Zobacz temat
 Drukuj temat
FF Jedyne życzenie
wewau
i.imgur.com/sZI3Kod.jpg


Chestnuts roasting on an open fire
Jack Frost nipping at your nose
Yuletide carols being sung by a choir
And folks dressed up like Eskimos


Srebrzysty śmiech zlewał się z poszczękiwaniem szklanek, do których kramarze rozlewali pachnące przyprawami grzane wino i pobrzękiwaniem wszechobecnych dzwonków, kołysanych wiatrem pośród konarów młodych sosen, przyozdobionych tak suto, że swą strojnością prześcigały nawet przechadzających się między rzędami stoisk Alzaków. Leciwe, strzeliste kamienice przywodziły na myśl starannie ustawione w równe rzędy domki z piernika, a na większości masywnych podwoi wisiały roztaczające zapach żywicy wieńce - Claude wskazywał na niektóre z niekłamanym zachwytem i policzkami zarumienionymi tyleż od mrozu, ile właśnie za sprawą radości, która przygasła tylko na moment, kiedy Ralf z pełną stanowczością odmówił przywdziana korony z ostrokrzewu. Zmuszony odłożyć wiązankę, Claude nadąsał się, ale zaraz rozpogodził na nowo na widok czegoś, co prawdopodobnie umknęło Ralfowi, i zaraz znów zaczął przepychać się przez tłum.

Ich złączone mocnym uściskiem rąk ramiona raz za razem napinały się niczym świąteczne girlandy, ale żaden z nich nie zamierzał puścić pierwszy. Za każdym razem, kiedy zdawało się, że za moment rozdzielą się w natłoku przechodniów, Claude kontrolnie spozierał przez ramię i ni to wzdychał, ni parskał śmiechem zorientowawszy się, że to tylko Ralf znów udawał, że został w tyle niczym nieopatrznie zrzucona kotwica. W gustownym, popielatym płaszczu z szalem przerzuconym przez kark prawie przypominał mieszkańca - prawie, ponieważ spoglądał na nich z pewnym zakłopotaniem, ilekroć wdawał się z nimi w rozmowę, a w ich miękką, zniekształconą lokalnymi naleciałościami niemczyznę wkradały się z zapożyczenia z francuskiego. Wyraz przelotnego zdezorientowania, który wkradał się z rzadka na jego twarz sprawiał, że Claude - o ile zrządzeniem losu zdążył odwrócić się w porę, by przyuważyć tę niepowszednią niepewność u kogoś, kto na co dzień stanowił uosobienie przekonania o własnej omnipotencji - na krótko zapominał o Bożym świecie i chłonął ten widok z uśmiechem człowieka głęboko zakochanego, przez nieopatrzność branego za kpiarski, by zaraz potem scałować marsowy grymas spomiędzy ściągniętych brwi swojego chłopaka.

Byli razem od roku. Pomimo wszystkich dzielących ich różnic, które uwidoczniły się szczególnie teraz, tuż przed Bożym Narodzeniem, byli też szczęśliwi. Chociaż o tym nie mówił, Ralf powoli zaczynał wierzyć w to, że może ten raz okaże się inny od wszystkich pozostałych, o których wspomnienie zacierało się z każdym odwzajemnionym uśmiechem i z każdym naglącym pociągnięciem za ramię, kiedy niemożliwy do stracenia z oczu w swoim karminowym płaszczu Claude niecierpliwił się, ponieważ znów spostrzegł coś, co sprawiło, że kipiał z podniecenia i co zamierzał pokazać właśnie jemu. Na nowo nauczył się czerpać przyjemność z obdarowywania i bycia obdarowywanym - przed kilkoma miesiącami wzdragałby się przed przyjęciem prezentu odgórnie skazanego na zapomnienie na dnie szafy, a następnie kubła na śmieci, jednak z biegiem czasu zrozumiał, że miłość miała mu być okazywana poprzez podarki. Patrząc na rosnące zbiory użytecznych drobiazgów nie pamiętał, czy kiedykolwiek przedtem słyszał rzucone beztrosko i nierzadko ze śmiechem "pomyślałem o tobie"; równie często; spoglądał przy tym na wiecznie czymś zaabsorbowanego Claude'a, zastanawiając się, czy stał się takim trzpiotem, że nauczył się przeskakiwać nie tylko z tematu na temat w połowie zdania, ale i z myśli na myśl, z głowy do głowy, czy też stał się tak narwany właśnie przez to, że odbierał zbyt wiele bodźców niczym radioodbiornik o nieproporcjonalnie dużym zasięgu. Przez ten rok i kilka miesięcy przyzwyczaił się do krzątaniny, która z dnia na dzień wypchnęła wszechobecną pustkę - do sarkania i szczebiotania na przemian, i tej niezmiennie specyficznej, miękkiej wymowy, niemożliwie zabawnej i rozkosznej zarazem; do szczękania utensyliów kuchennych i szelestu pościeli, kiedy stawiano przed nim śniadanie; do dźwięku własnego śmiechu i trzeszczenia tej jednej klepki, na którą jeden z nich prędzej czy później musiał nastąpić, kiedy kołysali się do sączącej się z kolumn muzyki. Everybody knows a turkey and some mistletoe, zanucił mu wczoraj nad uchem, help to make the season bright.

Tym razem to Claude'owi zieleń jemioły ledwie mignęła w polu widzenia, nim został zawrócony wpół kroku. Gdy Ralf przyciągnął go do siebie ramieniem, ten przylgnął do niego z nieschodzącym z ust uśmiechem. Pocałunek był słodki i lepki; smakował miodem pitnym, po którym kubki wyrzucili przed chwilą do kosza. Nim się obejrzał, Claude wsunął rękę - kiedy udało się mu zdjąć rękawiczkę? - między poły płaszcza; ta zaś, ześlizgnąwszy się po kaszmirowym swetrze, zawadziła o krawędź spodni i wzdłuż szwu rozporka spłynęła jeszcze niżej. Gwałtowne uderzenie gorąca było wszystkim, czego potrzebował Ralf, by stracić zainteresowanie bożonarodzeniowym jarmarkiem i zechcieć natychmiast wrócić do hotelu, w którym się zatrzymali, ale wtem znów rozległ się śmiech, a na sztyblety wybiły nieznaną mu melodię na kocich łbach. Claude zakręcił się jeszcze na pięcie z uśmiechem, który zdawał się przebijać też z jego roziskrzonych oczu; zaraz zresztą rzucił mu wiele obiecujące, powłóczyste spojrzenie, jakby chciał zapytać, czy Ralf był w stanie za nim nadążyć.

Claude pod wieloma względami przypominał wino wzmocnione korzennymi przyprawami - przez słodycz wprawdzie przebijała cierpkość, ale wszyscy byli skorzy przymknąć na to oko, ponieważ już w małych ilościach rozgrzewał, pobudzał i uderzał do głowy. Sam nadto dobrze zdawał sobie z tego sprawę i kokietował, kokietował, kokietował Ralfa bez końca, nie mając zamiaru przestać. Uważał, że na to zasługiwał - na to, by patrzono na niego pożądliwie, by próbowano go zatrzymać, by wszystkie spojrzenia zwracały się ku niemu, by wiedzieli, że tylko jednej osobie pozwalał na znacznie, znacznie więcej niż wyłącznie pożeranie go wzrokiem. Cieszyli się tym, co udało się im zbudować i żaden z nich nie wspominał o tym, co miało zdarzyć się następnego dnia. Claude pozostawał za to Ralfowi dozgonnie wdzięczny, a i sam Ralf zdawał się zadowolony, że dla odmiany nikt nie składał mu obietnic bez pokrycia - co, jak zostało mu ze śmiechem wytłumaczone, wcale nie oznaczało, że nie był traktowany poważnie. A co, jeśli woleliby widzieć cię z dyplomatą, a nie tylko jego kierowcą, zażartował któregoś dnia Claude, sprawiając wrażenie równie beztroskiego, co wróble, które podskakiwały niczym rozrzucone na chodniku kauczukowe piłeczki, ilekroć ten rozrzucał między nimi proso, choć w głębi ducha bał się usłyszeć odpowiedź na to pytanie: a co, jeśli...? Patrząc na Ralfa, który akurat tamtego dnia wylegiwał się na stopniach nad brzegiem rzeki w stroju nazywanym przez niego dziennym, a przez Claude'a z nutą kpiny - sportowym w snobistycznym wydaniu, zastanawiał się nad tym, kim byli ludzie odpowiedzialni za jego wychowanie. Niewielką pociechę przynosiła mu myśl, że on sam w niczym nie przypominał swoich własnych rodziców i prawdopodobnie zawiódł wszystkie ich oczekiwania, a zatem istniał cień szansy na to, że i Ralf był swego rodzaju odszczepieńcem; wystarczyło jednak jedno posłane mu spojrzenie, by zaraz przypominał sobie, że w swoim poczuciu obowiązku Ralf byłby w stanie udawać dziecko-kwiat, gdyby w ten sposób miał zyskać sobie ludzką przychylność.

Przypominali dzień i noc, a ironia polegała na tym, że nie umieli zgodzić się co do tego, kto był kim. Od samego początku różnili się od siebie wszystkim, czego nie omieszkali w żartach wytknąć im wspólni znajomi - o których istnienie przezornie zatroszczył się Claude, uznawszy, że ci, z którymi zadawał się dotąd Ralf byli wprawdzie użyteczni, ale jednocześnie śmiertelnie nudni. To właśnie ktoś z tego nowego, starannie przesianego grona wspomniał, że byli jak stuletni dąb i rajski ptak, który na krótko na nim przysiadł, co - zważywszy na to, że Claude akurat wpadł Ralfowi na kolana z kieliszkiem czegoś, czego ten drugi absolutnie musiał spróbować - sprowadziło rozmowę na tory właściwe wszystkim dyskusjom toczonym w samym środku nocy pośród oparów alkoholu i dymu tytoniowego, wpadającego do środka przez uchylone okna. Nie było to stwierdzenie dalekie od prawdy, ale stanowiło przemilczenie istotnego faktu: Claude nie zamierzał odlatywać. Nie wspomniał o tym nigdy słowem, ale miał nadzieję, że Ralf to wiedział, że widział, że potrzeba powrotu za każdym razem okazywała się silniejsza od słabnącej chęci wyrwania się na wolność. Nadal znikał, kiedy tylko miał sposobność, ale dobrze było znów mieć kogoś, kogo mógł zabierać ze sobą; dobrze było znów mieć z kim dzielić się kupionymi po drodze baozi, butelką wina, łóżkiem, życiem. Z dziecięcą wiarą w to, że nie zostanie odtrącony, Claude brał wszystko to, co miał pod ręką - z własnym sercem włącznie - a następnie łamał to na pół i oddawał drugą połowę Ralfowi. Zanim zdążył zaproponować, by spędzili razem święta, Ralf przedstawił mu trzy terminy wylotu i trzy hotele z taką łatwością, z jaką tego wieczoru podsunął mu szklankę z parującym na mrozie winem.

Uczciwość wymagała stwierdzenia, że Ralf - ten sam Ralf, który przed paroma tygodniami na głos drwił z jarmarczności obchodów Bożego Narodzenia - poczuł się tak, jakby znów miał pięć lat, ale z tą różnicą, że tym razem zamiast iść posłusznie za rękę z matką w każdym momencie mógł puścić się biegiem między stoiskami. Z każdym kubkiem herbaty z rumem i ciepłym, przeznaczonym tylko dla niego uśmiechem Claude'a jego uprzedzenia topniały, aż wreszcie zgodził się na to, by na jego włosach spoczęła korona z ostrokrzewu i zmuszony był sam przed sobą przyznać, że świat się od tego nie zawalił. Gdyby nie recepcjoniści w czerwonych opaskach z elfimi uszami, którzy odprowadzili ich rozbawionymi spojrzeniami, byłby całkiem zapomniał o wieńcu - przynajmniej do chwili, kiedy zrzucił z ramion płaszcz, a Claude pociągnął go za sobą w stronę łóżka zasłanego pod ich nieobecność plecionymi kocami. Rama zaskrzypiała pod nimi w rytm dalekiej, niosącej się echem melodii.

Je ne veux plus etre la bonne poire, nucił pod nosem następnego dnia, wybijając tempo na poręczy ruchomych schodów wolną ręką. Je ne veux plus gâcher ma vie avec des histoires qui finissent toujours en larmes ou en cauchemars, zawtórował mu znacznie głośniej Claude, który nie posiadał się z radości, że z którymś powtórzeniem ta piosenka zdołała utknąć mu w głowie. Znaczenie słów zachował dla siebie, przez co Ralf zastanawiał się, czy chciał je poznać, ale natychmiast został zapewniony, że nie było w nich niż zdrożnego i że zawierało się w nich jedyne życzenie na Nowy Rok, które miało się zrealizować. Wobec tych wyjaśnień Ralf zdecydował się nie pytać o nic więcej, przekonany, że dowie się wszystkiego w stosownym czasie - wprawdzie nawet mając w perspektywie kilkugodzinny lot nie był w stanie z całą stanowczością stwierdzić, że Claude wyczerpie w tym czasie wszystkie inne tematy, ale po sposobie, w jaki tanecznym krokiem przemierzał hotelowe korytarze wiele wskazywało na to, że nie umiał skupić się na niczym, co nie wiązało się z noworoczną fetą.

Gwar na lotnisku sprawił, że jego własne myśli wysforowały do przodu i wyprzedziły go o tysiące kilometrów, gdzie na wieszakach wciąż w pokrowcach wisiały migoczące, wyszywane złotem marynarki, które Claude uparł się kupić i które - tego był pewien - miały rychło zastąpić bożonarodzeniowy szkarłat i łapać blask wszystkich neonów i reflektorów. Metodycznie przetrzepywany barek uginał się od butelek - na samym blacie zaś w niepozornym pliku leżały bilety wstępu, które pojawiły się tam tuż przed wylotem nie wiadomo skąd, bowiem nie powinny być dostępne w sprzedaży od miesiąca. Zapytany o nie Claude z teatralnym zaskoczeniem wzruszył ramionami; Ralf odpowiedział tym samym, kiedy tamten w rzeczywistym skonsternowaniu rozłożył na podobieństwo wachlarza zaproszenia na noworoczny koncert w operze. Tak, być może się różnili, myśleli obaj, idąc w stronę bramek, ale czy to źle, skoro uzupełniali się bez słowa? Z każdym rzucanym sobie w pół kroku uśmiechem ich serca topniały tak, że Claude, który promieniał nieprzerwanie od paru tygodni niczym słońce, zdawał się kraśnieć jeszcze bardziej, aż wbrew protestom, które Ralf zgłaszał przed trzema tygodniami, sam również zaczynał niecierpliwić się na ten wieczór i po raz pierwszy od, zdawałoby się, wieków towarzyszyła mu wiara w to, że przyszłość miała im obu wiele do zaoferowania.


And so I'm offering this simple phrase
To kids from one to ninety-two
Although it's been said many times
Many ways, Merry Christmas to you!

i.imgur.com/KbqHyug.gif
 
Przejdź do forum:
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Aktualnie online
· Gości online: 1

· Użytkowników online: 0

· Było użytkowników: 211
· Ostatni użytkownik: Acanthi
1,693,430 unikalne wizyty