Zobacz temat
 Drukuj temat
Eden
wewau
i.pinimg.com/564x/2e/0c/3d/2e0c3d808a9cc2767062199820b44854.jpg

"I don't want to be at the mercy of my emotions.
I want to use them, to enjoy them,
and to dominate them."
- O. Wilde


Tak jak przed zmuszeniem pól do wydania plonów z rozrzuconych nań nasion należało oczyścić zaniedbane po zimie ugory z kamieni, rozkruszyć zmarznięte grudy ziemi, spulchnić, by kiełkujące sadzonki rozrastały się bez przeszkód, tak nieodzownym było wykorzenienie z wyobrażeń o przyszłości mogących albo i już zduszających rozsądek chwastów, które rozrastały się w zastraszającym tempie, i które pożytek mogły przynieść wyłącznie w postaci kompostu. Karbowane zwoje mózgowe nieznacznie różniły się od grządek, a ukryte pod sklepieniami czaszek ogrody, po których przechadzały się nieuchwytne istoty ja, przesądzające o strukturach osobowości od rozbudowanych kompleksów w sercach metropolii - oba w takim samym stopniu wymagały regularnego pielenia, nieustannego piastowania i usuwania roślin zdradzających pierwsze symptomy naruszenia równowagi w czynnościach życiowych tak, by pozostałe niezainfekowane klomby cieszyły oko.

Pod okiem Ojców Nowej Europy w żmudnym procesie użyźniania i przygotowywania pod zasiew wyrwano z korzeniami wszystkich tych, którzy dotychczas woleli patrzeć na marnienie ludzkiego potencjału miast pozwolić mu rozkwitnąć, uprzednio wydawszy szarym masom narzędzia do tego, by zgodnie z załączonymi wskazaniami sami usuwali przenoszone wiatrem niepożądane zarodniki. Opór, który u progu przemian trawił uprawy jak pożar wkrótce został zduszony i wypalił się, choć niekiedy niewiele brakowało, by w okresie nieuniknionych susz wskrzeszona przypadkiem i zupełnie nieświadomie iskra zniszczyła dorobek lat pracy. Wschodzącym pokoleniom przypatrywano się spomiędzy rozwartych szczęk sekatora i przycinano bezlitośnie ilekroć kształtem odbiegały od wzorcowego; z rzadka ryk wżerających się w młode pnie pił zagłuszał przypominające szeleszczenie wiatru w gałęziach poszeptywania. Nikt nie widział jak ziemia chciwie spija krew; głowy na podobieństwo słoneczników zawsze śledziły wędrówkę słońca, odwrócone tyłem do cienia i skierowane frontem ku jasnej jak ono przyszłości.


Edytowane przez wewau dnia 14-09-2017 20:06
 
wewau

i.imgur.com/aRliC6R.png


- Nie powinienem tu być.
Komentarz ten, podobnie jak pozostałe poprzedzające go uwagi, zdawał rozpuścić się wraz z wsypywanym doń z fanaberii cukrem na dnie filiżanki w pozostałościach wystygłej herbaty już przy pierwszym przesadnie powolnym zamieszaniu ich łyżeczką. W tym zalanym mlecznym blaskiem pomieszczeniu sterylnym minimalizmem przypominającym areszt przyniesiona i postawiona przed nim zastawa ze skromnym poczęstunkiem stanowiła jedyne przypomnienie i zarazem zapewnienie, że był tu wizytatorem, nieumówionym i przez to nieuwzględnionym w porządku spotkań gościem, którego mimo to musieli przyjąć w przerwie pomiędzy zebraniami konsylium, posiedzeniami plenarnymi i pomniejszymi, choć uhonorowanymi pierwszeństwem zakulisowymi naradami.
- Jak długo jeszcze oficer łącznikowy każe mi na siebie czekać?
Mógłby wyszeptać pytania ponad splecionymi w węzeł - różaniec! - palcami niczym litanię, a nieme, lecz bynajmniej nie głuche mury w pokorze spijałyby każde ze słów będących zakrzywieniem linii na papierze milimetrowym, na wykresie aktywności, zapisanym na wieki w nieprzebitym włócznią sercu programu, który zastąpił Boga i wysłuchawszy modlitw musiał spozierać na niego okiem niewidocznych kamer, i z tą świadomością Yorick nie wsączał w nie wyrzutu ani powodowanego umiarkowanym i pozbawionym mocy rozdrażnieniem, tym marnym pogłosem pogrzebanej przed laty wściekłości, jadu. Ten ostatni wyżęto by z zebranych do analizy danych biometrycznych i wraz z wynikami i środkami zaradczymi z powrotem wtłoczono mu do gardła.
- Vinke, Yorick.
Boczny panel ustąpił, podobnie jak Yorick - powstał i zasiadł, kiedy przed nim uczynił to zwierzchnik, który w milczeniu niczym surowa, ale i litościwa matka przyjrzał mu się jak winnemu synowi, przygotowana na wysłuchanie sporządzonego naprędce rachunku sumienia, napiętnowania przewinień i udzielenia wybaczenia po zadośćuczynieniu każdemu z przydanych strapień. Raz rozlany na twarzy uśmiech nie został starty ani też nie ściekł samoistnie po podbródku i wkrótce zmusił Yoricka do pospiesznego prześledzenia wszystkich okoliczności, przez które został tu sprowadzony w nadziei na dostrzeżenie we własnym zachowaniu uchybień nim nieprzygotowany do zakwestionowania podstaw zarzutów będzie zmuszony się z nimi zmierzyć.
- Tracę na wiarygodności z każdą spędzoną tu chwilą. Dlaczego nikt nie-
- Zapominasz się; niekiedy pożądany jest kontakt bez pośredników i niestety! nie zależy to od twoich zamiarów ani-
- Utrudnienia na moim poziomie to utrudnienia na wszystkich, w tym wyższych szczeblach - może należałoby o tym pamiętać; może nie byłbym zmuszony przypominać o tym za każdym razem.
- Unosisz się?
- Czy brzmię, jakbym
[ jeszcze potrafił ]
zamierzał? Nie widzę powodów, dla których ta sprawa, o ile jakakolwiek, nie mogłaby zostać załatwiona w sposób niebudzący podejrzeń. Nie mogę znikać i pojawiać się-
Uśmiech nie znikał i Yorick zrozumiał, że za rzędami zębów jak za parawanem z papieru ryżowego kryła się pustka wylotu lufy. Załadowane pociski ułożone rzędem spoczywały na języku.
- Pragnę wyrazić zaniepokojenie. Być może należałoby znaleźć dla ciebie miejsce w innym sektorze - jeszcze nikt nie kwestionuje twojej poczytalności ani oddania! - pospieszył z wyjaśnieniami, jednak nabrały złowróżbnego wydźwięku. - Jeszcze, jednak ktoś inny mógłby na tym etapie przedsięwziąć kroki zapobiegawcze. Nawet zdrowe jednostki podupadają na zdrowiu, jeżeli zmusić je do przebywania z szaleńcami nazbyt długo.
- "Człowiek mądry więcej uczy się od swoich wrogów, niż głupiec od przyjaciół." Robię ni mniej, ni więcej to, czego się ode mnie oczekuje.
Tym razem wyraz rozradowania rozpłynął się jak zmarszczki na tafli stawu wzburzonego po nierozważnym wrzuceniu doń pojedynczego kamyka, wiadomości przedwcześnie i niepotrzebnie uznanej za alarmującą. Yorick nie odzywał się, z napięciem wpatrzony w tę toń; nie zakotłowała się, na powierzchnię nie wypłynęły uwolnione od balastu topielce, które rozpoznawszy w nim brata pociągnęłyby go ze sobą na dno jak wielu innych przed nim tak, że w przybrzeżnym mule nie pozostałyby nawet ślady wleczenia.

W czasach, których nie pamiętał niezdolne do przystosowania jednostki wypływały jak śnięte ryby, z rozchylonymi ustami i nieruchomymi źrenicami, w których jak w lustrze przeglądały się sobie szydzące z nich konstelacje - te same gwiazdy, pod którymi niegdyś ślubowali miłość i wierność. Niekiedy mieli dość przyzwoitości, by nie kazać patrzeć na siebie innym; niekiedy byli znajdowani w kałużach krwi u stóp rządowych gmachów i tyleż reprezentowanych przez nie Nowego Ładu. O tamtych epizodach, tych swoistych wiekach ciemnych poprzedzających renesans traktowano jako przestrodze - wskazywano na nie i na następczy bieg rzeczy jako rozwidlenia wiodącej ku racjonalizmowi i zarazem postępowi drogi, która wówczas musiała się rozgałęzić, by nie zamienić się w polne ścieżyny i nie zaniknąć wśród wysokich traw porastających podmokłe i zdradliwe grunty sentymentalizmu. Te ziemie nie wydałaby plonów, które nie zmarniałyby równie prędko jak zostałyby przezeń zrodzone; jedynym, co nie pozwalało nikomu ich opuścić była niepewność związana z przeniesieniem, a także naiwne przywiązanie, jeden z zatrutych, ale porastających wszystkie mokradła owoców, którymi wykarmiano ludność przez wieki, tak, że zdawali się oni zapomnieć, że zdolni byli do zebrania innych - lub polowania. Postawieni przed wyborem musieli wybrać; niektórzy zdecydowali się zostać i pozwolić pochłonąć się tym bagnom.
Dziadowie Yoricka przenieśli się z rubieży tyleż metaforycznie, co pierwsi uczynili użytek ze zniesienia podziałów terytorialnych i bez przeszkód przesiedlali się tam, gdzie akurat trawa wydawała się im zieleńsza; sam Yorick, pozbawiony korzeni, pozwalał przenosić się zmiennym, kapryśnym wiatrom. Był prawdziwym dzieckiem swoich czasów - wolnym od bezzasadnego sympatyzowania i uprzedzeń, skorym do zaadaptowania w każdych warunkach i zdolnym przetrwać ich załamanie, a mimo to - i właśnie tego nie był w stanie zrozumieć - zaczęto żywić obawy, że przeżywszy tyle w lesie mangrowym, do którego został zesłany pozwoli się pochłonąć temu porastającemu obrzeża żywo krzewiącego się rozsądku trzęsawisku!


i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Choo


Kiedy Galla zobaczyła wysuniętą w jej kierunku książkę jej palce zacisnęły się na okładce jak szczęki; jasne paznokcie błysnęły żółtawą bielą zębów gdy wyszarpywała ją z jego ręki, wyciągniętej w przód celem zachowania dystansu między nim a nią - chorym na wściekliznę zwierzęciem. Chwilę patrzyła na niego obłąkanymi, szeroko otwartymi oczami, dając uśmiechem upust szaleństwu, a on ponownie nie mógł zrozumieć dlaczego ledwie parę (paręnaście?) dekad temu rozpoznano tę fundamentalną skazę człowieka i podjęto kroki by się jej pozbyć. A chociaż wynaturzone przez biologię ideały pogrzebano już dawno, arsen - którym niepotrzebnie zabalsamowano zwłoki aby dogłębnie przestudiować ich naturę - wciąż truł glebę i wody, przesączając się z przeszłości w przyszłość, zamknięty w rozkładających się obwolutach.
- Jesteś cudowny. Hubrecht, czyż on nie jest cudowny?
Hubrecht patrzył gdzieś ponad jego głową, a bielejąca pod zadartą brodą grdyka któryś raz podniosła się gdy przełknął strach, jaki nie opuszczał ich pomimo zaprzeczeń i deklaracji, że nie zlękną się niczego i nie wyrzekną tych śmiesznych przekonań, chociażby mieli spojrzeć prosto w lufy egzekucyjnego plutonu. Potem przytaknął, bardziej zapewniając, że byli bezpieczni, niż w twierdzącej odpowiedzi na jej pytanie. Przeniósł wzrok na Dieuwera.
- Skąd je masz?
- Dla kogo szpiegujesz?
- Skąd?
- Nie chcę nikogo narażać: powinieneś być w stanie to zrozumieć, skoro to właśnie czyjś zbyt rozwiązły język ściągnął-
- Ciszej. Nie musisz kończyć. W porządku.
Hubrecht znów patrzył ponad nim; nasłuchiwał - jak każde z tych przepłoszonych stworzeń - podskakując na każdy z głośniejszych dźwięków, przypisanych brutalnym skurczom serca znienawidzonego przezeń systemu, bo tylko one docierały do jego uszu z tej odległości, tak karykaturalnie zniekształcającej melodyjną symfonię, która rozbrzmiewała tam, skąd Dieuwer pochodził, a gdzie oni nie umieli sięgnąć ani wzrokiem, ani pochłoniętą przez chorobę pamięcią. Żyli tu z tym niemilknącym akompaniamentem odmawiając przyjmowania niewymieniających ich syndromów treści, które on z łatwością powtarzał, otwierając ich na siebie jak gdyby były one hasłami gwarantującymi wejście do starych, podziemnych klubów, KOCHAŁEM, rozsuwały się niemal pancerne drzwi i gdy tylko przekroczył próg zatrzaskiwały tuż za nim. Galla przewertowała nieznacznie zużyte strony i znów patrzyła na niego sytymi, błyszczącymi ślepiami, pochłonięta zachwytem jakiego Hubrecht nie umiał przejawić.
- Nie przejmuj się nim. Dopiero co-
- Przestań.
- Nie ma czego się wstydzić.
- Wiesz?
- Każdy coś słyszał. Chcę tylko pomóc, bo kiedy myślę, że mógłbym być na twoim miejscu, Hubrecht?, zbiera mi się na płacz.
Hubrecht przytaknął powoli i wreszcie sam objął oburącz książkę, kładąc na okładce dłonie jak gdyby ta była wątłą talią, którą chciał do siebie przygarnąć.
- To nie pomaga.
- Próbowaliście już?
- Z innym tytułem. Galla jej czytała. I nic.
- Hubrecht uważa, że nic, ale to ja widziałam jak ona reagowała.
- Czyli wcale.
- Męczyła się. Ona walczy.
Dieuwer zacisnął usta usiłując nie powiedzieć, że on także męczyłby się zmuszony do słuchania czegoś takiego; przytaknął, starając się okazać w rzeczywistości przez niego odczuwane współczucie, lecz nie wobec ich samolubnych zapędów, a względem wziętej przez nich z zamiarem reedukacji zakładniczki, co zsumowane z pozostałymi przypadkami odciążało rząd z kosztów jakie generowałyby samodzielne badania nad stopniem, w którym była ona tą drogą możliwa. A im łatwość, z jaką wyciągnęli stamtąd Fennę i przyprowadzili aż tu, w ten wydający im się być poza zasięgiem Bożego wzroku region, nie wydawała się - chociaż odrobinę! - podejrzana.
- Przyjdziesz wieczorem?


(...)

Edytowane przez Choo dnia 17-11-2017 15:31
 
Przejdź do forum:
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Aktualnie online
· Gości online: 1

· Użytkowników online: 0

· Było użytkowników: 211
· Ostatni użytkownik: Acanthi
1,607,017 unikalne wizyty