnąłeś i że któryś z nich-
- Żyję. Zresztą- Ralf. Ralf, hej. Hej - odsunął się od niego na wyciągnięcie ramion. Ralfem wstrząsnął niekontrolowany spazm powstrzymywanego szlochu; widział to aż nazbyt wyraźnie w jego przekrwionych, podpuchniętych oczach. Na ten widok jego samego coś ścisnęło w gardle i - ignorując ból żeber - na powrót przycisnął go do siebie. - Hej, Ralf. Nie płaczemy. Żyję. Zresztą, jak mówiłem, nie mogę sobie, ot tak, umrzeć.
- Co?
- Coś ci obiecałem. Będę ci wierny dopóki rozbieżność interesów nas nie rozłączy, pamiętasz? Nie zostawię cię z tym samego. Nie zostawię- Hej, Ralf. Ralf, już dobrze. Już dobrze. Już dobrze, jestem tu. Wszystko będzie dobrze.
- Nie masz pojęcia co tu się działo. Claude, tak cię przepraszam, że-
- Że dałem się zaskoczyć? - wtrącił z czymś, co miało być śmiechem, ale z powodzeniem można było uznać za płacz. Kiedy zaparł się czołem o czoło Ralfa nie umiał powiedzieć, czyje właściwie łzy poczuł na twarzy. Czuł na piersi urywany oddech tamtego - a może własny? - Nic się nie stało.
- Było blisko, zbyt blisko, Claude, ty- Przecież ty nie oddychałeś, do kurwy nędzy, a to, że on był w pobliżu to cud, pierdolony cud, bo-
Ralf umilkł, kiedy z pewnym zaskoczeniem dla samego siebie Claude podważył jego brodę i zamknął mu usta pierwszym tak niepewnym pocałunkiem, zanim spłoszony własną, wydającą się nie na miejscu bezpośredniością spróbował się wycofać. Palce, które przez cały ten czas mechanicznie przesuwały się wzdłuż linii jego grzbietu, jakby Ralf usiłował odczytać przy pomocy samych opuszek wiadomość zapisaną alfabetem Braille'a, w nagłym przykurczu zacisnęły się wokół fałd materiału pięści, zatrzymując go wpół kroku.
- Już raz cię puściłem - On również ochrypł. - I zobacz dokąd nas to zaprowadziło. Myślałem, że to koniec. Byłem przekonany, że to koniec. Bałem się, że to ciebie musiałbym zanieść nad ranem nad rzekę, a obawiam się - zaśmiał się, ale zamiast rozbawienia Claude usłyszał w jego głosie jedynie niewysłowioną rozpacz - obawiam się, że to byłoby ponad moje siły. Mógłbym wywlec stąd ich wszystkich, ale nie ciebie. Nie ciebie- Ja... - Ralf nadludzkim wysiłkiem zdobył się na przywołanie na twarz cienia uśmiechu. - Nie wiem po co w ogóle zadałeś sobie wczoraj trud przekonywania mnie, że nie zawiodłem na całej linii. Byłem gotów w to uwierzyć, ale potem udało mi się rozczarować samego siebie. Nie zdążyłem. Tak mi-
- Już dobrze - przerwał mu cierpliwie Claude, nie przestając gładzić jego zmarnowanej twarzy kciukiem. W zalanym poblaskiem świtu westybulu przypominali widma, które nie zaznawszy spokoju błąkały się bez celu na własnych grobach. - Już dobrze, Ralf.
Nad ich głowami przemknął wróbel, który musiał dostać się do środka przez jedno z otwartych lub wybitych okien; jego czysty, słodki szczebiot jeszcze przez moment odbijał się zwielokrotnionym echem, zanim na dobre ucichł.
- Posłuchaj mnie. Ralf, proszę- Mamy tylko siebie. Ja mam tylko ciebie. Wbrew obiegowej opinii i temu, co myślisz- Hej, Ralf, kochanie, posłuchaj- W innych warunkach też miałbym tylko ciebie, słyszysz? Gdybym miał przejść przez to wszystko od początku, wybrałbym ciebie i zrobiłbym to samo przed rokiem, przed dwoma, a nawet trzema laty- rozumiesz, co do ciebie mówię? Jeśli jest coś, czego żałuję to nie to, że musiałem znosić te wszystkie razy, kiedy byłeś dla mnie sukinsynem, a to, że nie było mnie wtedy, kiedy mogłem temu zapobiec. Kiedy jeszcze mógłbym postawić ci tego drinka w tamtym barze. Zabrać do kina, do teatru. Pokazać to miasto. Że może zaryzykowałbyś i pozwolił mi spróbować. Że nie byłbyś właśnie święcie przekonany, że jesteś wrakiem kogoś, kim nawet nigdy na dobrą sprawę nie byłeś, a ja tylko kolejnym kretynem z akcentem z Marsa- Hej, Ralf. Ralf. Już w porządku, jestem obok. Żyjemy. Żyjemy. Spójrz na mnie. Proszę.
Ralf podniósł na niego wzrok i Claude wykorzystał ten moment, by rękawem zetrzeć te łzy, które zdążyły się stoczyć wzdłuż policzków do brody.
- Wyjdziemy z tego - wyszeptał - a potem zabijemy tych skurwieli we śnie. Urżniemy ich, a potem wlejemy im benzynę pod drzwi i rzucimy zapałkę. Jeśli trzeba, spalimy to miejsce do gołej ziemi. Przysięgam, że oni nam za to zapłacą - ale nie teraz. Kiedy ostatni raz spałeś?
Ralf odtrącił jego rękę, jakby ta zaczęła go parzyć albo sam zorientował się, że to jego twarz płonęła przez cały ten czas. Wzruszył ramionami.
- Nie wiem - powiedział, starając się zabrzmieć tak, jakby to nie było w tym momencie relewantne, zanim po raz ostatni spróbował zadać kłam własnym podkrążonym, przekrwionym oczom, które musiały widzieć zbyt wiele przez tych kilka godzin, kiedy był zdany wyłącznie na siebie:
- Nie jestem śpiący. Skończę z tym i może wtedy się położę - o ile oni nie zdążą się do tej pory-
- Jeśli którykolwiek z nich będzie spodziewać się tego, że będziesz im usługiwać, ten pierdolony hotel spłonie jeszcze dziś.
- I uważasz, że ci na to pozwolę? Po tym wszystkim- myślisz, że zniosłem to wszystko po to, żebyś ty się im podłożył, bo ja potrzebowałem drzemki? Może ciebie przerastała w przeszłości praca bez snu, ale nie mnie.
- Ralf, kochanie, nie bądź jak oni. Nie bądź kretynem - Claude mówił na granicy słyszalności; wiedział, że lada moment krtań podda się, a on umilknie, ale zdołał odchrząknąć i wydobyć z siebie własny - choć jakby zupełnie obcy - przypominający niskie warczenie głos. - Wróciłem z piekła, w zasadzie wyczołgałem się z niego, i nie chcę tam wracać, ale jeśli się na to zdecyduję, nie wrócę sam. Nie pytam cię o pozwolenie - ja informuję.
- Wydawało mi się, że zdołaliśmy wypracować już pewne porozumienie odnośnie tego, że twoje pomysły-
- Ratują ci skórę, tak. Tak.
Ralf westchnął, ale zaszła w nim pewna zmiana - Claude nie umiał powiedzieć, czy widmo uśmiechu stanowiło kolejny wytwór wyobraźni, czy też rzeczywiście w tamtego wstąpiło na powrót życie.
- Niech będzie. Idę prosto do łóżka.
- Zaraz do ciebie przyjdę.
Jeśli Ralf rzeczywiście był rozbawiony, chwila ta przeminęła bezpowrotnie. Spochmurniał, jak gdyby diabeł, którego od tak dawna nosił za skórą niespodziewanie zaczął wieszczyć kłopoty.
- Dokąd idziesz?
- Zapytać naszego nowego przyjaciela czy nas sypnie, kiedy tylko znikniemy mu z oczu - Wskazał na kuchnię. - Nie ufam mu. Musimy być z nim ostrożni.

- I?
- I? - powtórzył Claude, choć nie był pewien, czy Ralf nie wziął tego niewyraźnego stęknięcia za skrzypnięcie drzwi; wiedział, że nadwyrężał w ten sposób krtań, ale nie umiał milczeć. Przeszedł przez zagracony apartament i zrzuciwszy rzeczy z kanapy usiadł, nie wykazując większego zainteresowania przekraczaniem progu sypialni, która - podobnie jak kuchnia - tonęła w mroku zaciągniętych stor. Ledwie przerzucił resztę ubrań na siedzenie pobliskiego krzesła, usłyszał przytłumione kroki. Ralf skrzywił się po wychynięciu z zacienionego wnętrza i zawahał się wpół kroku, jakby nie był pewien, czy nie powinien zawrócić. Claude, nie mogąc wydobyć z siebie głosu, poklepał jedynie poduszkę w zapraszającym geście.
- Szczęście w nieszczęściu, że zdążyliśmy poznać się na tyle, byś nie musiał mówić zbyt wiele, ale - Ralf przetarł zmęczoną twarz - może nie na tyle dobrze, żebyśmy się zawsze przy tym rozumieli. Myślałem, że idziemy spać.
- Ty idziesz - Claude przeciągnął palcem po szyi. - To boli.
- Tang niczego ci nie dał?
Podciągnął rękaw i wyprostował ramię; po takim czasie ślad po wkłuciu był ledwie widoczny.
- Nad ranem.
- To dość zaskakujące, że wszystkim im nie wstrzyknął powietrza - Zrezygnowany Ralf nakrył się kocem i wyciągnął się na kanapie; tym razem zdawał się nie potrzebować zachęty do tego, by rzucić mu poduszkę na kolana i złożyć na niej głowę. - Musiał mieć okazję.
- Też miałeś - zauważył Claude, pozwalając jego włosom przesypać się między swoimi palcami - ale stchórzyłeś.
- Nie nazwałbym tego-
Ralf mimowolnie urwał, kiedy poczuł na czole najpierw oddech, a potem same usta.
- Idź już spać.
- A co ty zamierzasz robić w tym czasie? Patrzeć na mnie przez sześć godzin i podziwiać? Nie uważasz, że to nieco zbyt ekscentryczne nawet jak na nasze standardy?
Sprężyny skrzypnęły, kiedy pochylił się niebezpiecznie do przodu, by sięgnąć po książkę, którą zostawił na stoliku do kawy. Leżały wszędzie; nie wiedział, które i ile z nich zaczął, które i ile z nich skończył, a ile przeczytał kilkukrotnie wyłącznie po to, by zmusić się do skupienia na czymś innym niż ich patowe położenie.
- Mogę się przesiąść - zaproponował, wskazując na fotel i potrącił Ralfa palcem w nos, by zasygnalizować, że powinien pospieszyć się z podjęciem decyzji. - Mam to zrobić?
Tamten złapał go za rękę.
- Zostań - poprosił, ale zaraz musiał przywołać się do porządku, ponieważ uwolnił jego nadgarstek z uścisku i zamknąwszy oczy, dodał jakby od niechcenia:
- I tak nie będzie z ciebie większego pożytku, dokądkolwiek byś nie poszedł. Równie dobrze możesz tu zostać.
- Nie ma problemu, mogę-
- Nie - rzucił na tyle ostro, by Claude nie mógł zwalczyć uśmiechu. Pogładził go pieszczotliwie po głowie.
- Spokojnie; będę tu, kiedy się obudzisz. Śpij.
- Claude?
Uprzejmym odchrząknięciem zasygnalizował, że zamienił się w słuch.
- Przepraszam.

Przesuwające się na zewnątrz chmury przypominały kłębki wełny, które ktoś niezdarnie próbował rozczesać na niebie grzebieniem i zniechęcony tym, co udało się mu osiągnąć zaniechał dalszych prób. Claude przypatrywał się im bezmyślnie i z rzadka przewracał strony, a kiedy zostało mu zatrzasnąć książkę, rozejrzał się za następną - nie zauważywszy żadnej w pobliżu, po prostu zaczął wertować tę wielokroć przeczytaną od początku. W którymś momencie Ralf zadrżał, a następnie przebudził się i potoczył dokoła błędnym wzrokiem - wówczas szeptem przypomniał mu, że był bezpieczny, a kiedy to nie wystarczyło, tym samym monotonnym tonem niczym baśń zaczął snuć historię o latach młodości i państwach tak odległych, że sam skłonny był uwierzyć, że leżały one poza granicami ich wyobraźni. Mówił o zapachu soli i balsamu migdałowego w powietrzu, o śliskich kamieniach, na których poszarpanych krawędziach niegdyś stawał, o rozkosznych pocałunkach słońca, które składało ono na jego karku i przypominających ziarna piasku piegach na nosie kogoś, kogo kochał; wreszcie o leniwych popołudniach na schodach nad rzeką i kaczkach, którym rzucali pestki słonecznika, kiedy wilgotna bryza znad Garonny skręcała im włosy. Wtedy, w tamtych odległych dniach, też pełnił rolę przewodnika, choć sam czuł się jak turysta, wizytując w rodzinnych stronach po tylu latach na obczyźnie; patrząc na uśpioną twarz Ralfa, miał nadzieję, że gdziekolwiek ten nie zawędrował w swoich snach tym razem, widział na horyzoncie różowe miasto wzniesione z cegły i drewniane pobielane okiennice, a nie wstęgi dymu wijące się ponad dachami, od których oni wtedy uciekali wraz ze spanikowanym, przepychającym się w wąskich uliczkach tłumem. Europa tonęła w chaosie i w Hamburgu musiał rozgrywać się ten sam koszmar - być może to z niego zdołał się wyrwać Ralf.
Wtedy problemy spadły na nich jak jastrzębie, które kołowały na białym niebie od wielu godzin tak, że nie byli w stanie odróżnić ich krzyków od własnego, niosącego się echem nad wodą śmiechu; kiedy u drzwi rozległo się pukanie, wyrwany z zamyślenia Claude był nieomal wdzięczny, że przybycie nowych zmartwień zostało zaanonsowane - choćby i w ten sposób. Wysunąwszy się spod Ralfa, podłożył mu w miejsce swoich kolan poduszkę i upewniwszy się, że jego głowa nie zsunie się z kanapy, ruszył przed siebie niby nieopatrznie przywołane z zaświatów widmo.
- Co się stało? - zapytał półgłosem, stając twarzą w twarz z Wenem, który pomimo ściskanego w ręce kubka termicznego z - w co nie wątpił, widząc sine zakola pod jego oczami - kawą, wyglądał niewiele lepiej od lekarza pełniącego dyżur siedemdziesiątą drugą godzinę.
- Gdzie jest Ralf? - zapytał tamten, nawet nie siląc się na powitanie. - Śpi?
- Śpi. O co chodzi?
- Wolałbym rozmawiać z nim, ale - zawahał się i Claude przysiągłby, że zobaczył, jak Wen się uśmiecha, ale w tamtym momencie uniósł termos do ust - prawdopodobnie po to, by to zamaskować. - Może to dobrze, że ty otworzyłeś. Chodź.
- Gdzie zgubiłeś resztę świty? - zagadnął, zamykając za sobą drzwi. - Nie byłbym zaskoczony, gdyby je wyważyli zamiast pukać.
Wen wzruszył ramionami.
- Powinieneś wiedzieć, że zasady gry zmieniają się z każdym zastępcą.
- Nie zastępuję Ralfa. Ralf nie jest-
- Nie? No proszę, dałem się oszukać - Wen znów przechylił kubek, ale zaraz z pewnym rozczarowaniem podniósł wieko i bez większego zainteresowania zajrzał do środka. - Jeśli o mnie chodzi, powiedziałbym, że to Ralf rozdaje karty, ale pozostaje podatny na sugestie - w przeciwieństwie do Zedonga.
- Dzielimy się wpływami.
- Nie mówiłem, że nie. W byciu vice nie ma nic złego, może wyjąwszy to, że obaj mamy ręce pełne roboty, której oni nigdy nie docenią. Czy był z wami ktoś jeszcze?
- Nie rozumiem. Poznałeś wszystkich - o co chodzi?
- Nie zgubiliście kogoś?
- Nie sądzę.
Wen zatrzymał się i podniósł na niego wyraźnie zmęczony wzrok.
- Posłuchaj mnie. Możesz myśleć, że kogoś chronisz, ale tak nie jest. Zapytałem cię o to na osobności, a nie przy nich, bo mam serdecznie dość. Chciałbym się położyć. Powiedz prawdę - wszyscy na tym skorzystamy.
- Nie wiem o czym mówisz.
- Znaleźliśmy przybłędę.
- Nie wszystkie sieroty są nasze. Nie prowadzimy ośrodka adopcyjnego.
- On jest biały.
- I dlatego zakładacie, że się znamy? Jeśli to nie Joshua, który zszedł z drzewa, nie-
- To nie Joshua.
- Musiałbym go zobaczyć.
- Czyli był z wami ktoś jeszcze?
- Ludzie przychodzą i odchodzą. Powinieneś coś o tym wiedzieć.

- Gdzie on jest?
Jeden z podwładnych Zedonga, który rozsiadł się w międzyczasie na ladzie portierni wskazał od niechcenia nożem na prowadzący w głąb hotelu korytarz, a potem znów pochylił się nad osełką. Kiedy przechodzili obok niego, Claude spostrzegł, że tuż za nim leżały inne - przede wszystkim zakrzywione, myśliwskie finki, ale też niepozorne scyzoryki i kilka sprężynowców. Poczuł, że na karku ścierpła mu skóra.
- Co o nim wiecie?
- Poza tym, że nie pochodzi stąd? Niewiele. Mówił, że uciekał przed pożarem, który wybuchł na południowy wschód stąd. Wygląda, jakby mówił prawdę, ale to, że znalazł się w pobliżu-
- Musisz mi uwierzyć na słowo, że nie znam wszystkich białych, których licho zapędziło na ten koniec świata.
Wen przytaknął, ale już nie zwracał na niego uwagi. Na ziemi z twarzą przyciśniętą do posadzki leżał mężczyzna, którego na rozkaz brutalnie i bez zbytniego ociągania podźwignięto do pionu tak, że kiedy niepewnie stanął na własnych nogach, zatoczył się nim złapał równowagę.
- Znasz go?
Claude zbliżył się do nieznajomego i w milczeniu przyjrzał się pokrytym pyłem ubraniom, które upodabniały tego człowieka do górnika i twarzy, która nie zdradzała zbyt wiele swym wyrazem; tam, gdzie pot spłynął wzdłuż linii żuchwy spod sadzy i kurzu wyzierały zacięcia i dwu, może trzydniowy zarost. Widział, że intruz także się mu przyglądał - zielone oczy kilkukrotnie uciekły ku śladom po duszeniu.
- Znasz go? - powtórzył Wen z wyraźnym zniecierpliwieniem.
Co z nim zrobicie, jeśli zaprzeczę?
- Nie nazwałbym tego znajomością.
Usłyszał trzask bezpiecznika za plecami.
Boże, pozwól mu być bystrym, poprosił żarliwie w duchu, nim znów zabrał głos:
- Wpadliśmy na siebie przypadkiem i tego samego dnia rozdzieliły nas... Cóż, okoliczności. Jak mówiłem, ludzie przychodzą i odchodzą. Nie możemy pozwalać sobie z Ralfem na szukanie wszystkich tych, którzy się zgubili - powiedział na tyle beznamiętnym tonem, na ile umiał, usiłując nie myśleć o tym, że ten mężczyzna umrze, jeżeli nie zrozumie w porę tego, co usiłował mu przekazać i nie odegra należycie swojej roli. - Dobrze, że nie zdążyłeś zrobić sobie dzieciaka, Claude, bo nawet pierworodnego byś zapodział - tyle usłyszałem, nim uznaliśmy sprawę za straconą. Tobias - dobrze pamiętam? Tobias? - mam nadzieję, że nie masz nam tego za złe. To nie było nic osobistego.
Nieznajomy nie zareagował, a potem - nieznośnie powoli - skinął głową.
- Nie szkodzi. Mam nadzieję, że Ralf jakoś się trzyma.
- Śpi. Podobno uciekłeś przed pożarem.
- Miałem szczęście. Ogień szybko się rozprzestrzenia - zdążył odciąć mi drogę i niewiele zabrakło, by zrobił to po raz drugi.
- Umiałbyś wskazać ten teren na mapie?
- Niezbyt dokładnie. Przez wiatr sąsiadujące budynki zajmowały się jak zapałki. Burza- Deszcz musiał spowolnić proces, ale wątpię, żeby miał to zatrzymać.
Wen wydał stosowne polecenia. Pozostali udawali niewzruszonych, ale Claude po sposobie, w jaki zaczęli na siebie patrzeć zgadł, że bali się, że z następną zmianą warty płomienie staną się widoczne na horyzoncie.
- Jak się nazywasz, Tobias? - wyszeptał, skorzystawszy z tymczasowego zamieszania.
- Noah.
- Nie mów nikomu, jeśli chcesz żyć.
- Dziękuję.


Edytowane przez wewau dnia 15-08-2019 22:14
i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo

Tak musieli czuć się żołnierze otwierający oczy w okopach po zapadnięciu w niechciany, wymuszony wyczerpaniem sen, mający więcej wspólnego z omdleniem niż uśnięciem. Przez krótką chwilę nie wiedzieli co dzieje się dookoła i nie pamiętali nic poza tym, że wystawienie głowy ponad poziom wykopanego rowu, głębokiego jak grób, którym z biegiem dni zaczynał być dla coraz większej ich liczby, oznaczało pewną śmierć z ręki każdego, kto uznawał ją za ekwiwalent własnego przeżycia. Ralf wiedział ilu zginęło aby mogli żyć. Wiedział też jak wielu wciąż musiało, aby ten stan się utrzymał, oraz że cokolwiek by się nie działo - było warto. Mimo wszystko, uświadamiał to sobie powoli, było warto.
Nie obudził go hałas, do którego ciągłej obecności zdążył już przywyknąć, lecz martwa cisza każąca mu myśleć, że został na tym froncie sam, przegapiony wśród uściełających okolicę zwłok, którymi wkrótce, po ostatecznym umilknięciu wymiany ognia, miały zainteresować się hieny cmentarne.
- Claude?
Podniósł się do siadu tak szybko, że ciszę wypełnił zwiastujący utratę przytomności pisk w uszach; stanowił ostrzeżenie, że z chwilą zerwania się na nogi utraci w nich władzę. Ralf zignorował je, choć przez chwilę musiał iść podparty barkiem o ścianę, na którą osunął się postawiwszy pierwsze kroki. - Claude?
Nie odpowiedział mu nikt. Jeszcze przez chwilę słyszał wyłącznie szum napływającej do skroni krwi - całkiem niedawno kojarzyłby się mu się z szumem morza, lecz dziś przypomniał mu o szuraniu szczotki, którą usiłował zetrzeć z betonu krew Yijuna zmieszaną z wybielaczem. Jej fale, równie spienione, rozpływały się na boki z każdym potarciem różowego od niej włosia o podłoże. Osobliwy zapach mieszanki chloru i żelaza zdążył poznać wiele tygodni temu, czyszcząc łazienkę śliską od krwi Zhanny. Tak pachniało wybielanie nieodwrotnie splamionego sumienia, czynność bardziej grzeszna niż samo zabicie, któremu miała zaprzeczyć, ale tym razem chodziło o coś innego. To Jin go zabiła, choć gdyby tylko tego potrzebowała był gotów udawać, że Yijun zabił się sam, a przynajmniej uczynił ten atak śmiertelnym. Nie chciał jedynie aby ta krew skończyła rozsmarowana na twarzach podwładnych Zedonga, których ciekawskie spojrzenia uciekały do ciemnych plam szkarłatu ilekroć oddalił się na tyle, by nie lękali się jego osądu, ani na twarzy samej Jin, której dzikie, podbite przez nich oczy zdradzały, że przez chwilę chętnie uczyniłaby to samo.
Nie wiedział kiedy usiadł. Być może gdyby nie spojrzał na drzwi nie zorientowałby się, że Claude zdążył uchylić je i wślizgnąć się bezszelestnie do środka.
- Nie chciałem cię budzić bez potrzeby - Claude uprzedził go, zanim Ralf zdążył przypomnieć mu, że miał tu być. - Dawno wstałeś?
Ralf pokręcił głową, przez co niedbale zaczesane do tyłu włosy ponownie opadły mu na oczy i zostały tam, dopóki siadając obok Claude nie odgarnął ich, część dłuższych pasem zakładając mu za ucho. W pierwszej chwili zaśmiali się cicho z tego niespodziewanego przejawu czułości, w następnej Claude skrzywił się z bólu, a Ralf spoważniał.
W świetle trwającego w najlepsze dnia karmazynowa obroża na jego szyi była wyraźniejsza. Wyglądał jakby urwał się śmierci ze smyczy i dobiegł aż tutaj, licząc, że nie odnajdzie go wśród żywych.
- Coś się stało?
I brzmiał jak tracące zasięg radio, którego dotychczasowe audycje i piosenki zakłócał mrukliwy szum zaburzeń, przez co Claude nie chcąc niepokoić Ralfa nadwyrężonym głosem i wieściami, jakie miał przekazać, milczał przez jeszcze moment, pozwalający im udawać, że nie mieli powodów do zmartwień. Uśmiechnął się gorzko.
- Szczęście w nieszczęściu - oznajmił wreszcie przyciągając Ralfa na tyle, by jego głowa spoczęła mu na barku. - Zbierają się, przynajmniej ci, którzy są w stanie prowadzić. Pali się. Nie wiem gdzie dokładnie i czy nadal, ale to miasto płonie.
- Zdążyłeś podpalić je beze mnie?
- Miałbym pozbawić cię tej przyjemności?

Południowy wschód, wskazał Claude, to mniej więcej tam gdzie słońce. Jego promienie były stłumione przez chmury, tak jak zaciśnięta na ustach dłoń była w stanie stłumić dobywający się z nich krzyk; bezbarwne światło mętniało w mgle towarzyszącej mżawce. W pewnej odległości podstawy otaczających ich budynków stawały się niewidoczne, a ich wierzchołki zdawały się rozpływać w powietrzu. Z dłońmi zaciśniętymi na zimnej, metalowej balustradzie, Ralf jakiś czas wychylał się przez balkon, jednak jedyne źródło dymu znajdowało się parę pięter niżej. Spojrzał w dół, a zapach tytoniu przyprawił go o mdłości.
Tak smakowała połowa pocałunków Claude'a. Tak mogła pachnieć jego śmierć.
- Nie wie jak długo biegł - kontynuował Claude gdy Ralf minął go w progu by jak najszybciej zamknąć szklane drzwi - ale gdyby go nie schwytali, bo inaczej tego nie nazwę, pewnie szedłby dalej.
Ralf przytaknął. Gdzieś tam, za zroszonymi szybami ich pokoju, grzebień ognia przeczesywał kolejne ulice wyczesując z nich ludzi jak zalęgłe we włosach wszy.
- Gdzie jest?
- Zostawiłem go z Tangiem, który pewnie właśnie tłumaczy mu, że powinien stąd wiać przy pierwszej okazji.
- Powinienem mu podziękować.
- Wątpię aby przyjął podziękowania. Twierdzi, że to co robimy jest złe, ale gdzieś po drodze musiał uznać, że pozostawienie mnie na pewną śmierć byłoby jeszcze gorsze.
- Wie?
- On wie, Jin wie. To trochę zabawne, że ci sami, którzy najbardziej mają nam to za złe są jednocześnie tymi, którzy są nam najskłonniejsi pomóc. Jeszcze trochę a pomyślę, że jesteśmy jak oni - Claude skinął głową na zewnątrz i choć zrobił to powoli jego pozornie spokojne oblicze nie było w stanie ukryć bólu, jaki mu to sprawiło. Ralf odwiódł dłonią jego brodę, nie pozwalając mu dłużej patrzeć na stojących tam ludzi Zedonga.
- Nie obchodzi mnie to póki to znaczy, że żyjesz. - Powinno było zdziwić go brzmienie własnego głosu, lecz ostatnimi czasy przemawiał tym tonem na tyle często, by jego bezwzględna stanowczość stała się mu równie znajoma co serdeczność, którą zastąpiła. - Że my żyjemy.
Przez krótką chwilę Claude zdawał się szczerze zaskoczony - częściowo z powodu jego słów, częściowo przez to, że Ralf nieoczekiwanie pogładził jego policzek.
- Wiesz, że tego nie chciałem. Wiesz, że uważałem to za zły pomysł. Ale nie trzeba długo myśleć, żeby zrozumieć, że to na tę chwilę najlepsze rozwiązanie.
- Czasem zastanawiam się jak długo ma trwać ta chwila - uśmiechnął się smutno Claude. Jego dłoń nakryła dłoń Ralfa.
- Tak długo jak to będzie konieczne. Później z nimi porozmawiam.
- A teraz?
- Teraz wypiję z tobą kawę jakby nie działo się nic. Przeżyją bez nas jeszcze piętnaście minut.

Kiedy wpadli na siebie po raz pierwszy Zedong zdawał się sprawnie dyrygować tą orkiestrą symfoniczną złożoną z drastycznie się od siebie różniących instrumentów, wspólnie zdolnych wykonać najbardziej złożone spośród znanych ludzkości utworów: w pozornej demokracji prędko rozbrzmiał absolutyzm, który gwałtownie zastąpiły pierwsze dźwięki militarnego autorytaryzmu. Dotąd grali je jak z nut, drobne pomyłki tłumił głośny ryk puzonów i huk strzałów, ale dziś każdy zdawał się wykonywać własną melodię; niektóre nakładały się na siebie przez chwilę, jak pijackie przyśpiewy kontynuowane póki ich tekst nie plątał się bardziej niż nogi w drodze do baru po następną kolejkę. Tak brzmiała anarchia, mara senna, której echo Zedong słyszał jeszcze chwilę po obudzeniu. Potem umilkło wszystko, poza pukaniem do drzwi zajętego przez niego pokoju.
Nie minęło wiele czasu nim tworząc nieforemny dwuszereg chłopcy i mężczyźni stanęli we wciąż padającym deszczu, jakby ten miał zmyć leniwe uśmiechy, którymi niektórzy reagowali na wydawane polecenia. Jedni byli pijani, inni skacowani, jeszcze inni zwyczajnie ospali, lecz paru wprost paliło się do tego by kontynuować pasmo napoczętych zniszczeń i nieszczęść. Mokre włosy przyklejały się im do czół, podczas gdy Zedong i stojący z boku Wen krzyczeli coś, czego Claude i Ralf nie mogli zrozumieć przez tłumiące to okno. Stali przy nim z przesadnie ozdobnymi filiżankami w dłoniach i patrzyli jeszcze przez chwilę, zanim Claude odstawił kawę na stolik by otworzyć je i przysiąść na parapecie, skąd słyszał ich za cenę bycia zauważonym. Zedong odwrócił się na chwilę aby spojrzeć tam gdzie skierowali swój wzrok jego podwładni i nie pozwalając temu wybić się z rytmu kontynuował:
- Zapytam jeszcze raz: gdzie jest Tao?
- Nie mogliśmy go obudzić.
- Jak to "nie mogliśmy go obudzić"?
Chłopak, który mu odpowiedział, spuścił głowę nie mając odwagi spojrzeć Zedongowi w oczy.
- Co to znaczy "nie mogliśmy go obudzić"?
- Spał jak zabity - odezwał się inny, w którym Ralf rozpoznał Jingyi'ego, jednego z tych, których pomimo wyraźnie podkrążonych oczu rozpierała energia. Stojący przed nim Xian stłumił śmiech; to samo histeryczne rozbawienie ożywiło paru pozostałych.
- Przyprowadź go tu.
- Nie sądzę, aby było to możliwe.
Znów powstrzymywali nerwowy śmiech.
- Chcę przez to powiedzieć, że chyba nie żyje.
Cisza.
- Który to zrobił? - zapytał Zedong, lecz choć zadawał to pytanie podczas paru innych okazji tym razem nikt nie wystąpił naprzód. - K t ó r y?
Nie uzyskał odpowiedzi. Ścisnął nasadę nosa jakby to ból zatok sprawił, że jego oblicze wykrzywiło się w gniewnym grymasie. Tao, który zaczynałby liceum, był wysokim i sprytnym jak na swój wiek młodzieńcem; nie pozwalali mu pić, nie tyle z troski o jego zdrowie co ze zwykłej chęci dokuczenia mu, ale opróżniwszy kilka kieliszków chętnie oddawali mu butelki, w których zostało nic albo niewiele. Zarumieniony z upokorzeniem przelewał ich zawartość do własnego, aż za którymś razem cisnął jedną z nich w kąt. Wtedy przestali zabierać whisky z zasięgu jego rąk ilekroć próbował jej sobie nalać.
- Czy Tang go widział? - Pokręcili głowami; tym razem to Zedong się zaśmiał. - A czy ktoś widział Tanga? Nie?
- Pilnuje obcokrajowca, o którym mówiłem - odpowiedział Wen.
- Kto jeszcze sądzi, że Tang powinien skupić się na swoich? - odezwał się głos w stojącej naprzeciw nich gromadzie, za którym jak lawina posypały się kolejne wyrazy oburzenia.
- Jestem pewien, że Tang zająłby się Tao gdyby ktokolwiek go o tym poinformował, a odnoszę wrażenie, moi drodzy, że paru z was doskonale o tym wiedziało - Zedong uśmiechnął się przyjaźnie. - Może ty, Xian? Czy byłeś zbyt zajęty pieprzeniem się z Jingyim? Albo wy - skierował się do trójki, którą Ralf zapamiętał poprzedniego wieczoru - chcieliście pożegnać się z Tao tak jak z Yijunem?
Cisza. Zedong splunął w bok, następnie potoczył wzrokiem po ich twarzach. Claude uśmiechnął się, szeptem tłumacząc Ralfowi wszystko, co zostało powiedziane, lecz kiedy skończył ten zbladł, choć dopiero co sam cicho się roześmiał.
- Co zrobili? - zapytał Claude, ale Ralf tylko pokręcił głową uciszając go, ponieważ nawet gdyby zdołał ubrać to w słowa, mdłości uniemożliwiłyby mu ich wypowiedzenie.
Zedong kontynuował.
- Na południowym wschodzie.
- Gdzie?
- Na południowym wschodzie - powtórzył Wen, tym razem wyraźniej, nie próbując nawet kryć zirytowania w jakie wprawiały go te pytania.
- C z y l i?
Claude niedbale wskazał kierunek palcem; Wen podążył za nim wzrokiem, przełknął ślinę, skinął brodą w stronę bladego okręgu słońca.
- Ostatnim razem potrafiliście wyciągnąć z ludzi dokładniejsze informacje.
- Nie sądzę aby patrzył na adresy ulic którymi uciekał.
Zedong uśmiechnął się z czymś, co można byłoby nazwać uznaniem.
- Kto jest w stanie prowadzić?
Parę rąk podniosło się nieśmiało w górę; dwie wystrzeliły w powietrze z przekonaniem jeszcze gorszym niż zwątpienie powstrzymujące pozostałe przed uniesieniem się ponad wysokość opuszczonych głów. Byli pewni siebie, bo wciąż całkowicie pijani.
Zedong parsknął śmiechem po czym spojrzał na nich z powagą, przywołał do siebie gestem i kiedy stanęli naprzeciw niego, weseli i rumiani, obszedł ich dookoła, po czym uderzył każdego w tył głowy. Złapali się za nie, skuleni.
- Zabijecie się. Kto jest trzeźwy? - Nie odpowiedział mu nikt. - Kto jest najtrzeźwiejszy? Kto miał nie pić?
- Ja.
- Chuchnij.
Chłopak, który się odezwał, zamilkł i wbił wzrok w czubki swoich butów.
- Wy trzej - z pewną rezygnacją mówił dalej Zedong, wywołując z grupki tych, którzy zgłosili się poprzednio. - Macie sprawdzić gdzie sięgnął ogień. Może ten facet nie wie, którędy uciekał, ale z całą pewnością pamięta skąd. Pozostali - spojrzał na resztę, uśmiechając się gorzko. - Czy wy naprawdę nie macie wstydu?
- Jeszcze trochę i za karę każe im robić pompki - Claude zsunął się z parapetu i zamknął okno, przez którego szybę jeszcze chwilę wyglądał. - Chodź. Prędzej czy później i tak zaczną dobijać się nam do drzwi.
- Poczekaj - Ralf chwycił go za rękę, choć zdawał się sam nie wiedzieć dlaczego, a przynajmniej zabrakło mu odwagi aby to przyznać. Claude zatrzymał się, uniósł brwi. Ich śladem w górę powędrowały kąciki jego ust.
- Ralf - zaczął, ściskając jego dłoń. - Przecież tu wrócimy.
- Jeśli któryś znów będzie czegoś próbował-
- Nie odważą się.

Noah ściskał w rękach mokry ręcznik, którego białe dotąd włókna teraz nasiąknęły czernią zmytej z twarzy sadzy. Widział ogień wkradający się do budynków przez wentylatory, czarny dym płonących opon, słyszał huk rozgrzanego powietrza, którego wybuch rozrywał je na strzępy i oznaczał, że za chwilę nastąpi kolejny, gdy płomienie sięgną paliwa zalegającego w baku, jednak to sytuacja, w której właśnie się znalazł, wydawała mu się prawdziwie łatwopalna. Obawiał się, że będzie iskrą wystarczającą aby wszystko wokoło stanęło w ogniu.
Nasłuchiwał kroków. Tang, który stał pod oknem, gwałtownie odwrócił się w stronę drzwi kiedy te otworzyły się i zamknęły raptownie, jak gdyby wchodzący do środka Claude i Ralf uciekali przed czymś co nieustannie ich goniło.
- Zaraz tu przyjdą - uprzedził ich Claude, co oboje przyjęli przytakując. - To Ralf, może udawać adwokata, ale nie wybroni cię jeśli czymś się pogrążysz gdy zaczną cię przepytywać.
Noah uścisnął jego dłoń.
- Jakieś wskazówki? I co tu się właściwie dzieje?
- Jeżeli uznają cię za bezużytecznego, możesz skończyć martwy; jeśli uznają cię za zbyt przydatnego, możesz skończyć jak Tang, a jeśli nie będą pewni - Claude wskazał na swoją szyję, na czerwoną szramę, na którą Noah zerkał z pewnym niepokojem odkąd tylko ją zauważył - jak ja.
- No dobrze - Noah uśmiechnął się niepewnie. - A co zrobić by skończyć jak Ralf? Zdaje się być w jednym kawałku.
- Nie chcesz skończyć jak Ralf.
Tang byłby się roześmiał, ale jedno spojrzenie na Ralfa wystarczyło aby powstrzymał się przed poczynieniem jakiejkolwiek uwagi. Widział go podczas zaledwie paru okazji i być może przez to stopniowe zmiany, jakie w nim zachodziły, wydawały mu się tak rażące; tak samo wyglądali świeżo upieczeni chirurdzy, którzy po kilku wyjątkowo udanych operacjach po raz pierwszy stracili pacjenta i nagle, z jego krwią na lateksowych rękawiczkach i płaską linią na piszczącym kardiomonitorze, nie wiedzieli co robić, ani gdzie popełnili błąd. Byli młodzi i musieli prędko pogodzić się z faktem, że było to nieodłącznym elementem ratowania żyć.
Przyłapał się na usprawiedliwianiu go, dziwnym, przejściowym współczuciu, ale prędko otrząsł się z odurzenia, w jakie mogła wprowadzić jego niewinna twarz:
- Ani jak Fei. Ani jak Shujuan, ani jak Jin, albo Yan.
- Przynajmniej żyją - zwrócił się do niego uprzejmie Claude, ale Ralf zdawał się tego nawet nie słyszeć, zbyt skupiony na tym by usłyszeć kroki za drzwiami zanim dobiegłoby zza nich pukanie. Patrzył na tarczę swojego zegarka jakby z każdą mijającą sekundą zbliżała się pora detonacji nieprzerwanie tykającej bomby, a on miał już tylko chwilę na zgadnięcie który kabel należy przeciąć aby wybuch nie nastąpił.
- Chcą wiedzieć gdzie zaczął się ogień. Nic więcej. Nie znam miasta, ale Claude mógłby narysować jego mapę z pamięci. Skłam jeśli nie wiesz dokładnie.
- Gdzie idziesz?
- Po Zedonga. Może Wena. Kogokolwiek, zanim ktoś inny sam tu przyjdzie.
Noah zaśmiał się krótko.
- Tak go nazwałeś? - Zapytał Claude'a.
- Sam się tak nazwał.
Nikt nie odpowiedział mu na najważniejsze z pytań; być może zabrakło na to czasu, być może sami nie potrafili jednoznacznie nazwać tego, co szalało wokół nich jak bezimienny huragan. Także Tang, przed chwilą od niechcenia sprawdziwszy czy języki ognia wraz z przypalonymi włosami nie zlizały mu skóry z karku i przedramion, pozostał oszczędny w słowach, choć zaraz okazało się, że w rzeczywistości ma wiele do powiedzenia - kim były wszystkie nazwane przez niego osoby? Kim byli wszyscy ci ludzie? I jaką rolę on sam w tym odgrywał?
Przeciąg wyważył drzwi, a mężczyzna, który wszedł przed Ralfem nie przerwał ani na chwilę własnego potoku pytań:
- Jak to miało być? - usłyszał Noah jeszcze zanim Zedong pojawił się w progu. - Wystarczająco daleko, abym nie uznał tego za bezpośredni atak, wystarczająco blisko, abyśmy wszyscy się przejęli?
- Nie podejrzewałbyś nas chyba o taką głupotę.
- Skąd! Sam jednak przyznasz, że musiałbyś mnie samego uznać za głupca, gdybym nie uważał tego za choć trochę podejrzane. W jednej chwili grozisz mi ogniem; w następnej ten wybucha.
- Kto wie, może kompleks Boga, na który Ralf zdaje się cierpieć odkąd tylko się poznaliśmy, ma jakieś podłoże w rzeczywistości.
Zedong zacmokał z dziwnym współczuciem; Noah mógł jedynie domyślić się, że krwista kolia na krtani Francuza musiała rozstroić jego struny głosowe, niezdolne w tym stanie do wytworzenia dawnej melodii.
- Jak gardło, Claude? Nie jestem lekarzem, ale Tang z pewnością przyzna mi rację, jeśli przypomnę ci, że powinieneś oszczędzać ten głosik. Niewiele brakowało a już nigdy byśmy go nie usłyszeli. Na twoim miejscu nie kusiłbym losu, naprawdę.
- To była burza - wtrącił Noah, ale choć Zedong przeniósł na niego swoją uwagę, nie skupił jej w najmniejszym stopniu na tym, co ten powiedział.
- Wasz znajomy pewnie byłby zginął podkładając ten ogień! A może Yan mu pomógł?
- O ile szczury nie spłoną z własnym gniazdem uwiją je sobie gdzie indziej - powiedział do samego siebie Claude, po czym podniósł wzrok na Zedonga. - Wierz mi, że nie chcielibyśmy, aby zadomowiły się tu na dobre.
- Poza tym nie wydaje mi się, aby ogień mógł do was dotrzeć. Tobias mówił, że to kawał drogi stąd.
- Ale przemieszcza się szybko - wszedł mu w słowo Noah, rozumiejąc, że nie może pozwolić aby niepokój jaki wznieciły płomienie wygasł zupełnie.
W istocie, ogień sunął naprzód. Gdy Noah wybiegł z budynku przeczucie kazało mu obrócić się, zadrzeć głowę w górę i spojrzeć na monumentalną ścianę ognia, która wyrosła tuż za jego plecami jak niespodziewana fala na gładkim dotychczas morzu; zdawało się, że za chwilę załamie się, spieni i zaleje go gorącem, przez które zdążył pokryć się lepkim potem. Dusił się, nałykał się czarnego dymu jak tonący wody. W biegu ściągnął z torsu koszulkę i pozostawił ją owiniętą wokół ust i nosa, a chociaż noc była chłodna powietrze wokół niego musiało być rozgrzane do co najmniej czterdziestu stopni. Dopiero dużo dalej zaczął się trząść, z zimna i adrenaliny.
Zedong zlustrował go wzrokiem, siedzącego sztywno i zdającego się móc zasłabnąć w każdej chwili. Westchnął.
- Skąd?
Słysząc odpowiedź tylko przytaknął, po czym gestem przywołał do siebie Tanga. Tang podszedł do niego, choć niechętnie wstał z zajętego miejsca.
- Coś stało się z Tao - poinformował go już po chińsku.
- Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej?
- Bo obawiam się, że nie obejrzysz go jako lekarz, a koroner.
Tang wyminął go w drzwiach, za którymi oparty o ścianę czekał już Wen. Skinął głową na usytuowaną nieco dalej grupkę, wyznaczoną, jak Tang zdążył się domyślić, do wyniesienia ciała; ich konwój ruszył niespiesznie, prowadząc go aż do kanapy. Nie musiał sprawdzać pulsu, aby wiedzieć, że Tao nie żyje, ale zrobił to mimo wszystko, jakby z nadzieją, że kciukiem wyczuje najdelikatniejszy choćby puls w zimnym i sztywnym nadgarstku.
- Nie spróbujesz go nawet reanimować? - zapytał jeden z nich, a Tang wiedział, że tylko czekali na odpowiedni moment aby chwycić go za kark i zmusić do tchnięcia powietrza w sine usta nieboszczyka. Zdążyła na nich zeskorupieć piana wymiotów, którymi musiał się udławić przed wieloma godzinami.
- Dlaczego nie przećwiczysz tego sam? - odparł wstając, niezdolny oderwać wzrok od nieruchomego oblicza Tao, sennego, jeśli zapomnieć o oczach, które musiały otworzyć się na chwilę wystarczającą aby ze zdziwieniem pojął, że umiera. - Mogę nie być w pobliżu kiedy będziesz potrzebował resuscytacji. Może też zwyczajnie mi się nie chcieć.












(...)

 
Przejdź do forum:
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Aktualnie online
· Gości online: 1

· Użytkowników online: 0

· Było użytkowników: 211
· Ostatni użytkownik: Acanthi
1,641,612 unikalne wizyty