Zobacz temat
 Drukuj temat
AU: Boucle d'or
Choo


Faire des choses car j'ai les crocs
Ouais je fais du son
Du son qui va devenir ton son
Du son qui va devenir ton son

i.imgur.com/BphT23p.png

Comme une saveur d'apocalypse dans le p'tit déj
Une odeur de panique quand résonnent les sirenes
Mais pas d'vision de surprise comme si on l'sentait v'nir
Amer est le mépris d'ceux qui ont ken notre avenir






- DZIEŃ 0 -


Morze było spokojne. Głęboki granat Golfe du Lion przecinała biel spienionej wody ciągnącej się za sportowym jachtem jak jaśniejący na ciemnym niebie ogon komety, w towarzystwie pomniejszych spalających się w atmosferze meteorytów - ścigających się raz za razem żaglówek, motorówek, i kręcących kółka skuterów. Z poziomu nieba, z okien wypełnionych turystami samolotów, ich rozpływające się ślady przypominały spadające gwiazdy, każda jedna słysząca jedno, powtarzane jak mantra życzenie: aby lato, to lato, trwało wiecznie.
Ralf nie wiedział wtedy jeszcze, że sam powinien był je złożyć.
Jego przeczesywane przez wiatr włosy skręcały się lekko w słonej, morskiej bryzie. Kiedy odgarniał je z czoła, oplatały jego palce dziesiątkami pierścieni, skrzących się na słońcu nie mniej niż złoty łańcuszek na wciąż bladym karku. Na górnym, odkrytym pokładzie, z obitym beżową skórą sterem w powoli opalających się dłoniach, czuł się królem życia. Miał siedemnaście lat i z radością odmachiwiał każdemu, kto pozdrowił go tym samym gestem z innej mijającej ich jednostki. Zdawało mu się wtedy, że na wodzie wszyscy byli przyjaciółmi z tego tylko powodu, że pływali w tym samym momencie, ale nauczył się już, że choć wszystkim wokoło przyszło żyć w tych samych czasach, nie miało to prawa oznaczać tego samego.
Zwolnił i zatrzymał jacht w pewnym oddaleniu od otoczonej klifami plaży. Z dwiema schłodzonymi butelkami piwa w jednej ręce i otwieraczem w drugiej wyminął pędzącą pokładem jedenastoletnią Victorię; musiał unieść je ponad głowę robiąc półobrót, żeby nie wytrącić iPada i puszki coca-coli z jej rąk. Mama, Mama, kann ich...? Warum nicht? Aber Ralf-
Z pobliskich skał docierał do nich śmiech i krzyki. Słyszał głośny chlupot kiedy miejscowi skakali z nich do wody i przypatrywał im się z zaciekawieniem zza ciemnych szkieł okularów.
Nie wiedział też wtedy, że on sam był obserwowany. Łagodna fala przykryła oglądającego się na niego przez ramię Claude'a.
Claude patrzył jak Ralf częstował się łykiem podanego mu piwa, jak oparty o barierkę pozował na tle klifu do robionych mu zdjęć, jak się do nich uśmiechał - no dalej - jak moczył w morzu nogi siedząc na dolnym pokładzie, jak zsuwał się z niego do wody - no dalej, podpłyń tu - jak chował się pod jej powierzchnią, nurkując, i krył za jachtem, parokrotnie go okrążając. Jak wchodził po drabince z powrotem i osuszał się ręcznikiem.
Patrzył: na te jego złote włosy, na tę skórę jasną jak masa perłowa.
Jak wskazywał kierunek, konsultując go z rodzicami. Jak stawał ponownie za sterem i odpływał.

- DZIEŃ 1 -


Liczył, że kolejnego dnia zobaczy go na plaży, lub że znów podpłynie do klifów, obojętny na wypowiadane obcym mu językiem uwagi: żeby spróbował stanąć jeszcze bliżej i rozjebał się o skały; że jeśli puszczą niemieckie disco-polo, Florian zapcha im silnik kamieniami. Ale go tam nie było: ani na piaszczystej plaży, ani nawet na odległym horyzoncie morza, za którym zaraz miało schować się słońce.
Dzień dobiegał końca. To były godziny między zachodem a zapaleniem się wysłużonych ulicznych latarni, kiedy żółte światło upodabniało wodę do kadzi stopionego złota, a białe niebo miało wkrótce na moment zapłonąć pomarańczami i czerwienią - jak ogień zapalniczki przytkniętej do papierosa w ustach Claude'a.
I kiedy wypuszczał z płuc dym, podpierając plecami ścianę zamkniętego już sklepu, zdał sobie sprawę, że on go właśnie minął. Niskie białe trampki na czarnym asfalcie, jasne jeansy na wysportowanych nogach, biały t-shirt na szerokich barkach, złoto biżuterii na szyi, złoto jego włosów, złoto jego lekko opalonej skóry w tym świetle.
Ralf usłyszał za sobą gwizd i rozejrzał się na boki, ani nie zwalniając, ani nie przyspieszając kroku. Dopóki nie rozległ się okrzyk, zakładał, że to ktoś inny był obiektem zaczepek, choć przywykł już wtedy do tego, że od roku czy dwóch sam wywoływał takie reakcje: na szkolnych korytarzach i na ulicach, głównie wśród mężczyzn. Powody były dwa - zdążył zapoznać się z każdym z osobna i z obszerną częścią wspólną tych dwóch zbiorów, ale czyniło go to tylko bardziej nerwowym.
- Ej! - Kolejny krzyk rozdarł powietrze. - Boucle d'or!
Szedł dalej, choć obejrzawszy się kątem oka zauważył stojącą w cieniu sylwetkę. Na ulicy był tylko on i ten chłopak.
Claude gwizdnął głośniej w palce i kiedy to nie zadziałało, ruszył za nim nieśpiesznym krokiem, wyrzucając po drodze papierosa.
- Ej! Mówię do ciebie, pedale.
To sprawiło, że Ralf się zatrzymał. Claude był gotowy za nim pobiec, gdyby rzucił się do ucieczki, ale on obrócił się do niego twarzą. Musiał go tym wkurwić, bo chłopak ściągnął brwi w marsowym grymasie. To nie był pierwszy raz, kiedy to słyszał, ani pierwszy, kiedy musiał się bronić, ale Claude zrozumiał to dopiero później.
Nie, kiedy został odepchnięty, gdy zbliżył się zbyt blisko.
Nie, kiedy sam go odepchnął, mocniej, a ten nawet się nie zachwiał.
Nie, kiedy poczuł, że leci na ziemię i go za sobą pociągnął, odruchowo chwytając się jego ubrań.
Zrozumiał to z jedną z jego pięści zaciśniętą na krawędzi jego bluzy, a drugą zawisłą w powietrzu w wymierzanym ciosie. Z tym blondynem prawie siedzącym okrakiem na jego biodrach, przypatrującym mu się w zamyśleniu, które sprawiło, że pięść rozluźniła się i opadła, choć wypuszczając materiał z drugiej garści zdążył miękko cisnąć schowaną w kapturze głową Claude'a o asfalt.
Gniew zastąpił rodzaj pogardy, którego Claude nie chciał u niego widzieć, choć Boże, niemal czuł, jak spojrzenie niebieskich oczu blondyna przeskoczyło od jego własnych, do jego ust, do dołka w brodzie, do szczęki, do grdyki. Sam pozwolił swojemu wzrokowi przewędrować po jego twarzy, zawisnąć na rozchylonych ustach, spłynąć po opiętym materiałem torsie, przytrzymać się na kroczu, powrócić na wysokość spojrzenia, z tyleż słodkim, co niewinnym i niemal przepraszającym uśmiechem.
Ten uśmiech wystarczył, by blondyn odpuścił, teraz już tylko zaskoczony. Claude nawet nie wiedział kiedy w niemożliwym do powstrzymania odruchu uniósł biodra tak, że otarł się o jego pozostające w rozkroku nogi z brwiami unoszącymi się w rzuconym mu wyzwaniu.
Ralf je przyjął. Opadł na niego, siadając, i jeśli nie poczuł go wcześniej - choć oboje wiedzieli, że poczuł - zrobił to teraz, wyraźniej. Dłoń Claude'a spoczęła na jego biodrze, znajdując skrawek nieosłoniętej skóry między spodniami a podwiniętą koszulką; to obudziło bliźniaczy odruch, wprawiając lędźwie Ralfa w pojedynczy, równie niekontrolowalny co jednoznaczny ruch.
Wzrok Ralfa spadł na punkt tego niespodziewanego dotyku, następnie na widoczne spod podsuniętej bluzy podbrzusze leżącego pod nim bruneta, po którym szukając dla dłoni oparcia przesunął kciukiem z pytaniem ukrytym w lekko zmrużonych oczach.
Jakąkolwiek odpowiedź wyczytał z oczu Claude'a, z jego roześmianych przyjaźnie ust, z ich kącika wypchniętego czubkiem języka, musiała mu się spodobać. Blondyn spojrzał na niego z politowaniem i podniósł się, wzdychając.
Wyciągnął do niego rękę, jakby rozpoznał w nim starego znajomego.
- Ralf - przedstawił się, pomagając mu wstać.
- Claude - brunet dźwignął się na nogi, przytrzymując dłoń w uścisku. - Un touriste?
- Un touriste.
- Skąd?
- Z Niemiec.
- Z Niemiec - tym razem to Claude powtórzył za nim przeciągle, jak echo. - Mówisz po francusku?
- Trochę - przyznał po chwili Ralf. Claude uśmiechnął się zachęcająco. Powoli ruszyli w kierunku morza, zerkając na siebie ukradkiem, obaj z dłońmi w kieszeniach spodni. - Uczę się od czterech lat, ale nie sądzę, abym kiedykolwiek nadążył za tym, co mówicie. Wolę angielski.
Samo to słowo sprawiło, że Claude skrzywił się - podobnie jak większość Francuzów na sam cień sugestii, że mieliby posługiwać się we własnym kraju językiem innym niż rodzimy.
- Zostańmy przy francuskim - zaproponował. - Chyba że wolisz hiszpański?
- Francuski.
- A może chiński?
- Pierdolisz.
- Naprawdę - Claude uśmiechnął się szeroko. - Jakoś się dogadamy. Ile masz lat?
- Osiemnaście w listopadzie. Ty?
- Siedemnaście w październiku.
Ralf przyjrzał mu się ponownie. Claude był mniej więcej jego wzrostu i mniej więcej w jego wieku, do tego zainteresowanie, z którym Ralf przeciągał wzrokiem po jego sylwetce i twarzy nie zdawało się go krępować - przeciwnie, ośmieliło go na tyle, by ponownie zrobił to samo. Kiedy ich oczy znów się spotkały, to, co zdążyły ustalić między sobą ich ciała, stało się zaakceptowanym w myślach stanem rzeczy.
Podobali się sobie. Chyba już wtedy zrozumieli, co zamierzali z tym faktem zrobić. Chyba już wtedy wiedzieli, że to kwestia czasu; że lada moment mogło okazać się, że mieli go niewiele, nawet jeśli ich życia ledwo zdążyły się zacząć.
- Idziesz na plażę? - Zapytał Ralfa Claude, wskazując widoczne w dole ulicy morze brodą.
- Chciałem zdążyć na zachód.
- No to musimy się pospieszyć. Chodź, stamtąd jest słabo widoczny.
- Gdzie idziemy?
- Zobaczysz. No chodź, spodoba ci się.
Prawda była taka, że choć Ralf ruszył za nim z podejrzliwym ociąganiem, poszedłby wtedy jego śladem choćby Claude skierował się w przeciwnym do morza kierunku. Szli ramię w ramię żwawym krokiem, z asfaltu odbijając w wyłożoną brukiem uliczkę, ale i jej kamienie wkrótce ustąpiły miejsca wydeptanej w trawie ziemistej ścieżce, ciągnącej w górę, zamiast w dół, jakby do nieba, zamiast do morza.
Zdawała się urywać między krzakami i drzewami, ale kiedy Claude odgarnął ramieniem gałęzie, puszczając Ralfa przed sobą, okazało się, że - choć niewyraźna - prowadziła dalej ku górze, między powykręcanymi korzeniami drzew, wśród wysuszonych letnimi upałami traw.
Dopiero po chwili Ralf zorientował się, że Claude przystanął. Kiedy obejrzał się na niego przez ramię, powstało kolejne z serii zdjęć: na pierwszym Ralf piął się po spadzistej ścieżce między drzewami, na drugim patrzył widocznym znad ramienia okiem w obiektyw, na trzecim przeniósł roześmiany wzrok na robiącego je Claude'a, zadzierając głowę w górę na tyle, by w złotej poświacie zachodu błysnął obnażający zęby uśmiech.
- Idziesz? - Zapytał go wtedy Ralf, a Claude oderwał wzrok od ekranu, z którego patrzył na niego tymi samymi, wesołymi oczami.
Claude go dogonił. Zderzyli się ramionami, kiedy pokazywał mu zdjęcia.
- Mogę zrobić ci ich więcej na górze.
- Nie musisz.
- Nie daj się prosić. Chodzisz jak modelka, równie dobrze możesz mi zapozować.
- Wcale nie chodzę jak modelka - Ralf zatrzymał się, podpierając boki rękoma.
- Wcale nie chodzę jak modelka - Claude go przedrzeźnił, naśladując ten charakterystyczny krok Ralfa, stawiany z biodra i przez to lekko rozkołysany. - Wcale! - Roześmiał się pojednawczo i dotarłszy na najwyższy punkt klifu, zatoczył wokoło rozłożonymi ramionami. - Jesteśmy na miejscu. Bądź moim gościem.
Uderzył w nich podmuch wiatru, który zmierzwił im włosy i poruszył koronami rosnących wokoło drzew. Paręnaście metrów niżej woda z chlupotem rozbiła się o skały.
Ralf potoczył wzrokiem wokoło i chociaż widok zapierał dech w piersi - te czerwone i pomarańczowe smugi rozpalonych zachodem chmur, widoczne spomiędzy upierzonych liśćmi gałęzi i znajdujące swoje odbicie we wzburzonym morzu u ich stóp; te bliskie i odległe klify, jakby oświetlone łuną pożaru, im odleglejsze tym bardziej zlewające się z ciepłymi barwami nieba - to Claude skupiał na sobie jego uwagę. Przez cały ten czas Ralf był dotkliwie świadomy jego obecności, tego, gdzie akurat przystanął, jakby przestrzeń wokół niego stała się przedłużeniem jego własnego ciała. Jakby jego zakończenia nerwowe przedarły się przez skórę i tańczyły w powietrzu wokół nich, rozkołysane na ciepłym, letnim wietrze.
Kiedy stał obok, równie dobrze mógł dotykać go ramieniem; kiedy znajdował się za nim, równie dobrze mógł przykładać usta do jego karku; kiedy pojawiał się przed nim, równie dobrze mógł przylegać plecami do jego torsu. Claude musiał zauważyć te ukradkowe spojrzenia, rzucane z ukosa kiedy Ralf robił zdjęcia zachodowi słońca, bo uśmiechał się zaczepnie kącikiem ust.
Ten kącik zadzierał się figlarnie w górę jak haczyk wędki; Ralf zastanawiał się, czy Claude wiedział, że był gotów go połknąć i bez większej przynęty. Musiał to wiedzieć kiedy stanął naprzeciw niego, z wyciągniętą po jego telefon ręką. Ralf podał mu go bez chwili namysłu.
- Nie żartowałem - uśmiechnął się Claude. - Nawet nie próbuj mi wmówić, że wystroiłeś się tak na zwykły spacer. To ubiór do zdjęć... Chyba że zamierzałeś poznać się bliżej z koleżankami w tym barze przy plaży?
Ralf przewrócił oczami, jakby tylko czekał, aż ta sugestia padnie. Claude dostrzegł kryjące się w nich rozczarowanie i chociaż w tamtej chwili ogień, który zobaczył w Ralfie przygasł, płomienie tego, który trawił jego własne wnętrze, wystrzeliły w górę. Nie mógł powstrzymać się przed sprawdzeniem jego reakcji na tę propozycję - i jej antytezę.
- Możemy później pójść do nich razem - ciągnął, drocząc się z nim. - Możemy tu wrócić choćby i z dwiema na głowę, co ty na to? To tylko kawałek stąd.
Spojrzenie Ralfa powiedziało mu wszystko, co chciał wiedzieć. Claude ściągnął niewinnie usta, powstrzymując cisnący się na nie uśmiech.
- Albo... - podjął ponownie, niepostrzeżenie dodając Ralfa do znajomych na Snapchacie. Z pewnej odległości usłyszeli szelest liści i pękających pod czyimiś butami gałęzi. - Albo mogę pokazać ci inne miejsce. Ale tam poszlibyśmy sami.
Nacisk położony na ostatnie słowo sprawił, że usta Ralfa powoli odbiły dosadny uśmiech, z którym Claude je wypowiedział, tak jak woda odbijała promienie słońca.
Claude obejrzał się dyskretnie za siebie, usiłując dostrzec ludzi, którzy w każdej chwili mogli wyłonić się z roślinności za ich plecami. Potem jego głowa przechyliła się powoli, wskazując zejście po drugiej względem widocznej plaży stronie klifu.
Słysząc zbliżające się kroki zrobił mu i sobie parę zdjęć, jakby to w tym celu się tu znaleźli.
Jego oczy powędrowały łagodnym spadkiem przy krawędzi klifu, a Ralf ruszył powłóczystym śladem tego spojrzenia.
- To teren prywatny - zauważył, mijając z którymś krokiem wbity w piasek znak.
- Co z tego? - Claude wzruszył ramionami. - Nikogo tu dziś nie ma.
Wskazał na stojący w pewnej odległości dom; nie paliło się żadne z jego świateł. Ralf nie miał dalszych zastrzeżeń. Claude zrównał się z nim krokiem na gruboziarnistym piasku, usuwającym się spod ich butów kiedy szli.
- Tutaj - Ralf poczuł jego szept tuż przy uchu i kiedy wreszcie usiedli, zwróceni ku sobie twarzami, zobaczył jego usta zaledwie centymetry od własnych. Dłuższą chwilę nie mógł znad nich podnieść ciężkiego wzroku i kiedy wreszcie uniósł spojrzenie, odkrył, że Claude patrzył na niego tak samo. Ich spojrzenia spotkały się - równie wyczekujące, równie wyzywające, równie roześmiane. Równie gotowe na to, co nieuchronnie miało nastąpić.
Ale nie nastąpiło.
Ralf uśmiechnął się z pobłażaniem, którego Claude się nie spodziewał.
- Po tym pedale? - Zapytał Claude'a, odsuwając się nieznacznie. - Zapomnij.
- Prawda nadal boli?
- Mnie? - Żachnął się Ralf.
- To nie moja wina, że zareagowałeś dopiero na to.
- Nie mów mi nic o reakcjach. Nawet nie próbuj - Ralf powtórzył jego własne słowa, podłapując usłyszane od niego wyrażenie.
Claude oparł się na łokciach i odchylił w tył, przenosząc wzrok na szumiące przed nimi morze. Słońce było już tylko odległym czerwonym punktem na linii horyzontu. Przez chwilę patrzyli na nie obaj: coś właśnie się kończyło, coś innego właśnie miało się zacząć.
Szturchnął Ralfa kolanem, i ponieważ ten nie odsunął nogi, jakiś czas siedzieli zetknięci udami. Kiedy ponownie na niego spojrzał, zrozumiał, że Ralf nie był zły.
Że tylko się z nim droczył, nawet jeśli to jedno słowo faktycznie go uraziło.
To sprawiło, że spodobał mu się tylko bardziej.
- Ralf - przeciągle wypowiedział jego imię, jakby rozsmarowywał je na podniebieniu. - Nie mam problemu z własnymi, jak to ująłeś, reakcjami. Ani z twoimi. Ani z żadną prawdą, ani tą o tobie, ani tą o mnie.
Brwi Ralfa uniosły się lekko.
- Jesteś...?
- Zależy kto pyta. Dla ciebie... - Claude przyjrzał mu się z dokładnością: od odsłoniętych kostek, po umięśnione łydki, po uda, pośladki, ostre zwężenie torsu tuż ponad nimi, po błękit żył przebijających przez skórę ramion, po szerokość prostych jak linijka barków, po unoszącą się w płytkich oddechach klatkę piersiową, szyję, usta, o c z y. Otarł dolną wargę między kciukiem a palcem wskazującym, jakby to miała być odpowiedź, i uśmiechnął się miękko.
Ta odpowiedź wystarczyła, by Ralf ponownie się do niego zbliżył, tak, że Claude mógłby go pocałować. Powstrzymywali się jeszcze przez chwilę, wyczytując intencje z własnych twarzy i przyspieszających oddechów. Udo Ralfa naparło na niego mocniej. To nie był już przypadkowy dotyk: ten miał go sprowokować. Jego ciepło powoli rozlało się nerwami Claude'a i kiedy poczuł, jak sięga krocza, puścił trzymany dotąd hamulec.
Oboje je puścili. Ralf zdążył wyjść mu na spotkanie, świadomy, że kiedy tylko go pocałuje, nie będzie w stanie się powstrzymać przed zrobieniem tego ponownie.
Ich usta były rozpalone i miękkie. Ostrożność pierwszego pocałunku ustąpiła niepowstrzymywanej dłużej zaborczości kolejnych, coraz śmielszych, coraz szerszych, coraz głębszych. Kiedy oderwali się od siebie po raz pierwszy, tylko po to, by spojrzeć sobie w oczy, Claude od dłuższego czasu ocierał się z każdym pocałunkiem o przestrzeń między rozrzuconymi nogami Ralfa. Już wtedy było zbyt późno, by mogli się od siebie odsunąć. Ralf ponownie przyciągnął go do siebie zaciśniętą na jego karku dłonią i kiedy stało się jasnym, że Claude już się od niego nie oddali, pozwolił obu rękom wrócić pod jego bluzę, na jego boki, na gorącą skórę jego pleców. Jego biodra samoistnie wychodziły mu naprzeciw, dopóki sam nie przerzucił Claude'a na plecy, siadając na nim tak, jak podczas ich pierwszego spotkania. Ile czasu mogło od niego minąć? Godzina? Pół? To nie miało wtedy znaczenia.
Mogli przestać po pierwszym niemożliwym do powstrzymania westchnieniu, które zawisło między ich ustami, ale kiedy znów na siebie spojrzeli, pojęli, że żaden z nich nie zamierzał tego przerywać - nie wtedy. Przecież nikt nie słyszał tych szybkich, urwanych oddechów, tego miękkiego szelestu ocierających się o siebie ubrań, ani kolejnych z tłumionych ustami westchnień, które wyrywały się z ich gardeł.
Dopiero za którymś z targających nimi skurczy stali się świadomi stanu, do którego się doprowadzili. Spojrzeli na siebie w granatowej ciemności nocy, odnajdując w swoich oczach potwierdzenie tego, co do tej chwili jedynie przypuszczali. Ralf wypuścił z ust ostatnie z jękliwych wytchnień i choć Claude roześmiał się w odpowiedzi, sam podniósł się do siadu, by z jego brodą ujętą w dłoń jeszcze raz go pocałować. Obaj nie byli zdolni opanować oddechu, jak po długim biegu, ale bardziej ich to bawiło, niż krępowało.
Dopiero po chwili do Ralfa dotarło, że było już późno. Spojrzawszy w górę zobaczył gwiazdy między czarnymi konturami palm. Ekran telefonu oświetlił jego twarz i Claude mógł zobaczyć, jak wciąż na jego kolanach Ralf bezgłośnie wyszeptał przekleństwo.
Zbliżała się pierwsza.
Miał trzy nieodebrane połączenia sprzed blisko dwóch godzin. Ralf nerwowo odgarnął do tyłu sypiące się na czoło włosy, jeszcze niepewien co powinien zrobić. Claude spojrzał w dół na dzielący ich telefon - na jaskrawoczerwone słuchawki wyświetlających się na nim powiadomień.
- Coś się stało? - Zapytał, jeszcze nie wypuszczając z rąk tylnej krawędzi spodni Ralfa, jakby mogło go to przy nim zatrzymać.
Ralf powoli wypuścił z płuc niespokojnie wciągnięte powietrze.
- Powinienem był wrócić dawno temu. Starzy mnie zabiją.
- Przecież jesteś praktycznie dorosły. Co ich obchodzi to, co robisz i kiedy wracasz?
Ralf spojrzał na niego wymownie, nawet nie wiedząc, jak miałby mu to wytłumaczyć.
- To nie takie proste. Naprawdę muszę iść - w jego głosie przebrzmiał żal, który sprawił, że choć zdążył wstać Claude chwycił go za przegub ręki.
- Przecież cię odprowadzę - sam wyprostował się i znalazł znów na wysokości jego wzroku. - Nocujesz w Grandzie? Czy czymś bardziej proletariackim, jak La Réserve de Beaulieu?
To pytanie rozbawiło Ralfa, który pokręcił tylko głową.
- Nie uwierzę, że zszedłeś poniżej pięciu gwiazdek - kontynuował Claude, otrzepując się z piasku.
- Mamy domek letniskowy tam na wzgórzu - wyjaśnił mu Ralf, wskazując jeden z odległych, rozświetlonych punktów na zalesionym wzniesieniu. Claude'a podążył za tym gestem wzrokiem.
- To dokąd ty idziesz? - Zawołał za Ralfem, kierującym się na ścieżkę, którą tu przyszli. - Tędy będzie szybciej.
- Przez płot?
Claude przytaknął, jakby zawsze tędy chodził.
- Mogę cię podsadzić.
Ralf nie potrzebował pomocy, ale przystał na tę propozycję tylko po to, aby Claude go dotknął - prawdopodobnie całkowicie świadom tego, że Ralf dałby sobie radę sam. Z miękkim tąpnięciem napotykających chodnik podeszew znaleźli się po drugiej stronie ogrodzenia. Być może powinni byli iść szybciej, ale to przyspieszyłoby moment, w którym musieliby się pożegnać. Droga była pochyła i słabo oświetlona, a sam dom - kiedy mijali wszystkie pozostałe - miał wkrótce okazać się jednym z tych, które stały na uboczu, otulone wiecznie zieloną roślinnością.
Wreszcie Claude zdecydował się zadać męczące go od dłuższego czasu pytanie.
- Na jak długo przyjechałeś?
Nie był pewien, jakiej odpowiedzi się spodziewał. Nie byłby gotowy usłyszeć, że Ralf wyjeżdża następnego dnia, albo tego, który miał nastąpić po nim.
- Dwa tygodnie - usłyszał obok siebie jego głos, z tą szkolną, wyuczoną wymową, trochę zbyt podręcznikową i nieco zbyt drętwą, by przypominać prawdziwy język. - Ale jestem tu od czterech dni.
- Więc jeszcze dziesięć.
Ralf uśmiechnął się do niego w ciemności.
Dziesięć dni wydało im się wtedy wiecznością. Nie chcieli myśleć o tym, że z upływem każdego z nich mieli coraz wyraźniej czuć słodką gorycz, z jaką nieuleczalnie chorzy ludzie dożywali wyznaczonej im daty śmierci.
- A ty? - Tym razem to Ralf się do niego zwrócił. - Jesteś stąd?
- Nie, z Tuluzy. Moi dziadkowie tu mieszkają, więc nie musisz się martwić, że zdążę w tym czasie gdzieś się wynieść - wyjaśnił mu Claude z uśmiechem i ręką nerwowo pocierającą skórę karku. - To ten?
Ralf przytaknął. Znaleźli się wystarczająco blisko by usłyszeć głośną, prowadzoną po niemiecku rozmowę; jego rodzice ze śmiechem przekrzykiwali się ze znajomymi ze studiów, co znaczyło, że chociaż zaczęli pić na długo przed jego wyjściem, jeszcze nie skończyli. Oświetlony na biało dom jaśniał w ciemności, z niebieską łuną basenu tańczącą łuskatymi falami na jednej z jego ścian.
Claude gwizdnął cicho z uznaniem i Ralf nagle zrozumiał, że to je powinien był usłyszeć za pierwszym razem, kiedy to zrobił - jeszcze na jego własny widok.
- Wynajmujecie go?
- Jest nasz.
- Nie gadaj.
- Potem ci opowiem - obiecał mu Ralf szeptem, przybliżając się do niego. Ponownie chwycił kołnierz bluzy Claude'a, tym razem bez brutalności, z którą zmiął go w pięści przed paroma godzinami. Spojrzał mu radośnie w oczy i po chwili namysłu pocałował punkt tuż pod skronią, ten sam, w który byłby go wtedy uderzył.
- Przepraszam, że prawie cię stłukłem.
- Przepraszam, że nazwałem cię pedałem.
Ralf westchnął, spuszczając głowę.
- Dawno wybaczone. Napisz do mnie kiedy wrócisz.
To musiało zdziwić Claude'a.
- Przecież się nie zgubię - stwierdził przeciągle, z leniwym uśmiechem rozlewającym się po jego ustach. - Ale dobrze, napiszę.
Ramię Ralfa, które luźno przytrzymał, przepłynęło przez obręcz jego palców, kiedy ten skierował kroki do budynku, ale Claude nie był go wtedy w stanie puścić. Zatrzymali się na odległość własnych wyprostowanych rąk, zahaczących o siebie dłońmi. Również Ralf zdał sobie sprawę, że nie umiał go tak zostawić.
Podszedł do Claude'a na miękkich nogach i ujął jego twarz w ręce tak, jakby tylko chwycenie jej powstrzymało go przed runięciem na kolana; pocałował jego usta jeszcze trzy razy, tym razem powoli, jakby miał go już więcej nie zobaczyć.
Na zapas - bo ten moment miał przecież kiedyś nastąpić.
- Dzięki, Claude.
- Za co?
- Dobrze wiesz za co.
Ich uśmiechy otarły się o siebie ostatni tej nocy raz.

Allez disons qu'on va l'faire
Pourquoi on reverait pas un peu?
Allons bruler nos affaires
Et puis
danser autour du feu





Z rękoma zaciśniętymi na prętach ogrodzenia Ralf bezgłośnie opuścił się na przystrzyżony trawnik po drugiej stronie bramy. Nie zamierzał ryzykować tym, że zaalarmowałby ich brzęczeniem furtki po przyłożeniu pastylki zbliżeniowej do domofonu. Wystarczającą przeszkodą było to, że nie mógł wspiąć się do swojego pokoju przez balkon, ale już wtedy nauczył się otwierać drzwi tak, aby nie wydały żadnego dźwięku - z powolną stanowczością, jakby zakrywał dłonią czyjeś rozwarte do krzyku usta.
Przemknął ciemnym salonem na schody, przez przeszklony taras po przeciwnej stronie domu widząc ich w jacuzzi i na rozstawionych przy basenie leżakach, bladoniebieskich w świetle palących się pod wodą ledów. Sprawiało, że przypominali pływające w akwarium ryby, ale i to skojarzenie nie było trafione.
Voigtowie byli rekinami, na które lepiej było patrzeć zza szkła; zza szyb lub ekranów, niezależnie od tego, czy ich twarze pojawiały się akurat w jego telefonie, w telewizji czy w internecie. Nawet państwo Heintze przypominali przy nich zaledwie odpowiednio uzbrojonych płetwonurków, którzy wiele lat temu zrozumieli, że póki Marzell i Daniela nie zwęszą ich krwi, póki oni sami zapewnią im odpowiednie pożywienie, będą z nimi bezpieczni.
Dopiero Victoria go usłyszała i wychynęła zza uchylonych drzwi swojego pokoju, z twarzą oświetloną nieodłożonym tabletem. Wyjęła z ucha drugą słuchawkę, widząc, jak Ralf przykłada palec do ust.
- Powiedziałam im, że dawno wróciłeś i szybko zasnąłeś.
- Dzięki, Vicki. Może połóż się już spać?
- Nie mogę - przewróciła oczami. - Oni są za głośno. Tata i Moritz znowu przeglądają notowania.
Ralf słyszał to przez uchylone okna. Giełdy Szanghaju i Hongkongu właśnie się budziły; poranne korekty indeksów i akcji musiały migotać czerwienią i zielenią na czarnych ekranach ich własnych urządzeń.
- Daj im się wyszaleć. Jeszcze za tym zatęsknisz gdy wrócimy. Zejdę do nich jeśli niedługo się nie uspokoją, w porządku?
Victoria westchnęła, przytakując na zgodę. Włożyła słuchawki z powrotem do uszu i zamknęła się w pokoju. Ralf wszedł do swojego i dopiero za jego drzwiami odetchnął swobodnie, jakby dotąd musiał wstrzymywać oddech pod wodą.
Wciąż był przyspieszony w próbie nadążenia za sercem, pracującym tak zapamiętale, jakby biegł, co nie mijało się z prawdą - tego wieczoru Ralf rzucił się w pogoni za czymś, czego pragnął, i ani myślał się zatrzymać.
Kiedy przemierzał pokój z telefonem w dłoni jego dioda mrugnęła przychodzącym powiadomieniem. Dotknął opuszkiem kciuka przychodzącej od Claude'a wiadomości. Spójrz przez okno.
Otworzył je na oścież. Zauważył go dopiero gdy końcówka jego papierosa rozżarzyła się w ciemności; ten niewielki, czerwony punkt przypominał ostatni przebłysk zachodzącego słońca.
Claude siedział na skale niedaleko posesji, widoczny zaledwie jako czarny cień wśród popielatych liści i gałęzi, a mimo to Ralf rozpoznał go bez trudu. Najchętniej zaprosiłbym cię na górę, odpisał, usadawiając się na parapecie. I co byś ze mną zrobił?, przeczytał w odpowiedzi. Mógł z łatwością wyobrazić sobie jego głos, grzeszny uśmiech, z jakim by to powiedział.
Końcówka papierosa zaświeciła ponownie, a zapach tytoniu dotarł do niego jak posłany w powietrzu pocałunek. Ralf chwycił dłońmi materiał koszulki na karku i zdjął ją przez głowę. Rozpinany guzik spodni błysnął w jego ręce. Z punktu w ciemności, gdzie musiały znajdować się oczy Claude'a, przeniósł wzrok na rozjaśniony kolejną wiadomością ekran. Odpowiedział ściągnięciem warg, a ich ciche cmoknięcie przemierzyło dzielącą ich przestrzeń.
Potem stopy Claude'a opadły z powrotem na drogę. Ralf odprowadził jego niewyraźny cień wzrokiem, aż z kolejnymi krokami Claude wtopił się w ciemność nocy.
Serce Ralfa zabiło tylko mocniej, znów pompując krew wszędzie tam, skąd powinna była zdążyć odpłynąć. Było mu gorąco i musiał się umyć; zaprać bieliznę i - co zdziwiło go samego - wilgotny u dołu t-shirt.
Kiedy to zrobił i przebrał się w piżamę, z lustra spojrzało na niego poruszone odbicie. W białym świetle łazienki widział czerwień nabiegłych krwią policzków i ust, i nawet lodowata wodą, którą umył twarz, nie była w stanie ich ochłodzić.
Rodzice zauważyli go gdy rozwieszał przeprane w umywalce ubrania na suszarce, z której mógł już zdjąć suchy strój kąpielowy. Posłał im senny uśmiech, jakby dopiero się obudził, choć nie był ani odrobinę zmęczony. Czuł się tak, jakby miał dzisiaj nie zasnąć.
Oparł przedramiona na barierce i spojrzał na nich i państwa Heintze z góry, jakby obserwował niebieskie dno morza z krawędzi pomostu.
- Mówiłam wam, że w końcu go obudzicie - usłyszał śpiewny głos Danieli, która wynurzyła się z basenu. Farbowane na blond włosy, które zdążyły zacząć siwieć parę lat temu, spłynęły wraz z wodą po karku sięgając łopatek. - Chodź tu do nas, Ralf. Posiedź z nami trochę.
To mogło oznaczać kłopoty, ale z ociąganiem zszedł po schodach na parter, przesunął szklane drzwi i stanął na wciąż ciepłych płytach uściełających patio. Nawet z jego poziomu było widać smolistą czerń falującego pod granatowym nieboskłonem morza. Gdyby nie ich podniesione głosy, mógłby usłyszeć jego szum.
Nieruchome twarze jego rodziców zwróciły się ku niemu; być może uśmiechnęli się lekko, ale ich białe oblicza wciąż były zbyt stężałe po ostatnim botoksie, by mógł to jednoznacznie stwierdzić. Gładkie i napięte, sprawiały, że zdawali się nosić maski; tylko z ich spojrzeń wciąż dało się cokolwiek wyczytać, jakby z ciemnych, wyciętych w plastiku otworów na oczy.
Młodość już dawno zaczęła wypadać im z rąk, zbyt zajętych trzymaniem nagromadzonych przez lata pieniędzy. Łapali ją w locie, nie uważając wysypujących się przez to z ramion banknotów za wygórowaną cenę: lifting przytrzymał spływającą z kości twarzy skórę, napinając ją tak, że oczy Danieli nabrały lisiego kształtu. Ktoś inny mógłby nie zauważyć wypełniacza wygładzającego powstałe ze zmęczenia wgłebienia oczodołów, nieznacznie powiększającego usta i uwypuklającego opięte cienką tkanką policzki, ale Ralf wiedział, w które miejsca wbijały się igły. Gdyby byli mniej wychudzeni, myślał, wyglądaliby na dziesięć lat młodszych.
Potrafili złapać tak w locie wiele rzeczy: spadające akcje i obligacje, ceny nieruchomości i surowców. To była ich specjalność. Również Ralfa złapali, gdy stwierdzili, że coś zagroziło jego wartości.
Zrobili to tylko odrobinę zbyt mocno.
- Zrób sobie drinka jeśli chcesz - polecił mu zapatrzony w tablet ojciec, wskazując brodą stół, na którym w wiadrach lodu chłodził się alkohol. - Mówię ci, że on zaraz spadnie. Yaling twierdzi, że dziś ich trochę sprzedadzą, wystarczająco, by zleciał.
- Marzell - Daniela zwróciła się do męża ostrzegawczo.
- Nic nie robię - Marzell uniósł obronnie ręce, ale te zaraz wróciły na ekran.
- Nie ja będę świecić przed BaFinem oczami.
Marzell i Moritz spojrzeli na siebie znad ekranów, rozłożeni w szlafrokach na przeciwległych leżakach. Zalewając lód ginem Ralf widział subtelne uśmiechy, którymi wymienili się, jednocześnie klikając coś na ekranie.
- Marzell!
- To poniżej progu - uspokoił Danielę Moritz. - Ależ leci. Ile mu dajesz?
- Najwyżej parę minut.
- W obrocie poufnym nie ma żadnego progu - znużonym tonem, słowo po słowie, pouczyła ich Daniela.
- Kiedy ostatnio pytałem twierdziłaś, że wynosi-
- Orzecznictwo twierdziło - sprostowała - i uważaj, żeby to zaraz się nie zmieniło. - Ralf - oczy matki odnalazły go przy stole z butelką gorzkiego toniku; jego imię zabrzmiało w jej ustach jak warknięcie - tutaj jest szklanka. Nalej też mi i dorzuć lodu.
Z własnym oraz jej drinkiem kucnął przy basenie, aby odstawić wysoką szklankę z rżniętego szkła na kamiennych kaflach jego krawędzi. Daniela przyjrzała się mu uważnie i zanim zdążył się wyprostować, zimny i mokry wierzch jej dłoni dotknął jego policzków.
- Mein Gott, Ralf - przekrzywiła głowę. - Jesteś strasznie rozgrzany. Dobrze się czujesz?
- To pewnie przez słońce - Ralf wstał i wycofał się na oddalony nieco leżak. - Ścięło mnie jak tylko wróciłem.
Musieli uznać to za wystarczająco przekonujące wyjaśnienie, ponieważ nie zadawali mu dalszych pytań, zbyt zaabsorbowani unoszącymi się i opadającymi liniami zmieniających się na ich oczach wykresów - falami morza, w którym pływali. Niebieskie światło basenu zatańczyło na ich twarzach kiedy Daniela wspięła się po drabince i przeniosła na krawędź jacuzzi, w którym z zamkniętymi oczami moczyła się Suse.
Na oddalonym od nich leżaku Ralf sączył gin z tonikiem. Już jestem, napisał po chwili Claude. Robili problemy?
Miałem szczęście, Ralf odesłał mu ich niewyraźne w ciemności zdjęcie: jasne bladoniebieskie sylwetki, błękitny basen, spienione światło jacuzzi.
Nie wierzę, że wolałeś jakąś niemiecką imprezę dla swingersów ode mnie, odpisał Claude, odsyłając własne nagie odbicie w przetartym lustrze, które musiało zaparować po prysznicu; opalona na brązowo i wilgotna skóra bieliła się tylko na wysokości bioder, gdzie trzymany w garści ręcznik niedbale przykrywał krocze. Ralf ukrył uśmiech za krawędzią szklanki, robiąc zrzut ekranu, zanim zdjęcie zdążyłoby zniknąć. No ładnie, tak się bawimy?, zapytał Claude w kolejnej wiadomości. To na użytek prywatny, odpisał Ralf. Na użytek prywatny mógłbyś mieć coś więcej. Zdjęcie za zdjęcie, złotko.
Ralf wyjrzał zza kryjącego jego twarz kolana na rodziców i ich znajomych, którzy uznawszy, że poświęcili mu wystarczająco dużo czasu, znów zajęli się własnymi sprawami: powracającym tematem federalnego urzędu nadzoru finansowego, tego jak wysoko mogła odbić akcja, tego czy nie powinni jej spieniężyć póki wartość hongkońskiego dolara nie zmalała względem euro, aluzji, że zysku starczyłoby na nowy strój od Balmain lub Givenchy. Kciuk Ralfa podważył gumkę spodni od piżamy, obsuniętych w dół ledwie na moment, którego potrzebował by zrobić zdjęcie.
Więcej, ponaglił go Claude. Pokaż mi się od tyłu, odpisał mu Ralf, dopijając drink, w którym nie zdążył roztopić się lód.
Zrzut ekranu. Odpowiedź. Ty pierwszy.
Uśmiechnął się, choć kiedy wstał, przywołał na twarz ten sam obojętny wyraz, który medycyna estetyczna nadała zesztywniałej fizjonomii jego rodziców. Nawet nie zauważyli kiedy uchylonymi drzwiami bezgłośnie wrócił do środka, niesiony przez nogi tak miękkie, że nie czuł żadnego z postawionych w drodze do łazienki kroków. Dopiero chłód stylizowanego na marmur blatu pod umywalką go otrzeźwił, choć nie na tyle, by porzucił swój zamiar. Oparł się o niego tyłem, z obsuniętymi poniżej pośladków spodniami i koszulką podwiniętą w górę na tyle, by uwidocznić ciasne wcięcie umięśnionej talii. Podoba ci się?, spojrzał w obiektyw zza ramienia.
Chcesz zobaczyć jak bardzo?
Powoli docierało do niego co robił.
Sam chętnie to sprawdzę, wystukał w klawiaturze.
Osobiście?
Osobiście.

Zaciągnięte zasłony z posuwistym brzękiem karniszy odcięły go od chłodnego światła wpadającego z zewnątrz do jego pokoju; zamknięte okno stłumiło rozmowę rodziców. W ciemności został już tylko prostokąt ekranu, z którego patrzył na niego Claude. W lustrze tuż za jego twarzą Ralf widział ciepłą opaleniznę pleców, rozpływającą się poniżej linii pasa i powracającą na tyle ud.



Edytowane przez Choo dnia 07-07-2022 23:07
 
Choo


- DZIEŃ 2 -
- poranek i popołudnie -


Il a connu l'amour et meme côtoyé la mort
Il a eu des vrais amis qu'étaient la quand c'était la merde
Il s'en est pris des râteaux mais ça l'a jamais éreinté
Ses blessures l'ont mis en retard mais ça l'a jamais arreté



Philosophe reveur, fils de la pourriture
A travers ma ruine, allez donc sans remords
Et dites-moi s'il est encore quelque torture
Pour ce vieux corps sans âme et mort parmi les morts











Dmuchany materac, na którym z telefonem przy twarzy leżał Ralf, okręcał się powoli wokół własnej osi na samym środku basenu - otoczonego kamiennymi płytami, przy bryle domu odcinającej się na tle ciemnej zieleni drzew porastających wzniesienie. Był usytuowany na niemal samym jego szczycie; drobne nierówności pod białą farbą i okiennice zdradzały, że został wybudowany wiele lat temu, ale niedawno rozrósł się o szklane struktury wgryzające się w część wyburzonych ścian.
Ralf osłaniał oczy przed słońcem, w którego porannych promieniach schnął, zdążywszy parokrotnie przepłynąć basen po całej jego długości. Było wcześnie, ale choć jego rodzice położyli się spać bliżej świtu niż zachodu, wiedział, że zdążyli obudzić się o tej samej porze, co zawsze. Czekali ze śniadaniem na Moritza i Suse, on - na pobudkę Claude'a. Nie sądził, aby nastąpiła prędko, więc spędzał ten czas wracając do zdjęć i wiadomości z poprzedniej nocy. Prawie jej nie przespali.
Też jest wasz?, zapytał Claude gdzieś przed czwartą, odpisując na zdjęcie z jachtu, które wyświetlił w relacji Ralfa. Myślałem, że śpisz, przeczytał w odpowiedzi, Bo próbowałem, wyjaśnił, ale wygląda na to, że jest nas dwóch. Wynajmowany, napisał Ralf, ale też jakoś po znajomości. Zaraz zacznę myśleć, że powinieneś chodzić z ochroną, zaśmiał się Claude, rozbawiając tym też Ralfa. Nie mów tego przy moich starych, bo jeszcze podsuniesz im pomysł. Ralf przesunął konwersację kciukiem do kolejnego pytania: Jesteś jedynakiem, że tak się o ciebie martwią? Spojrzał na szybę tarasu, za którą widział ich niewyraźne sylwetki. Mają jakąś nieudaną kopię zapasową w formie mojej siostry, więc nie - i mniej martwią się o mnie, a bardziej o swoją reputację.
- Zaraz utopi ten telefon - zerknęła na niego Daniela, zsuwając z oczu okulary do czytania; przeglądała wiadomości na tablecie, usadowiona na barowym stołku w kuchni z kolanem pod brodą i schnącym lakierem na palcach wspartej na siedzeniu stopy.
Boją się, że mógłbyś im ją czymś zepsuć? Ralf nie odpisał na to od razu, więc Claude rozwinął myśl: Sorry, że tak to ujmę - gdyby ktoś dowiedział się, że...? Nawet jeśli zdążył uznać Ralfa za geja, nie nazwał tego wtedy, samemu nie będąc jeszcze pewnym, co się z nim działo. Nie o to chodzi, sprecyzował Ralf, poza tym oni nie wiedzą. Zresztą teraz raczej boją się, że zepsuję im czymś wakacje, więc trochę bardziej na mnie uważają.
Niespodziewaną wycieczką na pogotowie?
Prędzej telefonem do konsulatu i wyciąganiem mnie z jakiegoś gówna w samym środku nocy.
Minęła chwila, nim Claude odpisał; w tym czasie przypomniał sobie, jak Ralf powalił go na ziemię - jak niewiele brakowało, aby skończył z przetrąconym nosem. Spokojnie, już ja cię przypilnuję.
Co z twoimi?
Kim?
Rodzicami
, dodał Ralf, wydają się mniej problemowi.
Bo są
, nadeszła odpowiedź. Choć pewnie daję im więcej powodów do zmartwień niż twoi są sobie w stanie wyobrazić. Spróbuj im kiedyś zniknąć na parę dni i zaczną się cieszyć, że raczysz czasem wysłać im sms.
Mówisz z własnego doświadczenia?
Zadziałało
, odpisał znów Claude. Twoją siostrę też tak nadzorują?
Nie napalaj się, ma jedenaście lat.
Ej - ej - ej, przystopował Claude. Jakkolwiek kusząca nie jest wizja ciebie jako laski, to nie znaczy zaraz, że wymieniłbym cię na siostrę, ok? Ralf tego nie wiedział, ale w tamtej chwili Claude nie rozumiał jeszcze, czy podobał mu się pomimo tego, że był chłopakiem, czy właśnie dlatego, że nim był; pomimo tego, że nie był dziewczyną, czy dlatego, że nią nie był. Tę ostatnią opcję skreślił na starcie - przecież je lubił.
Całe szczęście, bo wiele byś stracił. Rozważ myśl, że mógłbym okazać się lepszy.
Już się okazałeś.
We wszystkim.

Pamiętał przerwę, jaka nastała po tej wiadomości. To była taka sama pauza jak ta, która nastąpiła na moment przed ich pierwszym pocałunkiem, ciężka i dziwnie długa, choć trwała zaledwie sekundy.
Ty naprawdę nie dasz mi dzisiaj zasnąć, co? Opowiedz mi coś nudniejszego. Co z tym domem? Wszystkich Niemców dalej ciągnie do francuskich wsi? Będziecie tak teraz co roku?
- Ralf - głos zza przesuniętej szyby sprawił, że przerzucił wzrok z ekranu na wejście tarasu. Daniela wysunęła głowę w przerwie powstałej między szklanymi panelami.
- Pomóż ze śniadaniem.
- Moment.
Chciałbyś?, zapytał wtedy, ale zaraz zaczął pisać dalej. Kupili go na spółkę ze znajomymi ze studiów (są tu z nami), chyba na jakiejś aukcji już dosyć dawno temu. Inwestycyjnie - nawet nie jestem pewien, czy widzieli go wtedy na żywo. Wyremontowali za czyimś pośrednictwem i wystawili na wynajem. Pewnie sprzedadzą go za parę lat żeby opłacić mi studia i kupią coś innego.
- Ralf.
Zsunął się z materaca do wody, pomimo słońca lodowatej w kontakcie z suchą i rozgrzaną nim skórą.
- Idę.
Kurwa, kim oni są? Podobno skończyliście z monarchią w 1918.
Ralf uśmiechnął się do telefonu i przekraczając próg domu zgasił jego ekran. Mokre ślady skapującej za nim wody miały wyparować na słońcu zanim zdążyliby zasiąść do przygotowanego na patio stołu. Zapytał go wtedy, czy naprawdę chce wiedzieć.
Umieram z ciekawości. Więc? Myjący warzywa Moritz skinął na leżący na blacie nóż; Daniela i Marzell przelotnie spojrzeli sobie w oczy gdy Ralf wbił go w rozkrajanego arbuza, który pękł z trzaskiem pod kolejnym naciskiem ostrza.
- Ostrożnie - ostrzegł go ojciec, chociaż Ralf mógłby pokroić to wszystko z zamkniętymi oczami, nawet zajęty rozmową, ta jednak nie rozbrzmiała. Czerwone połówki zamieniły się w ćwiartki.
Przygotowywali śniadanie w ciszy, donosząc kolejne półmiski na stół: z mięsami i serem, owocami i warzywami, pieczywem i plackami dla Victorii, która odmawiała zjedzenia czegokolwiek innego.
Kiedy w szóstkę zasiedli do jedzenia, życząc sobie smacznego, jego rodzice stali się znów tymi milczącymi, eleganckimi ludźmi, którzy po ponad dwudziestu latach małżeństwa nie mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia. Ubrani w biel i beż bez słów podawali sobie talerze smukłymi, lekko opalonymi ramionami sięgającymi ponad blatem.
Ralf spojrzał na spokojną, ściągniętą twarz matki, otoczoną umodelowanymi blond włosami. Mama zasiadałaby w Federalnym Trybunale Finansowym gdyby potrafiła znieść chociaż sam widok monachijczyków. Jest sędzią.
Chryste, cokolwiek to znaczy. A ojciec? Ojciec Ralfa spojrzał na niego pytająco, czując na sobie jego spojrzenie.
- Jak notowania? - Ralf spróbował podjąć z nim rozmowę, chociaż dobrze wiedział, jaką odpowiedź usłyszy.
- W porządku - powiedział Marzell, bardziej do kromki pieczywa, na której rozsmarowywał pasztet, niż do niego. Z niej przeniósł wzrok na Moritza, który uśmiechnął się krótko, a Ralf wrócił spojrzeniem na swój przewijany palcem ekran. Wolałby sunąć nim po ciepłej skórze Claude'a, która mignęła na jednym ze zdjęć. Dyrektor strategiczny, nieważne gdzie, poza tym ma parę innych biznesów. Pewnie myśli o spółkach-córkach jak o swoich prawdziwych dzieciach.
Ralf tego wtedy nie wiedział, ale nie mylił się zbyt mocno: jeszcze zanim on sam przyszedł na świat, Marzell Voigt powoływał do życia niezliczone spółki, które sprzedawał konkurentom po zawyżonych do granic możliwości cenach kiedy tylko te przestawały raczkować i zaczynały dla nich stanowić realne zagrożenie na rynku. Nie pozostawiał im zresztą szczególnego wyboru; nieodkupione, wygryzłyby ich z biznesu ostrzonymi niepostrzeżenie zębami. Porywał się na coraz większe podmioty, aż któryś z nich dostrzegł to, co przez tyle lat robił i zaoferował pozycję po drugiej stronie transakcji M&A, choć specjalnością Marzella stało się to, aby do nich nie dochodziło. Umiał wytropić konkurencję i zdusić ją jeszcze w zarodku, rozpoznając schemat, którym sam się wcześniej kierował. Ralf był wtedy zbyt młody, by to zrozumieć - ale przecież miał wkrótce dorosnąć.
- Victoria - cichy głos jego matki rozbrzmiał wśród szczęku pracujących widelców i noży. - Dziecko, jak ty jesz? Jak ty siedzisz?
Z nogami na siedzeniu i plackiem nadzianym w całości na czubek widelca Victoria popatrzyła na nią pustym, zmęczonym wzrokiem. Ralf przypomniał sobie, że coś jej obiecał - i nie dotrzymał tej obietnicy. Podniósł się ze swojego miejsca i stanął za jej krzesłem, skąd mógł lekko chwycić jej dłonie, uzupełnić je o komplet sztućców i pokroić placki na mniejsze kawałki tak, jakby zrobiła to sama. Jej nadgarstki wydały mu się cienkie jak gałązki młodego drzewa; miał wrażenie, że złamałby je, chwytając je choć odrobinę mocniej. To wyglądało jakby poruszył marionetką.
- Nogi na ziemię - szepnął jej na ucho bez przygany, która przebrzmiała w głosie Danieli, i dosunął krzesło bliżej stołu, by więcej ich nie unosiła. Teraz trzymała widelec jak dorosła, nie w garści jak dziecko, którym była. Usiadł z powrotem na swoim miejscu i wrócił do jedzenia, nie mogąc przestać kontrolnie zerkać na diodę.
- Wyprostuj się. Spójrz na Ralfa.
Ale kiedy ta zaświeciła przestał stanowić dobry przykład i odchylił się na siedzeniu tak, by nikt nie mógł spojrzeć mu w ekran. Boże, o której ty wstajesz. Są wakacje.
Claude musiał otworzyć serię wysłanych mu zdjęć z basenu i znad stołu; odesłał mu zaspaną połowę twarzy, wspartą brodą na poduszce: A poza tym Guten Morgen, jakie plany ma mój ulubiony kaiser? Znowu wypływacie?
Zabierz mnie stąd, napisał do niego Ralf, odsyłając kolejne zdjęcie stołu, z którego powoli znikało jedzenie. Uniósł wzrok na zajętych własnymi talerzami rodziców, nieobecną myślami Suse, Moritza mówiącego coś półgłosem do ojca, Victorię, której nieruchoma, wsparta na wolnej ręce twarz nie zdradzała żadnych emocji. Czasem zastanawiał się, czy pamiętała rodziców sprzed zabiegów, niezdolny oprzeć się wrażeniu, że ta ograniczona mimika stanowiła odzwierciedlenie ich własnych sztywnych oblicz.
Plaża?
Za ile?
Przyjdę po ciebie, tylko się zbiorę. Póki co smacznego, złotko.

Kąciki ust Ralfa powędrowały w górę; ostatni raz sprawdził, czy nikt na niego patrzy i ujął między zęby nadziany na widelec kawałek arbuza, jakby ten, wraz z gotowym skapnąć mu z warg sokiem, miał być czym innym.
Zdjęcie. Zrzut ekranu. Odpowiedź.
Nie musisz mnie poganiać.
Ralf odszedł od stołu, nie odrywając wzroku od telefonu nawet na chwilę, której każdy inny człowiek potrzebowałby po to, by nie wpaść na szklane drzwi, nie potknąć się o ich próg, nie skręcić kostek na schodach - ale nogi poniosły go same.

Czekam, przeczytał Ralf po niespełna godzinie, która upłynęła mu w łazience, gdzie zmył z siebie zapach chloru i zastąpił go perfumami, choć jego skóra - co Claude miał wkrótce odkryć - pachniała inaczej w każdym miejscu: podebranym Danieli rozmarynowo-cytrusowym peelingiem, balsamem po goleniu, olejkiem do opalania, wczesanym w umyte włosy żelem, który miał się wkrótce zmyć, ale zanim to nastąpiło sprawiał, że układały się tak, jak lubił, i tak, jak wiedział, że lubią to inni. Ostatni raz zerknął w lustro i ze stukotem wsuniętych na stopy klapek zbiegł po schodach.
- A ty dokąd? - Usłyszał przy wyjściu, już z klamką w dłoni i ręcznikiem przerzuconym przez ramię, ubrany w same szorty kąpielowe. Obejrzał się na rodziców.
- Popływać.
Marzell i Daniela spojrzeli na niego tak, jakby zapomniał, że w basenie też była woda, ale zaraz wrócili do swoich zajęć z poleceniem, by uważał na słońce i wrócił na obiad.
Nie usłyszał ich zza zamkniętych drzwi. Z kolejnymi krokami bramka zatrzasnęła się za nim z metalicznym brzękiem, a jej pręty zadrgały lekko.
Claude czekał na niego za zakrętem ulicy, w pewnym oddaleniu od ogrodzenia ich budynku, i sam jego widok sprawił, że usta Ralfa samoistnie ukazały białe zęby w uśmiechu: po części dlatego, że naprawdę przyszedł, po części dlatego, że zdążył go polubić, po części zaś dlatego, że nie mogło nie podobać mu się to, co widział. Przyjrzeli się sobie jeszcze kiedy Ralf szedł w jego kierunku, nawzajem przyłapując swoje spojrzenia w miejscach, które przyciągały je najbardziej.
- Salut - zdążyło im się wyrwać z ust niemal jednocześnie, zanim te ucałowały oba policzki: trochę zbyt soczyście, by ten gest mógł być uznany za koleżeński, trochę zbyt blisko swoich kącików, by parę metrów dalej one same nie spotkały się w miętowym pocałunku, do którego Claude przyciągnął wpatrzonego w niego Ralfa przerzuconym mu przez bark ramieniem.
- Jakbym wiedział, że ten dzień zacznie się tak miło, może nawet rozważyłbym nastawienie budzika - szepnął Claude, nachylając się do jego ucha. - Chociaż może powinienem się cieszyć, że niemiecki klub swingersów puścił cię bez nadzoru.
- Zabawne - spojrzał na niego Ralf. - Pewnie będą dogorywać nad basenem do samego wieczora.
- Oby, bo wcześniej cię nie puszczę.
Obaj byli zbyt wymuskani, by mogło chodzić tylko o poranną kąpiel w morzu i odkąd tylko się do niego zbliżył, Ralf z przyjemnością chłonął rześki i świeży zapach, który roztaczała opalona skóra Claude'a po prysznicu. Czuł wodę kolońską na jego szyi; słoneczne ciepło ramienia, które co krok ocierało się o jego własne; przyjemny ciężar dłoni, która spłynęła z barku na biodro, póki mogli sobie na to pozwolić bez nikogo w pobliżu - i nie mógł powstrzymać uśmiechu, który wywoływało to na jego ustach.
Claude zerknął na niego pytająco, odgarniając z jego czoła złoty lok, który zdążył zsunąć się na nie po drodze.
- Dobrze pachniesz - usłyszał głos Ralfa, który skorzystał z okazji, by przelotnie zbliżyć twarz do wgłębienia jego szyi.
- Jak sport i czystość - pogłębionym na potrzeby kpiny głosem wymruczał Claude, odwracając tym samym własną uwagę od przyjemnego dreszczu, który niespodziewanie przeszedł go za sprawą muskającego skórę oddechu.
- Jak cedr i ambra - poprawił go Ralf, przewracając oczami. - I jakby miód, choć może to tylko neroli. Pasują ci... No co?
- Nic - Claude na moment odwrócił głowę, pierwszy raz kryjąc uśmiech. - Ty też dobrze pachniesz. Co to?
- Saint Laurent.
- No przecież, oczywiście. Teraz skręcimy tam - skinął w bok, odsunąwszy się nieco, ponieważ zza zakrętu wyłoniła się grupka ubranych w stroje ludzi.
- Myślałem, że idziemy na plażę.
- Bo idziemy; ale czy naprawdę myślałeś, że mój królewicz będzie pływał z pospólstwem? Tędy - Claude położył dłoń na dole jego pleców, prowadząc Ralfa przed sobą.
W oddali, zza miniętych drzew i krzewów, gęstych tak, że z poziomu ulicy nie było przez nie widać morza, wyłoniła się niewielka plaża; jej zejście było zbyt nieprzystępne, aby dotarli na nią turyści, choć pojedyncze butelki wystające spomiędzy traw i kwiatów rosnących wzdłuż niewyraźnej ścieżki zdradzały, że zdarzało się na nią zapuścić młodzieży.
- Pewnie przyprowadzasz tu wszystkie swoje księżniczki, co? - Zasugerował Ralf, ale zaraz tego pożałował, bo na te słowa Claude prawie oderwał dłoń od wgłębienia w jego talii, którą ujął lekko tak, jakby prowadził dziewczynę; Ralf przytrzymał jego rękę własną, zanim zdążyłaby się zupełnie cofnąć. - Tylko żartuję. Zostaw ją tak. To miłe.
Posłuchał go, choć nie bez zasianego poprzednimi słowami cienia wątpliwości, czy rzeczywiście powinien postępować z nim tak, jak z dziewczynami; Ralf był w końcu chłopakiem, a z nimi, w normalnych okolicznościach, zachowywał się inaczej. Ale teraz okoliczności były inne: nie tylko czuł palącą potrzebę, aby go chociaż dotknąć, ale i wiedział, że kiedykolwiek zechce, może to zrobić - gdziekolwiek akurat by nie zapragnął. Ta potrzeba nie była jednak niczym nowym; to normalne, że będąc w towarzystwie znajomi poklepywali się po ramionach czy kolanach.
Nową potrzebą była ta, aby to Ralf go dotknął, a kiedy to robił - co ku jemu własnemu radosnemu zdziwieniu miało miejsce niemal tak często, jakby sobie tego życzył - aby dotknął go mocniej, być może także czymś innym, być może także gdzieś indziej.
Mniej więcej w połowie drogi w dół, gdzie roślinność ustępowała miejsca skałom i piaskowi, Ralf zauważył w oczach Claude'a błysk. Zatrzymali się, ale zanim Ralf zdążył unieść zaskoczoną brew, Claude klepnął go w ramię i rzucił się biegiem w stronę morza, krzycząc: berek, krzycząc: kto ostatni, ten...
Ale Ralf go nie usłyszał, bo za nim pobiegł. Niesieni rozpędem nadanym im przez pochyłość wzniesienia, rzucając po drodze ręczniki i telefony, gubiąc klapki, kolejnymi sprężystymi susami wbili się w fale morza.
Przy brzegu woda rozprysnęła się pod nimi tak, jakby przeorały ją pociski; potem jej opór ich spowolnił.
Ralf naskoczył na jego plecy i byłby go podtopił, gdyby podnoszący się z nim na szyi Claude nie stracił równowagi, przez co po chwili obaj znikli w morzu. Wynurzyli się z kaszlem i śmiechem, wylewającą się z ust wodą, i szczeniacką uciechą, która nie pozwoliła im przestać - bo gdy tylko Claude odzyskał oddech, podtopił ocierającego szczypiące od soli oczy Ralfa, nie przewidując jedynie, że jeśli ten chwyci go w pasie pod wodą, on sam ponownie się pod nią znajdzie.
Strugi wody znów spłynęły im po twarzach z przemoczonych włosów kiedy wynurzyli się naprzeciw siebie - i nie tracąc czasu na nabranie powietrza rzucili ku sobie ponownie. Ralf nie uginał się już pod naporem wciskanych mu w barki dłoni, a jedyny raz, kiedy ustąpił na tyle, by Claude swobodnie mógł przerzucić mu przez ramiona nogi, zrzucił go z siebie do sięgającej im pasa wody po tych paru krokach, które zdążył pokonać z nim siedzącym mu wokół szyi.
- No już - wysapał Claude za którymś z tych podejść, zbliżając się do niego pokojowo. - No już, rozejm, koniec - podszedł jeszcze bliżej i przyciągnął go do siebie za krawędź szortów kąpielowych. - Już koniec - powtórzył, i kiedy Ralf skupił uwagę na jego zbliżających się powoli ustach, pewien, że sunące w górę torsu ręce miały tylko opleść szyję przy pocałunku, Claude przeniósł na nie cały ciężar ciała.
Kiedy Ralf wynurzył się z wody, on już płynął z falami do brzegu.
- Nigdy nie ufaj Francuzom, złotko - krzyknął za siebie, widząc goniącego go Ralfa. - Historia powinna była was tego nauczyć, ale z rozkoszą zrobię to sam!
Już bliżej brzegu zwolnił. Chciał, żeby go złapał; żeby szamocząc się na spienionym styku morza i lądu doczołgali się na mokry piasek, który podmywały cienkie warstwy nakładających się na siebie fal.
Ralf wciągnął go za nogę w głąb morza, ale ryjąc dłońmi po dnie Claude był w stanie to powstrzymać - aż zrzucając się z siebie nawzajem przetarzali się tam, gdzie woda sięgała jedynie ich splecionych ze sobą nóg: zdyszani i roześmiani, pokryci jej kroplami i piaskiem.
Jego ziarnka na niemal brązowej skórze Claude'a wyglądały jak gwiazdy - te odważniejsze, pojawiające się jeszcze podczas zachodu, pomimo tego, że słońce nie znikło. Z białą skórą Ralfa zlewały się niemal zupełnie, choć były widoczne - jak te najwytrwalsze, przeżywające od nocy do samego bladego świtu, pomimo tego, że słońce już wstało. Kiedy tak na sobie leżeli, z klatkami falującymi w łapanych oddechach, ta różnica była najbardziej widoczna.
Uwydatniła się tylko gdy opalona dłoń Claude'a odcięła się na jego policzku; gdy jasna dłoń Ralfa przesunęła się w odpowiedzi po jego boku, lekko lecz zdecydowanie przyciągając go bliżej.
Spojrzeli sobie w oczy, na zroszone morską wodą usta, w dół, w powstałą między nimi na chwilę przestrzeń między torsami i biodrami, dotąd i tak przylegającymi do siebie tak, że nie potrzebowali tego potwierdzenia. Musieli być tego świadomi odkąd tylko się zobaczyli; odkąd otarli się o siebie wśród załamujących się miękko fal.
Claude wrócił wzrokiem od krawędzi kąpielówek Ralfa i zawisł nad jego twarzą, nadal wytrącony z równowagi tym, jak on sam na niego patrzył. W tych oczach widział zaproszenie, które przyjął, prośbę, którą zechciał spełnić, bezwstydną prowokacyjność, która tylko go nakręciła. Przywarł do niego ustami; z kolejnymi pocałunkami słony smak pokrywającej je wody ustąpił letniej słodyczy śliny.
Po kolejnym kontrolnym spojrzeniu przesunął dłoń z jego policzka na szczękę, zahaczając kciukiem o jego dolną wargę, która odgięła się miękko, ukazując rząd zębów - a ta po chwili odskoczyła na swoje miejsce za sprawą frywolnego, napinającego usta Ralfa uśmiechu, wywołanego przez myśl, że gdyby Claude tylko zechciał, gdyby tylko mu pozwolił, mógłby przesunąć po nich czymś więcej. Claude zauważył tę jawną obietnicę i sam spróbował powstrzymać uśmiech, który wywołała - lecz bezskutecznie.
Potem jego dłoń spłynęła z wysokości twarzy Ralfa w dół, palcami badając wypukłość napiętych mięśni brzucha pod białą skórą, cienką na tyle, by mógł wyczuć żyły prowadzące poniżej podbrzusza. Tam zatrzymał się, być może do ostatniej chwili niepewien, czy Ralf tego chciał, nawet jeśli on sam - wsparty na łokciach - przez cały ten czas wyczekującym wzrokiem obserwował wędrówkę ręki Claude'a po swojej skórze. Przetarła na jego torsie ślad wśród drobnych kropli wody, tworząc ścieżkę, którą niektóre z nich spływały jak deszcz po szybie.
Claude spojrzał Ralfowi w oczy, lecz widząc kryjące się w nich pytanie Ralf tylko przytaknął niecierpliwie, jakby go prosił.
Jedynie to powstrzymywało dotąd Claude'a przed przesunięciem dłoni niżej, na materiał kąpielówek, pod którym poczuł jego wzwód. Pocałował go jeszcze raz, zanim szarpnięciem ściągnął je ku dołowi i patrząc mu w oczy - te naglące, rozpalone oczy - nabrał w dłoń zebraną z tym zamiarem w ustach ślinę. Zrobił to nieśpiesznie, po części chcąc zyskać na czasie, po części czerpiąc przyjemność z widoku kogoś, kto tak otwarcie sygnalizował, że go chciał.
Przecież pamiętał, jak to się robi; jak sam lubił, kiedy ktoś robił to mu i jak sam robił to sobie. Nie wiedział jedynie co mógł lubić Ralf, a właśnie to chciał mu dać, choć po sposobie, w jaki pod jego dotykiem zaczerpnął powietrza, Claude zrozumiał, że mu się podobało. Jednostajna praca nadgarstka i to zaciskających się, to luzujących palców powoli przyspieszała, aż Claude pojął, że zostało mu niewiele czasu do podjęcia decyzji, którą brał pod uwagę od ich pierwszego spotkania. Zapytał wtedy samego siebie czy mógłby i czy byłby w stanie, ale słysząc we własnych myślach twierdzącą odpowiedź postanowił zignorować to, jak szybko nadeszła.
Odsunął twarz od twarzy Ralfa.
Przesunął ją w dół, tą samą przetartą trasą, którą wyznaczył już dotyk jego dłoni, pozwalając ustom otrzeć się o jego skórę w paru punktach. Zdążył na niego stamtąd spojrzeć, zobaczyć zauroczenie, z jakim obserwował go Ralf, zanim wziął go w usta - płytko, tylko na tę krótką chwilę, która dzieliła go jeszcze od dojścia. To musiało do niego doprowadzić, bo zaraz poczuł, jak rozpłynął mu się na języku; zobaczył drobne skurcze, które zagrały na mięśniach jego podbrzusza; usłyszał znajome mu już westchnienie.
Przełknął to, co zdążyło już spłynąć mu w dół gardła, ale wyprostowawszy się na kolanach odruchowo wypluł przez ramię resztę. Dopiero wracając spojrzeniem na Ralfa zrozumiał, że mógł go tym urazić, ale Ralf tylko uśmiechnął się do niego łagodnie, z pewnym pobłażaniem, i wyciągnął rękę do jego twarzy. Chwycił dłonią jego brodę i scałował z ust resztę.
Kiedy Ralf spojrzał na niego ponownie Claude zrozumiał, że zrobił to z aprobatą, która sprawiła, że i on się uśmiechnął - zbyt szczerze, by zdążył schować lekką nerwowość pod kryjącą ją dotychczas warstwą szelmostwa.
Przesunął się tak, by móc usiąść obok Ralfa. Nie oczekiwał niczego w zamian - co myślał, że da mu tym samym do zrozumienia - ale nie zdążył na dobre usadowić się na piasku, kiedy Ralf sam go na nim posadził uczepionymi jego bioder dłońmi.
Zdziwnie, które zobaczył na twarzy Claude'a, kazało mu natychmiast je unieść: lekko, na tyle tylko, by oderwać palce od jego skóry.
- Mogę? - Zapytał, samemu aż zbyt dobrze pamiętając wszystkie razy, gdy ktoś - błędnie odczytując uprzejmość jako flirt i z góry zakładając, że był hetero - przekroczył tę granicę bez jego zgody.
Claude przytaknął - szybko i parokrotnie, krótkimi, nerwowymi ruchami. To nie przekonało Ralfa, który przyjrzał mu się z uwagą.
- Bo jeśli nie chcesz-
- Chcę.
- Na pewno?
- Tak. Tak. Po prostu mnie zaskoczyłeś.
Ralf z lekkim uśmiechem uniósł brew, jakby chciał powiedzieć, że Claude nie powinien być zaskoczony; że zaskoczony dopiero będzie. Przeciągnął się lekko, strzelając przy tym stawami nadgarstków i karku - czemu Claude przyglądał się z wyczekującym zaciekawieniem - i kiedy Ralf wreszcie się nad nim nachylił, ponownie uczepiony dłońmi tej granicy między nagą, opaloną skórą, a mokrą po kąpieli tkaniną szortów, Claude w pierwszej chwili poczuł tylko chłód złotego łańcuszka zwisającego z jego szyi.
Łańcuszek przesunął się po jego piersi w dół brzucha, uginając w kontakcie z wypukłościami mięśni i torując drogę ustom, które ruszyły jego śladem - powolnymi, posuwistymi krokami, stawianymi w tym krótszych odstępach, im niżej zsunął się Ralf. Na wysokości przytrymowanej ścieżki włosów, prowadzących od pępka do krawędzi kąpielówek, Ralf uniósł na chwilę głowę, po to tylko, aby z upodobaniem przyjrzeć się podbrzuszu. To był wzrok konesera patrzącego na swój ulubiony obraz, co Claude pojął, gdy Ralf na moment spojrzał mu w oczy - już ciągnąc gumkę jego szortów w dół, już wracając wargami na podbrzusze i odsłonięty tym ruchem pas jaśniejszej skóry, której nie sięgnęło słońce.
Była słona od wody, co Ralf czuł już językiem, którego ziarnistość napotykała pory ogolonej skóry i przystrzyżone, miękkie owłosienie, nieco zbyt zadbane, by w jego głowie nie pojawiła się radosna myśl, że jego stan był zamierzony - z myślą o nim. Uśmiechnął się, spoglądając na Claude'a z dołu.
Potem ujął jego członka w dłoń, po to tylko, by przytrzymać go, gdy z przechyloną w bok głową przeciągnął schowanym w zwilżonych wargach językiem od nasady po sam jego czubek. Warstwa szklistej, lekko spienionej śliny pokryła skórę jego wzwodu dokładnie tak, jak robiły to łagodne fale z szumem obmywające ciemny piasek na styku morza i lądu.
Ralf zajął się nim z leniwą rozkoszą: to wtulając twarz w całowaną szeroko rozwartymi ustami pachwinę, to przesuwając nimi w przerwie między opuszkami palców a przegubem pieszczącej go dłoni, to ujmując go u dołu między te ciepłe, rozwarte wargi, którymi rozchodził się uśmiech ilekroć Ralf - wpatrujący się w niego niemal czule - podłapał jego spojrzenie. Było coś pornograficznego w sposobie, w jaki to robił; coś niewinnego w rysach jego twarzy; coś grzesznego w radości, jaką zdawał się z tego czerpać. To była osobliwa mieszanka: coś jakby anioł i diabeł jednocześnie, coś tyleż niebiańskiego, co piekielnego.
I chociaż Claude raz za razem przymykał oczy, pozwalając głowie opaść w tył, nie mógł oderwać od Ralfa wzroku: od tego, jak przyciskał go dłonią do gładkiego policzka z ustami zassanymi na skórze poniżej, jak z nich samych spływała dodawana z wyczuciem ślina, jak przesuwały się po nim i otwierały szerzej, ukazując różowy język. Jak pod koniec którejś z jego wędrówek wreszcie ujęły go całego, gładko spływając do niemal samego dołu, tylko po to, by wrócić w górę i zrobić to ponownie, aż z gardła Claude'a, gdzieś z jego wnętrza, wyrwał się jęk wydobyty sięgającym przepony spazmem.
Jego głowa wreszcie opadła w przód i oddychając ciężko spojrzał na prostującego się na klęczkach Ralfa, którego usta ściągnęły się z lewa na prawo, gdy zasysał przestrzeń pomiędzy swoimi policzkami. I kiedy Claude był pewien, że on splunie, Ralf uśmiechnął się samym kącikiem ust. Potem te otworzyły się, pokazując to, co w nich zebrał; to, co po chwili schowało się w nich ponownie, zgarnięte podwijającym się w górę końcem wystawionego języka; to, co Ralf przełknął - z zadowolonym uśmiechem, tyleż rozkosznym co zuchwałym, jakby dopiero co pokazał mu opanowaną już sztuczkę i jakby rozbawiło go zaskoczenie, w które go tym wprawił.
Claude patrzył na Ralfa z rozchylonymi lekko ustami kiedy ten siadał na piasku obok niego, tak jak on wspierając się na wyprostowanych za plecami rękach. Prawie się roześmiali napotykając swoje spojrzenia, które zaraz uciekły gdzie indziej: na plażę, na morze, na błękit bezchmurnego nieba, ale tylko na chwilę, bo zaraz odnalazły się ponownie.
Ralf zdążył zwrócić twarz w górę, wystawiając ją na ciepłe promienie słońca, które zmusiły go do zamknięcia oczu, kiedy poczuł na sobie wzrok Claude'a. Otworzył je i spojrzał na niego z przechyloną lekko w bok głową.
- No co?
- Nic - odpowiedział znów Claude, ale tym razem nie powstrzymał się przed wypowiedzeniem na głos tego, co chodziło mu po głowie. - Wszystkich swoich chłopców traktujesz tak dobrze?
Ralf uśmiechnął się pod nosem, przenosząc na moment wzrok z jego oczu na piasek i zdając sobie nagle sprawę, że dokładnie tego powinien był się spodziewać po tym, jak sam zadał podobne pytanie. Kiedy zastanawiał się nad odpowiedzią, Claude zdążył założyć, że jej nie otrzyma.
- Tylko tych, których lubię - usłyszał nieoczekiwanie głos Ralfa, co sprawiło, że jego własne zęby błysnęły w uśmiechu. Ich spojrzenia uciekły od siebie kolejny raz, jakby speszone, lecz po chwili ciszy, która wtedy nastała, odnalazły się ponownie - tym razem badawcze, pytające, niepewne.
- A jest ich wielu? - Odważył się dopytać Claude.
- Jest taki jeden. Tylko mu nie mów.
- Tak? - Nachylił się do Ralfa. - A kto to taki? Znam go?
Ralf uśmiechnął się, ale nie umiał mu wtedy spojrzeć w oczy - nie od razu - więc przeniósł uwagę na załamujące się nieopodal nich fale. Kiedy jednak wreszcie to zrobił, Claude okazał się nadal go obserwować, z czymś nowym w spojrzeniu brązowych, wesoło zmrużonych oczu.
Z czymś łagodnym, czymś młodym - i niewinnym.
- Możesz mi powiedzieć - ponaglił zaczepnie Ralfa, uśmiechając się zachęcająco.
- Ale na pewno się nie wygadasz? - Ralf ostrożnie zbliżył twarz do jego twarzy, wpatrzony w jego usta.
- Obiecuję - szepnął Claude, całując go.
Trochę inaczej, niż dotychczas.

Wylegiwali się w cieniu drzewa, muskani ciepłymi plamami przebijającego spomiędzy jego liści słońca, które tańczyły na ich twarzach ilekroć ciepły wiatr poruszył gałęziami. Za jego sprawą woda zdążyła wyschnąć na ich skórach, pokrywając je cienką warstwą soli, szorstkiej pod dotykiem ścierających ją zaczepnie palców. Zostawiała na ich opuszkach biały pył - wspomnienie tego, jak przykryły ich fale, których nie zauważyli, zbyt zajęci własnymi złączonymi w pocałunku ustami; tego jak Ralf zarzucił Claude'owi ramiona na szyję, przysuwając się bliżej za dotykiem jego rąk, które przyciągnęły go wtedy za biodra i sięgnęły dalej, na pośladki i pod nie.
Wspomnienie tego, jak Claude chwycił i uniósł go, lekkiego w tej wodzie. Jak Ralf oplótł go wtedy w pasie nogami, przywierając do niego całym sobą. Jak fale rozprysły się o plecy Claude'a, kiedy z kolejnymi pocałunkami i towarzyszącym im przyjemnym ruchem bioder Ralfa ruszył z nim w kierunku brzegu, na którym znów na siebie runęli.
Zatrzymali się wtedy na pocałunkach, na kolejnych szczeniackich zaczepkach, zafascynowani tą nowoodkrytą możliwością - którą Ralf zdążył do siebie dawno dopuścić, i kolejną, którą Claude zaczął przez niego rozważać.
To musiało kiedyś nastąpić, ale jeszcze nie wtedy.
Claude roztarł sól pomiędzy palcami i przeniósł wzrok z własnej dłoni na Ralfa, który z wetkniętym mu za ucho kwiatkiem kolejny raz częstował się skrojonym w kostkę melonem. Zdążyli go kupić wybrawszy się do sklepu po wodę - po części dlatego, że chciało im się pić, po części dlatego, że gdyby nie znaleźli innego zajęcia, skończyliby spędzając ten czas inaczej.
Nie znali się nawet jednego dnia, chociaż im obu wydawało się wtedy, że znali się już od dawna; znacznie dłużej, niż byli w stanie sięgnąć pamięcią. Przyjrzawszy się kolejny raz twarzy Ralfa Claude roztarł na niej przeoczoną wcześniej smugę kremu z filtrem, wciąż rozbawiony tym, że w przeciwieństwie do niego Ralf musiał z niego korzystać.
- Bo co, bo staniesz w ogniu jak pierdolony wampir? - Zaśmiał się jeszcze kiedy Ralf rozsmarowywał biały filtr na niewiele od niego ciemniejszych przedramionach. - I zamienisz mi się w stos popiołu? Tego bym nie chciał, no daj, przecież cię posmaruję.
To i poprzednie wspomnienia - wtedy jeszcze zbyt świeże, by myślał o nich w czasie przeszłym - rozprysły się z dźwiękiem wibrującego telefonu Ralfa. Ralf zignorował już jedno z tych połączeń; przecież mógł wtedy być w wodzie. Tym razem minęło jednak zbyt dużo czasu, by ktokolwiek uwierzył, że od ponad godziny wciąż z niej nie wyszedł. Westchnął i odebrał.
- Ja? Tak, na plaży.
Claude spojrzał na niego pytająco; mama, powiedział bezgłośnie Ralf, na co ten przytaknął.
- Obiad? Nie, nie jestem głodny, już jadłem.
Cisza. Ralf mógł niemal zobaczyć, jak w jej trakcie Daniela zdążyła otworzyć aplikację banku i sprawdzić historię transakcji na jego koncie, złączonym z jej własnym. Podejrzewał, że to robiła.
Claude nadal na niego patrzył: to był pierwszy raz, kiedy słyszał, jak Ralf posługiwał się niemieckim. Ralf uśmiechnął się do niego przepraszająco.
- Na pewno nic nie chcę. Tak, wiem, że są smaczne, ale mamo, ja naprawdę nie jestem głodny. Tak, wiem, że zanim to dowiozą minie trochę czasu. Może później. Nie, posiedzę jeszcze na plaży. Tak, posmarowałem się. Dobrze. W porządku. Tschüs.
Zgasił ekran i niedbale odłożył telefon na róg ręcznika, na którym sam leżał, i ponieważ Claude wciąż na niego patrzył, Ralf uniósł pytająco brew.
- Brzmisz inaczej, kiedy mówisz po niemiecku - wyjaśnił mu po chwili Claude, wreszcie umiejąc nazwać to, co przykuło jego uwagę kiedy Ralf odebrał to połączenie. - Po angielsku też, ale tego prawie nie słychać, przynajmniej póki to tylko wtrącenia, ale niemiecki...
- Co z nim?
- Powiedz coś jeszcze.
- Co chciałbyś usłyszeć?
- Och kurwa.
- No co?
- Nic. Masz wtedy głębszy głos.
- Podoba ci się?
Claude uśmiechnął się, rozrywając w palcach źdźbło trawy, którym się bawił.
- Jak cholera - przyznał po chwili. - Nie sądziłem, że kiedykolwiek powiem to o niemieckim. Wow.
- Jeszcze niejednym cię zaskoczę - podjął Ralf, w odpowiedzi słysząc jedynie przeciągły, usatysfakcjonowany pomruk. - I poczekaj, aż będziesz tak mruczał z innego powodu. Zadowolony?
- Niesamowicie - przyznał Claude przeciągle, z ustami rozciągniętymi w ukontentowanym, sięgającym oczu uśmiechu. - I chyba wiem, o co chodzi. We francuskim skupiasz się na wymowie.
- Nie chcesz wiedzieć, jak bełkotałbym, gdybym tego nie robił - zaśmiał się Ralf, ale Claude pokręcił na to głową.
- Nie, nie, po prostu mówisz, nie wiem, jakby z ust, zamiast z gardła i przepony. Spróbuj przenieść dźwięk niżej. Tutaj - wskazał palcami na miejsce, w którym znajdowała się jego krtań. - Skoro już wiemy, że potrafisz.
Ralf roześmiał się, krótko i miękko, po czym wybiegł wzrokiem w dal.
Odchrząknął, usiłując spoważnieć i dopiero wtedy się odezwał.
- W ten sposób? - Spróbował, co sprawiło, że usta Claude'a znów rozwarły się lekko w niemożliwym do pohamowania zdziwieniu. - Czy może wolisz, żebym mówił tak? - Powiedział jeszcze głębszym głosem, brzmiącym tak, jakby w sekundę postarzał się o paręnaście lat.
To był głos mężczyzny, którym miał się wtedy stać: kogoś poważniejszego, dojrzalszego i - czego nie miał wtedy prawa wiedzieć - niemającego już wiele wspólnego z tym, kim był beztroski nastolatek siedzący tego lata pod drzewem na południu Francji.
- O kurwa. To to. Bogu dzięki, że nie chodzi po prostu o niemiecki.
- Zwyczajnie przyznaj, że nie jest aż tak zły, za jaki go uważałeś. No dalej, powiedz to, Claude: podoba mi się niemiecki.
- Nie wolałbyś usłyszeć, że podoba mi się twój głos?
- A podoba?
Claude rozerwał w dłoni kolejne źdźbło, na którym skupił uwagę, zanim zdobył się na odpowiedź.
- Tak - przyznał. - Jest przyjemny.
Ralf uśmiechnął się w sposób, który wydał się Claude'owi słodki, choć do niedawna myślał tak wyłącznie o uśmiechach dziewczyn - chociaż to nie była ta sama słodycz, a jakiś inny jej rodzaj, tak jak słodycz cukru różniła się od słodyczy miodu. Nie wiedział, którą z nich wolał, ani czy to, którą akurat wybrał, nie wynikało wyłącznie z przejściowej ochoty.
- Posłuchaj... - Ralf podjął inny temat.
- Tak?
- Nie chciałbyś później skoczyć gdzieś na obiad? Gdzie wy tutaj jadacie?
- W domu - zaśmiał się Claude. - Tam przy bulwarze jest parę knajp, które są niezłe, ale gdybyś chciał, możemy zjeść u mnie.
- Serio?
To zdziwienie było szczere: Ralf nie przywykł do takich zaproszeń nawet po latach znajomości.
- No pewnie. Przecież moja babcia i tak gotuje jak dla wojska. No chyba, że twoje wydelikacone podniebienie nie przywykło do kuchni bez chociaż jednej gwiazdki Michelin...
- Zabawne.
- Może powinienem cię uprzedzić, że warzywa nie będą cięte od linijki.
- Ej - Ralf szturchnął go, roześmiany.
- To jak? Zaproszenie przyjęte?
- Tak. Dzięki - uśmiechnął się do Claude'a, najpierw z wdzięcznością, potem przez myśl, która przyszła mu do głowy.
- Co cię tak bawi? - Zapytał Claude, zauważając ten błysk w jego oku.
- Nic. Nic - Ralf pokręcił głową. - Spodobało ci się tak, że aż przedstawisz mnie rodzicom?
Claude sam się na to uśmiechnął, choć spuścił wzrok.
- Najwyżej dziadkom i Cosmo.
- Kim jest Cosmo?
- Bratem ojca.
- Wujkiem?
- Bratem ojca - powtórzył Claude, jakby przeganiając podsunięte przez Ralfa słowo uniesioną lekko dłonią. - Zrozumiesz, jeśli będziesz miał okazję go poznać. Prawdę mówiąc nie wiem, czy będzie akurat na nogach... ale zrozumiesz. Zobaczysz i zrozumiesz, o co mi chodzi. I Ralf...
- Tak?
- Podobało mi się.
Gdyby tylko wiedział, jak bardzo.

- Tylko uważaj na... - Claude nie zdążył dokończyć, ponieważ kiedy tylko otworzył drzwi domu dziadków, przednie łapy wielkiego, brązowego wyżła, ślizgające się po posadzce w biegu do wejścia odkąd tylko ten zauważył ich z kuchennego okna, uderzyły w locie o pierś Ralfa. Ale Ralf znów nawet zbytnio się nie cofnął, tak jak wtedy, gdy pchnął go Claude. - Mokę. To pies Cosmo, sorry, mogłem uprzedzić cię wcześniej.
Ralf go nie słuchał, bo kiedy tylko pies opadł z powrotem na przednie łapy on sam przy nim ukucnął, już tarmosząc jego policzki i drapiąc go za uchem. Dopiero gdy Moka naskoczyła na niego ponownie, poczuł pod sobą twardy chłód podłogi. Ciężar wyżła zmusił go do tego, by usiadł, zanim Ralf zorientował się, że jest wystarczająco silny, aby to zrobić.
- I to dopiero jest pies - wycmokał z zadowoleniem, głaszcząc Mokę po plecach i nie przejmując się językiem, który wylizał mu twarz, dosięgając jej spomiędzy ostrych zębów masywnej szczęki. - Nie jakiś szczurowaty York lub inna roztrzęsiona Chihuahua. Kto jest dobrym pieskiem? No kto? Claude, jaka to rasa?
- Rhodesian ridgeback - Claude również ukucnął przelotnie, aby przesunąć parę razy dłonią jej grzbiecie, którym ciągnął się charakterystyczny, wypukły pas sierści. - Afrykański pies na lwy.
Ralf obejrzał się na jego łydkę i delikatnie przeciągnął palcem po zabliźnionym śladzie ugryzienia na jego skórze; zauważył te nadszarpnięte wkłucia zębów już wcześniej.
- To ona?
- To? Nie, to mój własny, z dwa lata temu. Babciu? - Z kuchni dał się słyszeć zbliżający się stukot twardych klapek. - To Ralf, jest z Niemiec, zostanie z nami na obiad. A o tym - Claude ponownie zwrócił się do Ralfa, chcąc dokończyć wcześniejszą myśl - mogę opowiedzieć ci później.
Babcia Claude'a pojawiła się w progu. Ralf prawie zerwał się na nogi, zamierzając jej się przynajmniej ukłonić, ale ona niedbałym gestem - w przerwie na wytarcie rąk trzymaną w nich ścierką - wskazała mu, że nie jest to konieczne. Uśmiechnęła się do nich obu serdecznie, jakby przez cały ten czas tylko czekała, aby ich wreszcie zobaczyć; jakby Ralf nie był kimś obcym, a członkiem rodziny, którego przybycia już dawno się spodziewała.
Ralf nigdy nie widział takiego uśmiechu we własnym domu.
- Usiądźcie na tarasie - poleciła Claude'owi, wracając już do kuchni, skąd po chwili dobiegł ich stukot pracującego noża i chrupanie świeżych warzyw rozpoławiających się pod jego naciskiem. Na oleju zaskwierczało coś, co musiała w międzyczasie wrzucić na patelnię.
- Cosmo śpi? - Zapytał Claude.
- Śpi, śpi, co innego ma robić. Taksówkarz wyrzucił go tu nad ranem jak jakiś capiący na kilometr worek śmieci; musiał sam go wywlec z auta i przysięgam, że tyle brakowało, tyle!, abyśmy zostawili go tak pod drzwiami. Może sprawdź czy byłby w stanie przełknąć obiad, lub czy nie potrzebuje więcej ibupromu. Chodź tu, Ralf, zaraz podam do stołu. Quentin, przycisz nieco te radio - proszę!
Claude wyprostował się i pomógł Ralfowi dźwignąć się z podłogi z pokrzepiającym uśmiechem, którego zauważył, że ten musiał potrzebować, ponieważ w jego oczach pojawił się niepokój. To była zupełnie obca mu sytuacja, co Claude musiał zrozumieć dopiero w tej chwili.
- Zaraz do ciebie przyjdę - szepnął mu na ucho, krótko przytrzymując ramię Ralfa w mocnym, uspokajającym uścisku dłoni. - No już. Tylko sprawdzę, czy Cosmo jeszcze nie udławił się własnymi rzygami.
- Podobno to on cię pilnuje - zdążył zauważyć Ralf, na co Claude, już skierowawszy kroki w stronę prowadzących na wyższe piętro schodów, jedynie odwrócił się do niego ze wzruszeniem rozłożonych ramion i wymownym uśmiechem.
Z Moką ocierającą mu się o nogi Ralf ruszył do kuchni, nieco cieplejszej od reszty domu za sprawą stygnącego na kuchence obiadu. Poczuł jego zapach jeszcze z uchylonych okien, kiedy znaleźli się przy ogrodzeniu tego domu: morski i pomidorowy, z wyraźnymi nutami ziół i anyżu, oraz - co wyodrębnił z tej mieszanki teraz - skórki pomarańczy. Lecąca z trzeszczącego nieco radia muzyka przycichła, lecz wciąż było ją słychać.
- Tędy, Ralf, nie krępuj się - zawołała go babcia Claude'a, ponownie przecierając dłonie ścierką.
- Dzień dobry - chciał przywitać się z nią Ralf skinieniem głowy, ale ona chwyciła jego twarz w miękkie ręce, przyglądając mu się tak uważnie, jakby za chwilę miała powiedzieć, że nie zmienił się ani trochę od ich ostatniego spotkania.
Dokonawszy tych oględzin poklepała go z uśmiechem po policzku i wcisnęła mu w ręce koszyk z pokrojonym pieczywem, wskazując przy tym prowadzącą przez jadalnię drogę na taras, skąd dobiegała muzyka. Ralf ruszył tam niepewnie, wciąż z psem plączącym mu się pod nogami. Na jego widok rozsadzony w wiklinowym fotelu Quentin, dziadek Claude'a, uśmiechnął się szeroko, zgasił wypalanego papierosa i wyciągnął dłoń do uścisku - drugą poklepując Ralfa po barku, kiedy ten chwycił ją na powitanie, jakby była jedynym znanym mu słowem z całego słownika obcych mu zachowań.
- Czuj się jak u siebie - usłyszał jeszcze, zanim Quentin wskazał mu dłonią stół, zachęcając, aby usiadł gdziekolwiek zechce.
Kiedy Ralf wreszcie to zrobił, on uniósł wskazujący palec w górę, jakby coś mu się przypomniało; wrócił z kieliszkami i butelką wina, oraz Claudem, do którego mrugnął porozumiewawczo. Postawione na blacie szkło zadźwięczało czysto, a z butelki dobiegł bulgot, kiedy przechylił ją, napełniając im kieliszki skrzącym się na słońcu białym winem.
Obok kieliszków pojawiły się dwa komplety głębokich i zwykłych talerzy, przez co Quentin podniósł wzrok na żonę i poderwał w górę szyjkę trzymanej butelki, jakby wiedząc, że ta za chwilę pogrozi mu palcem. Kiedy tylko Lina wróciła do kuchni, dolał im więcej niż uspokajająco zdążył jej to pokazać gestem własnej dłoni.
- Wystarczy - chciał przystopować go Claude - później idziemy jeszcze pływać.
Dziadek Claude'a uniósł jedynie brew, wiedząc wtedy lepiej niż oni, że kiedy tylko zjedzą wszystko to, co zostanie im podane do stołu, pływanie będzie ostatnim, na co będą mieli ochotę. Mimo to wetknął korek z powrotem do butelki i ze zmrużonymi w dobitnym komunikacie oczami postawił ją przed Claudem na stole.
- Gdyby wam posmakowało, w lodówce chłodzi się druga. A trzecią, zdaje się, znajdziesz u Cosmo... Chyba że zdążył ją otworzyć?
- Nie zdążył.
- No to wiesz co robić - Quentin mrugnął do niego, zanim zniknął za drzwiami tarasu aby przynieść garnek czegoś, co wyglądało na zupę rybną, choć pływały w niej także owoce morza. Postawił naczynie na korkowej podkładce; obok zaraz pojawiła się także misa z sałatką, w której połyskiwały różowe krewetki.
Ralf obserwował to wszystko rozlatanym wzrokiem, zupełnie nie wiedząc jak powinien się zachować. Quentin miał już skierować się z powrotem do środka, kiedy niespodziewanie zwrócił się do niego po niemiecku.
- Pewnie jesteś z północy Niemiec, racja? Niech zgadnę...
- Hamburg - uprzedził go Ralf, uśmiechając się z ulgą na te parę znajomych słów.
- Oczywiście, że Hamburg. Piękne miasto. Choć musiało się bardzo zmienić, odkąd ostatnio tam byłem. Urodziłeś się tam?
- Tak.
- To pewnie żeglujesz.
- Zgadza się, proszę pana.
Quentin uśmiechnął się sam do siebie, jakby przetarł kurz ze starej pocztówki i odkrył, że choć wyblakła, wciąż ukazywała ten sam obrazek.
- Miłych wakacji, Ralf. Mam nadzieję, że Claude dobrze dotrzymuje ci towarzystwa - z tymi słowami znikł za progiem tarasu, a Claude zwrócił ku Ralfowi twarz, wyraźnie zaskoczony wymianą, której był właśnie świadkiem.
- Jedzcie - ponagliła ich Lina, wychylając się przez drzwi. - Claude, nałóż mu więcej, na litość boską; czy ty nie widzisz, jaka to chudzina? Cały dzień nad wodą, a ten jak wróbelek...
- Co to? - Nachylił się do Claude'a Ralf, pytając go szeptem.
- Bouillabaisse. Lepiej jedz, zanim sama zacznie cię karmić. Smacznego - z tymi słowami Claude chwycił łyżkę i kromkę chleba, którą demonstracyjnie umoczył w gęstej zupie, widząc, że Ralf nie wiedział jak zabrać się za jej jedzenie.
Stuknęli się kieliszkami, z uśmiechami, którymi równie dobrze mogli wymieniać się od tysięcy lat. Wino okazało się rześkie i słodkie, jakby powstało specjalnie z myślą o tym letnim popołudniu, w które okazało się, że mogą zrobić to ponownie.
- Smakuje ci? - Zapytał po jakimś czasie Claude. - Bo wiesz, jeśli nie, to jeszcze możesz pojechać do Marsylii po coś z wyższej półki.
Ralf otarł uśmiechnięte usta serwetką, ale nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ o blat zadźwięczała blaszka jeszcze letniego ciasta, którego pulchną, złota powierzchnię przetykał róż truskawek. Lina spojrzała na jego talerz oraz to, ile zupy zniknęło z garnka i uśmiechnęła się, dopiero teraz zadowolona.
- W zamrażalniku są jeszcze lody - szepnęła do Claude'a, nachylając się do niego z ręką na jego ramieniu, jakby oczekiwała, że ich opakowanie zniknie zanim ponownie zajrzy do chłodziarki.
Ralf i Claude wymienili się spojrzeniami, oboje zbyt pełni po posiłku, by znaleźć w żołądkach miejsce na choć jeden kawałek ciasta. Wzrok Claude'a powędrował od kieliszka Ralfa do własnego i do stojącej w zasięgu jego ręki butelki, którą otworzył z poddańczym westchnieniem i uśmiechem, tym samym, z którym wskazał Ralfowi miejsce obok siebie. Ralf przesunął się do niego, dotąd usadowiony naprzeciwko, i przygarnięty przez Claude'a przerzuconą mu przez szyję ręką oparł głowę na jego ramieniu, już czując senną ociężałość, tę, w którą potrafiła wprawić wyłącznie odpowiednia mieszanka smacznego jedzenia i alkoholu.
- Ale wiesz, że teraz już stąd nie wyjdziesz, dopóki tego nie zjemy? - Zapytał go Claude, przytykając usta do czubka jego głowy.
Ralf przytaknął ospale, przymykając na chwilę oczy - a kiedy otworzył je i spojrzał spod ciężkich powiek na Claude'a, wydało mu się, że już kiedyś tak siedzieli, jeden przy drugim, z winem kołyszącym się w kieliszkach po kolejnym toaście, jeszcze rezonującym w powietrzu dźwięcznym brzękiem stukającego o siebie szkła.
- Moglibyśmy wziąć tę drugą na plażę - zaproponował Claude, przechylając głowę na tyle, by spojrzeć na Ralfa. - Na przykład wieczorem, gdybyś chciał się jeszcze przejść.
Powiedział to szybciej, niż zdążył pomyśleć, że Ralf mógł nie mieć na to ochoty; że po tylu spędzonych razem godzinach, będzie miał dosyć jego towarzystwa; że może mu się narzucał, zbyt nim zaślepiony, aby samemu w porę zdać sobie z tego sprawę. Ta obawa prawie zdążyła zakołatać jego sercem, ale po sposobie, w jaki Ralf się uśmiechnął, w jaki uniósł głowę, aby na niego spojrzeć - w jaki na niego patrzył, urzeczony - Claude zrozumiał, że była bezzasadna.
- Przecież wiesz, że z wielką chęcią - odezwał się po chwili Ralf, pozwalając uśmiechowi rozpłynąć się po ustach wraz z kolejnym kęsem nadzianego na widelczyk ciasta.
- No nie wiem, może masz mnie już dosyć. Może już się mną znudziłeś- - Claude zamilkł raptownie, zmuszony przeżuć kawałek, który Ralf w międzyczasie odkroił widelcem i wpół słowa wsunął mu do ust, z jego brodą przytrzymaną wolną dłonią.
Niewiele brakowało, a powiedziałby mu, że nie mógłby: ani mieć go dość, ani się nim znudzić, ani się z nim pożegnać.
Cienie powoli wydłużały się i okręcały wokół wszystkiego, co je rzucało, gdy patrząc to na rozciągający się przed nimi wonny od kwiatów ogród, to na siebie nawzajem, zapijali ciasto winem tylko po to, by zagryźć jego łyk kolejnym kawałkiem; gdy widelce szczękały o porcelanę, a łyżki o szkło wypełnionych lodami pucharków; gdy opróżniana butelka bulgotała w świergocie zwabionych przez słodkie okruchy wróbli.
- A ta blizna?
- Która blizna?
Ralf znów przesunął palcem po jej ostrym łuku, czując opuszkiem wklęsłość i wypukłość rozerwanej przez zęby skóry. Claude zauważył, że zrobił to wyłącznie z ciekawością, bez wstrętu, z którym on sam kiedyś obserwował paskudnie gojącą się ranę.
- Był ze schroniska - wyjaśnił mu Claude. - Nawet nie miałem mu tego za złe: po prostu ktoś skrzywdził go tak, że ta reakcja była jedynym, co znał.
- Dalej go masz?
- Nie... Nie. Rodzice uznali, że lepiej go uśpić, chociaż ja uparcie przekonywałem ich, że jeszcze nie wszystko stracone, że on się kiedyś nauczy. Ale może wiedzieli coś, czego wtedy nie rozumiałem.
Ralf przytaknął ze zrozumieniem, jakby się nad czymś zastanawiając. Nie miał prawa wtedy wiedzieć, że z biegiem czasu on sam przestanie różnić się od skrzywdzonego, porzuconego zwierzęcia, reagującego instynktownie na choćby najmniejszą oznakę niebezpieczeństwa.
- A ty? - Zapytał Claude, nie chcąc, aby gorzki smak tamtego wspomnienia stłumił słodycz tej chwili. - Pewnie też masz psa?
- Zawsze chciałem - przyznał Ralf. - Ale rodzice...
Tym razem to Claude przytaknął.
- Korony spadłyby im z głów, gdyby musieli schylić się po gówno, co?
Ralf roześmiał się:
- Coś w tym stylu.
- Moka cię lubi.
Ułożona pod stołem Moka raz za razem uderzała merdającym ogonem o nogę Ralfa, sapiąc cicho w letnim skwarze, przed którym się tam schowała.
Ta chwila mogłaby trwać wiecznie, gdyby telefon Ralfa nie zawibrował przez przychodzącą wiadomość, ściągając ich obu z tego zdającego się unosić ponad biegiem czasu momentu jednym tylko słowem: Wracasz?
Nie, chciał odpisać, już tu zostaję, ale zamiast tego spojrzał na Claude'a, który nie musiał rozumieć niemieckiego, aby wiedzieć, że ten moment właśnie nastąpił. I tak mieli więcej czasu, niż się tego spodziewali; poza tym przy odrobinie szczęścia zaraz mieli zobaczyć się ponownie.
- Odprowadzę cię - szepnął Claude do Ralfa, przesuwając pocieszająco kciukiem po jego udzie, na którym od dłuższego czasu trzymał dłoń. Ralf obejrzał się na okno za ich plecami, przez którego szybę było widać jadalnię oraz kuchnię, i ponieważ były puste, krótko pocałował Claude'a tuż pod szczęką.
W odpowiedzi Claude sam przyłożył usta do ust Ralfa; nie obchodziło go wtedy to, czy ktoś mógł ich zobaczyć.
Gdy ponownie je od siebie oderwali, otwierając przymknięte do pocałunku oczy, stali już przy tym samym zakręcie, na którym o poranku czekał na Ralfa Claude. Wtedy światło było jeszcze niemal białe; teraz powoli stawało się pomarańczowe, wydobywając opaleniznę z ich uśmiechniętych twarzy. Puścili swoje dłonie - chwycone oburącz tylko na tę krótką chwilę, choć i ona powinna była trwać w nieskończoność.
- Co ty na to - zdążył zapytać Ralf - żebym tym razem to ja przyszedł po ciebie? Skoro już wiem, gdzie cię szukać.
Claude zamilkł, jakby do tej pory nawet nie brał takiej możliwości pod uwagę, zbyt przyzwyczajony do tego, że to on zachodził po dziewczyny.
Ale Ralf nie był dziewczyną.
Ralf nie był dziewczyną.
- Tak. Tak, w porządku - wyrzucił z siebie po chwili, zdając sobie sprawę z tej przedłużającej się pauzy i jakiś jeszcze czas stał tak, patrząc na oddalającego się Ralfa z powoli opadającym, zaskoczonym uśmiechem.

Kiedy Ralf wszedł do domu letniego swoich rodziców, ten wydał mu się pusty. Nikt nie powitał go w progu; jedynie zapalone światła i cicha praca klimatyzacji, której chłód przyprawił go o gęsią skórkę, świadczył o tym, że w środku był ktoś, kto potrzebował, aby pozostała włączona. Trochę jakby wszedł do lodówki.
Trochę jakby wszedł do kostnicy.
Przeszedł parę kroków przez korytarz, chcąc zajrzeć do złączonego z kuchnią salonu na parterze. Siedząca przy wysokim blacie Daniela podniosła na niego spojrzenie znad zsuniętych na nos okularów dopiero, gdy dokończyła stronę czytanej na czytniku książki. Gdyby nie ruch jej jasnobłękitnych oczu, scenę, którą tam zastał, mógłby uznać za nieruchome zdjęcie: także Marzell zdawał się czytać coś na ekranie laptopa, chociaż równie dobrze mógł zapoznawać się z projekcjami lub sprawozdaniami finansowymi.
- Już jestem - powiedział Ralf, jakby stwierdzenie tego faktu na głos mogło coś zmienić.
Ale i tak powitało go milczenie, w trakcie którego zapadała decyzja o naturze ich reakcji: mogli zbyć go obojętnością, lub przepytać, jeśli wygrałaby chorobliwa potrzeba kontroli.
Z kosza wystawały białe, styropianowe opakowania zamówionego przed paroma godzinami obiadu. Ralf prawie zaoferował, że wyniesie śmieci, łudząc się, że jeśli przekroczy ten próg ponownie, zastanie inny obraz. Może gdyby nie wrócił dopiero od Claude'a, którego dom tętnił życiem, uznałby tę sytuację za całkowicie zwyczajną.
Wtedy po raz pierwszy poczuł, że nie chce wracać do miejsca, w którym Claude'a nie ma. To był dopiero przedsmak tego, co go czekało, ale starał się wtedy o tym nie myśleć; w końcu w Hamburgu również było znacznie chłodniej, niż tutaj.
- Niedługo znowu wychodzę - poinformował ich po chwili namysłu, czując, jak z twarzy spływały mu resztki posłanego Claude'owi na pożegnanie uśmiechu.
- Tak? - Usłyszał głos Danieli, która wreszcie odwróciła ku niemu głowę.
- Tak. Jestem umówiony.
- Z kim?
- Z Claudem.
- Kim jest Claude?
Na to pytanie sam nie znał odpowiedzi. Nie nazwałby go znajomym lub kolegą, nie po tym wszystkim; nazwanie go przyjacielem również nie wchodziło w grę, nie przy tym, jak krótko się znali. A jednak intensywność tej znajomości, jej charakter, to, jak naturalna mu się wydała, sprawiały, że czuł, jakby był kimś więcej. Claude był po prostu Claudem - jego Claudem.
- Jest stąd. Oprowadził mnie po okolicy.
Marzell i Daniela spojrzeli sobie przelotnie w oczy.
- Ile ma lat?
- Siedemnaście - to prawie nie było kłamstwem. - Jest w porządku.
- Mam nadzieję - Daniela zwróciła się znów do niego. - Chyba rozumiesz, że powinieneś ostrożnie dobierać sobie towarzystwo. Kim on jest? Kim są jego rodzice?
- Mamo...
Wtedy schodami zszedł Moritz i Suse, ubrani tak, jakby mieli zamiar wybrać się do miasta na kolację; okręcany na wskazującym palcu Moritza kluczyk do stojącego pod budynkiem kabrioletu przerwał kolejny obrót, gdy ten zauważył Ralfa.
- O, cześć, Ralf. Wróciłeś - skinął mu głową Moritz i przeniósł wzrok z jego twarzy na Danielę i Marzella. - Coś się stało?
Chociaż zbyli to pytanie jednoczesnym westchnieniem, Moritz znał ich wystarczająco długo, by wiedzieć co mogło być przyczyną tego napięcia. Wszyscy musieli się domyśleć, że Ralf nie spędziłby w samotności tylu godzin: nie jeśli wyszedł bez książki. Musieli o tym wcześniej rozmawiać, jeszcze pod jego przedłużającą się nieobecność.
Jeszcze w Hamburgu za jedyne odpowiednie dla niego towarzystwo uznawali dzieci własnych znajomych; podchodzili podejrzliwie do każdego spoza własnych kręgów.
- Danielo - Moritz spojrzał na nią łagodnie. - Jest młody. To normalne, że będzie poznawał nowych ludzi. Chyba nie oczekujesz, że spędzi cały ten wyjazd nie poznając tu nikogo? Marzell, spójrz na nas. On nie może przebywać ciągle tylko wśród pięćdziesięciolatków, potrzebuje znajomych. Miejcie litość, przecież są wakacje.
Na chwilę zapadła cisza, w której ważyły się jego losy: ciężka jak moment przed zapadnięciem wyroku.
- O której wrócisz? - Zapytał Ralfa ojciec.
- Jeszcze nie wiem.

Edytowane przez Choo dnia 06-07-2022 00:59
 
Choo


- DZIEŃ 2 -
- wieczór i noc -


J'veux plus quitter la fete
Quand le mal embrasse le bien
Tu peux sentir trembler la terre
Impossible de dire que c'est la derniere fois


T'es la perle de mes yeux
Des qu't'es la ça va mieux
J'nous vois ensemble finir vieux
Pour l'instant, c'est qu'un jeu










Mgiełka użytych w ostatniej chwili perfum nie zdążyła jeszcze opaść, gdy z chwyconą w locie letnią marynarką Cosmo zbiegł po schodach, na każdym z nich coraz bardziej przekonany, że spinkami do mankietów - z którymi walczył wśród nierównego tupotu mokasynów o drewniane stopnie i trzepotu pół narzuconej na plecy marynarki - zajmie się już w czekającym pod domem Uberze. Był spóźniony: zarówno do auta, którego klakson mógł rozbrzmieć w każdej chwili, jak i restauracji, w której już na niego czekano, ale kiedy z klamką drzwi wejściowych w dłoni zauważył kątem oka Claude'a, coś kazało mu się zatrzymać.
Claude siedział na stołku w kuchni, zbyt dobrze ubrany i uczesany, aby nie było jasnym, że sam wkrótce wychodził; zbyt nerwowo zerkający na ekran w niecierpliwych podrygach nogi, aby to nie było coś ważnego.
Claude podniósł na niego wzrok znad telefonu.
- Dziewczyna czy chłopak? - zapytał Cosmo, rzucając jeszcze jedno spojrzenie na jego ubiór, jakby miał to zamiar po nim wywnioskować.
Z udręczonym westchnieniem Claude spojrzał w bok.
- Chłopak - przyznał po krótkiej chwili, nie zamierzając kazać mu dłużej czekać, ale nim przebrzmiała ostatnia sylaba Cosmo wbiegł z powrotem na górę, przelotnie zerkając na zegarek, którego tarcza i tak była ledwie widoczna w półmroku korytarza.
Wyłonił się z niego ponownie, zbiegając stopień po stopniu i wyplątując perły spomiędzy splecionych ze sobą wisiorków, które błysnęły złotem przewieszone przez palce jego dłoni, gdy uniósł ją na wysokość wzroku, a następnie przyłożył do opalonej szyi Claude'a.
- To chyba tego tak nie zostawisz, co? - Wskazał na głęboki dekolt jego koszuli i z tą sugestią obszedł Claude'a dookoła, by zapiąć mu perły na karku; Claude zdążył jedynie poczuć ich chłód na gołej dotąd szyi, kiedy dobywszy kieszeni Cosmo wcisnął mu w dłoń prezerwatywy, dwukrotnie poklepując jego zaciśnięte na ich kartonie palce. - Tylko jeśli chcesz. Za obustronną zgodą.
- Przecież wiem.
Przyjrzał się Claude'owi jeszcze raz z odległości paru kroków, zadowolony z osiągniętego tym dodatkiem efektu, ale coś nie pasowało mu w jego zamyślonym, wbitym w podłogę spojrzeniu.
- Głowa do góry - podważył jego brodę, ściskając ją pocieszająco. - Wyglądasz jak młody bóg. Uśmiech i jazda, w końcu wiesz, co robić.
Puścił ją dopiero, gdy zęby Claude'a ukazały się w zamykającym opuszczone powieki uśmiechu.
- Bawcie się dobrze - Claude usłyszał już z odległości drzwi, które zaraz zatrzasnęły się za Cosmo, sygnalizującym ręką kierowcy, że już idzie, idzie!, że ma bez niego nie odjeżdżać.
I się pośpieszyć, co zakomunikowało mu już stukanie paznokcia o szkło zegarka i głośne trzaśnięcie drzwi. Usadowiony na tylnym siedzeniu Cosmo poprawił mankiety, odgiął się tak, aby zobaczyć linię włosów w lusterku kierowcy i paroma ruchami przygładził także i je, nieco rozwiane w biegu.
Może gdyby w trakcie jazdy Cosmo oderwał wzrok od własnego odbicia, zobaczyłby miniętego paręset metrów dalej Ralfa, ale był zbyt zajęty poprawianiem zmierzwionego w pośpiechu łuku gęstych, wyprofilowanych brwi, którym przywrócił nienaganny wygląd zwilżonym opuszkiem serdecznego palca, by zwrócić na niego uwagę.

Wsparty na przewieszonych przez furtkę przedramionach Ralf zdawał się prowadzić rozmowę z usiłującą doskoczyć do jego twarzy Moką. I jeśli Claude wciąż miał jakiekolwiek wątpliwości, te natychmiast przegonił zachwycony uśmiech, który rozpromienił oniemiałą twarz Ralfa gdy tylko ten, słysząc trzask drzwi, przeniósł na niego wzrok - całkowicie oczarowany widokiem, który napotkał.
Przemierzając drogę od schodów werandy do ogrodzenia, z butelką wina w jednym, a plecionym kocem w drugim z rozłożonych ramion, Claude obrócił się wokół własnej osi - i w zwiewnym blasku białej satyny jego koszuli, blasku białych pereł na jego szyi, blasku białego uśmiechu, którym powitał Ralfa, ten zrozumiał, że chyba się zakochał.
Jego widok zapierał dech w piersi i dopiero kiedy Claude stanął naprzeciw Ralfa, on przypomniał sobie o oddechu, dotąd zbyt skupiony na ciepłym uczuciu, które rozlało się jego sercem gdy tylko go ujrzał. Ucałowali swoje policzki jeszcze ponad furtką i Ralf nie mógł oprzeć się wrażeniu, że gdyby się jej wtedy nie przytrzymał, byłby upadł na kolana, omieciony znajomym mu już zapachem jego perfum.
- Mój Boże, panie Bailly! - Ralf otworzył przed nim bramkę, wyciągając rękę po koc, nadal niezdolny oderwać od Claude'a roziskrzone zachwytem spojrzenie: od tego miłego dla oka kontrastu bieli z opalenizną, od pereł, których widok tak przyjemnie go zaskoczył, od włosów, których uczesanie czyniło z nich cudowną oprawę dla przystojnych rysów jego twarzy; oprawę mogącą konkurować tylko z dłońmi, w które Ralf zaraz delikatnie ją ujął, przerzuciwszy pled przez ramię. - Wyglądasz tak niesamowicie, Claude. - Pocałował go krótko. - Tak cudownie. Mój Boże.
- Ja? Spójrz na siebie - rozpromienił się Claude, przypatrując się Ralfowi, kiedy ten oglądał paciorek perły na jego szyi, obracając go między palcami, w które zaraz chwycił także miły w dotyku kołnierz jego koszuli, z zainteresowaniem badając jej materiał. Dłoń Ralfa spłynęła po jej tkaninie aż do pierwszego z zapiętych guzików, niemal w połowie torsu, razem ze spojrzeniem, które dopiero wtedy podniósł znów na oczy Claude'a.
- Do twarzy ci w bordo - przyznał Claude, podchwytując jego spojrzenie.
- Nawet nie w połowie tak, jak tobie w bieli - wypuścił go z rąk Ralf, bo gdyby przytrzymał go tak choć chwilę dłużej, nie umiałby powstrzymać się przed pocałowaniem go ponownie. - Ty chyba serio chcesz mnie w sobie rozkochać.
- I co, udaje mi się? - Claude zaśmiał się, kiedy ruszyli przed siebie, zataczając wokół siebie okręgi pozwalające im przyjrzeć się sobie dokładnie z każdej strony.
Byli młodzi i piękni - i całkowicie sobą zauroczeni.
Przyciągnąwszy do siebie Ralfa oplecioną na jego talii ręką Claude obejrzał się przez ramię, śledząc wzrokiem prostą pochyłą jego pleców oraz ich najwęższy punkt, gdzie bordowa koszula z wiskozy wchodziła za krawędź spodni, których krój podkreślał zaoblone załamanie pośladków. Ralf zauważył to spojrzenie - ale Claude chciał być na tym przyłapany i jedynie uniósł zaczepnie brwi.
- Jestem pod ogromnym wrażeniem, jeśli uciekając z tego swojego pałacu zdołałeś w nich przeskoczyć przez płot - zagaił, kierując go tym delikatnym naciskiem dłoni w stronę plaży.
- Zdziwiłbyś się, jakie są rozciągliwe - uśmiechnął się Ralf, nie mogąc powstrzymać się przed puszczeniem do niego oka, co sprawiło, że na chwilę potrzebną im do zapanowania nad mimiką uciekli od siebie wzrokiem. - Ale nie musiałem, chociaż niewiele brakowało. Gdybyś tylko widział, jak na mnie spojrzeli, gdy wychodziłem.
- Na ich miejscu też bym cię nie wypuścił - ze zmarszczonymi brwiami gorliwie przytaknął Claude. - Nie ma mowy. W tej koszuli, z tą błyskotką na szyi? - przyciągnął Ralfa lekko za łańcuszek, o który zahaczył palcem. - Kochany, nigdzie byś się z domu nie ruszył. No i te spodnie... Je zdecydowanie musiałbyś zdjąć.
Ralf spojrzał na niego tak pożądliwie, że Claude w myślach podziękował Cosmo; zarówno za wszystkie podsłuchane pod jego opieką hasła - z których korzystał do woli, choć czerpał z nich, bo spanikował - jak i to, że być może okazał się dziś bardziej przewidujący od niego. Było prawdą, że Claude wiedział, co robił, choć nie był przygotowany na to, by okazało się działać na Ralfa.
- To ile mamy czasu, zanim zaczną się do ciebie dobijać? - postanowił go zapytać Claude, mając na uwadze to, jak jego rodzice zachowywali się dotychczas.
- Nie mam pojęcia - Ralf wzruszył lekko ramionami. - Moritz przemówił im nieco do rozsądku, więc może trochę dziś odpuszczą, chociaż nie byli zadowoleni po tym jak długo mnie nie było. Naprawdę myślałem, że już mnie nie puszczą, bo jak im powiedziałem, że jestem z tobą umówiony...
- Powiedziałeś? Ze mną?
- Przecież w końcu zauważą, że ciągle im znikam. Równie dobrze mogłem poinformować ich teraz.
- I jak mnie przedstawiłeś?
- A jak miałem? - odbił pytanie Ralf, jakby im obu miało to pomóc w ustaleniu kim dla siebie byli. - Zresztą to bez znaczenia.
- Ale nie wiedzą, że...?
- Tak, Claude, powiedziałem im co z tobą robiłem z zachowaniem wszystkich pikantnych szczegółów. Byli za-chwy-ceni. Przesyłają wyrazy uznania.
- W takim razie najlepsze przed nimi - mrugnął do niego Claude. Tym razem wytrzymali swoje spojrzenia nieco dłużej; wystarczająco długo by Claude zdążył przesunąć dłoń poniżej jego talii, mogąc obserwować zmianę na twarzy Ralfa w czasie rzeczywistym.
Tylko, że ta nie nastąpiła. Ralf patrzył na niego tak samo, z tego punktu nieznacznie powyżej jego własnych oczu, jakby wiedział, że z kolejnym przesunięciem dotyku Claude wyczuje pod palcami dwa okręgi prezerwatyw i saszetkę lubrykantu w tylnej kieszeni jego spodni.
- Nie naciskam - oznajmił spokojnie Ralf, bez pośpiechu przenosząc wzrok z nieco szerzej otwartych oczu Claude'a przed siebie. - Ale gdybyś miał ochotę, wiesz, gdzie są. Zero presji. To nie tak, że czegokolwiek oczekuję, albo że jestem tu tylko dlatego-
- Wiem, Ralf, przecież wiem. Też wziąłem.
Spojrzeli sobie w oczy, jakby właśnie zawarli umowę. Tym razem to Ralf przyciągnął go za chwycone ostrożnie perły do krótkiego pocałunku - niemal przyjacielskiego, chociaż w tamtej chwili obaj wiedzieli, że nie musiał taki być.
Niedługo później zbiegli betonowymi schodami na szeroki pas wybrzeża, na którym nie byli już sami; wystarczyło jednak przejść brzegiem morza i usypującym się klifem, aby ten stan rzeczy uległ zmianie.
Zdjęli buty i w różowym świetle zachodu ruszyli po piasku, brodząc co jakiś czas w sięgającej ich kostek wodzie - wciąż letniej po upalnym dniu.
Po przejściu dłuższego kawałka plaży z któregoś z miniętych hoteli dobiegła ich muzyka i kiedy tylko jej dźwięk dotarł do Claude'a, odbijając się na rytmice jego kroków, Ralf chwycił i uniósł jego wolną dłoń, kierując tymi paroma obrotami, które dzieliły ich od wpadnięcia na siebie w krótkim tańcu tak, by naturalną koleją rzeczy stało się chwycenie także jego drugiej ręki, nawet jeśli w tej wspólnie przyszło im przytrzymywać butelkę gdy przystępowali z boku na bok, z tym kołysaniem w biodrach, którego echo odbijało się na chodzie Ralfa, i w którym teraz zgrali się jak spokojnie rozbujane metronomy.
Spojrzeli na siebie zaskoczeni, ale nie przestali - nie póki grała muzyka.
- Tańczysz?
Przyciągnięcie; ręce z winem pozostały złączone, lecz wolne przeniosły się na boki.
- Oczywiście, że tańczę.
- To musimy się jeszcze wybrać do klubu - uśmiechnął się Claude, zaraz znów ciągnąc Ralfa w odleglejszą część plaży za dłoń, którą postanowił dalej trzymać, jedynie przełożywszy z niej wino. Tym razem szli szybciej; temu krokowi niewiele brakowało do biegu, choć ich dotychczasowy spacer był spokojny - przynajmniej póki nie otarli się o siebie w tańcu. - Ale nie tutaj, do Marsylii. Moglibyśmy wziąć potem taksówkę.
- Ja nadal muszę dziś wrócić o jakiejś sensownej porze - przypomniał mu Ralf, nie bez żalu w głosie.
- Ach, kurwa, faktycznie. Jutro? Pojutrze? Nieważne, zanim wyjedziesz. Chciałbyś?
- Z tobą miałbym nie chcieć?
Zrównali się krokiem, patrząc na siebie z nowym błyskiem w oczach: oboje zafascynowani tym przebłyskiem przyszłości, który jeszcze posiadali.
Cokolwiek nowego Ralf dostrzegł wtedy w Claudzie - w jego ruchach, choć wcześniej i ubiorze, którym go zaskoczył - musiało mu się spodobać, ponieważ w jego spojrzeniu pojawiło się coś jeszcze, jakby pytanie, którego nie ośmieliłby się zadać mu na głos. Istniały przecież inne sposoby; te, które już stosowali, i które dotąd zdawały się działać niemal sprawniej niż słowa.
Kiedy tylko przestali natykać się na ślady czyjejkolwiek bytności - odległe głosy, muzykę, chlupot w wodzie, nagły ruch na piasku - to Ralf położył rękę na jego talii, najpierw sprawdzając, czy się wzdrygnie, a odkrywszy, że nie, czy wzdrygnąłby się, gdyby sam pociągnął go w głąb plaży przesuniętą jeszcze niżej dłonią, która spoczęła dopiero na jego pośladku.
Początkowo Claude powstrzymał cisnący mu się na usta uśmiech, ale prędko okazało się to niemożliwe i po trwającym ułamek sekundy namyśle sam przycisnął się za tym gestem do biodra Ralfa, co ten przyjął z zadowoleniem niespodziewanie stanowiącym odpowiedź na męczącą samego Claude'a kwestię.
- Ale zero presji - usłyszał szept Ralfa, któremu towarzyszył krótki, ośmielony dotyk; stanowczy tak, jak Claude dotąd jedynie przypuszczał, że mógłby być. Urwał się, kiedy Ralf zatrzymał się, ściągając z ramienia koc, dotąd przewieszony przez nie jak toga rzymskiego senatora. - Tylko gdybyś był zainteresowany, i nie musisz mi zaraz mówić, czy jesteś. Dzisiaj i tak raczej zajmę się tobą inaczej, jeśli mogę.
Z błąkającym się po ustach uśmiechem Claude patrzył na Ralfa, rozkładającego na piasku pled.
- Możesz - odezwał się wreszcie, kiedy Ralf na niego zerknął: bez zniecierpliwienia i oczekiwań, po prostu tak, jakby chciał go zobaczyć. Musiał zaciekawić go ten przyczajony w kąciku ust Claude'a uśmiech, bo przyjrzawszy mu się dokładniej, lekko uniósł brew w postawionym tak znaku zapytania. - Po prostu nie jestem pewien, kto się kim zajmie, złotko.
- Chyba będziesz musiał mi pokazać.
- Oj, chyba będę.
Spojrzeli na siebie z tymi uśmiechami, które ukazywały zęby powoli niemal w ten sam sposób, w jaki zsuwane z ciała ubrania niespiesznie eksponowały skórę; to były uśmiechy obnażające zamiary - jeszcze kiedy pozostali ubrani.
- Mogę zaproponować ci to, co dotychczas, jeśli ci to pasuje - dodał Ralf, siadając na kocu i leniwym skinieniem głowy wskazując mu miejsce obok siebie.
Claude przyjrzał mu się z góry, nadal mieląc między wargami uśmiech, jakby próbował go z nich zdrapać zębami.
- Pasuje - oznajmił mu po chwili w ten charakterystyczny, przeciągły sposób, z pewnym ociąganiem podchodząc do koca. - To samo wchodzi w grę w twoim przypadku?
- Tak. I wszystko to, na co akurat miałbyś ochotę.
Claude ostatni raz przyjrzał się mu z uśmiechem, którego swawolność powinna była przygotować Ralfa na to, że zamiast na kocu usiądzie mu bezpośrednio na biodrach; na ciepło, które nagle oplotło je jeszcze przez materiał spodni; na to, że jego połyskująca perłami i satyną opalona pierś nagle wypełni pole jego widzenia, odcinając go od całego bożego świata.
Nagle był tylko on i Claude, jakby morze znieruchomiało i zamilkło; jakby mewy przerwały swój krzykliwy śpiew i zawisły na różowym niebie w locie, a słońce wstrzymało wędrówkę za horyzont. Nawet porastające klif za ich plecami drzewa przestały szumieć koronami, przegiętymi tak, jak zostawił je wiatr. Świat ruszył ponownie dopiero gdy Ralf wreszcie zadarł głowę na tyle, by móc spojrzeć na górującą nad nim twarz Claude'a, a on sam naparł na niego mocniej. To wystarczyło, by Ziemia wznowiła swoją wędrówkę wokół Słońca; by zastygły przez zaskoczenie Ralf przystąpił do tego, na co miał ochotę odkąd go zobaczył.
Pochylony nad nim Claude po paru pocałunkach w usta wyprostował plecy i pozwolił jego wargom zejść niżej: najpierw na żuchwę, której kość ujmowały w przybierającym na sile zacisku, potem na szyję, której ścięgna napięły się, gdy odgiął głowę w tył - nagle ciężką od tej przyjemności i tego, co ona oznaczała.
To były powolne i staranne pocałunki, wystarczająco mocne, by za każdym kontaktem ust ze skórą wprawiać jego lędźwie w ruch, i wystarczająco lekkie, aby nie pozostawić na niej śladu. Potem Ralf przeniósł je poniżej mieniącej się linii pereł, ocierających się o jego policzek w wędrówce do piersi, na której składał pocałunki, przygarniając Claude'a bliżej siebie wsuniętymi pod jego koszulę rękoma.
Stamtąd jego dłonie zaraz przeniosły się na te parę guzików u jej dołu, z ostrożnością rozpinając je jeden po drugim - i gdy to zrobił, posunęły torsem Claude'a w górę, na jego ramiona. Chłód satyny gładko spłynął po jego rozgrzanej od świeżej opalenizny skórze, ale zamiast wrócić na nią ustami, Ralf odsunął się na tyle, by paroma sprawnymi ruchami móc starannie złożyć zdjęte z Claude'a ubranie. Zrobił to z namaszczeniem, jakby zdejmował sukno z zabezpieczonego nim obrazu.
Znów przyjrzał się torsowi Claude'a tak, jak wcześniej tego dnia, korzystając z tej chwili by rozpiąć, zdjąć i złożyć własną koszulę - ze wzrokiem wędrującym od oczu Claude'a do jego podbrzusza z tym uśmiechem, który byłby łagodny, gdyby nie podszywająca go pożądliwa lubość. Kiedy odłożywszy koszulę na bok przygarnął go do siebie, przylegli do siebie nagą, ciepłą skórą; twardością powlekających torsy mięśni; tą napierającą na siebie pustką unoszących się w oddechach klatek.
Coś w sposobie, w jaki Ralf wtulił twarz w jego pierś, całując jej skórę - niemal tęsknie, jakby czekał na to od stuleci - kazało Claude'owi przycisnąć go do siebie w uścisku, w którym trwali przez chwilę.
Po kolejnym ze spojrzeń, lekko zaskoczonych tym otwartym przejawem czułości, nauczeni doświadczeniem rozpięli guziki i rozporki swoich spodni, zsuwając je paroma szarpnięciami nieco niżej. Pchnięty w tył Ralf napotkał plecami absorbujący upadek piasek; przygnieciony między nim a torsem siedzącego na jego biodrach Claude'a powoli przesunął dłonie z jego boków na opięte spodniami pośladki, poruszające się w przód i tył. Ten miarowy ruch jedna po drugiej zalewał go falami przyjemności, które wkrótce zaczęły się na siebie nakładać w rytm urwanych oddechów, ten, w którym Claude się nad nim poruszał, ten, w którym on sam wychodził mu naprzeciw.
I kiedy prawie przykryły go całkowicie - ciepłe i elektryzujące, pulsujące w kroczu - Ralf poczuł pociągnięcie za oplatający jego szyję łańcuszek. Claude zdążył się podnieść i okazał się stać nad nim pochylony w rozkroku, najpierw ciągnąc go do siadu - usatysfakcjonowany zdezorientowaniem, w jakie go tym wprawił - potem nakazując mu wstać, gdy sam wyprostował się zupełnie, i ruszyć za nim, gdy obróciwszy się do niego tyłem z palcem wciąż zahaczonym o biżuterię, pokonał te parę kroków dzielących ich od pobliskiej skały - wysokiej na tyle, by mógł oprzeć się o nią plecami.
Pozwolił Ralfowi przywrzeć do siebie w paru gorączkowych pocałunkach i niewiele brakowało, a dałby mu unieść swoje biodra, między które sam go wpuścił - ale kiedy tylko poczuł, jak ten prawie to zrobił, pociągnął go za łańcuszek: tak, że Ralf znalazł się na kolanach, z twarzą na wysokości jego krocza, skąd spojrzał na niego już bez zdziwienia. Tym razem patrzył na niego tak, jakby tylko o tym marzył i zachęcony kolejnym pociągnięciem podniósł się do przykucnięcia, tym razem oparłszy tylko jedno z kolan o piasek - aby wygodniej zsunąć z Claude'a bieliznę, przywrzeć ustami do jego podbrzusza i wbić palce w miednicę.
Claude mógł patrzeć z góry na to, jak Ralf nakierowywał jego wzwód dłonią do rozchylonych ust, jak wodził po nim językiem i brał aż po gardziel; jak jego blond włosy połyskiwały, gdy poruszał głową i barkami; jak złoto łańcuszka lekko wrzynało się w jego kark, kiedy zaczepnie za niego pociągał; jak mięśnie nagich pleców Ralfa pracowały z każdym ruchem, jak wcięcie jego talii przechodziło w napięty materiał czarnych spodni. Jak w błękitnych oczach Ralfa pojawiał się błysk, ilekroć w nie spojrzał, oraz jak te zamykały się z tą leniwą rozkoszą, którą on sam zdawał się z tego czerpać.
Nie potrzebował wiele czasu, by skończyć w jego ustach, które tym razem rozwarł mu kciukiem zanim Ralf zdążył przełknąć. Przyjrzał się jego językowi i pozwolił mu je zamknąć, poklepując go po policzku - choć nieco czulej niż w porno, w którym to podpatrzył. Pocałował go, pochylając się do jego poziomu.
Ralf był zachwycony, bardziej niż Claude mógłby się tego spodziewać nawet widząc to, jak świeciły mu się oczy, kiedy nim pokierował. Claude pociągnął go ostatni raz w górę tak, aby wstał i mógł dalej zasypywać go pocałunkami - i kiedy Ralf zatracił się w tym ponownie, znów tracąc czujność, on w dwóch ruchach zaszedł go tak, że gdyby Ralf nie zdążył wesprzeć się rękoma o skałę, oparłby się o nią policzkiem. Claude znalazł się za nim, przywierając do niego od tyłu jeszcze przez spodnie, pod których materiał zaczepnie wsunął dłoń, drugą opierając na skale.
- Jak lubisz to robić? - Claude naparł na niego mocniej.
- Tak jest w porządku.
- Chyba się nie zrozumieliśmy - szepnął, cmokając karcąco. - Zapytałem jak lubisz to robić. Mój królewicz zasługuje na coś więcej, niż w porządku. Ma być dokładnie tak, jak chcesz.
Ale chociaż powiedział to z pewnością siebie właściwą komuś znacznie bardziej doświadczonemu, prawda była taka, że nie wiedział co zrobić z wygiętym pod nim Ralfem, patrzącym na niego przez ramię spojrzeniem, które początkowo rozpalone, teraz złagodniało przełamane rozczulonym uśmiechem - trochę jakby się domyślił, lub jakby ta deklaracja była czymś, do czego nie nawykł.
- Moglibyśmy też pójść do mnie - podjął Claude, obracając go za biodra tak, że znów stanęli twarzą w twarz. - Ale wtedy nie obiecuję, że wróciłbyś na noc do domu, o ile chciałbyś zostać.
- Chciałbym - przekonał go Ralf cichym głosem. - Ale nie chciałbym, żeby skończyło się na tym jednym razie.
- Nie musi.
- Skończy się jeśli dzisiaj nie wrócę.
Claude powoli wypuścił powietrze z płuc, zdając sobie z tego sprawę. Nie mogli tak zrobić, nie kiedy Ralf dopiero co uzyskał u rodziców kredyt zaufania, którego i tak dziś nadużywał. Zetknęli się na chwilę czołami, przyjmując do świadomości to, że za najdalej parę godzin przyjdzie im się pożegnać - póki co tylko do następnego dnia. Jak mieliby przeżyć pożegnanie się na zawsze?
- A jutro? Może mógłbyś spróbować się wymknąć? - zasugerował Claude. - Zostać na noc, wrócić rano, zanim zorientują się, że cię nie ma?
- Spróbuję - zadeklarował Ralf. - Kurwa, przecież wiesz, że spróbuję.
Uśmiechnęli się do siebie lekko, szczepieni w biodrach i odchyleni na tyle, by widzieć swoje twarze. Spojrzenie Claude'a spłynęło po torsie Ralfa w dół, skąd wróciło do jego oczu.
- Ale jeszcze mi nie uciekaj - pochylił się do Ralfa, szepcząc to prawie w jego usta. - Jeszcze z tobą nie skończyłem. I nadal mamy tę butelkę do wypicia - skinął lekko za siebie, na oddalony od nich koc.
- Nigdzie się stąd nie ruszam.
- Oczywiście, że się nie ruszasz - Claude pchnął go lekko na skałę za jego plecami, z dłonią oplecioną na tyle jego głowy tak, by o nią nie uderzył.
Sam byłby zszedł przed nim na kolana, ale wędrując pocałunkami w dół jego szyi, a następnie torsu, w porę zorientował się, że znacznie wygodniejszy - a przy tym bardziej praktyczny - był sposób, w jaki przyklęknął wcześniej Ralf. Claude wiedział już, że jeśli znów chciał zyskać na czasie - potrzebnym mu na przywołanie w pamięci wszystkiego, czego zdążył się dowiedzieć z tej skromnej sumy własnych doświadczeń, od Cosmo, z Internetu oraz z obserwacji Ralfa, wykazującego się wprawą, jakiej on sam dotąd nie zaznał - mógł do woli wodzić ustami i językiem po czułym paśmie skóry między kośćmi jego miednicy. Zauważył już, że Ralf to lubił - i sam zdążył zrozumieć aż za dobrze, dlaczego tak bardzo.
Uczepiony dłonią krawędzi jego spodni i bielizny Claude wreszcie zsunął je niżej tak, że bawełna bokserek wysunęła się spomiędzy wzwodu Ralfa i ciepłej skóry jego własnej dłoni. Zaczął od dołu, bez pośpiechu wodząc ustami coraz wyżej, aż przypomniawszy sobie samemu, że przecież się nie zakrztusi - co zdążył sprawdzić w zaciszu własnego pokoju - że przecież wie, jak to robić, pozwolił mu z kolejnymi ruchami wsunąć się głębiej w gardło.
Nie mógł powstrzymać lekkiego uśmiechu szeroko rozwartych ust gdy odkrył, że jest w stanie wziąć go całego. Z przechyloną w bok głową pochwycił spojrzenie Ralfa, obserwującego go ze znanym mu już radosnym zaskoczeniem w oczach, i mrugnął do niego z kolejnym ruchem, z zadowoleniem obserwując, jak jego własna głowa przetoczyła się w tył po półokręgu.
Dłoń Ralfa swobodnie ujęła jego policzek, ani nie przyciągając Claude'a bliżej, ani nie próbując go odepchnąć. Po prostu go gładziła - czule, dopóki mocniejszy zacisk jej palców nie uprzedził go o tym, co od dłuższego czasu komunikował mu jego oddech: coraz szybszy, coraz płytszy, coraz bardziej gardłowy. Claude słuchał go z przyjemnością - dopóki nie urwał się na moment z westchnieniem, a on sam, wysunąwszy jego członka z ust, zebrał oblizanym następnie kciukiem to, co ściekło mu po brodzie.
Stanąwszy na równe nogi nachylił się nad obserwującym go rozanielonym Ralfem i oparty rękoma na wypukłościach skały po obu stronach jego ramion, pokazał mu język tak, jak on sam zrobił to wcześniej tego dnia - ale już bez niczego.
Ralf patrzył na to oczarowany, z rozmarzonym uśmiechem, który po chwili roztarł na jego ustach pocałunkiem - chwytając go za szczękę ze stanowczością stanowiącą zaskakujący kontrast dla błogiego stanu, w który Claude go wprowadził.
Przypatrywali się tak sobie jakiś czas: z grzesznymi, lecz radosnymi uśmiechami, z iskrami w rozpromienionych spojrzeniach. Prawie z miłością - tą młodą i narwaną.
- Chodź - skinął wreszcie głową Claude, nadal nachylony tuż przy twarzy Ralfa. - Otworzymy to wino.

- Nie otworzysz go tym.
- Otworzę - politowanie błysnęło w oczach Claude'a. Sprężyna korkociągu - zaledwie jedno z narzędzi stalowego scyzoryka, który nosił w kieszeni - z kolejnymi obrotami butelki wkręcała się w miękki korek.
- Nie ma takiej opcji.
- No to teraz patrz.
Szarpnięcie. Brwi Ralfa podskoczyły, gdy z charakterystycznym dźwiękiem i samozadowolonym uśmiechem - tym nonszalanckim, dumnym uśmiechem - Claude otworzył i podał mu wino, jakby robił to już dziesiątki razy.
- Gdybym wiedział, że mogę zaimponować ci takimi tanimi sztuczkami, to od nich bym zaczął - przejął butelkę Claude i wzniósł ją lekko do toastu. - Twoje zdrowie, Ralf.
- Za udany dzień - przeszła z rąk do rąk, i z ust do ust.
- Za to, że się spotkaliśmy.
Spojrzeli na siebie w ten ciepły, czuły sposób: zbyt dojrzały na nastolatków, zbyt spoufalony jak na tak krótką znajomość - zażyły, jakby znali się od lat. W tych spojrzeniach błysnęły całe dziesięciolecia; wyrastające z pierwotnej dziczy i upadające w ruiny imperia, których wpisane w krajobraz gruzy niczym nie różniły się już od zwykłych skał.
- Mógłbym tak już zostać.
- Ja też. Ja też.
Róż zachodu ściemniał, ustępując ciemniejącemu fioletowi, pokrywającemu niebo jak pierwsze oznaki przejrzewania na skórce dojrzałego już jabłka, upstrzonej kropkami tak, jak gwiazdy pstrzyły nieboskłon. Ten głęboki fiolet miał zastąpić ziemisty brąz zgnilizny - ale nie wtedy, nie tam, nie póki byli razem.
Nie w tym świecie.
Wina ubywało z kolejnymi nieśpiesznymi łykami, ale nawet, gdy się skończyło, czuli jego słodycz na swoich ustach, spotykających się w delikatnych, sennych pocałunkach. Leżąc na kocu w swoich swobodnych objęciach mogliby doczekać zapadnięcia nocy; przespać słodkim snem nadejście przypływu, który mógłby wciągnąć ich w odmęty morza.
- Będę musiał wrócić.
- Jeszcze nie teraz. Zostań jeszcze chwilę.
- Do pierwszego telefonu?
- Niech będzie - Claude pocałował go w czoło. - Do pierwszego.
Dopiero nawiewający od morza chłód zmusił ich do ubrania koszul, a kiedy i te okazały się niewystarczające, do opatulenia się pledem. I kiedy przychodzące połączenie rozświetliło ekran telefonu Ralfa, ruszyli wybrzeżem z kocem i własnymi ramionami na plecach - z obuwiem w dłoniach, z niespodziewanie nieśmiałymi uśmiechami na ustach, z cieniem tęsknoty w zerkających na siebie oczach.
- Nie wygłupiaj się - sprzeciwił się Claude, kiedy odprowadziwszy go do domu Ralf chciał oddać mu koc; zaraz sam go nim owinął. - Zmarzniesz. Po prostu weź go jutro na plażę. Moglibyśmy zjeść tam razem śniadanie.
Znów zaproponował to bez namysłu, choć tym razem wiedział już, że ten był niepotrzebny.
- Tak?
- Tylko nie o ósmej, miej litość. Przyjdę po ciebie. Dobranoc.
Pocałunek.
- Dobranoc. I Claude...
- Tak?
- To był cudowny dzień. Dziękuję.
- Mógłby się nie kończyć, co?
Ralf przytaknął ze spuszczonym wzrokiem.
- Nie chcę, żeby się kończył.
- Jutro jest kolejny. Będzie jeszcze lepszy.
Ale po którymś z tych szczęśliwych dni miało nie być następnego.

Jego rodzice oraz Moritz siedzieli w bluzach na tarasie, oświetleni przez ekrany; było zbyt chłodno na kąpiele w basenie, ale w szumiącym cicho jacuzzi moczyła się Suse, z przygotowanym obok grubym szlafrokiem i hydrożelowymi płatkami pod oczami. Mogłoby się wydawać, że spała z odchyloną w tył głową - gdyby nie pusty wzrok wpatrzony w gwieździsty granat nieba. Zawsze wydawała się Ralfowi nieobecna myślami, jakby w ogóle ich nie posiadała - lub jakby jej tu nigdy nie było.
Kiedy go zauważyli, Moritz zgasił i odłożył telefon. Ralf wiedział, że zastanie ich na zewnątrz: w środku nie paliło się światło i jeszcze po drodze dotarła do niego ich cicha rozmowa, zbyt zdawkowa i mrukliwa, aby wiedział czego dotyczyła. Mieli wtedy nadzieję, że ich nie słyszał.
Wyglądało na to, że nie.
Był szczęśliwy - bardziej, niż kiedykolwiek go takim widzieli. Beztrosko uśmiechnięty, opatulony narzuconym na plecy kocem, upojony nie tyle winem, co radością z życia, zakochany i rozkosznie przymroczony ostatnim z pocałunków, którego smak jeszcze czuł na ustach, był zbyt rozkojarzony, by zauważyć, że coś mogło być nie tak.
Daniela i Marzell spojrzeli na siebie i w zauważalny wyłącznie dla nich sposób pokręcili głowami, przekazując sobie jakiś komunikat.
- Już jestem - oznajmił przez uśmiech Ralf, podchodząc bliżej nich i wspierając się rękoma na oparciu jednego z wolnych krzeseł.
- Gdzie byliście?
- Na plaży.
- Piłeś?
- Tylko trochę - Ralf wskazał podpatrzonym u Quentina gestem tę niewielką ilość wypitego wina. Tego dnia suche tony ich głosów, ta formalna obojętność, z którą się do niego zwracali, nie były w stanie zepsuć mu nastroju. - Było naprawdę miło.
- Tak?
Znów te ledwie zauważalne spojrzenia; ułamek sekundy, po którym Voigtowie przenieśli uwagę z powrotem na ekrany.
- Tak - powtórzył z zadowoleniem Ralf, przysiadając się do stołu, na którym tym razem nie stał alkohol. - Chyba nigdy się tak dobrze nie bawiłem, wiecie? Przepraszam, że tak dziś zniknąłem, ale po prostu... Po prostu wreszcie znalazłem kogoś, z kim czuję się naprawdę dobrze. Nawet nie wiem kiedy minął ten czas, bo w jednej chwili pływaliśmy, w następnej byłem u niego na obiedzie, i babcia Claude'a gotuje tak dobrze, serio, to bouillabaisse było tak smaczne, i to ciasto... No i jego dziadek mówi po niemiecku, rozumiecie? Wszyscy mówili do mnie po francusku, ledwie nadążałem, a on nagle pyta mnie po niemiecku skąd jestem, ja, że z Hamburga, on, że pewnie żegluję-
Tak bardzo chciał się z kimś tym podzielić, powiedzieć komuś, że chyba się zakochał, że nie jest pewien co z tym zrobić, że jest szczęśliwy - ale oni zdawali się go nie słuchać. Przytakiwali znów ledwo widocznie, wpatrzeni w te swoje ekrany, zajęci wszystkim, tylko nie nim.
Marzell spojrzał na Moritza, on na Ralfa - i wróciwszy do Marzella wzrokiem także pokręcił lekko głową, jakby uspokajająco. Ale Ralf tego nie zauważył, całe szczęście, że nie zauważył.
- No i Claude jest tak... - szukał właściwego słowa; nie mógł im przecież powiedzieć, że był kochany. - Sympatyczny. Jest taki ciepły, taki otwarty, taki... Zabawny. I przy tym bystry, choć Boże, jaki b e z c z e l n y. I on też tańczy, chociaż jeszcze nie wiem co. I do tego uczy się... chińskiego...
Chyba wtedy zorientował się, że zupełnie go nie słuchali, bo mówił coraz wolniej, coraz ciszej, z coraz bardziej opadającymi kącikami ust, aż zamilkł zupełnie, z frędzlem narzuconego na plecy koca obracanym smutno między palcami.
Poderwał opuszczoną głowę w górę gdy poczuł lekki dotyk na ramieniu.
Opalona dłoń Suse ścisnęła je delikatnie. Nawet nie zauważył kiedy zdążyła wyjść z jacuzzi, przewiązać się szlafrokiem w pasie i powolnym krokiem przemierzyć odległość dzielącą ją od tarasu, na którego drewnianym parkiecie wraz z mokrymi śladami stóp ciągneły się za nią krople spływającej z niej wody.
Jego rodzice nie mogli na nie patrzeć - na ten chlupot, z którym z niej ściekały, rozbryzgując się po ciemnym drewnie jak krew.
- Claude wydaje się być miłym chłopakiem - nachyliła się do niego i po raz pierwszy zobaczył na jej ustach coś, co mogłoby być nazwane cieniem uśmiechu. - To dobrze, że masz tu kolegę.
Zwracała się do Ralfa trochę jak do dziecka, którym dawno przestał być, ale nie miał jej tego wtedy za złe.
- Może chodź do środka, zanim zmarzniemy. Ten koc jest od niego?
- Tak... Tak.
Poprowadziła Ralfa przez przeszklone drzwi do salonu, oglądając się porozumiewawczo na Moritza, który przytaknął jej głową. Kiedy te się za nimi zamknęły, odcinając Ralfa i Suse od dźwięków z zewnątrz, oni wszyscy - Moritz, Daniela i Marzell - spojrzeli sobie po kolei w oczy.
- Dzieciak Tiedermannów.
- Na pewno?
Marzell przytaknął.
- Kurwa mać. Kurwa mać...
- Ritter też stracił kontakt z córką.
Spojrzeli przez szybę na Ralfa, który rozmawiał w kuchni z Suse: uśmiechnięty, podekscytowany, żywy. Nie miał prawa wiedzieć, co stało się na festiwalu w Berlinie.
- Zamierzacie mu powiedzieć?
Marzell i Daniela pokręcili głowami.
- Jest dorosły - powtórzył im Moritz. - Przecież sam może się w każdej chwili dowiedzieć.
Już o tym rozmawiali zanim Ralf zdążył wrócić: jeszcze gdy pojawiły się pierwsze komunikaty o strzałach, które padły w tłumie; o tym, że są ranni; że są ofiary śmiertelne; że jest ich blisko czterdzieści, bo ta osoba nie działała w pojedynkę.
Byli pewni, że na festiwalu pojawiło się wielu spośród znajomych Ralfa - tych, którzy w przeciwieństwie do nich samych nie wyjechali akurat na wakacje. Moritz podejrzewał, że Marzell i Daniela nie chcieli, aby wieści o zamachu odbiły się na jego samopoczuciu - nie jeśli okazałoby się, że ktoś z jego otoczenia był ranny, lub gorzej; nie kiedy Ralf wydawał się być szczęśliwy.
Ale oni obawiali się, że nawykły do takich informacji Ralf przyjąłby je bez większego wzruszenia. Nie chcieli widzieć tego braku reakcji, nawet jeśli był lepszy niż niepokój, lęk, lub rozpacz. Oni pamiętali jeszcze świat, w którym nie było to normą - ale Ralf wychował się w innych czasach.
Miał zasnąć ze spokojnym uśmiechem na ustach pod pożyczonym od Claude'a kocem, jakby to on sam nakrył nim go do snu.

Edytowane przez Choo dnia 07-07-2022 23:28
 
Choo


- DZIEŃ 3 -
- dzień i wieczór -


En vrai c'est mort, c'est sur
Et j'connais ça par coeur (par coeur, par coeur)
J'retiens jamais la leçon (la leçon,
la leçon)
Mais j'retiens jamais la leçon (la leçon, la leçon)






W czarnych okularach przeciwsłonecznych Claude'a odbiła się biała, drapowana jasnym kocem sylwetka Ralfa, machającego mu jeszcze w progu domu letniskowego rodziców z papierową torbą jedzenia w drugiej ręce. Kiedy zbiegł schodami w dół, z kolejnymi rozpędzonymi krokami ich ciemne szkła wypełnił jego nagi tors, a kiedy pochylił się, zrównując z nim twarzą na wysokości ogrodzenia, o które czekający na niego Claude oparł się ramionami - także obleczona złotym łańcuszkiem szyja, ten beztroski uśmiech i wesołe, błękitne oczy wreszcie na wysokości jego własnego wzroku.
Claude uniósł okulary do powitalnych pocałunków, wymienionych bez skrępowania jeszcze zanim zdążyli oddalić się od terenu szklisto-białej posiadłości Voigtów i Heintzów wśród ciemnej zieleni roślinności; oni i tak siedzieli na tarasie z własnym śniadaniem, choć biała jak zjawa Daniela odchyliła się nieco na krześle wiodąc wzrokiem za oddalającymi się sylwetkami Ralfa i Claude'a, widocznymi spomiędzy liści.
Nawet jeśli widziała jak się objęli, jak na siebie patrzyli, jak śmiali się, pokazując sobie nawzajem zawartości niesionych papierowych toreb, jak przygarniali się przerzuconymi przez szyje ramionami - nic nie powiedziała, ani wtedy, ani lata później. Wróciła spojrzeniem na ekran, a oni spłynęli czarnym asfaltem krętej ulicy w dół wzgórza: obojętni na otaczający ich świat, jakby żyli w swoim własnym, szczęśliwszym.
W ich świecie słońce mieniło się w przejrzystym morzu; przeplatające się złote nici światła tańczyły na piasku dna i wplatały we włosy Ralfa, kiedy ten odchylał głowę w tył, ze śmiechem odgryzając winogrono bezpośrednio z ich kiści trzymanej w garści. W ich świecie letnie podmuchy wiatru zwiewały z koca okruchy wciąż ciepłego ciasta francuskiego, gdy rozrywali w dłoniach świeże croissanty, maczali je w konfiturze i zjadali ze swoich rąk. W ich świecie usta mogły bez lęku zdejmować cienkie kawałki sera bezpośrednio z ostrza odkrajającego je noża, jakby składały na nim pocałunki - kradzione między kolejnymi kęsami, słodkie od pokrywającego je soku, soczyste i rześkie.
W ich świecie ciepłe promienie słońca ogrzewały zwrócone ku niebu twarze, przebijając się czerwienią przez zamknięte powieki. Kiedy zerkali na siebie, zmrużeni w obliczu tej oślepiającej jasności, światło opalizowało w ich oczach - miedzianymi tonami w brązowych tęczówkach Claude'a i niemal bielą, w błękitnym spojrzeniu Ralfa.
W tym świecie nie istniał ani czas, ani pamięć - byli tylko oni i spokojny szum morza, który mógłby ponownie ukołysać ich do snu.

- Nie ruszaj się - poinstruował Ralfa Claude, kiedy ten wzdrygnął się za kolejnym pacnięciem jego usmarowanych filtrem palców: tym razem o nos, choć podobne zdążyły już spaść na czoło i policzki. Claude kolistymi ruchami obu kciuków rozsmarował na jego twarzy białe smugi kremu do opalania, z tą przesadną starannością, na poły wynikającą z ubawu, który miał z krzywiącego się Ralfa, na poły z troski o to, by ten nie nabawił się oparzeń. - No czekaj, jeszcze tutaj - przytrzymał go, ostrożnie przesuwając palcami po zamkniętych powiekach.
Ten świat pachniał rozgrzanym od słońca piaskiem, bryzą i kremową wonią filtru, jakby lekko kokosową, choć obaj określiliby to po prostu zapachem lata - mającym wkrótce przywoływać to wspomnienie ilekroć go poczuli. Z twarzą w dłoniach Claude'a Ralf otworzył roześmiane oczy, ale te zaraz zamknęły się za sprawą kolejnego z lekkich pocałunków - wtedy jeszcze delikatnych i niewinnych, jak ciepłe muśnięcia słońca na skórze.
Claude siedział okrakiem na leżącym pod nim na brzuchu Ralfie - tuż poniżej jego bioder, podkuszony przez sam fakt, że mógł to zrobić - kiedy smarując mu plecy zorientował się, że ten patrzył na niego przez ramię. Wtedy nie zrozumiał jeszcze co oznaczało to spojrzenie, ale kiedy dotarł dłonią na wysokość karku Ralfa zauważył dobrze sobie znany błysk w jego oku, i ten rozwałkowany między wargami powstrzymywany uśmiech, który nagle mu coś uświadomił.
Spojrzał w dół, na prosty pas wygiętego w łuk kręgosłupa ciągnący się od jego pośladków do uwypuklonych kręgów na przytrzymanym karku; na nogi, jedną zgiętą i odrzuconą w bok; na te wgłębienia po obu stronach jego lędźwi; na to wcięcie w talii i umięśnione ramiona. Na ten wzrok - rozbawiony, rozigrany, rozochocony - który powiedział mu wszystko.
- Och, kurwa - uświadomił to sobie. - W ten sposób? Tak?
- Na przykład tak - Ralf powstrzymał kolejny uśmiech, wciąż obserwując Claude'a tym roziskrzonym spojrzeniem. Claude je podchwycił, znów wędrując wzrokiem od dołu jego pleców do samych jego oczu i sam uśmiechnął się kącikiem ust.
- Na przykład - powtórzył za nim, dając się ponieść nagłemu impulsowi - czy tak?
Koc, w który Claude wcisnął kark Ralfa, prawie stłumił jego głos:
- Tak.
- Tak? - nachylił się nad nim Claude. - Nie słyszę.
Naparł na niego mocniej.
- T a k!
Claude ponownie spojrzał w dół. Dotąd Ralf wspierał się na łokciach; teraz leżał z twarzą wduszoną w załamane pod tym ciężarem przedramiona i ze zgięcia ręki obserwował Claude'a przymrużonym okiem. Claude poczuł, jak lekko uniósł biodra i sam ten ruch sprawił, że serce przyspieszyło mu jeszcze bardziej, niż już zdążyło.
- Masz gdzieś gumki?
- Nie; ty?
- Nie, kurwa - roześmiał się miękko Claude, z ociąganiem cofając rękę z jego karku na któryś z niższych kręgów. - Ja pierdolę, po prostu myślałem, że jest jeszcze wcześnie i-
- Ja też - zawtórował mu Ralf, nadal nie podnosząc się z pozycji, w której znalazł się przez Claude'a: rozłożony na kocu z rozrzuconymi przed sobą ramionami, ze spoczywającą na nich bezwładnie głową i rozsypanymi wokół niej luźnymi blond lokami.
Spojrzał za siebie jeszcze raz, tym razem łagodniej, choć jego wzrok i tak powędrował od oczu Claude'a w dół i z powrotem - i kiedy rozważał, czy nie powinien się spod niego podnieść, oszczędzając im sytuacji, w której któremukolwiek z nich przyszłoby do głowy, że i tak nie skorzystali z nich dotąd tam, gdzie już powinni, poczuł obie dłonie Claude'a na łopatkach, zataczające krąg do ramion.
- Nic nie robię, leż spokojnie - Claude rozsmarował na jego skórze kolejną porcję kremu z filtrem, zaraz zamykając jego zakrętkę z trzaskiem plastiku. - Jeszcze nie skończyłem.
Ralf spojrzał na niego spod ściągniętych lekko brwi, ale te rozluźniły się ze spływającym w dół pleców mocnym dotykiem rozprowadzających filtr dłoni, aż mimowolnie zamknął oczy. Przesuwając lekko ściągacz kąpielówek Claude posmarował go posuwistymi ruchami w miejscu, gdzie złotawy beż niewyraźnej opalenizny przechodził w biel; potem przeniósł ręce na krawędzie jego torsu, skąd po jego bokach zjechały w dół. Z tym ruchem odkrył jak łatwo było mu przyciągnąć go bliżej siebie - bo Ralf dał mu się przyciągnąć, jakby tylko na to czekając. Jeszcze chwilę przesuwał dłonie tuż ponad jego biodrami - choć zarazem poniżej, ponieważ ich linia unosiła się ponad ostrym spadkiem wygiętych pleców - obserwując to ich mimowolne wzniesienie z powstrzymywanym uśmiechem, aż przeniósł ręce na tył jego ud.
Stamtąd ich solidny nacisk ruszył wyżej, wkradając się pod nogawki kąpielówek. Claude poczuł jak dół jego pośladków wypełnił mu dłonie, gładki i sprężysty. W ruchu jego kciuków po ich miękkiej skórze było coś odruchowego; czuł, jak ugięła się pod jego dotykiem, jak ten mógł zapaść się ku środkowi. Podważył materiał, z przekrzywiającą się bok głową zerkając na to, co tym samym odsłonił, i znowu zauważył to samo spojrzenie Ralfa, ten prawie naglący wzrok spomiędzy wduszonego w ramię policzka i zmarszczonej zaczepnie brwi - i kiedy Ralf przymknął oczy z jego kciukiem przesuwającym się niespiesznie w głąb, nad samą krawędź delikatniejszej skóry, kiedy jego uwaga skupiła się na tym nowym, śmielszym dotyku, Claude zdążył unieść drugą rękę.
Musiał zaciągnąć hamulec zanim rozpędziliby się jeszcze bardziej.
- Ej! - Usłyszał okrzyk Ralfa, którego zdzielił otwartą dłonią przez materiał kąpielówek z głośnym klaśnięciem i łobuzerskim uśmiechem na ustach. - Za co to?
- Dobrze wiesz za co.
- Też nie wziąłeś.
- I? Nie ja leżę teraz z dupą w górze - Claude wzruszył ramionami, oparty dłońmi o jego pośladki. Ścisnął je jeszcze raz i kiedy poczuł, jak obruszony Ralf próbuje się pod nim obrócić, położył się na nim, tym samym przytrzymując go na ziemi ciężarem własnego ciała i zaciskiem przeniesionych na ramiona dłoni. - Spokojnie. Przecież zapamiętam - pocałował go tuż nad łopatką, zniżając głos do szeptu. - A jeśli szukałbyś po tym mocniejszych wrażeń, możemy dzisiaj spróbować czegoś innego.

Przestępując między białymi skałami, spomiędzy których wyrastały kępy wysokich źdźbeł trawy oraz splątane korzenie rosnących coraz rzadziej drzew, tu i ówdzie gubiących zszarzałe na słońcu gałęzie, docierali coraz bliżej zawieszonej nad wodą płaszczyzny klifu.
- Po pierwsze - tłumaczył mu po drodze Claude - musisz skoczyć wystarczająco daleko, bo inaczej rozbijesz się o dno, przy samym klifie jest zbyt płytko. Po drugie: nie skacz za daleko, bo tam też są skały, zauważysz je, wystają trochę z wody - z jedną dłonią wyprostowaną w powietrzu wskazał kolejno punkt tuż przy niej, i kolejny za nią. - To jest najważniejsze. W zeszłym roku koleś złamał tak sobie kręgosłup, więc postaraj się nie wrócić stąd na wózku.
- Osobliwe znajdujecie tu sobie rozrywki - zauważył Ralf.
- Nie przerywaj mi. Teraz tak - kontynuował Claude, kreśląc w powietrzu kolejne kształty, z których stopniowo wyłaniał się obraz tego, co miał za chwilę zobaczyć Ralf - po prawej jest pełno jeżowców, cała pierdolona dynastia, więc błagam, nie dotykaj tam dna. Najlepiej nie dotykaj go w ogóle, bo nie chcę, żebyś potem zwijał mi się cały dzień z bólu. To samo dotyczy wspinaczki w górę.
- Jakiej wspinaczki-
- Zobaczysz. Przecież ci pokażę - Claude mrugnął do niego uspokajająco. - Wystarczy się podciągnąć. Nie uwierzę, że nie jesteś w stanie... Z tymi ramionami? Proszę cię, łatwizna.
Dotarli do miejsca, w którym morze wgryzało się falami w głąb lądu, niepostrzeżenie przeżuwając kolejne warstwy niemal pionowej skalnej ściany naznaczonej nierównymi śladami ich białych, spienionych zębów.
Ralf spojrzał w dół gdy rzucili rzeczy pod przewalony pień drzewa i cofnął się o krok; w miejscu, gdzie urywała się biała jak kość skała, rozciągał się bezkres wody, jakby dotarli na koniec świata.
- Jest wysoko.
- To najfajniejsze - zęby Claude'a błysnęły w uśmiechu. - Będziesz dłużej spadał. No chodź, zobaczysz, że ci się spodoba.
- Nie ma mowy. Zabijemy się.
- Nie zabijemy. Skakałem stąd z tysiąc razy i wciąż żyję; poza tym to część zabawy.
Ralf spojrzał na niego, wyraźnie nieprzekonany tym argumentem.
- Będzie fajnie - powtórzył Claude. - No chodź, przecież ci pokażę. Jeśli nie chcesz skakać: w porządku, do niczego nie będę cię zmuszać. Ale nie masz pojęcia co cię ominie. Więc...? Jakie są zasady?
Podparty pod boki Ralf wciągnął i powoli wypuścił powietrze.
- Nie za blisko, nie za daleko, nie w prawo. I mam nie dotykać dna.
- Dokładnie. Wystarczy trafić w ten punkt - prostokątną ramę ułożoną z palców obu dłoni Claude'a wypełniło morze, ciemniejsze na samym jej środku. Ralf spojrzał w to miejsce zza jego ramienia. - Teraz patrz.
- Claude-
Ale Claude zdążył wziąć lekki rozbieg, odbić się od skały i skoczyć, robiąc salto w ciągu tych sekund, które spędził w powietrzu. Tylko głośny chlupot oznajmił Ralfowi, że zdążył zniknąć pod wodą zanim on sam dotarł wystarczająco blisko krawędzi, aby zobaczyć, jak Claude przebił się przez granat powierzchni morza. Po chwili wypłynął: zaledwie odległy z tej wysokości czarny punkt głowy, biały błysk posłanego Ralfowi uśmiechu i linia ramion, przedzierających się niespiesznie przez wodę w kierunku klifu. Czekając aż Claude wespnie się na górę, Ralf opadł na pień - z niespodziewaną ulgą, że nic mu się nie stało, już bardziej podekscytowany niż przestraszony.
Dłonie Claude'a odnalazły oparcie w skalistej krawędzi klifu; pociągnął się na nich w górę, wyrastając zza tej przepaści - uśmiechnięty i ociekający spływającą po nim wodą. Kiedy się do niego zbliżał, Ralf obserwował jej krople skrzące się na jego opalonej skórze i ściekające pojedynczymi strugami w dół torsu, zbyt zaabsorbowany tym, jak dociążała jego kąpielówki, zsuwając je lekko poniżej linii podbrzusza, zbyt wpatrzony w to, jak Claude odgarnął w tył czarne, przemoczone włosy, by zauważyć rękę, którą ten wyciągnął w jego stronę.
Po chwili Ralf spojrzał na nią pytająco.
- No chodź - ponaglił go Claude, jednocześnie usatysfakcjonowany i rozbawiony rozkojarzeniem, w które go wprawił. - Skoczymy razem. Tylko odbij się porządnie na tych nogach - sam na nie spojrzał; na wyraźny zarys ich mięśni. - Przecież widzę, że dasz radę.
Ralf chwycił go za dłoń. To był mocny, stabilny uścisk, przez który czuł nieruchomą twardość jej kości.
- Gotowy?
Ralf przytaknął.
W następnej chwili poczuł, jak unosi się w powietrzu, za jedyny punkt zaczepienia w przestrzeni mając rękę Claude'a.
W następnej chwili poczuł, jak lecą w dół.
W kolejnej połknęła ich woda. Nawet nie słyszał chlupotu, z jakim rozstąpiła się pod ich nogami, ogłuszony w momencie zanurzenia jej bezdźwięcznym, dudniącym w uszach szumem.
Wypłynęli na powierzchnię i odnaleźli się wzrokiem, łapiąc powietrze w roześmiane usta, odgarniając w tył przemoczone włosy i ocierając spływającą po twarzach wodę z oczu.
- Jak było? Jeszcze raz? - krzyknął Claude, chociaż znajdował się tuż obok. - Mówiłem, że ci się spodoba! Widzisz tę skałę? Płyniemy tam. Masz ją chwycić i się podciągnąć, rozumiesz? Najwyżej jak dasz radę, tak żeby sięgnąć dalej... Patrzysz?
Ralf patrzył, ale choć Claude pokazywał mu kolejne znane sobie punkty, których można było się chwycić, lub o które można było się oprzeć, on widział tylko te na jego własnym ciele: mięśnie ramion i pleców, ud i pośladków, pracujące pod brązową skórą odcinającą się na tle białej skały. Claude obejrzał się na niego przez ramię, przyłapując ten wzrok wszędzie, tylko nie na kolejnym ze wskazywanych ustępów, i uśmiechnął się z pobłażaniem.
- Poradzę sobie.
- Oczywiście, Ralf. Oczywiście, że sobie poradzisz. Nie spadnij na skały, proszę.
Wkrótce z krawędzi klifu mógł obserwować jego własną wędrówkę w górę, cmokając ostrzegawczo ilekroć Ralf szukał punktu zaczepienia w miejscu, w którym mu samemu nie udało się go dotąd znaleźć.
Podał mu rękę i wciągnął go nią na górę, gdy tylko Ralf znalazł się wystarczająco blisko, aby ją chwycić - i znów odkrył, że w spojrzeniach, które wtedy wymienili, pojawiło się coś nowego. Nie umiał tego nazwać, ale lubił patrzeć mu w oczy.
Lubił kiedy Ralf patrzył w jego własne - gdy ponownie złączeni dłońmi przymierzali się do kolejnego skoku, odnajdywali w wodzie i oglądali na siebie podczas wędrówki po ścianie klifu; gdy Claude pokazywał mu kolejne salto, zaraz pokrótce tłumacząc, jak należy je zrobić; gdy Ralf wynurzał się z wody, skoczywszy samodzielnie, i szukał w jego spojrzeniu aprobaty, roześmiany i szczęśliwy.
I kiedy oparci o powoli próchniejący pień przewalonego drzewa odzyskiwali oddech, zziajani po kolejnej wspinaczce - już szybszej i sprawniejszej - usłyszeli za sobą niewyraźną, zbliżającą się rozmowę i grzechot usuwających się pod krokami kamieni. Claude obejrzał się przez ramię i skinął głową zbliżającym się ludziom, których musiał kojarzyć - ale zaraz podniósł się, dostrzegłszy wśród nich kogoś, kogo musiał znać lepiej. Obejrzał się na Ralfa, ale ponieważ ten skorzystał z tej okazji by sprawdzić coś w telefonie, sam przywitał się z nimi w pewnym oddaleniu, gdzie było miejsce dla większej grupy osób.
W pierwszej chwili chyba nawet go nie zauważyli, zbyt zajęci grzecznościowym nadrobieniem zaległości - i może tak zostałoby jeszcze przez chwilę, gdyby Claude nie obejrzał się na Ralfa.
Wraz z tym spojrzeniem powędrowały do niego oczy Gasparda.
Ralf usłyszał gwizd - ale nie Claude'a.
- A to kto? - zdążył zapytać Gaspard, z przekrzywiającą się głową ruszając w jego stronę, jakby zamierzał mu się lepiej przyjrzeć. - Co to za ślicznotka? Ja pierdolę, Claude, ale sobie znalazłeś towarzystwo, od kiedy ty się zadajesz z-
- M o r d a, Gaspard - to warknięcie samo targnęło Claudem, samo wyrwało mu się z gardła, obracając go gwałtownie w stronę Gasparda.
Zbyt gwałtownie.
Kiedy Claude przeniósł spojrzenie na Ralfa ten okazał się śledzić wzrokiem punkt za jego plecami, samemu już podrywając się na równe nogi.
Jedna z dziewczyn krzyknęła i jeszcze w tym krótkim krzyku, obejrzawszy się za siebie zbyt wolno, by zobaczyć spadającego w dół klifu Gasparda, Claude pojął, co się stało - i rzucił się za nim do wody, jakby to mogło zatrzymać nieunikniony dźwięk uderzającego o nią ciała.
Mogliby niemal usłyszeć jak upadek wybił powietrze z jego płuc; jak ich pustkę wypełniła bulgocząca woda - gdyby sami nie ogłuchli, znajdując się jeden po drugim pod jej powierzchnią. Claude skoczył za Gaspardem, ale Ralf był tuż za nim.
Wypłynęli we trójkę. Krztuszący się Gaspard łomotał na boki rękoma szukając nimi oparcia, one jednak zapadały się w wodzie, a ta wlewała mu się do gardła przez rozwarte w próbie złapania oddechu usta ilekroć znów znalazł się pod jej powierzchnią, ciągnięty w dół jakby ktoś złapał go za miotające się w morzu nogi. Mógł niemal poczuć kościste palce zaciskające się na na jego kostkach, zimne i martwe; jakby znajome, jakby jego własne.
Dopiero gdy wsparł się na ramionach Claude'a i Ralfa udało mu się utrzymać głowę wystarczająco wysoko by mógł nabrać w płuca powietrza.
- Czy cię popierdoliło?! - wykrztusił, wypluwając z siebie słoną, morską wodę, która zalała mu zatoki. - Prawie mnie zabiłeś! Puszczaj mnie!
- Sam się prawie zabiłeś! - odkrzyknął Claude, ciągnąc go z Ralfem w stronę skalnego ustępu, na którym mogli zrzucić go ze swoich barków. Gaspard poczuł pod plecami ostre krawędzie skał, o które zaparł się rękoma, jakby morze miało zaraz wciągnąć go z powrotem. - Czy ty jesteś normalny?! Ja pierdolę, człowieku, co to kurwa miało być?! Czy cię zupełnie pojebało?
Ale Gaspard prawie go nie słyszał, zbyt zajęty łapaniem oddechu, zbyt ogłuszony upadkiem i wypełniającą uszy wodą, zbyt przerażony - i zbyt wściekły.
- Zepchnąłeś mnie! Mogłem umrzeć!
- Poślizgnąłeś się, debilu! Czy to naprawdę było konieczne? Musiałeś? Musiałeś kurwa szukać zaczepki, stojąc jeden jebany krok, jeden jebany krok od krawędzi?! Czy ty wiesz, jak to się mogło skończyć? I weź się kurwa zastanów co zamierzasz powiedzieć o kimś, kto pierwszy był gotów rzucić ci się na pomoc!
- Pierdol się!
- Sam się pierdol! - odkrzyknął Claude. - Ralf - odnalazł go wzrokiem i choć patrzył na Gasparda z wściekłością, posłane Ralfowi spojrzenie było bezbronne i przepraszające. - Ralf, idziemy, proszę. Chodź stąd, tędy.
Pokierowany gestem jego ręki Ralf ruszył za nim wzdłuż skalnej ściany do jej niższego punktu, z którego w milczeniu dotarli na górę po zostawione tam rzeczy.
- Kurwa, Ralf, tak strasznie cię przepraszam - w krokach Claude'a był pośpiech, który sprawiał, że Ralf ledwo za nim nadążał. - Nie miałem pojęcia, że akurat tam przylezie. Nie chciałem, żeby tak wyszło-
- Claude - Ralf dogonił go, jeszcze przez chwilę niepewien czy gdyby położył rękę na jego ramieniu, ta nie zostałaby strącona. Zaryzykował tym dotykiem: wystarczająco stanowczym, by zostać na karku, nawet gdyby Claude się szarpnął. On jednak tego nie zrobił; jedynie obejrzał się na zrównującego z nim krok Ralfa, a on ścisnął go mocniej, rozmasowywując napięcie, które wyczuł pod dłonią. - Przecież nic się nikomu nie stało.
- Ale mogło się stać - powtórzył z naciskiem Claude. - Jezu, Ralf, nie wiem, co bym zrobił. To naprawdę mogło skończyć się bardzo źle.
- Wiem, że mogło. Claude... - ale Claude szedł dalej na przód, jakby stamtąd uciekał. - Claude, zatrzymaj się, proszę. Spójrz na mnie. Nic się nie stało.
- Mogłem go zabić.
- On sam się prawie zabił. Ty go nawet nie dotknąłeś. Stałeś zbyt daleko od niego, nawet nie na wyciągnięcie ramienia-
- Nie chodzi o to, gdzie stałem. Ralf, ja... Nie zniósłbym myśli, że się do tego przyczyniłem. Po prostu bym nie zniósł. Znam go. To gnojek, homofobiczny snob, jebany Paryżak- Ale nie chciałbym mieć go na sumieniu.
Ralf przyjrzał mu się uważnie. Widział to wzburzenie, znajdujące ujście w pięściach zaciśniętych na ręczniku i telefonie tak, że ręce Claude'a prawie się trzęsły.
- Chodź - tym razem to Ralf pokierował go przytrzymującą jego bark ręką. Przeszli tak jeszcze kawałek. - Usiądź. Spójrz mi w oczy. Nic się nie stało, słyszysz?
Posadzony na kamieniu Claude przetarł twarz wspartymi na kolanach rękoma. Spojrzał na Ralfa spomiędzy spływających w dół policzków palców, aż z kolejnym oddechem jego dłonie opadły luźno.
- Po prostu nie chciałem, żeby się przy tobie odpalił, bo pamiętam, jak zareagowałeś i... Ja tylko nie chciałem, żeby to skończyło się gorzej. Żebyś miał przez to problemy.
Tym razem to Ralf wypuścił powietrze z płuc, na moment uciekając wzrokiem w bok.
- Przecież bym się z nim tam nie pobił.
- Wiem, że nie, po prostu... Jezu, jak ty mnie wtedy zaskoczyłeś. Kurwa, jaki ja byłem zdziwiony, gdy zamiast uciec ty prawie mi przyjebałeś. On by się tego po tobie nie spodziewał, przepraszam, po prostu wyglądasz zbyt-
Claude urwał wpół zdania, patrząc na niego przepraszająco.
- Możesz to powiedzieć.
- Nie... Nie, Ralf. Nie o to mi chodzi. Po prostu wyglądasz tak... niewinnie. Masz taką anielską twarz, zbyt... ładną, bym uwierzył, że możesz mi tak przywalić. Zbyt słodką, by ktokolwiek uwierzył, że mógłbyś.
To była prawda; Ralf miał twarz, która mogłaby spłynąć cudzą krwią, a każdy i tak uwierzyłby w jego niepodważalną niewinność. Zdążył z tego skorzystać.
- Ty też go zaskoczyłeś - uśmiechnął się do Claude'a łagodnie i wyciągnął dłoń do jego własnego policzka, który pogładził krótko; nie chciał, by w tych słowach przebrzmiała uszczypliwość. Gaspard musiał wychodzić dotąd z założenia, że Claude uznaje jego zachowanie za zwyczajne. Być może, chwilami, nawet zabawne. - Wiem, że chciałeś dobrze. To była odpowiednia reakcja.
- Mógł zginąć.
- Co z tego? Jeden gnój mniej - zaczął Ralf, ale po minie Claude'a zorientował się, że być może nie powinien był tego powiedzieć. - Wiem, że to twój znajomy, ale Claude, ja nie umiem żałować kogoś, kto w innych okolicznościach, gdyby nie konsekwencje, gdyby nie prawo- Zadźgałby mnie choćby i dla żartu. Powinien się cieszyć, że żyje.
- Ja tylko nie chciałem, żebyś musiał tego słuchać. On... Nic by nie zrobił - próbował wytłumaczyć mu Claude, ale patrząc na Ralfa powoli zrozumiał, że ten mógł mieć rację.
Istniały przecież powody, dla których tak reagował.
- W porządku - Ralf podniósł się na tyle, by usiąść obok niego. - W porządku. Ale ty też nie powinieneś musieć tego słuchać, nawet jeśli miałoby cię to dotyczyć w mniejszym niż mnie stopniu.
Claude spojrzał mu w oczy i zamilkł na chwilę, wybiegając spojrzeniem na odległy, widoczny spomiędzy drzew horyzont.
- Ja... Nie wiem, w jakim stopniu mnie to dotyczy. Nie wiem, kim jestem.
Ralf przyjrzał się jego twarzy, na chwilę pozbawionej jakiegokolwiek wyrazu. Jeżeli przed paroma minutami nie był pewien, czy mógł dotknąć Claude'a kiedy ten był wzburzony, teraz stracił tę pewność zupełnie, nawet gdy on ponownie przywołał na usta kryjący tę wątpliwość uśmiech. Palce dłoni Ralfa zamknęły się w luźną pięść, kiedy wycofał ją, rezygnując z zamiaru położenia jej na jego kolanie.
- Claude... - Zamiast tego szturchnął go lekko ramieniem. Stykali się nimi, siedząc jeden obok drugiego na skale. - Claude, hej, spójrz na mnie. To bez znaczenia. Nie jesteś tym, co lubisz, tak jak ja nie jestem tym, co lubię; ani tym kogo. Nie musisz się zamykać w jednym słowie. W żadnym słowie. Ale to może być pora, byś przestał udawać, że jego pierdolenie nie dotyczy cię w ogóle. Im szybciej tym lepiej.
- Dokąd idziesz?
W ciszy, która wtedy zapadła, Ralf zdążył zebrać swoje odłożone na ziemię rzeczy.
- Idziemy - poprawił Claude'a, uśmiechając się do niego pocieszająco. - Razem, na piwo lub drinka, cokolwiek poprawi ci humor. No chodź... Nie będziemy tu tak przecież siedzieć.
Wyciągnął do niego dłoń, nie dając po sobie poznać jak bardzo bał się, że Claude jej nie chwyci - ale zaraz poczuł znajomy uścisk, kiedy ten dźwignął się na równe nogi.

Wychodzący bezpośrednio na plażę bar był zatłoczony; być może nie znaleźliby miejsc siedzących przy drewnianych ławach dostawionych do długich stołów gdyby większość klientów nie stłoczyła się bezpośrednio przy zawieszonym niemal pod sufitem telewizorze, w który wpatrywali się z zadartymi do góry głowami, rozchylonymi ustami i jego obrazem migającym im w szeroko otwartych oczach.
Zorientowali się, że trwał mecz jeszcze wiele metrów od baru - wystarczyło jedno spojrzenie na podskakujący ekstatycznie tłum i drugie, na zegarek - przez co dzielącą ich od niego odległość Claude pokonał niemal biegiem, oglądając się z ożywieniem na ociągającego się za nim Ralfa.
Sylwetki biegających po boisku piłkarzy powiększały i zakrzywiały się w przeźroczystych kubkach z piwem - jasnym i czerwonawym od soku - które odchodzący od baru ludzie musieli unosić niemal na wysokość ekranu, aby nie zostało im wytrącone z rąk w kolejnym wypełnionym krzykiem momencie poruszenia. Przypominały przy tym zatapiające się w gęstej żywicy owady, coraz wolniejsze, aż wreszcie zatrzymujące się w bezruchu. Wspomnienia tych przechodzących przez piwo obrazów miały utrwalić się w pamięci Ralfa jak bursztyny, w których jeszcze lata później rozpoznałby nienaruszone przez czas widoki.
Również jego ręce tymczasowo przysłoniły ekran gdy przeciskał się przez ten tłum w stronę zajętego przez Claude'a miejsca - on sam skupił się na rozgrywce zbyt mocno, by zauważyć zaraz postawione przed nim piwo, którego złota, spieniona powierzchnia rozchwiała się za głuchym, zawiedzionym uderzeniem otwartej dłoni o blat.
- Francja-Macedonia - wyjaśnił Ralfowi rozemocjonowany, nachylając się do niego z nadal wpatrzonym w mecz wzrokiem. - Jeden do dwóch, ale to się zaraz zmieni, zobaczysz.
Ralf przytaknął mu żwawo ze ściągniętymi lekko ustami, z powątpieniem spoglądając we własne odbicie chwiejące się w przejrzystej tafli kwestionowalnej jakości piwa. Claude wreszcie się rozluźnił i znów się uśmiechał, więc Ralf nie zamierzał zdradzać się z tym, że zarówno drużyny biorące udział w meczu, jak i sam jego wynik, nie mogłyby być mu bardziej obojętne.
- Woda - skrzywił się po pierwszym łyku.
- Co?
- Smakuje jak woda - powtórzył Ralf, musząc przekrzyczeć gwar, milknący wyłącznie wtedy, gdy wszyscy wstrzymywali oddech śledząc trajektorię zbliżającej się do bramki piłki. Wypuszczali powietrze dopiero gdy znów się od niej oddaliła: czasem z ulgą, czasem z rozczarowaniem.
- Mówiłem, że raczej nie będzie ci smakować - znów nachylił się do niego Claude, tylko przelotnie zerkając mu w oczy, a i to wyłącznie dlatego, że kamera tymczasowo przeszła na trybuny. - Wziąć ci coś mocniejszego?
- Nie trzeba - pokręcił głową Ralf. - Ujdzie. Ej, Claude... Ej! - Dwukrotnie klepnął go pod blatem w kolano.
- Co takiego? - zapytał, ale podążając za spojrzeniem Ralfa wnet pojął przyczynę zmartwienia, które usłyszał w jego głosie. Pomiędzy pobliskimi stołami przeciskał się Gaspard ze znajomymi.
Zauważył ich w tej samej chwili, co oni jego.
- Zajmę się tym - Claude zwrócił się cicho do Ralfa, zanim odchylił się lekko na ławie z wyciągniętą do powitalnego uścisku dłonią; spojrzał nagląco najpierw na Gasparda, potem na nią, jakby było to zaproszeniem. - Hej, stary. Wszystko w porządku?
Z lekkim zawahaniem i charakterystycznym dla męskich przywitań klaskiem Gaspard uścisnął i przytrzymał krótko jego rękę.
- Tak... - podrapał się nerwowo po głowie. - Głupio wyszło, co?
- Strasznie. Na pewno jesteś cały?
- Jeśli nie liczyć tego - okręcił się lekko, pokazując zaróżowioną od uderzenia i porysowaną skałami skórę pleców. - Słuchaj... Dzięki, że mnie wyciągnęliście. Serio myślałem, że się utopię.
Gaspard spojrzał na Ralfa i skinął mu głową. Ta wymiana spojrzeń trwała ułamek sekundy, a jednak zawarło się w niej coś niewypowiedzianego: jakby już się spotkali, w innych niż ostatnio okolicznościach. Również Ralf przywitał się z nim w ten milczący sposób.
Z tego momentu napięcia wyrwał ich głos Claude'a.
- Dosiądziecie się? Mamy tu trochę miejsca.
Ralf nawet nie zdążył zgłosić kolejnym spojrzeniem sprzeciwu gdy poczuł uspokajający dotyk tuż nad własnym kolanem, gdzie spoczęła dłoń Claude'a. Dzięki temu nawet nie drgnął. Claude pogłaskał jego udo palcami, jakby w nagrodzie za ten brak reakcji, nie przestając się przy tym wpatrywać w podejmującego decyzję Gasparda - trochę zmieszanego, trochę wytrąconego tym pytaniem z równowagi.
- Czemu nie - wzruszył po namyśle ramionami, oglądając się zaraz na przyprowadzone dziewczyny i szukając wzrokiem zgubionego gdzieś Floriana. Okazał się stać już przy barze. - To co, po piwie? Claude, wziąć wam coś jeszcze?
Claude machnął na tę propozycję ręką, zdążywszy przenieść uwagę z powrotem na ekran. Przelotnie zerknął kątem oka na Ralfa, którego oplótł ramieniem gdy Gaspard wracał z Florianem i kubkami piwa: dwoma z sokiem, dwoma bez.
Ralf spojrzał na tę gęstą czerwień mieszającą się na dnie z piwem i barwiącą pianę na jego powierzchni. Z jakiegoś powodu skojarzyła mu się z krwią; niewiele brakowało, a zobaczyliby tego dnia jak rozpływa się w morzu, pieniąc się tym samym różem na falach rozbijających się o skały.
- Z sokiem jest lepsze - zwróciła się do niego jedna z dziewczyn, widząc, jak wolno pił własne i wybijając go tym samym z zamyślenia. - Jestem Ninette. Możesz mówić mi Nina.
- Ralf - przedstawił jej się zdawkowo.
- Skąd jesteś?
- Z Niemiec.
- Ojej...
- Cicho, cicho - uciszył ją Claude, prawie unosząc się w siedzeniu, jakby chciał lepiej zobaczyć lecącą przez ćwierć długości boiska piłkę: kopniętą wysoko po ostrym łuku. - Cicho...
Cały bar zerwał się na nogi w przeciągłym, ekstatycznym krzyku, w trzęsących drewnianym parkietem podskokach, w głośnych plaśnięciach dłoni - niektórych klaszczących, niektórych przybijających oburącz piątki - i głuchym huku uderzających o siebie piersi. Claude zdążył podskoczyć triumfalnie, ale kiedy obrócił się do Ralfa, nie napotkał go na wysokości własnego wzroku. Dopiero spuściwszy spojrzenie w dół zauważył, że ten siedział z telefonem w dłoni, przeglądając, przycinając i edytując zrobione ostatnio zdjęcia. Claude uśmiechnął się - rozczulony - i dosiadł z powrotem do niego, choć ani radosne okrzyki, ani podrygujące podłogą podskoki jeszcze nie ustały.
- Nie mów mi, że kibicujesz Macedonii - zagadał Ralfa, nachylając się do niego. Ten musiał zdążyć zapomnieć które kraje rozgrywały mecz, bo zdezorientowany tylko uniósł brew. - Dopij to piwo i idziemy. No już, raz dwa.
- Możemy zostać - usiłował uspokoić go Ralf, uśmiechając się lekko, lecz zaraz wrócił wzrokiem na kolejne ze zdjęć. - Przecież widzę, że się wciągnąłeś.
- A ja, że się nudzisz. Zawsze mogę obejrzeć powtórkę. No dalej - Claude pochylił się bliżej, składając na jego ramieniu pojedynczy, powolny pocałunek i jeszcze z ustami na jego skórze spojrzał mu w oczy. - Jest ktoś, kogo zaczynam lubić bardziej niż piłkę i bardzo chciałbym się z nim zaraz zobaczyć na zewnątrz. A musisz wiedzieć - wyprostował się powoli w siedzeniu - że ja wprost uwielbiam piłkę.
Przysunął się do Ralfa i ponownie położył dłoń na jego udzie, tym razem wyżej. Śledzący ich zdziwionym wzrokiem Gaspard przeniósł spojrzenie z powrotem na ekran gdy Claude uniósł wyzywająco brwi, przyłapując go na tej obserwacji.
Potem mrugnął do Ralfa, dopijającego piwo prawie tak, jakby mu smakowało.
I wyszli: w samą porę by nie zauważyć przebiegającego dołem ekranu telewizora paska z informacją o potwierdzonych czterdziestu siedmiu ofiarach śmiertelnych zamachu w Berlinie; nie usłyszeć wplecionej przez komentatora wzmianki o pochwyceniu ostatniego ze sprawców; nie zauważyć współczującego spojrzenia, z którym Nina obejrzała się na miejsce, gdzie spodziewała się zastać Ralfa.
Tego dnia jakiś świat dobijał się pięściami do drzwi ich własnego, ale nie uzyskał odpowiedzi na to pukanie.
Trochę jak przelatująca tuż przy Ziemi kometa, która ledwie drasnęła jej orbitę z groźbą powrócenia w kolejnej wędrówce przez układ słoneczny.
Trochę jak wystrzelona kula, która zamiast przebić skórę, jedynie się o nią otarła.

- A co to za uśmiech?
Claude, posławszy Gaspardowi ostatnie zadziorne spojrzenie przez ramię, którym objął Ralfa w talii - odprowadzając go od stołu do drewnianych stopni łączących bar z plażą - przeniósł uwagę z powrotem na niego: na te czające się w kąciku jego ust zadowolenie. Było jak stercząca z odzieży nitka, która - pociągnięta - doprowadziłaby do rozprucia się szwu. Chwycił ją tym pytaniem.
- Naprawdę mnie tym zaskoczyłeś - wyjaśnił Ralf, jeszcze przez chwilę patrząc przed siebie. Przeniósł wzrok na Claude'a. - Ty? Tak przy ludziach?
- Jak? - dopytał Claude, choć dobrze wiedział o co mu chodziło. - Tak? - Ponownie pocałował Ralfa w ramię. - Czy może tak? - W policzek. - Albo tak? - Oraz w usta, które, zaskoczone, jeszcze przez chwilę nie domknęły się po tym pocałunku.
W oczach Ralfa pojawiło się szczere zdziwienie; dokładnie to, które Claude lubił w nich widzieć, niezależnie od tego, czy próbował mu zaimponować zrobionym w locie do wody saltem, czy przykuć jego uwagę czymś zgoła innym.
- Byłem pewien, że- - Zaczął Ralf, ale Claude mu przerwał.
- Że co? Że będę się z tobą krył przy ludziach? Litości, Ralf - spojrzał na niego z rozczulonym pobłażaniem, przygarniając bliżej siebie. - Nie znają mnie od tej strony, to prawda: bo nie mieli okazji poznać. Chryste, ja sam dopiero się od niej poznaję, ale jeśli nie pasuje im Claude, któremu zdarza się pocałować chłopaka, to niech uważają na Claude'a, który ukradnie im dziewczyny. Nie będzie mi szkoda tych znajomości. I pies jebał Gasparda, jeśli będzie miał o tym coś do powiedzenia.
Ralf przyjrzał mu się kolejny raz, tym badawczym wzrokiem, którym nauczył się odczytywać intencje z kamiennych twarzy swoich rodziców. W tym względzie Claude nie mógłby się bardziej od nich różnić - z tą barwną mimiką, zakrawającą na aktorską, na pierwszy rzut oka zdawał się eksponować każdą z odczuwanych emocji w sekundzie, w której ją poczuł. Tylko, że tak nie było; Ralf powoli dostrzegał tę maskę i otwory na oczy, w których doszukał się czegoś, co wprawiło Claude'a w dyskomfort odczuwalny wystarczająco dotkliwie, by musiał przerwać nawiązany z nim kontakt wzrokowy.
Tym razem to Ralf go do siebie przygarnął, z tym życzliwym uśmiechem, w którym starał się zmieścić całą czutą do niego sympatię, choć Bogiem a prawdą było to równie trudne co dopięcie przepakowanej walizki - zbyt małej, by zmieścić cały ten bagaż.
- Wziąłeś to sobie do serca - przyznał, przechylając głowę tak, że idąc obok prawie oparł brodę na jego ramieniu.
- Prawdopodobnie wezmę sobie do serca wszystko, co powiesz - sprecyzował Claude, nie bez kokieterii - więc bądź tak miły i postaraj się uważać na słowa.
- Zawsze uważam - zaznaczył Ralf. - I jestem pod wielkim wrażeniem.
- Tego jednego całusa?
- Tego jak elegancko rozegrałeś to z Gaspardem.
Ustami Claude'a powoli rozlał się gęsty, lepki uśmiech, zdający się niemal sklejać jego wargi gdy smakował nimi to słodkie, wypływające na nie zadowolenie.
- Wiesz, gdyby zepsuł nam ten dzień - uniósł wzrok na Ralfa - musielibyśmy cofnąć się na ten klif i poważnie zastanowić, czy naprawdę powinniśmy byli go ratować.
Roześmiali się, ale gdy Claude stopniowo spoważniał, przymierzając się do poruszenia innej kwestii, również Ralf zamilkł pytająco.
- Wiem, jak mogło to wyglądać - zaczął Claude. - Nie chcę, żebyś myślał, że zaraz się rozmyślę i jak gdyby nigdy nic wrócę do takiego towarzystwa. Nie chcę, żebyś miał co do mnie jakieś wątpliwości, bo ja ich co do ciebie nie mam. Nie mam, rozumiesz? A te, które mam wobec siebie... Są moje własne. I rozprawię się z nimi sam, w swoim czasie. Więc nie patrz tak na mnie, proszę, bo mam wrażenie, że zaraz przewiercisz mi się tymi oczami przez czaszkę - i chociaż w jego głosie początkowo przebrzmiała twarda stanowczość, Claude zakończył te zdanie lekkim śmiechem. Nieco nerwowym; nieco przepraszającym.
Ralf posłusznie przeniósł wzrok przed siebie, jakby przeciąwszy się nim przez warstwy kryjącej mięso skóry mógł obmyć go w morzu z krwi. Kiedy spojrzał na Claude'a ponownie, w jego błękitnych oczach pojawiło się coś kojącego.
- Rozumiem. Kto jak kto, ale ja miałbym cię nie zrozumieć? - zapytał, jakby sam odsłonił te warstwy siebie, których nie sięgały niczyje spojrzenia. - Chciałbym tylko, żebyś wiedział, że nie musimy do tego wracać. Ale gdybyś chciał, gdybyś potrzebował... Nie musisz rozprawiać się z niczym sam. Wiem, że jesteś absolutnie wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju-
- Oczywiście, że jestem.
- Ale twoje doświadczenia nie muszą takie być. Może nie idziesz tą samą ścieżką, ale wygląda na to, że nasze drogi prowadzą w zbliżonym kierunku. Rozumiesz, co próbuję powiedzieć?
- Że zaraz dotrzemy na naszą plażę.
- Tak - uśmiechnął się Ralf, całując go w skroń. - Ale jeszcze możemy wrócić do baru. Przecież wiem, że chcesz obejrzeć ten pieprzony mecz.
- Zaraz "pieprzony" - przedrzeźnił go Claude, przewracając oczami. - Ten jeden raz, kiedy trafiam na Niemca, ten okazuje się całkowicie niezainteresowany najszlachetniejszym sportem świata. Dosłownie liczyłem, że jeszcze zaimponuję ci na murawie-
- Grasz?
- Powinieneś zobaczyć mnie w akcji. Byłbyś zachwycony - usta Claude'a rozbłysły w jaśniejszym uśmiechu, jak uderzona o draskę zapałka, która zaraz przywiędła - gdyby tylko cię to tak strasznie nie nudziło.
- Claude, ja byłbym zachwycony, kropka. - Ralf chwycił go za brodę i zwrócił jego twarz ku własnej. - Oczu bym od ciebie nie oderwał. Miałbyś moją niepodzielną uwagę przez cały czas trwania rozgrywki. - I kiedy na usta Claude'a wrócił ten sam uśmiech, Ralf pocałował go tak, że ten odbił się na jego własnych, jakby oboje ubrudzili się tą słodką, lepką radością, sklejającą ich w kolejnych pocałunkach.
Dopiero wyboistości trasy na plażę, którą nazywali już własną - nieco innej, dotąd prowadzącej brzegiem, teraz przez skalne usypisko odcinające ją klifem od reszty świata - zmusiły ich do przeniesienia uwagi z powrotem pod nogi, na uciekające spod nich wapienne kamienie i łaskoczące ich łydki źdźbła ostrej trawy.
Skały, które jeszcze za dnia wydawały się białe, teraz zżółkły - jakby krajobraz zatopił się w szklance złotego piwa. Nie dalej niż za dwie godziny czerwień zachodu miała zabarwić światło jak ten gęsty malinowy sok, rozchodzący się niespiesznie spiralnymi wstęgami pod powierzchnią spienionych chmur.
Oparłszy się rękoma o krawędź niskiego urwiska Claude sprawnie zeskoczył w dół i gdy Ralf usiadł na niej, aby jego śladem opuścić się na ziemię te niespełna dwa metry niżej, z zamiarem ułatwienia mu zejścia Claude wyciągnął do niego dłoń. Ale Ralf jej nie złapał - nie tak, jak Claude spodziewał się, że to zrobi.
On chwycił ją ostrożnie i przyciągnął do siebie, a Claude nie miał innego wyboru jak podejść za tym pociągnięciem bliżej.
- Skaleczyłeś się - zauważył Ralf przypatrując się jej, położonej wierzchem do góry na swoim kolanie.
Claude podążył wzrokiem za spojrzeniem Ralfa i dopiero wtedy dostrzegł krótką, rdzawą szramę na wnętrzu swojej dłoni. Nie zdążył przyjrzeć jej się zbyt dobrze, bo Ralf potarł jej brzegi kciukiem, ścierając tym samym część kruszącej się pod jego dotykiem krwi, która musiała zakrzepnąć już jakiś czas temu. Kiedy to nie wystarczyło Ralf nabrał śliny na zwilżone w ustach palce i przesuwając nimi ostrożnie po skaleczeniu odsłonił drobne nacięcie, którym okazało się być. Claude nie mógł oderwać od Ralfa wzroku, kiedy to robił, ale wiedziony jego spojrzeniem sam przeniósł je wreszcie na wnętrze swojej dłoni. Ralf nadal jej nie puścił.
- To tylko draśnięcie - zwrócił się do niego Claude. - Pewnie zahaczyłem wtedy o skały.
Ralf przytaknął z nieproporcjonalną ulgą, której podłoża nie umiał wytłumaczyć. Od dłuższego czasu miał wrażenie, że czuje metaliczny zapach krwi - zbyt wyraźny, by jego źródłem mogło być tak niewielkie skaleczenie; zbyt natrętny, by mógł o niej nie myśleć - ale wtedy uznał, że tak właśnie było. I nawet jeśli w jakimś innym świecie rozlewającej się wokół ciała Gasparda krwi było wystarczająco wiele, by przesączyła się spod niego przez beton, przez same struktury czasu i przestrzeni, docierając aż tutaj - w tym nie rozlali ani jednej jej kropli.
- Może zagoi się szybciej, jeśli je pocałujesz - głos Claude'a sprawił, że wyrwany z zamyślenia Ralf poderwał opuszczoną dotąd głowę w górę.
Potem Ralf uśmiechnął się, uniósł jego ujętą za wskazujący i środkowy palec dłoń na wysokość swojej twarzy i z powolną ostrożnością przyłożył usta do skóry tuż ponad skaleczeniem. Coś w sposobie, w jaki to zrobił, w sposobie, w jaki trzymał jego palce, przywołało w głowie Claude'a świeże wspomnienie, za którego sprawą mieli już tam zostać.
Miał ochotę wsunąć je do tych jego miękkich ust i patrzeć, jak te rozstąpiłyby się pod ich naciskiem; jak zwinęłyby się lekko ku środkowi i wywinęły na zewnątrz za ich pchnięciem i cofnięciem. Ralf musiał to wiedzieć, bo spojrzał na niego tym samym wzrokiem, którym robił to spomiędzy jego nóg, i Claude przysiągłby, że właśnie tam poczuł zwiększony po chwili zacisk dłoni Ralfa, wędrówkę jego kciuka po opuszkach swoich palców i ten kolejny pocałunek, złożony u ich podstawy.
Ralf wiedział; oczywiście, że wiedział, bo zaraz uśmiechnął się w ten delikatny, a zarazem obiecujący sposób, który sprawił, że Claude przestąpił jednym krokiem niewielką odległość dzielącą go od znalezienia się między jego udami, o które z tego stojącego miejsca - z tej wysokości - mógł swobodnie oprzeć ramiona. Ralf nadal siedział na krawędzi - i miał tak zostać jeszcze przynajmniej przez chwilę potrzebną na to, by podchwyciwszy jego spojrzenie, Claude mógł pocałować wnętrze jego uda.
Coś w jego reakcji powiedziało mu, że ten skrawek skóry nie został dotąd w ten sposób pocałowany - więc zrobił to ponownie. I ponownie, gdy kolejna zdradziła jak bardzo spodobało się to Ralfowi.
I ponownie, wyżej, już nie odrywając ust od jego skóry, a jedynie przesuwając je gdy zamykały i otwierały się do kolejnych pocałunków idących śladem dłoni niespiesznie podnoszącej krawędź kąpielówek - aż głowa Ralfa znów opadła w tył i zatoczyła ten znajomy mu łuk.
- Jeszcze nie zacząłem - Claude uniósł głowę. - Nogi do góry. Chyba, że nie chcesz.
Kiedy Ralf je podniósł - dotąd przerzucone przez jego ramiona - Claude przeniósł ją w przestrzeń powstałą między jego biodrami a zsuniętymi paroma szarpnięciami kąpielówkami. Nie byłoby w tym niczego nowego, gdyby tym razem nie zjechał językiem niżej, przenosząc te same pocałunki z ud na pośladki, między nie i na krocze. I kiedy przerwał, Ralf otworzył przymykane raz za razem oczy w samą porę by zobaczyć, jak Claude zwilżył palce w ustach.
- Mogę? - upewnił się Claude, widząc w jego spojrzeniu nieco więcej zdziwienia, niż spodziewał się zobaczyć. Od delikatnej skóry, którą wyczuł rano dotykiem, dzieliły go milimetry - i kiedy Ralf przytaknął, oblany gorącem niespodziewanego rumieńca, Claude powoli zatopił w niej palce, wracając ustami tam, skąd oderwał je tylko na potrzebną na to chwilę. To dobyło z gardła Ralfa całkiem nowe tony. - W porządku?
- Aha - potwierdził Ralf. - Możesz głębiej.
- Tak?
Zrozumiał, że tak.
I kiedy chwytając Ralfa pod boki zdjął go z tej półki skalnej, kiedy prawie stracili równowagę, bo jego nogi okazały się tak miękkie, kiedy Ralf na niego spojrzał tym mętnym wzrokiem, kiedy Claude poczuł w ramionach jego głęboki, rozedrgany od zaskoczonego śmiechu oddech, kiedy Ralf wpił się w jego usta, zlizując z jego języka ten słodko-słony smak własnej skóry - Claude jedynie nabrał tej pewności. Ralf znowu patrzył na niego trochę inaczej - nie tylko dlatego, że to spojrzenie znad okrągłych wypieków na twarzy wciąż było błogo przyćmione.
Chyba wtedy zrozumiał, że z każdą spędzoną wspólnie chwilą nabierało nowej głębi, jakby dokopywali się do samego jądra Ziemi, choć jednocześnie zdawali się wznosić coraz wyżej. Na tyle wysoko, by upadek mógł zaboleć; na tyle głęboko, by powrotna wspinaczka była niemożliwa.
Kiedy znów zamknęli oczy do kolejnego pocałunku, Claude czuł pod ustami krzywiznę jego rozradowanego uśmiechu i ten mocny zacisk jego palców na tyle swojej głowy i szczęce.
- Chyba ci się spodobało, co? - dopiero brzmienie własnego głosu uświadomiło mu, jak niewiele dzieliło go samego od popadnięcia w zbliżony stan.
- Bardzo - wysapał Ralf w jego usta, już wędrując dłonią za krawędź jego kąpielówek. - Mógłbyś na mnie skończyć, wiesz?
Claude spojrzał w dół śladem jego ręki i kiedy tylko przytaknął - bardziej nagląco niż spodziewał się to zrobić, bardziej błagalnie, niż sądził, że mógłby - nie luzując jej przyjemnego zacisku Ralf obrócił się do niego plecami, oparty drugą o krawędź urwiska i wygięty w ten miły dla oka sposób, którego sam widok zachęcał serce Claude'a do mocniejszej pracy. Z jedną dłonią na jego biodrze i drugą wspartą na tej, którą podpierał się Ralf, Claude pozwolił wpaść lędźwiom w ten sam spokojny rytm, który ze znanym mu już wyczuciem Ralf nadał swojemu pracującemu nadgarstkowi.
Claude pocałował go - najpierw w to ostre zgłębienie szyi, potem w kark i tuż nad łopatką, z zadowoleniem odkrywając, że każdy jeden z tych pocałunków wydobywał z oglądającego się na niego Ralfa to samo lekkie westchnienie, co te, które wcześniej złożył na jego udach.
Były czymś nowym: tak jak to, że kiedy sam skończył, zjechał ustami śladem perlistych strug u dołu jego pleców. To, że kiedy zebrał je językiem, Ralf chwycił go za szczękę i uniósł jego twarz do swojej. Że tym razem, zamiast scałować spermę z jego ust, pochylił się lekko i otworzył własne, wysuwając gotowy ją przyjąć język z tym grzesznym uśmiechem, który tak gryzł się z anielskimi rysami jego twarzy.
Claude pozwolił jej ścieknąć ze swoich ust do ust Ralfa; przemieszać się w nich ze śliną w pocałunku zanim Ralf przełknął - nagle oparty obiema rękoma o skalny ustęp po obu stronach głowy Claude'a.
- Och, kurwa - sam wysapał w jego usta, stopniowo łapiąc oddech.
- Spodobało się?
- Najwidoczniej - zaśmiał się lekko Claude, na chwilę odchylając głowę w tył, co pozwoliło Ralfowi oderwać się od jego ust i przywrzeć własnymi do jego szyi, zanim z kolejną wymianą spojrzeń przeplecioną tym, które spadło aż do jego obsuniętych kąpielówek, Ralf zjechał nimi niżej. Wsunął własne szorty z powrotem na pośladki - tylko po to, by nie przeszkadzały mu, kiedy docierał do podbrzusza i z właściwą sobie skrupulatnością, z tym pełnym pasji zaangażowaniem, przystąpił do spełniania złożonej wcześniej obietnicy.
- Nie musisz się powstrzymywać - już z dołu oderwał od Claude'a usta, choć nie dłonie. Z ramionami rozpartymi na krawędzi ustępu Claude opuścił chwilowo odchyloną w tył głowę aby spojrzeć na niego pytająco, zdezorientowany jak człowiek zbyt upojony, by zrozumieć język, w którym do niego mówiono. - Przecież widzę, jak chodzą ci biodra - wyjaśnił Ralf. - Możesz zrobić jak przed chwilą. Nie krępuj się.
- W usta?
- Aha - potwierdził z uśmiechem i otworzył je zapraszająco, zaraz podłapując głową rytm, który nadał biodrom Claude, wplatając jedną z dłoni we włosy Ralfa. Luźne loki oplotły jego palce jak złote pierścienie.
Nie minęło wiele czasu, gdy skończywszy, poczuł tę samą krzywiznę uśmiechu Ralfa sunącą w pocałunkach od samego jego czubka, po skórze, aż do pachwiny. Nie był nawet pewien kiedy zachęcony ostrożnym dotykiem pozwolił mu unieść jedną ze swoich nóg; kiedy niespodziewanie nakierowany spoczywającą na podudziu dłonią Ralfa znalazł stopie oparcie w jego barku i poczuł ten rozwarty w pocałunkach uśmiech wędrujący od krocza do pośladków. Ralf robił to inaczej, z każdym przesunięciem pocałunku odsuwając się na tyle, by spojrzeć kontrolnie na jego twarz - i dopiero gdy za którymś razem Claude zawahał się, przytakując mu przyzwalająco, Ralf zdjął z ramienia jego nogę i wyprostował się, jednocześnie poprawiając uprzednio mu zsunięte kąpielówki.
- Możemy na tym skończyć - uśmiechnął się, całując go delikatnie w usta. - Ale gdybyś kiedyś chciał, żebym podsadził cię na ten ustęp - skinął brodą na krawędź urwiska - wystarczy tylko słowo.
Claude przyjrzał się jego twarzy, ale wzrok Ralfa okazał się bardziej przenikliwy, bo kolejne skinienie jego głowy wskazało mu ten krótki odcinek drogi dzielący ich od plaży.
To była myśl, którą jeszcze musiał do siebie dopuścić - chociaż czuł, że powoli zaczynał.
- Przepłyniemy się - oznajmił mu Ralf. - Raczej nie mogę się tak pokazać w domu.
- Nie? Przecież wyglądasz rozkosznie - to znów wyrwało się Claude'owi z ust zanim zdążył pomyśleć, że takie określenia mogłyby mu nie pasować; także tym razem nie dał tego po sobie poznać.
Ale Ralf znowu się tylko uśmiechnął, jakby chciał o nim powiedzieć to samo.
- Wiesz - podjął Claude po drodze, co sprawiło, że idący nieco przed nim Ralf znów się obejrzał - jakbyś się jeszcze zastanawiał, to zaproszenie jest aktualne.
I znów uśmiechnął - w ten sposób, który Claude tak lubił.
- Przyjdę - zadeklarował Ralf. - Tylko nie wiem o której dam radę się wymknąć.
- Przecież poczekam.
- Tak?
Claude wzruszył wtedy ramionami, uznając to za oczywiste.

- Proszę poczekać... - Słysząc dźwięk otwierających się drzwi Daniela wychynęła zza progu kuchni z telefonem przyciśniętym do ucha ramieniem; w jednej dłoni trzymała tablet, drugą poprawiała na nosie okulary do czytania. W świetle zawieszonych nad wyspą kuchenną białych ledów mogła wydawać się bledsza niż zazwyczaj, nawet pomimo opalenizny; trochę siwsza mimo świeżego farbowania, trochę starsza mimo wszystkich zabiegów. Zmęczona, choć przecież była na wakacjach. - Ralf? Jadłeś coś? Nie? - Przyjrzała się mu kiedy kręcił głową, gotowy wycofać się do swojego pokoju; nie lubił jej przeszkadzać gdy była zajęta. - Oddzwonię do pana. Ralf, podgrzej sobie obiad. Tata wybrał ci coś na wynos. Jak było?
Nie spodziewał się tego pytania, a przynajmniej nie zadanego tonem, w którym niemal przebrzmiała ciekawość - nie ta chorobliwa, kontrolująca, a ta, która graniczyła z zainteresowaniem, jakiego jego rodzice nie zwykli w ten sposób przejawiać. Może jej uwagę przyciągnął uśmiech, którego nie umiał pozbyć się z ust, nadal mile rozgrzanych i nieco zaczerwienionych; może było to spowodowane czymś, o czym nie miał prawa wiedzieć.
Albo to zderzenie tych dwóch faktów wzbudziło jej podejrzenia, jedynie ukryte pod maską życzliwości. Daniela nie przyznałaby tego na głos, nie przy kimkolwiek poza Marzellem, ale dopuszczała możliwość, że Ralf wiedział - i uśmiechał się pomimo tego. Istniały rodzaje wrażliwości, której zdawał się nie przejawiać, ale jej samej zabrakło tej, która kazałaby jej się tym zaniepokoić: nie póki oznaczało to, że był w stanie funkcjonować kiedy innych przygniatał ciężar stresu i żałoby.
Nie póki wszystko wskazywało na to, że ta umiejętność będzie na wagę złota.
Ale Ralf nie wiedział - nie miał prawa wiedzieć.
- W porządku - Ralf usłyszał własny głos, tę automatyczną sekretarkę, która odruchowo odpowiadała na wszystkie pytania, które naruszyłyby resztki jego prywatności. Tym razem przebrzmiała w nim jednak niemożliwa do ukrycia wesołość, jeszcze zanim zdążyła rozbić się o twardą ścianę rzeczywistości: nie mógł powiedzieć rodzicom o tym, jak spędził ten dzień, o tym, co go uszczęśliwiało, ani o tym, dlaczego towarzystwo Claude'a wprawiało go w tak dobry humor.
To nie był pierwszy raz, kiedy przyszło mu przemilczeć szczegóły własnego życia, i chociaż w tych dniach Marzell i Daniela czuli ulgę, że przynajmniej nie stracili syna, nie zdawali sobie sprawy, że tracili go codziennie - po trochu, kawałek za kawałkiem. Ubywało go na tyle niewiele, by jeszcze przez wiele lat nie zwrócili na to uwagi; potem miało być już za późno.
Ralf okręcił makaron wokół widelca, wplatając między kolejne kęsy te zdawkowe odpowiedzi: że nie, nie nudził się, tak, spędził cały dzień na plaży, że oglądali mecz - choć to miało ich dziwić do końca dnia - bo Claude - Claude? - lubi piłkę. Wydało mu się wtedy, że Marzell i Daniela spojrzeli po sobie ze zdziwieniem tylko dlatego, że on sam nigdy nie przejawiał nią większego zainteresowania, ale przyjrzawszy się ponownie Ralfowi oboje delikatnie pokręcili głowami, tak że on sam tego nie zauważył, zajęty jedzeniem.
Raczej nic nie słyszał, prawda? Raczej nic nie zrozumiał?
Daniela mrugnęła twierdząco do Marzella. Raczej nic nie wiedział - i raczej nie powinni mu nic mówić. Wydawał się szczęśliwy i takim należało go zostawić, nawet jeśli w miarę rozmowy odpowiadał coraz bardziej zdawkowo, nagle rozgoryczony tym, że nie istniała osoba, z którą mógłby się tym wszystkim podzielić. Wtedy jeszcze łudził się, że może mimo wszystko słuchali tego, co im mówił, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że gdyby przypadkiem wspomniał o tym, że wprost uwielbiał robić laskę Claude'owi, oni tylko by przytaknęli. Tak, jak robili to przez cały ten czas.
To nie był też pierwszy raz, kiedy Ralf wymykał się w nocy. Nabierał w tym pewnej wprawy od niespełna roku, gdy noc okazała się być niemalże jedynym czasem, jaki mógł zagospodarować na to, co nazywał własnym życiem. Nie robił tego często, choć wystarczająco regularnie, by umieć określić moment, w którym jego rodzice zasypiali na tyle głęboko, aby z wszelkim prawdopodobieństwem nie obudzić się już do rana. Przecież nic by się nie stało - tak długo, jak wróciłby przed ich budzikiem.
Było w tym coś z popełniania przestępstwa: to decydowanie się na pozostawienie pościelonego łóżka, na wypadek, gdyby nie zdążył; to zostawianie szczoteczki do zębów, na wypadek, gdyby nie zastawszy go w pokoju, sprawdzili łazienkę; to zawahanie przed użyciem perfum, których zapach - o tej porze - byłby co najmniej niespodziewany.
Zanim zasnęli - nieco wcześniej, niż zakładał, zupełnie nieświadomy tego jak wyczerpująca była dla nich poprzednia noc - a on sam doprowadził się do porządku, w jakim chciał zaprezentować się Claude'owi, niebo zdążyło przybrać szaroniebieski odcień. Na jego tle napływające od horyzontu czarno-granatowe chmury przypominały rozłupany na kontynenty ląd, niemal nieruchomy w swojej wędrówce. Gdyby nie gwiazdy, to one wydawałyby się tym ciemnym nieboskłonem, pod którego osłoną Ralf opuścił się bezgłośnie przez balkon, przesadził przez ogrodzenie, i przemierzywszy pierwsze metry cichymi, ostrożnymi krokami - rzucił się niemal biegiem przed siebie. Trochę jakby uciekał; trochę jakby usiłował coś dogonić.
Bo gdy oglądał się za siebie, tam zdawało się coś być - jakiś nadciągający cień, przed którym mógł jeszcze uciec.



Edytowane przez Choo dnia 15-07-2022 17:19
 
Choo


- DZIEŃ 3 -
- noc -


J'comprends la vie comme roi des morts
On t'a poussé dans l'vide pour cent dollars
J'comprends plus c'qui s'passe j'danse avec l'espoir
J'ai besoin d'plus d'espace, si je m'en vais, laisse-moi





Niesiony nadanym mu przez pochyłość wzgórza rozpędem Ralf zwolnił dopiero na wysokości ulicy domu, w którym mieszkali dziadkowie Claude'a, i pod którego bramką on sam na niego czekał. W ciemnej luce pomiędzy wątłymi, pomarańczowymi światłami latarni, był tylko czarnym na tle szarości zarysem sylwetki z tą rozżarzającą się w ciemności końcówką papierosa. Ralf natychmiast go rozpoznał.
Ale i to tempo, które rozbieg nadał jego długim krokom, było na tyle żwawe, by jedynie rozłożone przezornie ramiona Claude'a zamortyzowały hamowanie natychmiastowym uściskiem - tym mocnym, jednocześnie miękkim i twardym uściskiem - w który Ralf wpadł, prawie zderzając się z nim ustami w powitalnym pocałunku, przerwanym dopiero przez cichy, zaskoczony śmiech, który wkradł się między ich wargi.
- Biegłeś? - Zdziwienie przebrzmiało w lekko zachrypłym głosie Claude'a; Ralf przytaknął dwukrotnie, przygarnięty do jeszcze jednego pocałunku zanim między usta Claude'a wrócił papieros. - Jak napisałeś, że wychodzisz, myślałem że jeszcze zdążę. - Ze śmiechem wypuścił dym bokiem. - Chcesz?
Ralf przyłożył usta do przytrzymanego przez Claude'a papierosa - bardziej po to, by dotknąć nimi jego palców, niż zaciągnąć się dymem - z czego ten musiał zdać sobie sprawę znów z tym lekkim, cichym śmiechem.
- Nie palisz, co?
- Tylko elektryki - Ralf wypuścił dym, przetrzymany dotąd jedynie między policzkami.
- Oczywiście, że elektryki - przytaknął Claude. - Pewnie tylko cudze. Trochę bawi mnie wizja tego, że nie krztusisz się obciągając, ale od tego maleństwa - zaciągnął się ponownie, zanim zdeptał niedopałek butem - zaraz miałbyś łzy w oczach. Tylko żartuję; żartuję, ej!
- Nie ja ochrypłem.
- Jesteś pewien? - zaśmiał się Claude. - Zawsze możemy poprawić, chociaż olśnij mnie jeszcze: to tak zawsze?
- Czasami - Ralf obejrzał się na niego, przeprowadzony przez furtkę przerzuconą mu przez ramię ręką. - Zdążysz się przyzwyczaić. Nikogo nie ma w domu?
W budynku przed nimi nie paliły się światła; jedynie zza jego rogu było widać jasną poświatę czegoś, co musiało oświetlać ogród lub taras.
- Cosmo zdążył wyjść - wyjaśnił Claude. - A reszta śpi, więc tak, to prawie jakby nikogo nie było.
- I jesteś pewien, że nikomu nie będę tu przeszkadzać?
- Ralf - znowu to przeciągłe imię, to pobłażanie w spojrzeniu. - Musielibyśmy się naprawdę bardzo postarać, żeby kogokolwiek obudzić. To starzy ludzie i jeśli przespali dotąd raban, który potrafi zrobić w środku nocy Cosmo, lub który potrafię zrobić ja, a wierz mi, że potrafię: prześpią wszystko. Nie tędy; tutaj - pociągnął Ralfa w bok. - I zamknij oczy.
Przeprowadzony z podjazdu na rozciągający się wokół domu trawnik Ralf spojrzał na Claude'a zdziwiony. Nie szli do środka.
- Pokażę ci coś ładnego - zachęcił go Claude. - No już, zamknij je - i z tymi słowami, kiedy Ralf posłusznie opuścił powieki, chwycił jego rękę i ruszył przodem, ciągnąc go za nią w sobie tylko znanym kierunku.
Idąc Ralf czuł na kostkach trawę, ocierającą się o nie z kolejnymi krokami i pojedyncze miękkie kwiatki muskające skórę w ruchu.
- Jeszcze nie otwieraj - usłyszał za sobą jego szept, jednocześnie czując, że złapał go za ramiona i przesunął lekko w bok, w miejsce, które musiał uznać za najlepsze samemu oceniwszy uprzednio widok, jaki się z niego rozciągał. - Jeszcze nie - Claude stanął za nim i zakrył jego oczy dłońmi. - Teraz.
Rozsunął je powoli, pozwalając Ralfowi spojrzeć przed siebie.
Żarówki rozwieszonej wokół patio girlandy świetlnej odbiły się w setkach tysięcy drobnych kropel wody, kiedy wachlarz zraszacza leniwie przeczesał łukiem ogród. Woń zroszonych kwiatów omiotła ich z lekkim podmuchem ciepłego wiatru; w tym oświetleniu - w mgiełce powoli opadającej wody - kuliste korony masywnych piwonii i gęsto rosnące róże przez chwilę zdawały się być posypane skrzącym się brokatem. Claude z zadowoleniem przyjrzał się uśmiechowi, który rozlał się ustami Ralfa, kiedy ten potoczył po tym wszystkim wzrokiem: po załamującym się w dzbanku sangrii świetle, przechodzącym przez czerwień wina, pomarańcz soku, lód i plastry cytrusów jak przez witraż; po plamie tego zabarwionego napojem światła padającej na miskę świeżo umytych owoców; po plecionych z ciemnej wikliny leżakach, wyłożonych poduszkami i kocami; po dziesiątkach jasnych żarówek rozpostartych ponad ich głowami.
Roziskrzone spojrzenie Ralfa wreszcie natrafiło na stojącego obok Claude'a, który nerwowo zaczesał włosy w tył, samemu przypatrując się już tylko jego uśmiechowi.
- Pomyślałem, że mogłoby ci się tutaj spodobać - ale Claude nie zdążył rozwinąć myśli, bo Ralf zamknął mu usta w jednym z tych krótkich, słodkich pocałunków, już postępując naprzód, aby z przestrzeni między leżakami jeszcze raz rozejrzeć się dookoła.
- Możemy tu zostać, gdybyś chciał - podjął ponownie, przestępując obok dzielącego leżaki stolika. - Noc będzie ciepła. Możemy też coś zamówić jeśli jesteś głodny. I popatrz w górę.
Na moment zadarli głowy na gęsto przebijające spomiędzy chmur gwiazdy. I kiedy Claude wrócił spojrzeniem na Ralfa, zrozumiał, że ten od dłuższego czasu patrzył na niego, zamiast na nie - chociaż z tym samym zachwytem, w jaki mógł wprawić wyłącznie ten mglisty zarys drogi mlecznej wyłaniającej się z coraz gęstszej ciemności.
Tę ciemność przeciął biały obrys wzniesionych do toastu kieliszków sangrii; zadźwięczały czysto zderzającym się w powietrzu szkłem i pobrzękiwały lodem, gdy niespiesznym krokiem przechadzali się między kwiatami. Kiedy zraszacz niespodziewanie zatoczył wokół nich kolejny łuk, mocząc ich włosy pojedynczymi kroplami, zdawało się, że z nieba spadły wszystkie z rozmigotanych gwiazd; że kiedy pocałowali się, te zawisły wokół nich - jakby uziemione niespodziewaną grawitacją, wystarczającą, by zakrzywić czasoprzestrzeń; jakby uznające ich za nowe serce wirującej bez pośpiechu galaktyki.
Jakże beztroski był śmiech, z którym Ralf spił z wierzchu dłoni czerwień sangrii, która przelała się za krawędź kieliszka; z którym scałowywali ją ze swoich ust, tyleż słodką co cierpką; z którym ciągnęli się za ręce wąskimi alejkami pomiędzy krzewami i krzakami, eksplodującymi świeżą wonią kwiatów z każdym trąceniem ich rozpostartymi dłońmi.
Tak wyglądał raj - i w tamtej chwili uświadomili to sobie obaj, znów patrząc sobie w oczy trochę inaczej.
- Pokażę ci coś jeszcze - pociągnął Ralfa Claude, aż z ogrodu przestąpili do słabiej oświetlonego sadu. - Wyciągnij rękę.
Gdy Claude pociągnął wyrastające z ciemności drzewo za gałąź, w dłoń Ralfa spłynął całkowicie ją wypełniający kulisty kłąb drobnych, białych kwiatów. Były miłe w dotyku, aksamitne jak nic nieważąca garść puchatego pierza.
- Co to?
- Kalina - uśmiechnął się Claude. - Jesienią też są piękne, wiesz? Całe czerwone, z owocami jak... - jak krople krwi, pomyślał niespodziewanie - ...korale. - Claude puścił gałąź, a Ralf podążył wzrokiem za wracającym na swoje miejsce okrągłym zlepkiem kwiatków. - Nocą wyłażą z nich pająki, ale za dnia można zapomnieć, że w nich mieszkają.
Zdążyli zawrócić gdy jeden z nich, niespiesznie przebierając odnóżami, wykroczył spomiędzy rozbujanych tym ruchem kwiatów; zdawało się, że wszystkie osiem z jego oczu powiodło za oddalającymi się sylwetkami Ralfa i Claude'a.
Jakby ich obserwował.

Było coś idiotycznie przyziemnego w tym, jak przywoławszy Ralfa gestem na zajęty przez siebie leżak Claude przygarnął go do siebie na tyle, by w oplatającej go w pasie ręce pokazać mu ekran; coś tak niemożliwie zwyczajnego w tym, jak mimowolnie uśmiechnęli się osiągając natychmiastowe porozumienie co do tego, które pizze zamówić.
Coś niemal cudownie normalnego w tym, że mogli to zrobić - sącząc dolewaną raz za razem zimną sangrię, wygodnie rozsadzeni na poduszkach wiklinowej leżanki, ze światłem lampek, gwiazd i księżyca tańczącym w ich wędrujących po sobie spojrzeniach.
- No co? - Oparty o zgiętą w kolanie nogę Claude'a Ralf pochwycił jedno z nich, tych dłuższych, zbyt przeciągłych, by można je było uznać za przypadkowe.
- Nic - uśmiechnął się lekko Claude uciekając wzrokiem w bok, ale ośmielony kolejnym łykiem zwilżającej usta sangrii zaraz znów podniósł oczy na Ralfa. - Po prostu lubię na ciebie patrzeć.
- Bo jestem ładny? Słodki? - przedrzeźnił go z lubością Ralf. - A może rozkoszny?
Claude przewrócił oczami, jakby wiedział, że to kiedyś do niego wróci, ale tylko zaśmiał się miękko. Ralf nie wydawał się niezadowolony; w jego głosie przebrzmiała raczej satysfakcja, niż uraza.
- I przystojny - sprostował Claude, wróciwszy spojrzeniem na twarz Ralfa, której rysom przyjrzał się uważnie mimo tego, że znał je już na pamięć. - Nie myśl sobie, że tego nie widzę. Jesteś słodki, to prawda, ale tylko kiedy patrzysz na mnie tymi maślanymi oczami, ej! - Przerwał, bo Ralf szturchnął go lekko łokciem. - Musisz zrozumieć, że nie jestem ślepy. Jak spojrzałeś w barze na Gasparda, uff, mój drogi - Claude chwycił go za brodę, obracając jego twarz tak, by móc dokładnie obejrzeć jego profil. - Gdybym był pewnym ministrem propagandy, w, powiedzmy, końcówce lat trzydziestych...
- Nawet nie zaczynaj - przerwał mu Ralf, ale Claude puścił to mimo uszu.
- ...i szukałbym modela do któregoś z plakatów, osobiście upewniłbym się, że to ty byś do niego zapozował. Mało tego! - Znów obrócił Ralfa za podbródek; lekko, choć trzymał go mocno. - Sam zapytałbym mojego dobrego przyjaciela, Austriaka...
- Claude, kurwa.
- ...aby wykonał wstępne szkice, bo chociaż specjalizował się w uwiecznianiu architektury, nie próbuj mi przerywać!, tylko jego wprawiona w ostrych liniach budynków ręka byłaby w stanie uchwycić tę szczękę, ten profil! Jeszcze z tym spojrzeniem: marzenie! Czy ty wiesz, jak to zagrzałoby naród do wysiłków wojennych? Ja byłbym wprost rozpalony... No już, już; wiem, że dla was, Niemców, to wciąż drażliwy temat. Zachowaj ten grymas dla Gasparda. I Niny, skoro musisz, chociaż naprawdę nie było potrzeby, abyś był dla niej taki niemiły.
- Jaki niemiły?
- "Ralf" - tym razem to Claude go przedrzeźnił, naśladując ten suchy, rzeczowy głos, którym jej się przedstawił. - "Z Niemiec". Po co to było? To ładna dziewczyna.
Ralf zmarszczył się tak, jakby zupełnie nie rozumiał o co chodziło Claude'owi.
- Jak według ciebie miałbym się przedstawić? - zapytał, przekrzywiając głowę. - Jak na nasze niemieckie standardy to całkiem normalne powitanie.
- Ralf, ty równie dobrze mogłeś jej powiedzieć, żeby spierdalała - perlisty śmiech Claude'a przypudrował ten jawny przytyk. - Nie zaszkodziłoby się do niej chociaż uśmiechnąć.
- Ale po co? - Ralf ściągnął brwi, chociaż w następnej chwili zaczął rozumieć do czego mógł zmierzać Claude, więc z westchnieniem zebrał myśli na tyle, by ubrać je w słowa. - Taki jeden uśmiech wystarcza do tego, by laski coś sobie wkręciły, więc jeśli mogę im oszczędzić tego rozczarowania: wolę nie robić im nadziei. Potem się do mnie kleją, wypisują do mnie po nocach, wmawiają koleżankom, że one mi się podobają... To męczące.
- Męczące? - powtórzył za nim Claude, musząc odstawić kieliszek na stół, by nie rozlać sangrii na nich obu. - Rozumiem, że przy tym jak wyglądasz pewnie nie możesz się od nich odgonić, ale... przecież to miłe. - Kiedy Ralf spojrzał na niego ponownie, Claude znów zobaczył w jego oczach to wymowne powątpienie; ten brak zrozumienia, który kazał mu przypuszczać, że Ralf, prawdopodobnie, nie był nimi w ogóle zainteresowany. - Nie...?
Ralf pokręcił głową.
- Wiesz, nie chciałem być nieuprzejmy - sprostował po chwili. - To nie tak, że jeśli nie jestem kimś zainteresowany, ta osoba nagle nie zasługuje na jakieś podstawowe, ludzkie traktowanie, bo tak nie jest. Po prostu... Zbyt wiele razy było tak, że jakaś dziewczyna odebrała zwykłe dobre maniery jako sygnał, że mógłbym chcieć czegoś więcej. W jednej chwili się uśmiecham, w następnej już czuję, że już mi wisi na ramieniu, pcha się na kolana i tak dalej.
- Ale to brzmi jak całkiem pożądana kolej rzeczy.
- Nie lubię tego - Ralf wzruszył ramionami. - Po prostu.
- Ale dlaczego? - dopytał Claude. - Zdajesz się lubić, kiedy ja to robię.
- Różnica jest taka, że ty mi się podobasz; już nie udawaj zaskoczonego, proszę cię, Claude. Podobasz mi się - i dobrze to wiesz.
Usta Claude'a z wolna rozciągnęły się w zadowolonym uśmiechu.
- Hej, ty mi przecież też - szturchnął Ralfa, kiedy ten wbił wzrok w przemieszaną w kieliszku sangrię. - Ale dziewczyny... nie? Tak w ogóle? Nigdy?
Ralf odstawił kieliszek pod leżak, tak, aby przypadkiem go nie przewrócić zanim zdecydowałby się wziąć kolejny łyk. Wiedział, jak powiedzieć to po niemiecku, ale potrzebował chwili, by znaleźć odpowiednie słowa w francuskim.
- To nie do końca tak, że chodzi po prostu o dziewczyny - spróbował mu wyjaśnić, przez chwilę wodząc po niebie wzrokiem, jakby mógł to wyczytać z gwiazd. - Są pewne cechy wyglądu i charakteru, które mi się podobają. Pewne wynikające z nich zachowania, które lubię. Dziewczyny... Zazwyczaj ich nie posiadają, albo jeśli posiadają, to niewystarczająco silne, by nadrobiły brak pozostałych, albo jednocześnie jest w nich coś, co jest tak... Jezu, to zabrzmi źle, ale odrzucające.
Claude przyjrzał mu się badawczo.
- Mój królewicz jest wybredny - stwierdził, poszturchując Ralfa kolanem. - Jestem po prostu ciekawy, bo ja tak nie mam. Patrzę na laskę i wystarczy mi, że jest ładna, żebym się chociaż obejrzał. Ty nie?
- Claude... Co tak właściwie chcesz, żebym powiedział? - zapytał po chwili milczenia Ralf. - Nie, nie mam tak. W większości mi się po prostu nie podobają, na start wizualnie, chociaż są pewne wyjątki. To nawet nie tak, że nie byłem nigdy z dziewczyną, bo byłem. Pewnie pół szkoły twierdzi, że nawet ze sobą chodziliśmy, ale im lepiej ją poznawałem, tym bardziej do mnie docierało, że to nie to. A już na pewno nie w łóżku.
- Pokaż ją.
- Co?
- No pokaż mi ją - ponaglił go Claude. - Masz gdzieś jej zdjęcie?
Z pewnym ociąganiem Ralf dobył z kieszeni telefon, przysuwając się bliżej na tyle, by Claude mógł zobaczyć kolejno wyświetlające się na jego ekranie logo Instagrama, profil Ralfa, zdjęcia, na których został oznaczony, aż wreszcie to, na którym w lustrze przestronnej windy zbliżona mu wzrostem blondynka wspierała się na jego ramieniu.
- O kurwa - Claude uniósł dłoń do ust. - Pewnie grała w kosza, co? Wygląda jak modelka.
- Bo nią została - uśmiechnął się z pewnym rozgoryczeniem Ralf. - I tak, zanim podpisała kontrakt z agencją była w szkolnej drużynie. Podobała mi się, przynajmniej póki grała, ale potem szybko schudła do zdjęć.
- Zmalał jej biust, co?
- Co? Nie, to znaczy tak, ale nie do tego dążę - zaśmiał się lekko Ralf, pozwalając Claude'owi przejrzeć jej profil, chociaż po chwili wrócił do zdjęcia, na którym stała obok Ralfa. - Co, podoba ci się?
Claude uniósł wzrok na Ralfa, przyglądając mu się uważnie.
- No dalej, przecież widzę to spojrzenie - zachęcił go Ralf. - Kogo byś wolał, tak szczerze: ją czy mnie? Przecież się nie obrażę.
Widział ten uśmiech, który powinien był powiedzieć mu wszystko o odpowiedzi, jaką miał za chwilę usłyszeć. Claude wbił w niego spojrzenie.
- Dobra, posłuchaj: ty, ja i ona na spółkę. Tak czy nie? Nie obruszaj się, to tylko naukowe rozważania: ja z przodu, ty z tyłu, tak czy nie?
Tym razem to Ralf przyjrzał mu się badawczo, niepewien, na ile Claude sprawdzał go samego, a na ile siebie.
- No dalej - ponaglił go Claude. - Krótka piłka. Tak czy nie?
- Zależy kogo byś całował. Chyba umarłbym z zazdrości, jeżeli ją.
- A jeśli ciebie? - dopytał. - Przysuń się bliżej. Bliżej, tutaj. Co jeśli ciebie? - I kiedy Ralf znalazł się na tyle blisko, by Claude mógł go pocałować, zrobił to, raz i drugi, zanim ponownie spojrzał mu w oczy. - Co jeśli nie dałbym ci powodów do zazdrości? Ani jednego?
- Claude...
- Oczy przez cały czas na tobie. To jak? We dwóch byłoby raźniej.
Gorzki uśmiech byłby przebiegł ustami Ralfa jak ten wychylający się spomiędzy płatków kwiatostanu pająk, gdyby nie rozgniótł go w porę wargami. Odkąd się przysunął czuł pod sobą ten twardniejący między warstwami ich ubrań zarys jego wzwodu; sam go miał, z czego obaj musieli zdawać sobie przez cały ten czas sprawę.
- To na mnie czy na nią? - postanowił zapytać Claude'a.
- Powiem ci jeśli ty mi powiesz.
Ralf podciągnął się wyżej, tak, że zrównali się biodrami; potem przeniósł ręce na jego pierś, aby wsparłszy się o nią przedramionami odchylić się na tyle, by móc spojrzeć mu w twarz.
- Wtedy, przy pewnej mentalnej gimnastyce, może nawet bym doszedł.
- ...nie skończyłeś? Z nią, wtedy?
Ralf pokręcił głową ze śmiechem.
- Na mnie czy na nią?
- Przecież wiesz, że na ciebie - Claude pocałował go pod okiem, zaczesując jego opadające na czoło kosmyki do tyłu; potem przeniósł dłonie na jego plecy, ale i z nich spłynęły na pośladki. - Ale serio? Nie?
- Na początku było nawet nieźle - zadeklarował z tym samym zażenowanym rozbawieniem Ralf. - Ale potem? Jezu, w życiu nie byłem tak zirytowany, chociaż ona zdawała się nie narzekać, a przynajmniej nie dała mi do zrozumienia, że cokolwiek było nie tak. Nalegała na powtórkę, ale... Dosłownie bym nie mógł. Kurwa, jak ją chwyciłem to miałem wrażenie, że ją połamię. Nie lubię tego uczucia. Do tego, przepraszam, nie powinienem tego tak mówić, ale...
- No dalej. Dopiero co wcieliłem się w Goebbelsa, więc raczej nie istnieje nic bardziej niesmacznego, co mógłbyś powiedzieć. Chociaż, tak na marginesie, widziałem, że się zaśmiałeś. Podobno dobrych Niemców to nie bawi - Claude mrugnął do niego porozumiewawczo, zanim pstryknięty w nos pohamował to rozbawienie. - Więc? O co chodzi?
- Ona z upływem czasu okazała się tak... zidiociała. Nawet ją lubiłem, bo na początku wydawało mi się, że jest bystra, ale potem zrozumiałem, że to kwestia wieku; była rok starsza, wiesz. I to było... ekscytujące, kiedy mogliśmy pojawić się gdzieś razem, bo wiedziałem, że wszyscy mi zazdroszczą, zresztą to działało w dwie strony, bo też to lubiła. Tylko że potem zacząłem czuć się trochę jak akcesorium, którym można się pochwalić w towarzystwie. Nie lubię tamtego zdjęcia, wiesz?
- Dobrze na nim wyglądacie.
- Ale to tyle. Wtedy już podpisała kontrakt i nagle wszystko poszło w odstawkę: osobowość, zainteresowania, ambicje, poza tą jedną, by dobrze wyglądać i zejść z rozmiarem do sesji. Nagle przestała się różnić od reszty tych wymalowanych kretynek. Dziewczyny... Ja wiem, że to nie ich wina, że takie mamy społeczeństwo, przecież sam widzę co i dlaczego wyrasta z mojej własnej siostry, ale kurwa. Wiesz, lubiłem ją bez makijażu, ale zaraz zaczęła się malować tak, że połowę ubrań miałem ubrudzoną podkładem-
- Starała się dla ciebie - próbował wyjaśnić mu Claude. - Na bank chciała ci się po prostu bardziej podobać. One tak robią. To przecież słodkie. Musiało jej na tobie zależeć.
Ale Ralf znowu nie wydawał się być tym przekonany.
- Czyli co - kontynuował Claude. - Makijaż odpada?
- Zależy jaki.
- A na chłopaku? Tak czy nie?
Ralf przyjrzał się mu uważnie, jakby każdemu z jego ciemnych oczu z osobna; trochę doszukując się w nich przyczyny tego pytania, trochę szykując na nie odpowiedź.
- Wiesz, tak szczerze - nachylił się do Claude'a i tym razem to on ujął go za brodę - wyglądałbyś bosko w eyelinerze, chociaż masz tak gęste i ciemne rzęsy, że prawie nie byłoby go zza nich widać. Albo z cieniem do powiek. Pewnie nawet w szmince byłoby ci do twarzy, ale i bez niej masz takie usta, że laski mogą ci pozazdrościć - przelotnie opuścił na nie wzrok, zanim spojrzał mu ponownie w oczy. - To też zapamiętasz?
Claude wzruszył ramionami z tym przyczajonym w kąciku ust uśmiechem, który zazwyczaj oznaczał kłopoty.
- Jestem tylko ciekawy co lubisz.
- Mógłbyś zamiast tego powiedzieć mi, co lubisz ty.
- Przecież wystarczy, że spojrzysz w lustro - uśmiechnął się Claude. - Spokojnie, później; póki co jeszcze z tobą nie skończyłem. Dopiero zaczęliśmy temat chłopaków. Była ta dziewczyna, chyba z rok temu, co? Zerwaliście?
- To nie tak, że byliśmy parą. Zaczęła dużo wyjeżdżać, przestała pojawiać się w szkole, tu pokaz, tam sesja. Miałem sporo szczęścia, bo dzięki temu nie wyszedłem na skończonego dupka kończąc to samodzielnie. Rozeszło się po kościach.
- A poza tym? Co po niej? Faceci?
- Co przed nią - poprawił go Ralf. - To nie tak, że od niej zacząłem. Wiedziałem już wcześniej, że mi się podobają, z jednym czy drugim zdążyłem się pocałować jeszcze przed zmianą szkoły-
To zaskoczyło Claude'a, jakby spodziewał się innej kolejności wynikających z siebie wydarzeń.
- Jak dużo wcześniej? Ile miałeś lat?
- Z piętnaście? Może czternaście - wzruszył ramionami Ralf. - Trochę całowania, trochę zaczepek, w tym wieku to niewiele znaczyło. Z jednym to było jak dla żartu, wiesz, takie przesuwanie granicy; drugi był nieco śmielszy, ale potem nie umiał spojrzeć mi w oczy. Nie miałem z tym problemu, chociaż trochę mnie to dziwiło.
- I nie czułeś się z tym nigdy dziwnie?
- Nie - Ralf znów ściągnął lekko brwi. - Dlaczego bym miał? Dopiero wyzwiska zaczęły mnie drażnić, ale poza tym... To zawsze było dla mnie normalne. Zdziwiło mnie dopiero to, że dla niektórych nie było.
Claude przytakiwał lekko, chwilowo nie patrząc na Ralfa, a gdzieś w bok; jakby nie słuchał jego, a dobiegającego skądinąd głosu.
- Dla ciebie nie? - tym razem to Ralf go zapytał, ale Claude nie odpowiedział od razu.
- Myślę - uspokoił go Claude. - Wrócimy do tego, co? Czyli jak, pierwszy pocałunek z chłopakiem?
- Pierwszy, którego chciałem - poprawił go Ralf. - I który mi się podobał.
- A pierwszy-pierwszy?
- Dziewczyna. Tak mnie zaskoczyła, Jezu... Ja tego nie chciałem, ani trochę. Nie podobała mi się, nie dawałem jej w żaden sposób do zrozumienia, że w ogóle by mogła, ja serio myślałem, że się po prostu przyjaźnimy... I nie wiem czemu uznała to za dobry pomysł.
- Cholera, to wiele wyjaśnia.
- Co niby wyjaśnia?
- No... Zawsze się upewniasz, czy możesz coś zrobić.
- Ale to nawet nie przez nią - sprostował Ralf. - Trochę przez nią, ale trochę przez te wszystkie inne razy, gdy któraś próbowała czegoś, czego nie chciałem. Po prostu nie chciałbym, żebyś ty się tak czuł. Albo ktokolwiek inny, dla ścisłości. Więc gdybym robił coś, czego nie chcesz-
- Ralf - przerwał mu Claude. - Nigdy nie zrobiłeś czegoś, czego bym nie chciał. To nie tak, że ja czegoś nie chcę, bo chcę. To tylko trochę... nowe. Trochę świeże. Po prostu dotąd podobały mi się raczej dziewczyny.
- Zdążyłem się zorientować. A faceci?
Claude oderwał od niego ręce i wzruszył nimi w powietrzu, zanim splótł dłonie pod tyłem własnej głowy i odchylił się lekko, spoglądając na niebo.
- Od niedawna - zaczął. - I to nie tak, że każdy.
- Tak jakby mi miał podobać się każdy - zaśmiał się Ralf, ale ten śmiech zaraz przeszedł w łagodny, uspokajający uśmiech. - Przecież widzę, że coś cię męczy. Możesz mi powiedzieć. W najgorszym wypadku przyjdzie ci unikać mnie przez te parę dni do mojego wyjazdu, ale nie ma rzeczy, której wypowiedzenie na głos sprawiłoby, że ja zacząłbym unikać ciebie. I nie myśl sobie, że nie widzę celu tego twojego przesłuchania. Więc?
- Ale ja naprawdę lubię też dziewczyny - zaznaczył Claude. - Wiem, wiem, jedno drugiego nie wyklucza, po prostu aż ciężko mi zrozumieć, dlaczego ty... nie.
- No dobrze, ale dlaczego ty tak? Też tego nie rozumiem.
- Są... słodkie. Delikatne, miękkie - zaczął wymieniać. - Czułe, czasem nieśmiałe, czasem zadziorne. No i... Podobają mi się, zwyczajnie. Biust, tyłek, wszystko.
- Wiesz, co słyszę kiedy to mówisz? Zresztą, nieważne - Ralf postanowił ugryźć się w język; nie dać zazdrości dojść do głosu. - Poza tym nie widziałem laski, która miałaby lepszy tyłek od faceta.
- Ja tak - brwi Claude'a podskoczyły zaczepnie. - Ale może nie od ciebie.
- Nie zmieniaj tematu. Co z facetami?
- Wcześniej, jeśli się na jakiegoś zagapiłem, w szatni czy cokolwiek, po prostu myślałem, że podobają mi się w taki... Zdrowy, męski sposób. Że może sam chciałbym tak wyglądać. Potem zaczęło do mnie stopniowo docierać, że chyba nie do końca o to chodzi skoro zaczynam się zastanawiać...
- Przecież wiem o co chodzi - uspokoił go Ralf. - Też tak miałem. Co dalej? Bo chyba zdążyłeś to sprawdzić przede mną.
Claude zaśmiał się miękko.
- Wiesz, czasem robię rzeczy tylko dlatego, że mogę...
- Zdążyłem zauważyć.
- Nie udawaj, że ci się to nie podoba.
- Podoba - zaznaczył Ralf. - Ale mów dalej.
- Kiedy zobaczyłem okazję, po prostu skorzystałem. Bo mogłem. On nawet niespecjalnie mi się podobał, ale dał mi dość jasno do zrozumienia, że jest zainteresowany i miał akurat wolne mieszkanie.
- I jak? Podobało ci się?
Claude westchnął krótko.
- Tak - przyznał po chwili. - Ale nie bardziej, niż z laską, chociaż- To było ekscytujące, i tyle. Jakbym złamał jakiś zakaz. Nie przespałem się z nim, ale wiesz, było blisko. Siedziałem u niego trzy dni-
Tym razem to Ralf gwizdnął cicho.
- Nieźle.
- Wiem - zaśmiał się Claude.
- To był ten raz, gdy zniknąłeś starym...?
- Możesz sobie wyobrazić, jak ciepło powitali mnie po tym w domu, ale to długa i osobna historia.
- Przecież mamy czas. Chyba że nie chcesz o tym mówić.
Claude przyjrzał się twarzy Ralfa, jakby oceniał to, jak mógłby ją odebrać.
- Byli wkurwieni - podjął, uciekając w bok wzrokiem. - Zdążyli to zgłosić na policję, bo nie dawałem znaku życia przez cały ten czas, no i gdy wróciłem, gdy im powiedziałem-
- Powiedziałeś im?
- Chciałem im zrobić na złość. I mi się udało, jeszcze jak - gorzko zaśmiał się Claude. - Stary aż mi przywalił.
Z twarzy Ralfa spłynęły resztki jakiegokolwiek wyrazu.
- Bo to był chłopak? - zapytał powoli. - Mają z tym problem?
- To nie tak - zapewnił go Claude, choć zrobił to po chwili ciszy wystarczająco długiej, by Ralf zdążył się przejąć. - Nawet chcieli go potem poznać. Musiałem wysłuchać całej tej gadki o tym, że mam się zabezpieczać, i że gdybym chciał kogokolwiek przedstawić, to nie obchodzi ich czy to chłopak, czy dziewczyna, ale oni nie rozumieli, że ja wtedy tylko... sprawdzałem.
- Kiedy to było?
- Wiosną.
- Mamy lato.
- Mówiłem ci, że to świeża sprawa. I jeśli jesteś zaskoczony, to przysięgam ci, że ja bardziej - odbił w lżejszy ton Claude.
- I co z tym chłopakiem?
- Nic - wzruszył ramionami Claude. - Jest rok wyżej, więc jeszcze jakiś czas będę go mijać na korytarzach, ale to był jednorazowy incydent. Nie zamierzam go z nim powtarzać. Mówiłem ci: on nawet niezbyt mi się podobał.
- A potem? Ja?
- Jeszcze nie, był jeszcze jeden, ale... Tylko się całowaliśmy, bo on też nawet nie był w moim typie. Chyba chciałem sprawdzić, czy mógłbym go wyrwać, albo czy to też by mi się spodobało, kurwa, nie wiem, ale się udało, więc poszedłem za ciosem. I teraz jesteś... ty.
- I co ze mną? - uśmiechnął się Ralf, tuż przed jego twarzą. - Jestem w twoim typie?
- Najwidoczniej - zaśmiał się cicho Claude, przypatrując się temu, jak pogłębił się jego uśmiech. - I z tobą jest... Cudownie. Z nimi tego nie czułem. Z nikim tego nie czułem, nie w ten sposób, i- Kurwa, Ralf, jaki ja mam przez to mętlik w głowie.
- Ja się po prostu bardzo staram.
- Ale nie chodzi tylko o to. Ja chyba...
- Wiem, Claude. Ja też - Ralf oparł głowę na jego ramieniu. - Mamy przejebane, co?
- Na to wygląda - zaśmiał się smutno Claude. - Po prostu tak bardzo mi się podobasz, że momentami nie wiem, co się ze mną dzieje. I już nie jestem pewien, czy może po prostu nie jestem... No wiesz.
- Claude - Ralf obrócił jego twarz ku własnej tak, że teraz leżeli patrzyli sobie w oczy, obaj oparci o poduszkę wezgłowia. - W tym nie ma nic złego.
- Wiem, że nie ma.
- To czemu tak boisz się tego, że mógłbyś być?
- A myślisz, że mogę...?
Ralf pokręcił głową.
- Nie sądzę.
Mógł niemal poczuć ulgę, z jaką odetchnął wtedy Claude.
- Claude... Co gdybym ja był? Czy patrzyłbyś na mnie inaczej?
- Nie - zapewnił go Claude, prawie podrywając się z leżaka. - Nie, Chryste, nawet jeśli jesteś... To przecież bez znaczenia.
- Więc czemu myślałbyś o sobie inaczej? Co takiego boli cię w tej myśli? Co strasznego widzisz w tym, że mógłbyś woleć facetów? Claude... - Ralf przytrzymał jego twarz, zanim Claude zdążyłby ją obrócić. - O co chodzi?
- Nie wiem o co chodzi. Po prostu dotąd to... Wydawało mi się takie jednorazowe. Tymczasowe. Myślałem, że mi po prostu przejdzie, jak spróbuję, że jestem tylko... ciekawy. Ale teraz jesteś ty i... To nie przechodzi, prawda?
Ralf znowu pokręcił głową.
- To nie choroba - starał się zabrzmieć łagodnie, ale Claude słyszał, że Ralf krył tym jakiś ból. - Nie jakaś grypa sezonowa, która przychodzi i odchodzi.
- Teraz zwyczajnie boję się, że mogę tak mieć tylko z chłopakami.
- I co z tego? Claude, jesteś jeszcze młody, obaj jesteśmy. Wszystko przed tobą, przede mną zresztą też. Nie musisz zaraz skakać do jakichkolwiek wniosków. Ja po prostu wiem, co lubię, a czego nie. Ty... Może jeszcze to odkrywasz i masz na to czas. To naprawdę nie jest aż tak istotne i nie wiem jak miałoby się różnić od tego, jaki w danej chwili jest twój ulubiony kolor. Albo od tego jakie psy lubisz. Wiesz, dziewczyny, w większości, są dla mnie trochę jak te wszystkie roztrzęsione chihuahuy, ufryzowane yorki i miniaturowe szpice z bogatych domów. Jak mam je na kolanach, to dosłownie boję się, że zrobię im krzywdę, albo że je rozdepczę. Co innego duże psy, takie, które gdyby chciały, mogłyby odgryźć mi rękę- No co? Co cię tak bawi?
- To popierdolone - zaśmiał się Claude. - Kurwa, gdyby Cosmo to słyszał... Sorry, po prostu dopiero co dostałem od niego zjebkę za porównywanie ludzi do samochodów; ale do psów? Już myślałem, że to moje pomysły są osobliwe.
- Jakim byłbym?
- Co?
- Samochodem.
- Najpierw powiedz mi, jakim byłbym psem.
- Zapomnij o tym.
- No jakim? - zaśmiał się Claude. - Jakim, Ralf?
- Claude, to pojebane.
- Jak chuj, ale to twoje słowa, nie moje.
- Wiesz co, może lepiej wróć do tych swoich fantazji o rurach wydechowych.
- Zaraz rurach wydechowych... Ale ty, ja i tylne siedzenie? Kochany, to byłaby przygoda twojego życia.
- To da się załatwić, wiesz? - Poprawił się na nim Ralf. - Ale pytałem poważnie. Jakim byłbym samochodem? Bo gdybyś chciał się przejechać... - mrugnął do Claude'a. - O każdej porze dnia i nocy.
Claude przyjrzał mu się uważnie.
- Z ciebie jest... jakiś pieprzony Aston Martin. Jeździsz jak marzenie - zacmokał z rozbawieniem, ale te zaraz się ulotniło. - Tylko nie mogę pozbyć się wrażenia, że to auto jest kradzione.
- Co?
- Nie wmówisz mi przecież, że nikt tam na ciebie nie czeka w Hamburgu. Nie...? Ralf, nie musisz mi wciskać kitu, nie oceniam cię jeśli chciałeś się tylko zabawić z kimś w wakacje, to w porządku, serio. Po prostu nie uwierzę, że kogoś tam nie masz.
- Naprawdę nie mam.
- Pierdolisz.
- Claude, przysięgam. Nikogo nie mam - powtórzył Ralf, patrząc mu w oczy. - Nie na stałe.
- To skąd ty...
- Skąd ja co?
- Skąd ty to wszystko umiesz?
Ralf przewrócił oczami.
- Skoro nie na stałe to co? Z doskoku? Tinder i jazda?
- Nie zawsze - zaznaczył Ralf. - Wiesz, umiem sobie znaleźć towarzystwo, jeśli mam na to akurat czas i ochotę. To naprawdę nie sztuka.
- W to nie wątpię, Jezu, popatrz na mnie - zaśmiał się Claude. - Po prostu jestem ciekawy jak to u ciebie wygląda, tak na co dzień.
- Zaraz na co dzień - powtórzył za nim Ralf. - Mówiłem ci, że tańczę, a wśród tancerzy- Wiesz, popatrz na mnie - tym razem to on się zaśmiał, powtarzając to po Claudzie. - Było paru chłopaków, z którymi czasem zostawałem po zajęciach, jeżeli znalazłem wolną chwilę i... Claude, śmiało. Przecież widzę, że chcesz o coś zapytać.
- Ty ich czy oni ciebie?
- Ja ich. Zdziwiony?
- Nie. Nie, w ogóle.
- Ale to też nie było do końca to, czego szukałem. Wiesz, też nie byli w moim typie, więc rozumiem, o co chodziło ci wcześniej. Podobali mi się wystarczająco na dwa, trzy razy, ale nie więcej.
- Yorki i chichuahuy?
- Nie aż tak - żachnął się Ralf. - Byli raczej... Nieśmiali. Trochę zbyt wydelikaceni jak na mój gust.
- Też bywasz delikatny - zwrócił mu uwagę Claude i zaraz poczuł znajomy, delikatny dotyk dłoni Ralfa na policzku. - I zdajesz się lubić, kiedy ja jestem - powiódł wzrokiem po tym białym konturze palców, sunącym w dół twarzy do szczęki.
- Bywam - przyznał Ralf. - I lubię, gdy jesteś. Ale to coś innego, gdy delikatność jest jedynym, co możesz dać... A co innego, gdy jest świadomym wyborem. Wcale nie muszę być z tobą delikatny.
Chwycił go mocniej za szczękę tak niespodziewanie, że Claude niemal westchnął.
- Och, kurwa.
- Ty ze mną też nie - Ralf zluzował zacisk palców i poklepał go lekko po policzku. - Ale już to wiesz. Oni nigdy nie zrozumieli tego w porę, więc zacząłem szukać gdzieś indziej.
- I co? Znalazłeś?
Ralf przytaknął, lekko i powoli, chociaż było w tym jakieś zawahanie, z którego Claude miał zdać sobie sprawę dopiero później.
- W międzyczasie trafiło się parę imprez, jakieś wyjście lub dwa do klubu, zdarzyło mi się z kimś wrócić, ale to niepraktyczne. Nie przy moich starych.
- Wymykałeś się?
- Tak jak teraz - wzruszył ramionami Ralf. - Ale potrzebowałem czegoś trochę bardziej przewidywalnego, więc jak już znalazłem sobie kogoś, kto mi bardziej odpowiadał, to zacząłem się tego trzymać.
- Ale nie jesteś z nim... W związku?
- No co ty - zdziwił się Ralf. - To tylko seks. Wpadam w wolnej chwili, jeśli chcę, mam czas i któryś z nich ma na to akurat ochotę-
- Któryś? Ilu ich jest?
- Zasadniczo to dwóch... Przecież nie na raz, Chryste, nie patrz tak na mnie.
- Ralf... Dlaczego dwóch?
- To zajęci ludzie - znów to wzruszenie ramionami. - Tak jak ja. Tylko że oni studiują, mają pracę, więc jeśli nie jeden, to drugi.
- I co, oni do ciebie piszą, a ty do nich lecisz? Jak na zawołanie? Pokaż mi ich.
- Claude...
- Daj mi ten telefon. To on? Ile on ma lat? Ralf... Czy myślisz, że nadal byś mu się podobał, gdybyś był choć trochę starszy?
- Ale on... nie wie ile mam lat. To nie tak, że go okłamałem, czy cokolwiek, po prostu nigdy go to szczególnie nie obchodziło.
Claude przesunął palcem po ekranie, przypatrując się każdemu zdjęciu z osobna.
- O, to twoja ręka. No dobra, przynajmniej zabrał cię potem na porządną kolację, ale lol, serio, nawet cię nie oznaczył...? Bo zabrał cię na kolację, prawda? Nie...? Musiałeś za siebie zapłacić?
Ralf zamilkł.
- Ja go zabrałem - przyznał po chwili ciszy, już nie patrząc Claude'owi w oczy, tylko w kieliszek sangrii, który zdążył podnieść spod leżaka.
- Bo to ty go...?
- Nie, on mnie. Ja... Po prostu chciałem z nim spędzić trochę czasu. Porozmawiać, pośmiać się, zjeść coś dobrego; może żeby mnie chociaż potem przytulił, albo nie wiem, odwiózł do domu. Wiem, że jest starszy, ale ja naprawdę dorównałbym mu rozmową... Gdyby tylko chciał rozmawiać. I wiem, że to pewnie dziwne, ale czasami po prostu chciałbym, żeby ktoś mnie... przytulił. Żebym mógł się obok kogoś obudzić, zamiast wychodzić zaraz po.
- Dziwne? - powtórzył po nim Claude. - To jedyna normalna rzecz, jaką powiedziałeś od dobrych pięciu minut. To jest tak popierdolone... Ralf, dzieciaku, chodź tu.
- Jestem od ciebie starszy - przypomniał Claude'owi, już przyciśnięty do jego piersi oplatającymi mu plecy rękoma.
- I to strasznie popierdolone, że musisz to usłyszeć ode mnie, zamiast od kogoś dorosłego. Nie masz kogoś, z kim mógłbyś o tym... Nie wiem, porozmawiać? - Ale Claude tylko poczuł, jak Ralf pokręcił głową. - Ralf... Jesteś młody. Nie masz nawet osiemnastki. Na umawianie się ze studentami przyjdzie jeszcze pora, ale czy ty naprawdę nie widzisz, że oni cię wykorzystują? "Jeśli mają ochotę"? Chyba jeśli nie obracają akurat kogoś innego, kurwa, Ralf. Jesteś tak przenikliwy, potrafisz przejrzeć mnie na wylot... I tego nie widzisz? Czy po prostu nie chcesz tego widzieć? Hej, spójrz na mnie. Nie oceniam cię, okej? Po prostu się martwię, bo widzę, że coś jest nie tak.
- Nie robię niczego, na co nie miałbym ochoty-
- Ralf, pozwól, że cię o coś zapytam. Jak ty się po tym czujesz? Tak naprawdę.
- W trakcie jest w porządku-
- W trakcie jest w porządku, oczywiście. Ale po? Nie musisz mi odpowiadać. Po prostu się nad tym porządnie zastanów. Jak czujesz się, kiedy od nich wychodzisz? Jak czujesz się, kiedy wystawiają cię za drzwi, gdy tylko z tobą skończą? Jesteś pewien, że "wykorzystany" nie jest właściwym słowem?
Ale Ralf zamilkł, tym razem na dobre. Nie dlatego, że musiał się nad czymkolwiek zastanowić; nie dlatego, że potrzebował chwili na przemyślenie sytuacji, którą nakreślił mu Claude. Zamilkł, ponieważ to wiedział.
- Nie jestem ślepy, wiesz - kontynuował Claude wobec ciszy, którą napotkał - ani głupi. Widzę, jak reagujesz na zwykły, czulszy dotyk, jak zwykłe pocałunki potrafią sprawić, że westchniesz, i coś każe mi myśleć, że oni nawet porządnie ci nie obciągną, bo nie trzeba wiele, aby cię uszczęśliwić, choć Bóg mi świadkiem, że sam zrobiłbym wszystko- Ralf... Popatrz na mnie, proszę. Proszę. Ktoś musi ci to powiedzieć zanim zrobisz sobie krzywdę. Widzę, jak się starasz, ale czy oni- Czy którykolwiek z nich stara się w podobny sposób dla ciebie? Bo wiesz, na ich miejscu bym się postarał. Na ich miejscu nie umiałbym ci spojrzeć w oczy, dopóki nie byłbym w stanie z nadwyżką oddać ci wszystkiego, co dajesz mi... ty. To naprawdę nie tak, że jeśli spełnisz każde z ich życzeń, oni za którymś razem wreszcie dadzą ci to, czego potrzebujesz. Nie dostaniesz od nich miłości. Nie dostaniesz od nich troski. Nie dostaniesz od nich przyjaźni, koleżeństwa, nawet zwykłej, pierdolonej sympatii. Nie zajmą się tobą, gdy coś ci się stanie. Nie dadzą ci nic ponad to, co już zdążyli ci dać, a podejrzewam, że nie było to więcej niż parę minut przyjemności. Nie dadzą - i tyle. A przy tym będą tylko dalej zabierać. Twój czas, twoją energię, twoją młodość, to ciepło, które w sobie masz, i którym się dzielisz... Ralf, słońce. Tak nie można. To nie jest dla ciebie dobre, przecież to wiesz.
Ale Ralf nadal milczał.
- Jak oni cię traktują? Jak reagują, kiedy zdarzy się, że nie znajdziesz dla nich akurat czasu? Jak reagują na samą sugestię, że chociaż ten jeden raz, to ty chciałbyś ich przelecieć? Dam sobie uciąć rękę, że źle. Że reagują, kurwa, źle; a wiesz, po czym poznałem? Po tym, jak ostrożny jesteś, gdy sam mi to sugerujesz. Jakbyś się bał, że cię uderzę, jeżeli zrobisz to choć odrobinę bardziej otwarcie. Wiem, że idziesz mi na rękę-
- Bo nie chcę cię odstraszyć. Nie chcę ci się narzucać. Nie chcę, żebyś pomyślał, że chodzi mi tylko o seks, żebyś czuł się w jakikolwiek sposób wykorzystany, żebyś czuł się tak-
- Jak ty z nimi? Hej... Hej-hej-hej-
Był niemal pewien, że kiedy ujmie twarz Ralfa w dłonie, tak, aby unieść ją na wysokość własnej, tak, aby ten spojrzał mu wreszcie w oczy, zobaczy w jego własnych łzy; że te będą ciekły po jego policzkach, choć przecież poczułby je, moczące mu materiał koszulki tak, jak uczyniły to wcześniej rozrzucone przez zraszacz krople wody. Ale Ralf nie płakał - i nie istniało nic, co mogłoby przygotować Claude'a na zobaczenie jego nieobecnego wyrazu twarzy.
Tego spojrzenia, pustego jakby ktoś zgasił w domu wszystkie światła. Claude nagle poczuł, że musi wpaść do środka, aby przebiec się tymi ciemnymi korytarzami i zapalić każde z osobna - po to tylko, by upewnić się, że nie przepalił się żaden z bezpieczników. Że ten dom nadal był podpięty do sieci; że rozwieszonymi na słupach kablami wciąż płynął prąd, choćby ten miał go kopnąć.
Bo przecież nie było jeszcze za późno - jeszcze nie wtedy.
- Ralf... Słońce. Nic się nie stało. Pogubiłeś mi się trochę po drodze, wiesz? Przecież zasługujesz na kogoś, kto zawsze znajdzie dla ciebie czas. - To już nie był głos szesnastolatka. Jego ustami od dłuższej chwili mówił ktoś dojrzalszy. - Na kogoś, kto da ci wszystko to, czego tylko zapragniesz, i to, czego nawet nie wiesz, że potrzebujesz. Zasługujesz na kogoś takiego, i kropka. I naprawdę nie musisz szukać aż tak daleko- Halo, Claude do Ralfa! Jestem tutaj. Z tobą. No rozchmurz się... Proszę...
W tamtej chwili wystarczyło, że Claude potarł delikatnie jego policzki, jakby ciepło jego dłoni mogło roztopić szron, od którego twarz Ralfa zamroziła się w tym chłodnym wyrazie; że przyłożył usta do jego czoła, składając na nim ostrożny pocałunek; że pogładził jego głowę, aż Ralf sam ją podniósł i podparł ją o rękę, tym razem wyraźnie zamyślony.
- Wiesz, nie chciałem brzmieć zbyt ostro - wyjaśnił mu Claude. - Jeśli jesteś pewien, że właśnie tego chcesz: w porządku. To twoje życie. Nie muszę ci w nim mieszać, jeżeli naprawdę odpowiada ci to, jak teraz wygląda. Tylko bądź szczery, tak przed samym sobą. Zastanów się, jak naprawdę się czujesz. Jak czujesz się... ze mną...
- Z tobą? - powtórzył za nim Ralf i kiedy to zrobił, Claude poczuł, jak strasznie bał się tego, co mógł usłyszeć. - Claude, z tobą czuję się cudownie. Z tobą czuję się tak dobrze, że... Mógłbym już tak zostać, wiesz? Ty, ja i- cokolwiek jest między nami, bo nie wiem, jak to nazwać. Z tobą czuję się tak, jakbym znał cię całe życie i jakby... Jakby właśnie tak to wszystko powinno wyglądać. Jakby wszystko było na swoim miejscu.
- Bo może tak jest - uśmiechnął się lekko Claude. - Ty, ja i trochę sangrii. Ty, ja i ciepły, letni wieczór. Ty, ja i... - Pocałował go w policzek. - To. Oraz to, i to, no już, uśmiechnij się... To też. W porządku?
Ralf przetarł oczy, chociaż wcale nie musiał.
- I żaden z tych kretynów, żaden, słyszysz?, na ciebie nie zasługuje. To jakby ktoś wywiesił oryginał Moneta w korytarzu jakiejś zasranej publicznej toalety. Nie, nie, kochany, nie z moim imieniem, rozumiesz?, m o i m imieniem w rogu. Nie ma mowy. Daj mi ten telefon jeszcze na chwilę. No daj, tylko coś sprawdzimy. O popatrz, nawet coś przed chwilą wrzucił-
- Nie otwieraj tego.
- Nie otwieram. Jest online.
- Nie pisz do niego.
- Nie piszę, widzisz? Nic nie piszę. Chodź, zabawimy się z nim trochę - Claude poprawił się na leżaku, odpalając przednią kamerkę jego telefonu. - Przysuń się, no już, bardziej. Tak jak wcześniej. A teraz mnie pocałuj- Ale porządnie. Porządnie, Ralf, tak, jak robiłeś to dotąd. Mhm, w ten sposób, i nie przestawaj. Nie przestawaj... Nie przestawaj... - I sam zatracił się w tych pocałunkach tak, że niewiele brakowało, a zapomniałby oderwać dłoń od karku Ralfa i unieść jej wyprostowany środkowy palec do kamery. - Będziesz mi to musiał potem wysłać, wiesz? Masz pojęcie jak dobrze całujesz?
- Claude, co ty robisz?
- Nic. Niech bawi się dobrze. Poza tym, złotko, ja dopiero się rozkręcam. Wszystkim się zajmę, no już. Nie ruszaj się przez chwilę, zostań tak. - Z tymi słowami uniósł rękę na tyle, by na zrobionym następnie zdjęciu uchwycić to, jak Ralf na nim siedział. I kiedy drugą dłonią poprawił zacisk palców na jego pośladku, było widać jak miękko ten ugiął się pod tym dotykiem, jak materiał spodni gwieździście zmarszczył się w punktach styku, jak plecy Ralfa wyginały się w tym znajomym mu łuku. - To też mi zaraz wyślij. A teraz czekamy... O popatrz, już otworzył. Już pisze... Pisze... Przestał. Czyżby- O, jednak nie. Proszę bardzo. Już nas zablokował. Straszna strata, naprawdę chętnie poczytałbym o tym, że nie masz prawa choćby rozglądać się za kimkolwiek innym, nawet jeśli mu samemu ktoś właśnie ujeżdża kutasa. Jeden z głowy, a ten drugi? On? Proszę, proszę: medycyna. Czwarty rok. Pan przyszły chirurg i pan wkrótce-parlamentarzysta, jak słodko. Ale ty wiesz, że on ma dziewczynę? Nie masz jakiegoś zdjęcia, na którym mu obciągasz? Nie...? Jesteś pewien?
- Może ciężko będzie ci w to uwierzyć, ale naprawdę nie bawię się w takie rzeczy.
- Straszna szkoda - zacmokał Claude. - Nie tylko dlatego, że najchętniej patrzyłbym, jak jego- dwuletni związek, pięknie!, się przez to rozpada, nie, nie. To przede wszystkim wspaniały widok, mówię poważnie. No dobra, z nim rozprawimy się tak. Chyba nie będziesz za nimi tęsknić, co? Poza tym, Ralf... Przecież wiesz, gdzie mnie znaleźć. - Oddał Ralfowi telefon z własnym profilem. - Tylko obiecaj mi, że do tego nie wrócisz. Naprawdę zasługujesz na coś więcej i nawet, jeżeli akurat nie miałbym jak ci tego dać, może nie w formie, w jakiej byśmy sobie tego życzyli- To zawsze, gdybyś chciał, możesz się do mnie chociaż odezwać, w porządku?
- Ale... Ty jesteś tutaj.
- Jak na moje oko, to jesteśmy tu obaj - mrugnął do niego Claude. - I nie miej mi tego za złe, proszę. Może tego nie widzisz, ale to... To cię kiedyś wykończy. Wiesz, jeśli naprawdę musisz, może po prostu poszukaj sobie kogoś... W swoim wieku. Nawet, jeśli to miałoby nie być to samo, jeśli to miałoby być nie do końca to, czego szukasz- Może po prostu musisz jeszcze poczekać. Przecież oni też nie dawali ci dokładnie tego, co chciałeś. I nie daliby, niezależnie od tego, ile ty nie dałbyś z siebie. Sam mówiłeś, że wszystko jeszcze przed nami. Jesteśmy... młodzi.
Od dłuższej chwili Ralf leżał z głową na jego piersi, nerwowo pocierając w palcach materiał jego koszulki; dopiero gdy Claude podważył jego podbródek, tak, aby spojrzał mu w oczy, Ralf uniósł lekko kąciki ust, nadal nieco zamyślony, choć już nie tak nieobecny, jakim Claude widział go jeszcze przed chwilą.
- W porządku? - upewnił się Claude, starając się do niego uśmiechnąć tak łagodnie, jak robił to Ralf, ilekroć on sam zauważył, że Claude mógł tego potrzebować.
- Tak, po prostu- Chyba masz rację.
- Dobrze wiesz, że ją mam. I Ralf, ja naprawdę cię nie oceniam, jeśli to cię martwi. Masz swoje powody, masz swoje zachcianki, to w porządku. Przecież osobiście je spełnię jeśli tylko mi pozwolisz. Mamy jeszcze dużo czasu. I coś mi mówi - Claude zamilkł na chwilę potrzebną na dosłyszenie urywającego się pomruku silnika. - ...że to może być nasza pizza.
Brzęk dzwonka u furtki ściągnął ich na Ziemię tak gwałtownie, że obaj drgnęli, jakby dopiero za jego sprawą przypomnieli sobie o istnieniu grawitacji, dotąd zawieszeni w dziwnym stanie nieważkości gdzieś między niebem a jej powierzchnią.
- Poczekaj tu - zerwał się na nogi Claude. - Będziesz chciał więcej sangrii?
Ralf przytaknął - znowu z tym spokojnym uśmiechem, z którym patrzył tylko na niego: na to jak Claude przebiegł przez trawnik i wrócił do niego z dwoma kartonami pizzy, na to jak zdziwił się, kiedy chwyciwszy pusty już dzbanek obejrzał się za siebie i sam ucieszył, zauważając Ralfa idącego za nim przez taras do kuchni.
Na to, jak twarz Claude'a pojawiła się tuż nad jego ramieniem, gdy ten oparł się o nie brodą, dorzucając do dzbanka lód, podczas gdy on sam kroił pomarańcze. Roześmiali się wtedy bezgłośnie, bo pocałowany w kark i zgłębienie szyi Ralf musiał odłożyć nóż i zaprzeć się dłońmi o blat, mokry od wyciekającego z owoców soku, który przyszło im scałowywać z palców jeszcze w drodze powrotnej na patio.

Wszystko znów wróciło na swoje miejsce: każda jedna z gwiazd, każda jedna z rozpiętych ponad ich głowami żarówek, a nawet księżyc, który przekrzywiwszy się lekko, zdawał się przypatrywać im spod porozumiewawczo przymrużonej powieki. Ta jednooka twarz nocy, atramentowo czarna i piegowata od gwiazd, patrzyła na nich łaskawie i dyskretnie odwracała wzrok, ilekroć tego potrzebowali, wracając do pocałunków przerywanych łykami sangrii i łagodnym, wkradającym się między usta śmiechem, z którym przyłapywali się na tym, że znów zsunęli się z leżaka, że zaraz z niego spadną, że kolejny raz muszą się na sobie poprawić lub zrobić między sobą miejsce dla dłoni, leniwie szukających nagiej skóry między warstwami ubrań.
Sennie; bo wtedy zaczynało im się wydawać, że wkrótce zasną.
- Śpisz? - Ralf uniósł ostrożnie głowę, ale Claude tylko spojrzał na niego z góry.
- Co...? Nie, nie śpię - odpowiedział mu nieco sennym głosem, choć było słychać, że jest ciągle przytomny; że to pytanie wyrwało go z zamyślenia, a nie snu.
- To dlaczego przestałeś?
- Ale co...? - zdziwił się Claude, ale gdy Ralf skinął głową za swoje plecy, pojął, że chodziło mu o coś, co robił dotąd niemal nieświadomie. - A... To. Sorry. Mam tak dalej?
Ralf przytaknął i zaraz uśmiechnął się w zgłębienie jego szyi, bo wsunięte pod warstwy ubrań dłonie Claude'a ponownie spłynęły palcami w dół jego pośladków, tylko po to, by wrócić spokojnie w ich górę i ponowić tę niespieszną wędrówkę.
- O czym myślisz?
- Hmm...? - mruknął Claude; Ralf poczuł pod policzkiem wibrację powietrza w jego krtani, gdy to zrobił.
- O czym myślisz? - ponowił pytanie.
- O niczym takim - uciszył go Claude, ale widząc powątpienie w spojrzeniu, które uniósł wtedy na niego Ralf, westchnął bezradnie. Znów nie mógł oprzeć się wrażeniu, że nawet, jeżeli by mu nie powiedział, Ralf i tak sam domyśliłby się co chodziło mu po głowie. - O tobie, tak trochę.
- Tak? - ożywił się nieco Ralf, poprawiając się na nim. - A o czym konkretnie?
- Ale to głupie - przekrzywił głowę Claude, ale Ralf zaraz obrócił ją ku własnej twarzy tym znanym mu już zaciskiem dłoni na szczęce, równie stanowczym co czułym. - No dobra, ale się nie śmiej.
- Przecież nie będę. O co chodzi?
- Po prostu zastanawiam się co wolisz.
- W jakim sensie?
- Wiesz w jakim - przewrócił oczami Claude. - Tylko mówię, ale jeśli nie chciałeś, żebym sobie wyobrażał jak obracasz jakichś tancerzy, to nie powinieneś był mi o tym wspominać.
- I co? - dopytał Ralf zaczepnie. - Podoba ci się to wyobrażenie? Tak czy nie?
- Najwidoczniej - zaśmiał się cicho Claude, bo Ralf i tak poczuł w pieszczącej go dotąd leniwie dłoni, że tak było. - Po prostu myślę, że byłoby na co popatrzeć.
- Bo byłoby - zapewnił go Ralf. - Było takie jedno kameralne studio, zero kamer, lustra na trzech ścianach, na czwartej drabinki. Bez większego problemu mogłem dostać do niego klucze. Miałbyś naprawdę dobry widok z każdego miejsca. Każdego, Claude. Po jakimś czasie dotarło do nas, że dosyć trudno zetrzeć ślad dłoni z luster...
- Boże, Ralf.
- Mam przestać?
- Nie. Nie przestawaj...
- To samo ze śladem pleców, szczególnie takich mokrych, po godzinnym treningu; chyba wiesz, o co mi chodzi. Może te ślady byłyby do wytłumaczenia, ale musisz zrozumieć, że jeśli któregoś podniosłem, a mogłem to zrobić bez problemu, to umiejscowienie tych wilgotnych plam na szkle było... Dosyć wymowne. Na szczęście były jeszcze drabinki... Może jednak?
- Nie, nie... Co z tymi drabinkami?
- Mógłbyś się ich porządnie przytrzymać, choć nie obiecuję, że nie obiłyby ci pleców. Ale wiesz, byłbym ostrożny, zawsze jestem, więc na pewno bym cię porządnie przytrzymał; zresztą, nie miałbym wyboru, bo kiedy już bym z tobą kończył, to nawet przy tym, jak silne masz ręce... Dłonie zsunęłyby ci się z drążka.
Claude drgnął pod nim, mogąc niemal poczuć, jak to dobrze mu znane suche drewno drabinek wymyka się spod jego palców; przez ten nieskończenie krótki ułamek sekundy wydawało mu się, że spada.
- Przecież bym cię złapał. Nawet nie musiałbyś jakoś szczególnie się powstrzymywać, wiesz? Wszystko - cóż, może prawie wszystko - i tak stłumiłaby muzyka. A ja naprawdę mam fantastyczne... wyczucie... rytmu... Więc tak, byłoby na co popatrzeć, chociaż uważam, że miałbym lepszy widok. I gdybyś to był ty, och, Claude, gdybyś to tylko był ty, patrzyłbym na ciebie z ogromną przyjemnością. Wyglądałbyś bosko w tamtym świetle. Spójrz na mnie.
Po chwili Ralf poczuł, jak mocno palce Claude'a wbiły się mu w pośladki; jak ten uniósł się pod nim, targnięty mocniejszym skurczem; jak jego usta rozwarły się szerzej pod jego własnymi w stłumionym pocałunkiem westchnieniu.
- I gdyby po tym było ci mało... Z naprawdę miłą chęcią zobaczyłbym cię za moimi plecami w jednym z tych luster. Jakoś starlibyśmy ślady rąk - mrugnął do niego Ralf, wiszący nad nim z wolną ręką opartą na wezgłowiu.
Claude stopniowo odzyskał oddech, urywający się w niemym, zaskoczonym śmiechu.
- Kochany... - wysapał, zanim wysuniętą spod spodni Ralfa dłonią przycisnął go do siebie tak, że resztę wyszeptał mu tym mrukliwym, rozedrganym głosem już na ucho. - Ślady pleców byłyby niczym przy odbiciu twojego policzka na lustrze. Naprawdę nie wiem jak byś się z tego wytłumaczył. Twój oddech na lustrze, Ralf. Co wolisz? A może nie lubisz wybierać?
- Nie, nie lubię - Claude słyszał ten uśmiech w jego głosie; czuł go na skórze przez materiał koszulki. - Dlatego ten wybór zostawiam tobie. Ale na trzeźwo.
- Jestem trzeźwy. Trzeba czegoś więcej- No dobrze, może nie do końca - zaśmiał się miękko Claude, uświadamiając sobie, że obaj wypili sangrię zbyt szybko, by nie ogarnęło ich to lekkie przymroczenie. - Czym ty zmywałeś te ślady, co?
- Płynem do dezynfekcji. Wiesz, alkohol...
- Nie było smug?
- Ani jednej.
- A to światło?
- Fioletowe.

Gdzieś między ostatnimi z ospałych pocałunków, już półprzytomnych, choć wymienianych do upadłego; między wolnymi ruchami gładzących skórę dłoni, muskających ją pod materiałem koszulki i spodni tak bezwiednie, że Claude mógłby robić to choćby i przez sen; między tymi dobranoc, które nie okazały się być ostatnimi, oddech Ralfa niepostrzeżenie nabrał miarowego rytmu - i kiedy Claude przechylił głowę, by spojrzeć na jego twarz, jej spokojny wyraz powiedział mu, że tym razem Ralf zasnął naprawdę: z głową i ręką na jego piersi, z przerzuconą mu w pasie nogą i z cieniem tego łagodnego uśmiechu przyczajonym w kącikach ust.
Claude przypatrywał się mu jeszcze chwilę, i gdy upewnił się, że ani przerwanie głaszczącego dotyku, który ukołysał go do snu, ani przytknięcie ust do jego czoła go nie obudzi, sam odpłynął.
Miękkie chmury nakryły niebo jak nasunięta na nich obu kołdra - i gdziekolwiek nie dryfowali, tym razem byli tam razem. Tylko zraszacz w swojej cyklicznej wędrówce raz za razem bezgłośnie rozsypywał wokół nich gwiazdy.



Edytowane przez Choo dnia 19-07-2022 01:34
 
Choo


- DZIEŃ 4 -
- poranek i popołudnie -

Heureux soient les felés
Ils laisseront passer la lumiere
J'deviens felé
Le monde crame, crame, crame a la télé


Enfin la mort se dresse en coeur
Mes va-et-vient dans ta chaleur
J'entends, fais-moi jouir, fais-moi jouir
Fais-moi jouir, fais-moi jouir











Z nastaniem bladego poranka kwiaty ospale powiodły oklapłymi przez noc głowami za słońcem sunącym w górę nabierającego kolorów nieba. W jego niespiesznej wędrówce cienkie wstęgi chmur ciągnęły się za nim jak jedwabne poły zsuwającego się z ramion peniuaru, który w końcu rozpłynął się na wietrze. Jeszcze przez długi czas, gdy do życia budziły się ćwierkające nieśmiało ptaki, te kwiaty - bladoróżowe piwonie, herbaciane róże i hortensje, łączące oba te odcienie z błękitem - niemal zlewały się barwami ze sklepieniem nieboskłonu. Na jego jasnym tle prawie nie było widać jak za pstryknięciem wyłącznika girlandy świecące przez całą noc ponad głowami Ralfa i Claude'a wreszcie zgasły.
Spoglądająca na ten obrazek z progu tarasu Lina uśmiechnęła się do samej siebie, z nieco już pomarszczoną i upstrzoną przebarwieniami dłonią nadal na przełączniku.
Jej kroki na stopniach tarasu były niemal bezgłośne, gdy z podrygującym na tacy koszyczkiem wciąż ciepłego pieczywa, słoikiem różanej marmolady i szklankami wody zeszła na patio, aby postawić je w miejsce dzbanka po sangrii, w którym zostały już jedynie owoce.
Jeszcze z nim w rękach przyjrzała się Ralfowi i Claude'owi z zadowolonym uśmiechem. Gdyby tylko mogła, takich życzyłaby sobie widzieć ich przez cały czas: niewinnych i beztroskich, śpiących snem tak słodkim, w jaki mogły wpaść jedynie dzieci - bo nawet, jeśli dawno przestali nimi być, dla niej mieli nimi pozostać już na zawsze. Tak jak jej kwiaty, które przy okazji obejrzała w dłoni; tak jak te dwa wróble, które - już pod jej nieobecność - poczęstowały się okruchami bagietki i paroma kroplami wody.
Spłoszyło je dopiero ponowne otwarcie się drzwi tarasu. Odleciały w popłochu, gorączkowo trzepocząc skrzydłami, zanim oślepiony jasnością poranka Cosmo zdążył wcisnąć na nos okulary przeciwsłoneczne i z trudem odnajdując stopnie pod plączącymi mu się nogami - częściowo przez to, jak mocno musiał zmrużyć obolałe oczy, częściowo przez to, że nie zdążywszy wytrzeźwieć, wciąż ledwo czuł swoje kroki - stoczył się w dół patio, zwabiony zapachem pieczywa. Miał zamiar jedynie się poczęstować, wówczas jeszcze niepewien czy jedzenie przeszłoby mu przez gardło, ale z chwilą, gdy przekręcił w dłoniach poderwaną z koszyka bagietkę, z chwilą, gdy jej wypieczona skórka chrupnęła - donośnie jak złamana kość - śpiący na leżaku Claude wyrwał się raptownie ze snu.
Był przestraszony, przynajmniej na pierwszy rzut oka - ale nie tym, że Cosmo mógł zobaczyć go z Ralfem, ani nawet tym, że dopiero jego pojawienie się w ogrodzie zmusiło go samego do wyszarpnięcia ręki zza krawędzi jego spodni. Claude bał się jedynie, że ten niespodziewany zryw do pionu obudzi Ralfa, lub że on sam, niezłapany w porę ramionami, spadnie z jego piersi - ale kontrolne spojrzenie na jego twarz, wciąż tak samo niezmąconą choćby cieniem niepokoju, upewniło go, że Ralf spał dalej. Cosmo uniósł dłoń uspokajająco i zaraz przyłożył jej palec do ust, jakby chciał obiecać, że będzie już cicho - choć ta obietnica miała zostać zaraz złamana.
- Szwed? - zapytał ochrypłym od alkoholu szeptem.
- Niemiec - odpowiedział mu równie bezgłośnie Claude, lecz zrobił to zbyt cicho dla jego ogłuchłych od klubowej muzyki uszu.
- S z w e d?
- N i e m i e c.
Cosmo przyjrzał się Ralfowi dokładniej, tym razem pochylając się przed nim na tyle, by móc zobaczyć jego twarz, choć przyprawiło go to o lekki zawrót głowy.
- Przystojny - stwierdził po chwili, już prawie wycofując się z uniesionym w wyrazie uznania kciukiem, ale zanim zdążył zawrócić na taras, jego uwagę przykuł odbłysk słońca w wieczku stojącej na stole marmolady.
Niewiele brakowało, a przytulony do Claude'a Ralf spałby dalej, ale z chwilą, gdy przebrzmiało dźwięczne pyknięcie odkręconej zakrętki, sam poderwał głowę jakby usłyszał strzał sygnalizujący rozpoczęcie wyścigu. Bo otwierając oczy w ten jasny poranek - zbyt niebieski, zbyt słoneczny, zbyt ciepły, by godzina mogła być wystarczająco wczesna na niepostrzeżony powrót do domu - Ralf zrozumiał, że dzisiejszy dzień miał rozpocząć się od wyścigu z czasem.
Claude przytrzymał przy sobie Ralfa gdy ten toczył wokoło tymi szeroko otwartymi, lecz półprzytomnymi oczami, które przeskoczyły od niego, do Cosmo, do tego niepokojąco niebieskiego nieba i oślepiającego słońca. Zbyt jasnego i zbyt wysoko zawieszonego, by nie było za późno. Ralf zaraz zmrużył powieki, jakby ktoś chlusnął mu w twarz całym wiadrem światła.
- Bonjour, kolego Claude'a - odezwał się ochryple Cosmo, błędnie przypisując źródło niepokoju Ralfa własnej obecności. - Już mnie tu nie ma - i byłby wrócił do środka, gdyby kolejne spojrzenie na ich dwójkę nie sprawiło, że zdecydował się sięgnąć do tylnej kieszeni i zostawić im po tabletce przeciwbólowej.
- Moin - odruchowo przywitał się Ralf, jeszcze zaspanym głosem, w którym miał dopiero przebrzmieć narastający niepokój. Wyciśnięte z listka tabletki zadźwięczały na tacce. Ralf spróbował otworzyć zaciśnięte przez zbyt ostre światło oczy. - Przepraszam... Która godzina?
Starał się przytrzymać tę rwącą się na smyczy rozsądku panikę do momentu usłyszenia odpowiedzi. Przecież mógł się jeszcze mylić, nawet jeśli fakt, że Cosmo był na nogach, sugerowałby, że równie dobrze co szósta mogła być czternasta. Cosmo wycisnął tabletkę także na swoją dłoń, ale po chwili namysłu, w trakcie której przyjrzał jej się z powątpieniem, postanowił wziąć jeszcze jedną - i dopiero wtedy niespiesznie spojrzał na zegarek.
- Po dwuna- Nie, stop, to licznik kroków - uderzył palcem wyświetlacz. - Dochodzi dziesiąta.
Gdyby Claude go nie przytrzymał, Ralf zerwałby się na równe nogi.
- Ej, ej- No już, spokojnie.
- Muszę wracać - próbował wyjaśnić mu Ralf, już szukając telefonu, który okazał się leżeć pod leżakiem: rozładowany i nieodpowiadający na wduszenie palcem włącznika. - Oni już na pewno wstali.
- Ralf, Ralf, poczekaj, siedź. Przecież w takim razie to już bez znaczenia. Równie dobrze możesz zostać na śniadanie, słyszysz?
- Ale-
- Ale co? Napisz im zaraz, że zdążyłeś wyjść, padł ci telefon i niedługo wrócisz. Hej, spokojnie. Musieli już zauważyć, że cię nie ma.
Ralf przetarł twarz dłońmi, nie krępując się tym, że - wyprostowany - nadal siedział Claude'owi na biodrach. Milczał w zamyśleniu, jeszcze zbyt niedobudzony, by nadążyć za każdą z własnych myśli.
- Słyszysz, Ralf? - Claude nachylił się tak, by móc spojrzeć mu w oczy. - Teraz to bez znaczenia. Możemy jeszcze spokojnie zjeść śniadanie, wziąć prysznic, hej- Przecież nie możesz tak wrócić. To dopiero będzie podejrzane, okej?
Ralf odgarnął włosy z ćmiącego lekkim bólem czoła. Przytaknął powoli, ściskając palcami nasadę nosa. Przecież uwzględnił taką możliwość: zostawił posłane łóżko, nie zabrał ze sobą niczego, czego brak w pokoju wskazywałby na to, że spędził noc poza domem. To wciąż mogło zostać uznane za poranne wyjście.
Przecież nikt nie zakładał, że mógłby w ogóle myśleć o tym, by wyrwać się z domu; nikt nie podejrzewał, że to robił; nikt nie szukał dowodów na to, że uciekł, bo nikt nie sądził, że mógłby mieć ku temu jakikolwiek powód.
- W porządku?
Ralf przytaknął jeszcze raz, zanim wypuszczając powietrze ustami uspokoił się na tyle, by chwilę później móc posłać Claude'owi ten jeszcze senny, przepraszający uśmiech.
- Tak. Tak. Jezu, przepraszam, po prostu myślałem, że zdążę wrócić-
- Hej, nic się nie stało. I Ralf...
- Hmm?
- Co znaczy "M-o-i-n"?
- A... Dzień dobry - wyjaśnił mu Ralf z krótkim zdezorientowanym śmiechem, wraz z którym zaraz ulotnił się towarzyszący tej pobudce niepokój. - Tak się u nas mówi.
- No to Moin - pocałował go pod brodą Claude. - Chodź, zaraz podładujemy ten telefon.
Cosmo zdążył wycofać się w cień tarasu, gdzie rzuciwszy się na wiklinowy fotel mógł zagryźć tabletki zamoczoną w marmoladzie bagietką; liczył, że zrobi to w spokoju, ale Lina wychynęła zza drzwi pukając się palcami w skroń.
- Musiałeś? Naprawdę musiałeś ich budzić? Mało ci chleba w domu? - krzyknęła do niego szeptem, piorunując go wzrokiem spod ściągniętych brwi, zanim - nie czekając na odpowiedź - znów znikła w środku. Cosmo przeżuł kolejny kęs, bardziej niż na jej słowach skupiony na tym, czy wbrew ustającym mdłościom umazane konfiturą pieczywo nie stanie mu w gardle.
Jeszcze wstając przezornie łyknęli zostawione im tabletki przeciwbólowe. Claude pochwycił w locie pieczywo i marmoladę, którą - doganiając Ralfa sprężystymi krokami - nabierał na kolejne z jego urywanych kawałków: nadal ciepłych, chrupkich z zewnątrz i miękkich w środku.
- Hej, Ralf - zrównawszy się z nim na schodach uniósł jeden z nich do jego ust, zbyt duży, by Ralf mógł ugryźć go na raz, przez co ten musiał przytrzymać go dłonią.
Przeżuwszy pierwszy kęs, Ralf dyskretnie wskazał nią za siebie palcem; z kolejnymi krokami zostawili za plecami Cosmo, który zdążył zamknąć oczy i nie zareagował na posłany mu uprzejmy uśmiech.
Cosmo zsunął się w siedzeniu, owinięty własnymi skrzyżowanymi ramionami, stanowiącymi marną przeciwwagę dla wynikającego z niewyspania chłodu; mogło się wydawać, że zasnął, ale tylko on wiedział, jak wiele dałby, aby tak było.
- To Cosmo? - zapytał Ralf, ledwo zdążywszy przełknąć to, co podał mu Claude, nim dostał od niego następny kawałek. Z kolejnym krokiem przekroczyli próg jadalni; Claude przytaknął. Ralf zniżył głos do szeptu. - Nie chcę być niemiły, ale-
- Tak, wiem, jebie jak gorzelnia - przyznał z cichym śmiechem Claude, na wypadek, gdyby okazało się, że wbrew temu co widzieli Cosmo nie przysnął na krześle. Dopiero w środku przestali czuć tę drażniącą mieszankę dymu i alkoholu, którą trącił; jeżeli nie obudziłby ich hałas, to ona prędzej czy później by to zrobiła. To nie był tylko tytoń: wiedzieli to obaj i uświadomili to sobie z kolejnym z porozumiewawczych spojrzeń. - Pewnie dopiero wrócił - Claude wzruszył lekko ramionami, zanim zapatrzony w idącego obok niego Ralfa omal nie wpadł na wychodzącą im naprzeciw Linę.
Stanęła na palcach by cmoknąć Claude'a w czoło i pogładziła policzek Ralfa tak, jak poprzednio, zupełnie nie przejmując się ani tym, że ten był zajęty przeżuwaniem, ani tym jak zdziwiony i zmieszany był za każdym razem, gdy to robiła.
- Ralf, aniołku, tak cię za niego przepraszam. Mam nadzieję, że was nie przestraszył? - obróciła się już do Claude'a. Ralf otarł usta wierzchem dłoni, ale ona nie oczekiwała odpowiedzi. - Przynajmniej za twojego ojca nie musiałam się dotąd tak wstydzić. Zasnął?
- Nie jestem pewien.
- Nie śpię - dał się słyszeć odległy głos Cosmo, tak niewyraźny, że jedynie z jego przebrzmienia Ralf mógł wywnioskować, że nie zdążyło go jeszcze zmorzyć zmęczenie. Na ten znak życia Lina pokręciła tylko gniewnie głową i z chwyconym po drodze kocem skierowała się na taras. Moka mlasnęła językiem znad miski, zbyt zajęta jedzeniem, by do nich podbiec, choć jej ogon zaczął tłuc o podłogę.
- Nie przejmuj się nim - nachylił się do Ralfa Claude, kierując go w stronę prowadzących na piętro schodów. - Jakbym go nie znał i go takiego zobaczył, sam byłbym rozdarty przed wrzuceniem mu do kubka drobnych, a przejściem na drugą stronę ulicy, byle go nie minąć. Ma urlop - wyjaśnił mu gdy szli w górę, usprawiedliwiając tym samym stan, w jakim go zastali - i póki z niego korzysta, mam wolną rękę. Tutaj - otworzył drzwi do swojego pokoju. - Zaraz dam ci ładowarkę. W porządku?
Ralf przytaknął żwawo, zajęty dotąd układaniem w głowie tego co miałby powiedzieć lub napisać w wysłanej Danieli lub Marzellowi wiadomości - zależnie od tego kto, czy i kiedy zdążył już do niego zadzwonić. Pochłonięty przez te rozmyślenia nie zauważył nawet, że usiadł na krawędzi łóżka Claude'a; zdał sobie z tego sprawę dopiero gdy materac ugiął się obok niego, kiedy on sam dosiadł się, spoglądając mu przez ramię na ekran uruchamiającego się z chwilą podpięcia do prądu telefonu.
- Mogę w międzyczasie poszukać ci szczoteczki i ubrań - zaproponował Claude, ale Ralf powstrzymał go ręką. Claude spuścił na nią wzrok: niespodziewanie i kategorycznie przytrzymującą jego udo w prośbie, aby tak został. Ralf wydawał się spokojniejszy, ale to jak szybki był ten dotyk zdradziło nerwowość, z którą nie chciał się inaczej zdradzić.
- Po kolei - Ralf spojrzał mu błagalnie w oczy, zanim odważył się przenieść spojrzenie na ekran. - Najpierw oni. Potem reszta.
Było tylko jedno (1) nieodebrane połączenie - od Marzella, sprzed niecałych trzydziestu minut. Minęła jeszcze chwila nim Ralf zdecydował się oddzwonić, powtarzając sobie w myślach, że jego rodzice - przecież - o niczym nie wiedzieli. Że przecież wychodzili z zupełnie innych założeń, które miały być mu na rękę. Wstał wcześnie i nudził się, więc wyszedł na spacer. Wstał wcześnie i-
- Ralf? - usłyszał głos ojca w słuchawce.
- Halo, tato? - jego własny przebrzmiał szybciej, niż sam się tego spodziewał: pewien siebie, bo przecież nie był to pierwszy raz, kiedy musiał ich okłamać. - Hej, przepraszam, że nie odebrałem; padł mi po drodze telefon. Myślałem, że wrócę, zanim wstaniecie - to była prawda, od niej było najłatwiej zacząć - bo chciałem się tylko przejść... Tak, wcześnie wstałem, trochę się nudziłem i nie chciałem was przypadkiem obudzić. Jestem...? U Claude'a. Przecież wam mówiłem. Nie, nie, zjedzcie spokojnie beze mnie, zostanę tu na śniadanie. Nie, to nie problem, większym będzie wyjście bez jedzenia, naprawdę. Tato, to przecież Francuzi. Kupić wam coś gdy będę wracał? Nie? W porządku, ale- Gdzie wychodzicie? - Dłuższa cisza. Claude spojrzał pytająco na Ralfa, ale ten jedynie poklepał jego nogę, tym razem uspokajająco. - Ale o której? Przecież zdążę wrócić, spokojnie, to niedaleko. W porządku, później porozmawiamy. No, to smacznego.
Czerwona słuchawka. Kolejne pytające spojrzenie - i pełen niewypowiedzianej ulgi cichy śmiech, który przecisnął się między zębami Claude'a jeszcze zanim kąciki ust Ralfa zdążyły na dobre się unieść: z proszącym o zrozumienie skrępowaniem, jakby wstydził się, że Claude musiał zobaczyć ten moment niepewności.
- Czego ty się tak właściwie boisz? - Claude pocieszająco szturchnął Ralfa w ramię, zanim oparł na nim brodę.
Ralf pokręcił głową z ustami powoli otwierającymi się do odpowiedzi, ale ta nie nadeszła - nie od razu, jeszcze nie wtedy.
- Sam nie wiem - przyznał po chwili.
- Przyłapali cię kiedyś?
- Nie - uśmiechnął się lekko, zerkając najpierw na jakiś punkt w przestrzeni pokoju Claude'a, a potem na niego samego. - Nie na czymś takim. Normalnie jestem ostrożniejszy.
- Ale wiesz, że jakbyś następnym razem nastawił budzik na szóstą, to i tak nie ma mowy, żebym cię stąd tak po prostu wypuścił? - Claude cmoknął go w ramię i wyprostował się nieco, aby móc lepiej przyjrzeć się jego twarzy. - To jak? Ile mamy czasu?
- Godzinę? Półtorej? Będę musiał wrócić koło dwunastej.
- To może... Gdzieś między prysznicem a porządniejszym śniadaniem... - zasugerował z wolna Claude, przeskakując spojrzeniem od jego ust, przez łóżko, do jego oczu. - ...znalazłbyś dla mnie jeszcze pięć minut?
Spojrzenie Ralfa zdążyło odbyć tę samą wędrówkę zanim opadło na podważającą mu brodę dłoń Claude'a; ilekroć robił to w ten sposób, Ralf musiał powstrzymywać uśmiech, choć to nie on był najjawniejszą oznaką tego jak bardzo to lubił. Rozkojarzony tym gestem nie zdążył nawet odpowiedzieć, zanim Claude go puścił, samemu znacznie sprawniej kryjąc rozbawienie w jakie wprawiała go łatwość, z którą udawało mu się rozproszyć Ralfa - na tyle by ten, nawet przy całej niefrasobliwości z jaką okazywał mu własne zainteresowanie, przy całej tej jego bezwstydności, z nieoczekiwanym zakłopotaniem musiał rozetrzeć zadowolenie między wargami. Znowu nie liczyło się nic poza tym, że byli razem.
Kiedy Claude zdążył wstać, aby znaleźć w szafie zapasowy ręcznik i już z nim w ręce odwrócić się z powrotem do Ralfa, ten okazał się sprawdzać sprężystość materaca - już bez skrępowania, z frywolnym uśmiechem, posłanym nie tyle Claude'owi, co myśli, która przyszła mu wtedy do głowy.
- To tak na przyszłość - Ralf uspokoił go z przekąsem i stanął naprzeciw niego. - Na to będziemy potrzebowali więcej niż pięciu minut.
- Komuś wrócił humorek - zacmokał Claude, podając mu ręcznik. - Zaprowadzę cię. I powiedz mi, proszę: co nasi wschodni sąsiedzi jadają na śniadanie?

Zza drzwi łazienki, pod którymi z przygotowanym dla Ralfa białym t-shirtem przystanął Claude, dobiegał szumliwy chlupot prysznica.
Po chwili wsłuchiwania się w pluskotanie wody Claude postanowił zapukać uniesioną na wysokość ucha ręką - tylko knykciami, dwa razy, bez zawahania, bo przecież zdążył to przemyśleć, ale i bez większego zdecydowania: bo sam nie był pewien, czego wtedy oczekiwał. Szum urwał się.
- To ja - Claude oznajmił Ralfowi. - Przyniosłem ci koszulkę. Mogę?
- No pewnie - usłyszał jego stłumiony przez drewno głos - chodź.
Nie spodziewał się, że Ralf odpowie mu tak szybko i mimo wszystko zawahał się przed naciśnięciem klamki, jakby w przekroczeniu progu tej łazienki kryło się coś bardziej znaczącego. Już dawno widzieli siebie nagich, jeśli nie liczyć tych plączących się między nogami szortów kąpielowych, ale o tej nagości - z czego zdał sobie wtedy sprawę - z jakiegoś powodu myślał inaczej.
Wchodząc do środka Claude w pierwszym odruchu wbił wzrok w rozkładaną po drodze koszulkę, choć gdy tylko uchylił drzwi natychmiast zdał sobie sprawę z mglistego konturu sylwetki Ralfa za zaparowaną szybą kabiny prysznicowej.
- Wygląda jak coś, co byś założył - uniósł rozpięty na wysokości ramion tshirt, pokazując go Ralfowi, jakby wiedział, że gdy tylko uniesie na niego wzrok znad bieli tej bawełny, nie będzie już odwrotu. - Może być?
I wtedy spojrzał mu w oczy. Wsparty jedną ręką na ramie otwartej kabiny Ralf ocierał twarz rogiem ręcznika, którego rozbujane tymi ruchami fałdy spływały wzdłuż jego ciała, kryjąc je niedbale. Kiedy Ralf osuszył oczy na tyle, by móc przyjrzeć się koszulce, przewiesił ręcznik przez opuszczone na wysokość pasa przedramię. Spojrzenie Claude'a powędrowało za tym ruchem zanim wróciło na jego twarz: na ten zarazem łagodny i zaczepny uśmiech, który świadczył o tym, że Ralf je zauważył, na tę wyczekującą wędrówkę brwi w górę czoła, która wystarczyła, by Claude odłożył przyniesione mu ubranie na blat umywalki.
Oparł się o jego krawędź, wsparty na niej rękoma i tym razem, ośmielony błyskiem w oku Ralfa, przyjrzał mu się bez cienia skrępowania. W tym świetle jego ciało wydało mu się niemal posągowe; z przyjemnością powiódł gładkich wżłobieniach dłuta, po wyeksponowanych przez nie wypukłościach, po falistych marszczeniach ręcznika, aż dotarłszy wzrokiem do jego twarzy - tego delikatnego oblicza rozpiętego na kantach ciosanych od linijki kości - zauważył, że Ralf skinął za siebie głową. Ten drobny ruch i towarzyszący mu uśmiech były zaproszeniem.
- Jeszcze nie skończyłem - wyjaśnił Ralf. - Przecież zmieścimy się tu razem.
Ale Claude zdążył wystosować własne, bo wyciągnął dłoń po podany mu następnie ręcznik, dzięki czemu ściągając z siebie ubrania widział Ralfa już bez niczego: jedynie z tym złotym łańcuszkiem połyskującym mu pod szyją. Starał się wtedy udawać niewzruszonego, aż przesadnie obojętnego na krzywiznę pośladków, badaną wzrokiem odkąd tylko Ralf obrócił się do niego bokiem - tak jakby widok jego nagiego ciała nie był w stanie zrobić na nim żadnego wrażenia, choć przecież obaj wiedzieli, że było inaczej, i obaj mogli to zobaczyć, spadając wzrokiem z wysokości oczu do pasa. Było w tym coś graniczącego ze skokiem z klifu: ten ponawiany raz za razem lot w dół torsu, ta wspinaczka w górę po wypukłościach mięśni.
Claude zamknął za sobą szklane drzwi kabiny. W następnej chwili omiotło go parujące ciepło szumiącej znów wody; w kolejnej poczuł, jak ta zmoczyła mu głowę, gdy wkroczył w jej strumień. Wiedział, że kiedy otworzy oczy - otarte w wędrówce dłoni od policzków do odgarniętych tym ruchem włosów - napotka spojrzenie Ralfa, tylko pozornie zajętego rozprowadzaniem spienionego żelu do kąpieli na skórze. On też powstrzymywał zadowolony uśmiech, z którym przypatrywał się Claude'owi - trochę rozbawiony, a trochę rozczulony przerysowaną obojętnością, z którą on sam sięgnął ponad jego głową po szampon.
Claude nie był pewien co i komu próbował tym jeszcze udowodnić - sobie samemu, że potrafił powstrzymać to rozdzierające pragnienie, by znaleźć się jeszcze bliżej Ralfa, czy Ralfowi: że wbrew temu, co widział, a także wbrew temu, co już wiedział, nie mógł tak łatwo na niego wpłynąć. Tylko, że tak nie było - bo gdy tylko Ralf poczynił ten niewielki krok dzielący go od znalezienia się pod strumieniem wody, gdy tylko spojrzeli wtedy na siebie, jeszcze ze spływającymi w dół karków mydlinami, Claude zaczął rozumieć, że ta powściągliwość była bezcelowa.
Prawie się wtedy pocałowali, przypatrując się swoim twarzom z odległości centymetrów i czując swoje rozgrzane oddechy splatające się w tej niewielkiej przestrzeni pomiędzy nimi, ale kiedy tylko Claude nachylił się bliżej, Ralf uśmiechnął się bardziej słodko, niż dotychczas, w ten prawie przepraszający sposób - i odwrócił się do niego plecami. Choć przecież wiedzieli, że nie chodziło o plecy, bo wędrując w ich dół rozprowadzającą mydliny dłonią Ralf dotarł do nią do biodra, z którego spłynęła na pośladek. Uniósł go lekko, zerkając zza ramienia na Claude'a, jakby ten, odrzuciwszy monetę na podstawie podobizny na jej awersie, mógł jeszcze okazać się zainteresowany nominałem wybitym na rewersie.
Claude zacmokał - na poły karcąco, na poły z uznaniem, jakby tym ruchem prawie został pokonany we własnej grze - i sam, sięgając po więcej żelu, przysunął się bliżej. Nie na tyle, by go dotknąć, choć na tyle, by odkładając butelkę znów otrzeć się oddechem o ten samozadowolony uśmiech, któremu - prawie stykając się z Ralfem policzkami - przyjrzał się współczująco, jakby już wiedział, że ten za chwilę zniknie z jego ust.
- Ralf, moje ty złotko - wyszeptał mu do ucha, na tyle blisko, by Ralf usłyszał to pomimo szumu obmywającej ich wody. - Przecież już wiesz, że nawet, jeśli nie umiem ci się oprzeć, to ja naprawdę, naprawdę umiem się powstrzymać. Nie ze mną te numery.
Kiedy Claude się odsunął, Ralf powiódł za nim wzrokiem tak, że prawie musiał się przez to obrócić.
- Przecież nic nie robię - Ralf wbił spojrzenie z powrotem przed siebie i choć powiedział to niewinnym głosem, wpisującym się w tę nową rozrywkę, którą sobie znaleźli, Claude słyszał, że słodycz tego tonu kryła lekkie rozgoryczenie.
Ucieszyło go; chciał tylko sprawdzić jak szybko Ralf zacząłby się niecierpliwić.
- Tylko się z tobą droczę - Claude przypomniał mu łagodnie, jakby były to jedynie dopisane kursywą didaskalia. Uśmiechnął się samym kącikiem ust, gdy Ralf jeszcze raz zerknął na niego przez ramię. To wystarczyło, by z jego oczu zniknął ten sam cień rozczarowania, który Claude usłyszał w jego głosie. Zastąpiło je zaciekawienie - lub oczekiwanie. - Ja też nic nie robię. I nie zrobię, bo Ralf, powiedz mi: co najlepszego miałbym z tobą zrobić?
Kolejne zerknięcie przez ramię, tym razem wolniejsze. Z rozchylonych ust Ralfa jeszcze przez chwilę nie dobiegł żaden dźwięk, kiedy ten - zaskoczony - ważył w nich słowa.
- Fais-moi jouir - wreszcie niespiesznie przebrzmiał jego głos: niby niezobowiązująco, niby desperacko, ale nie bez tej kategoryczności, która sprawiła, że Claude prawie zagwizdał.
- Ależ ty się szybko uczysz - uśmiechnął się pod nosem, sięgając ponad głową Ralfa po słuchawkę prysznica, którą bez pośpiechu zmył z siebie resztki piany. - Mój królewicz wytoczył ciężkie działa, w porządku. Tylko Ralf... Ja nie przyjmuję rozkazów. Nie reaguję na komendy - kontynuował, opłukując także jego plecy, aż odwiesił słuchawkę na miejsce. - Będziesz musiał mnie poprosić.
Ralf prawie wstrzymał oddech, kiedy Claude przysunął się odrobinę bliżej; obserwując go przez ramię powędrował wzrokiem w dół jego opalonego torsu i z powrotem do oczu.
- S'il te plaît.
- Ładniej. Pełnym zdaniem. Przecież wiem, że potrafisz.
Poczuł oddech Claude'a na karku. Jego własny prawie zadrżał, kiedy nabrawszy powietrza ustami odezwał się znowu, słowo po słowie:
- Fais-moi jouir, s'il te plaît.
Potem wiele rzeczy stało się jednocześnie: nagle z prysznica przestała lać się woda, nagle policzek Ralfa napotkał zroszone nią kafle ściany, nagle poczuł ciało Claude'a napierające na jego własne na całej jego długości oraz zadowolony tą prośbą pomruk wibrujący w jego gardle. Nagle w tej ciszy było słychać już tylko ich oddechy: roztrzęsione od zaskoczonego rozbawienia, z jakim wtedy zastygli, znów trafiając pod tę granicę, której nie zdecydowali się jeszcze przekroczyć, choć w tamtej chwili wystarczyłby tylko jeden krok.
To do niej zdawały się nieuchronnie prowadzić wszystkie drogi: i gdziekolwiek by nie zbłądzili, jakkolwiek nie zwalnialiby kroku, w jakikolwiek sposób nie zmieniliby trasy, trafiali do tego samego miejsca. Do tej dłoni na karku, do tych wygiętych w lekkim łuku pleców, do tego błękitnego spojrzenia znad ramienia.
To było déja vu - echo wspomnienia, zarazem świeżego i tak starego, jakby było pozostałością pamięci z innego życia, przeszłością i przyszłością jednocześnie. Claude westchnął gardłowo; musiał obrócić Ralfa twarzą do siebie, aby przerwać to niemal przytłaczające wrażenie, że to już się stało, ale Ralf spojrzał na niego tak, jakby sam to wiedział. Może nawet powiedzieliby to na głos, gdyby nie zamknęli sobie ust pocałunkiem, desperackim jak zatrzaśnięcie za sobą drzwi w ucieczce, jeszcze rezonującej w tym dwojącym i trojącym się biciu serca, w tym przyspieszonym oddechu - znów szybkim jakby biegli.
Jeszcze dłuższy czas Ralf przytrzymywał go w tym pocałunku kurczowym zaciskiem palców wokół jego twarzy i głowy, zanim - nie luzując go ani odrobinę - odsunął Claude'a na tyle, by móc mu się przyjrzeć: z pełnym ulgi uśmiechem i tym czymś w spojrzeniu, czego nie umieli nazwać. Gdy to zrobił, znów chcąc go tylko zobaczyć, ponownie przycisnął go do siebie oplecionymi wokół jego szyi ramionami - wtedy tylko po to, by znów poczuć przyjemny dotyk jego mokrej skóry na całej długości własnego ciała. Było w tym coś przynoszącego ukojenie, choć jednocześnie Ralfowi wydawało się, że jeszcze chwila, a jego nastroszone przez tę bliskość zakończenia nerwowe przebiją się mu skórę, byle tylko poczuć Claude'a lepiej.
- Proszę - powtórzył Ralf i to jedno słowo sprowadziło ich znów na ziemię: do wciąż lekko zaparowanej kabiny prysznicowej i do kanciastych krawędzi mokrych kafli, które wbiły mu się lekko w plecy, gdy Claude znów naparł na niego odrobinę mocniej. Na tyle, by sprawdzić, czy zachęcony dotykiem Ralf uniósłby nogę, czy zarzuciłby mu ją na biodro, czy pozwoliłby mu przesunąć dłonią w głąb pośladków - i ponieważ Ralf przytakiwał, jakby mówił proszę-proszę-proszę, Claude znów uniósł palce do ust z zamiarem ich zwilżenia. Ale Ralf otworzył je pierwszy, zanim Claude zdążył ocenić, czy i to by zrobił.
Zamknął je dopiero gdy wysunąwszy z nich palce, Claude przywarł do nich własnymi wargami, gotów stłumić pocałunkami te jednoznaczne westchnienia, które słyszał już wcześniej i które chwilę później rozbrzmiały ponownie.
- Powiedz to jeszcze raz - zachęcił go miękko Claude. - Zrób to dla mnie.
- Fais-moi jouir - powtórzył sapliwie Ralf w tej służącej im do złapania oddechu przerwie. - Fais-moi jouir, s'il te plaît. Fais-moi jouir...
Claude go posłuchał.

Z owiniętym w pasie ręcznikiem Claude przypatrywał się Ralfowi, który ze wzruszeniem ramion zdążył wsunąć na nogi podsuszone suszarką spodnie - to, co zdążyło zaschnąć na nich przez noc między rozporkiem a prawą kieszenią, bezceremonialnie starł zmoczoną końcówką ręcznika. Nie zakładał pod nie bielizny, bo ta, wraz z jego koszulką i ubraniami Claude'a, którym nie pomogłoby szybkie przepranie w zlewie, zdążyła trafić do pracującej już pralki. Przezornie postanowił włożyć przygotowany mu przez Claude'a t-shirt już po umyciu zębów, gdyby i on - przez kolejny moment nieuwagi - miał podzielić ich los.
- No co? - zapytał Ralf przyłapawszy to zaciekawione spojrzenie Claude'a; miał zaraz wycisnąć pastę na przygotowaną mu szczoteczkę do zębów, ale coś w jego oczach kazało mu przerwać tę czynność.
- Nic - tym razem to Claude wzruszył ramionami, choć jego frywolny uśmiech zdradził to, co zamierzał zaraz powiedzieć. - To niesamowite, że po tylu latach, tylu dekadach, was Niemców wciąż uczą na francuskim tych samych poleceń.
Ralf przewrócił oczami, choć nie bez uśmiechu.
- Poszerzam słownictwo z myślą o tobie - wyjaśnił mu i byłby wrócił do mycia zębów, ale Claude podszedł do niego i wsparty dłońmi o blat po obu stronach jego bioder, znów wbił brodę w jego ramię. - Nadal się uczę.
Przyjrzeli się sobie z odbicia w lustrze, nadal z tą zaczepnością na ustach i rozanieleniem w lekko przymrużonych oczach.
- Widzisz, Ralf - Claude pocałował zagłębienie jego szyi - ja też, choć w innym sensie. Zaczynam się tylko zastanawiać, czy w tej nauce nie czerpiemy z tych samych źródeł - mrugnął do niego, zanim sam sięgnął po szczoteczkę i kiedy Ralf zerknął na niego z ukosa, wyraźnie powstrzymując cisnący mu się na usta uśmiech, z kolejnym jej ruchem Claude wypchnął nią ich kącik.
Sam zaśmiał się pod nosem gdy Ralf wypluł pastę i płyn do płukania, co sprawiło, że ten - z tym lekkim uniesieniem ściągających się brwi, jakby dobrze wiedział, co powie za chwilę Claude - znów spojrzał na niego pytająco.
Claude splunął.
- Dałbym sobie uciąć rękę, że pastę też połykasz - i zanim Ralf zdążyłby się obruszyć, znów znalazł się nad jego ramieniem, z dłonią już sunącą po tej z tylnych kieszeni, której zawartość już znał. - Mówiłem poważnie z tą nauką. Daj mi jeszcze trochę czasu, a obiecuję zająć się tobą jak nikt dotąd.
Ralf obrócił się do niego twarzą tak, że teraz to on przysiadł na blacie umywalki znajdując się nieco poniżej linii wzroku Claude'a. Chwycił za palce jego dłoń, tę samą, która dopiero co spłynęła w dół jego pośladka i uniósł ją do ust.
- Przecież już to zrobiłeś - ucałował jej knykcie, po czym przełożył ją na swoim barku i przesunął własną od jej przegubu do przedramienia w ten wyciszający sposób, który Claude zdążył polubić. - Czy ja wyglądam na niezadowolonego...? No właśnie - uśmiechnął się Ralf. - Ile mamy jeszcze czasu?
Claude zerknął na zegarek, podczas gdy on sam wsunął na siebie jego t-shirt.
- Zdążę zrobić ci śniadanie - wklepał w twarz otworzony w międzyczasie krem. Sięgał po perfumy gdy zaniepokoiła go wywołana przez nie myśl. - Ej, Ralf...
- Tak?
- A oni się nie zorientują po zapachu? Chyba używasz innego szamponu, proszku do prania, żelu pod prysznic...?
- Ale dlaczego by mieli?
- Gdy będą cię witać jak wrócisz - rozwinął myśl Claude. - No wiesz, przy jakimś cmoknięciu w policzek...?
- To już wasze francuskie wymysły. Nie wiem jak mieliby cokolwiek poczuć.
- Nikt cię chociaż nie przytuli na wejściu? Tak nawet, nie wiem, tylko ramieniem?
Ralf pokręcił głową, wyraźnie zdziwiony; podobnie jak wtedy, gdy zaskoczyła go sugestia, że powinien był chociaż uśmiechnąć się do Niny.
- Dlaczego by mieli? - ponowił pytanie Ralf.
- To twoi rodzice - w głosie Claude'a prawie przebrzmiała pretensja. - Nie witają się z tobą?
- Mówimy sobie cześć...
- I tyle?
- I tyle. Czasem nawet bez tego-
- I wy tak zawsze?
Ralf przytaknął. Claude znów spojrzał na niego tak, jakby coś do niego w tej chwili dotarło; jak wtedy, gdy nagle zrozumiał powody, dla których sam czuły dotyk, same pocałunki, potrafiły wywołać u niego reakcję, której nie spodziewał się od osoby z jego wprawą i doświadczeniem. Był w tym cień zrozumienia i cień współczucia - Ralf zdawał się być zupełnie nieświadomy tego, że i ta relacja powinna wyglądać inaczej.
- Coś nie tak? - zapytał Ralf, wyrywając go z zamyślenia.
Claude naprędce spryskał szyję perfumami.
- Nie... Nie, po prostu pomyślałem, że gdybyś chciał, mógłbyś ich użyć - Claude wyciągnął ich flakonik w jego stronę. - Chyba podoba ci się ich zapach.
Zęby Ralfa błysnęły w uśmiechu.
- Mogę?
- No pewnie.
W następnej chwili pachnieli tak samo: cedrem, ambrą i neroli.

- Decyzją Bundestagu żałoba narodowa zostanie przedłużona do tygodnia... - zatrzeszczało radio Quentina. - ...tak aby obejmować okres...
- Chryste, tato - stęknął Cosmo z wiklinowego fotela; spod koca, którym przykryła go Lina, wystawała jedynie jego wykrzywiona w zirytowanym grymasie twarz. Nadal nie zdjął okularów przeciwsłonecznych, choć nawet one nie pozwalały mu na otwarcie oczu. Było zbyt jasno, zbyt głośno, zbyt smętnie. - Miej litość i przełącz to gówno.
Quentin pokręcił głową, ale po namyśle wstał z zajętego przez siebie miejsca na tarasie i podszedł do radia: starego typu, regulowanego pokrętłem. Byłby pogroził synowi palcem, jak gdyby Cosmo miał nadal paręnaście, zamiast ponad trzydziestu lat, ale z kolejną myślą musiał przyznać mu rację.
- Ach, ze względu na Ralfa...
- Jakiego Ralfa? Kurwa, ja naprawdę nie chcę już o tym słuchać. Och, jesteśmy myślami i modlitwami z naszymi sąsiadami... - przedrzeźnił spikera Cosmo - Wyrazy współczucia... Komisja Europejska potępia te brutalne akty przemocy.... Ile można. Litości. Dajcie żyć- Tę muzykę możesz zostawić. Niech leci, tylko ciszej.
- Cosmo - pouczył go Quentin, lecz mimo wszystko przyciszył radio, rozbrzmiewające już tylko spokojnymi, letnimi nutami lecącego właśnie utworu.
Dotarły do Ralfa i Claude'a gdy tylko zbiegli schodami do kuchni; w samą porę, by nie usłyszeć ani fragmentu przełączonej audycji, a jedynie ten wesoły, lekki rytm refrenu, niemal nie na miejscu przy śmiertelnie poważnym, pogrzebowym głosie spikera.
Ta muzyka przykryła nadany komunikat jak bujny bukiet kwiatów rzucony na nagrobek: raczej słoneczników niż chryzantem, raczej stokrotek niż gerberów.
- Będzie ci smakować, obiecuję - zerkając na Ralfa zadeklarował Claude spomiędzy otwartych drzwi lodówki. - Ej, Cosmo, zrobić ci kanapkę?
Z tarasu dobiegł ich tylko pomruk.
- Na pewno nie?
- Na pewno - to Quentin zabrał głos, lepiej niż oni wiedząc, że nagle pobladły i poszarzały Cosmo nie byłby w stanie przełknąć w tej chwili niczego cięższego niż białe pieczywo.
- Rzygam tym wszystkim... - ale i ten komentarz Cosmo był zbyt cichy, by usłyszał go ktokolwiek poza Quentinem.
Zapatrzony w Claude'a Ralf usiadł na stołku przy kuchennym stole i stamtąd, z twarzą wspartą na opartych o blat rękach, przypatrywał się wysokim płomieniom, które zapłonęły pod dwiema skroplonymi pikantną oliwą patelniami. Na jednej z nich zaskwierczało tostujące się pieczywo, na drugiej przekrojone płaty tuńczyka i plastry karmelizującego się na ogniu ananasa, który - posypany solą - zrosił się sokiem, nabierając słodyczy równoważącej ostry smak chili.
- Gotujesz?
- Czasami - słysząc to pytanie Claude zerknął na Ralfa, wtedy jeszcze obawiając się, że mogło być podszyte kpiną, z jaką zainteresowanie kuchnią spotykało się wśród niektórych chłopaków. Ale Ralf obserwował go z podziwem i ustami przelotnie ściągniętymi w wyrazie uznania, który wystarczył, by Claude odważył się rozwinąć tę myśl. - No dobrze, trochę częściej, niż czasami. Zaraz ci nałożę.
- Ładnie pachnie.
- Tak? - znów odwrócił się do niego z uśmiechem, ale ten, z którym potwierdzająco przytaknął Ralf był szerszy. - Nawet jak na twoje wydelikacone podniebienie klasy wyższej...?
Ralf przewrócił tylko oczami, których spojrzenie zaraz spadło na postawiony przed nim talerz: z chrupiącym pieczywem posmarowanym przygotowanymi zawczasu konfitowanymi pomidorami, przełożonymi zieleniną, doprawionym i różowym w środku stekiem tuńczyka, oraz ananasem, których powierzchniami przebiegały ciemniejsze pasy patelni grillowej i meandry kremu balsamicznego. Ralf zagwizdał krótko z zachwytem, patrząc to na talerz, to na Claude'a, który usiadł naprzeciw niego z własną porcją.
- Smacznego - uśmiechnął się Claude. - Tak pomyślałem, że po tamtej pizzy mogłyby ci posmakować.
Ale zanim Claude zdążył unieść kanapkę do ust, Ralf nachylił się nad stołem, zerknął przelotnie na drzwi tarasu i chwyciwszy Claude'a pod brodą, pocałował go w policzek.
- Ale wiesz, że naprawdę nie musiałeś?
Claude wzruszył na to pytanie ramionami, tylko pozornie od niechcenia.
- Smakuje ci?
- Bardzo - otarł usta Ralf, ale ten gest nie starł z nich rozradowanego uśmiechu.
- To chyba ja powinienem cię po tym przedstawić rodzicom.
Z kolejnym gryzem Claude przełknął pytanie, czy nikt - włącznie z nimi, z tym wiecznie zapracowanym Marzellem i Danielą - nie zrobił mu nigdy śniadania. Podejrzewał, że tak było, choć nie umiał jeszcze określić powodu, dla którego ta myśl tak go drażniła.
- To nic takiego - znów wzruszył ramionami, jak gdyby wcale nie liczył, że mógłby mu tym zaimponować; jak gdyby wcale nie bał się, że ten jeden raz coś przypali, przesoli lub niedoprawi. - Aż tak...?
- Wiesz, jakbyś kiedyś uznał, że jednak wolisz męża od żony...
- Dam ci znać - Claude posłał mu buziaka w powietrzu. To nawet nie zabrzmiało niedorzecznie. - Na twoim miejscu też wolałbym francuskie obywatelstwo. A przy tym, jak szybko uczysz się języka...? Kochany, to nie problem.
Ralf zmrużył oczy, ale Claude już wiedział, że go tym nie rozgniewał; porozumiewawcze mrugnięcie ponad stołem wystarczyło, by Ralf znów się uśmiechnął - z tą wdzięcznością, którą lepiej wyrażało spojrzenie, niż słowa.

W trakcie prowadzącej w górę drogi do domu letniego Voigtów i Heintzów - którego teren Claude zdążył okrzyknąć niemiecką enklawą w udanej próbie przywołania na usta Ralfa uśmiechu, tym ulotniejszego im dalej zaszli - Ralf wydał się Claude'owi bardziej milczący, niż zazwyczaj, choć przede wszystkim w inny niż dotychczas sposób. Ilekroć wodząc wzrokiem po jakichś punktach w przestrzeni Ralf napotkał pytające spojrzenie Claude'a, uspokajająco unosił kąciki ust, ale tylko na moment potrzebny na zakomunikowanie mu tym, że jedynie się zamyślił. Poszturchiwany ramieniem reagował w ten sam sposób; objęty nim - również.
I chociaż Claude'a męczyły domysły, postanowił nie przerywać mu tych rozmyślań, dopóki Ralf sam na niego nie spojrzał. Do pewnych wniosków musiał dojść sam, chociaż nie zrobiłby tego bez drogowskazów, które go do nich pokierowały.
Dotąd wpatrzony w przewijającą się pod jego białymi butami czerń rozgrzanego asfaltu, głębszą jedynie tam, gdzie na drogę i pobocze łożyły się cienie rosnących przy nich drzew, Ralf podniósł głowę jakby nagle przypomniał sobie, że nie szedł sam; że tuż obok, idąc z nim krok w krok, był Claude. I kiedy Ralf wreszcie na niego spojrzał, Claude zauważył tę subtelną zmianę, która zaszła na jego twarzy.
Bo tego dnia coś się zmieniło. Myśl, której odległy zarys zobaczył na horyzoncie jeszcze podczas ich rozmowy w nocy, teraz znalazła się na tyle blisko, by mógł ją odczytać. W końcu niezależnie od tego, ile nie dawałby z siebie Ralf, nie otrzymałby w zamian niczego ponad to, co dostał od innych dotychczas - również od własnych rodziców.
- W porządku? - upewnił się Claude, dotąd zajęty obserwacją tych lekkich drgnięć poszczególnych mięśni twarzy Ralfa, które wreszcie ustały, nadając jego spojrzeniu ten zupełnie nowy wyraz. - Nie powiesz mi chyba zaraz, że nadal się nimi przejmujesz?
Ralf pokręcił głową.
- Już nie - powiedział to z jakimś nowym uśmiechem, lżejszym, jakby z kącików jego ust spadły haczące o nie dotąd odważniki. - Wiesz, ja... Rozumiem, co musiałeś sobie pomyśleć wtedy w łazience.
- Zauważyłeś, co? - tym razem to Claude spuścił na moment głowę, lecz z lekkim śmiechem. - To przecież zupełnie normalne, że jeśli nie znajdujesz czegoś w domu, to prędzej czy później zaczniesz tego szukać gdzieś indziej. Tylko skoro tak jest, skoro już wiesz, że i tak tam tego nie znajdziesz... Po co masz się oszukiwać, że jeśli będziesz dalej się starał, to cokolwiek zmieni.
- To trochę bardziej skomplikowane.
- Ale do tego się sprowadza - wzruszył ramionami Claude, przyciągając Ralfa bliżej przerzuconą mu przez szyję ręką. - Bo ja naprawdę nie rozumiem czego się właściwie boisz. Jesteś trochę za stary na bycie karanym, a poza tym nawet, jeśli zdążyłeś kiedyś nabroić na tyle, by martwili się o swoją i twoją reputację... Popraw mnie, jeśli się mylę, ale przecież nie zrobiliby czegoś, co mogłoby jej zaszkodzić. Nie odcięliby cię od siebie, bo "co powiedzieliby w pracy". Nie unieśliby na ciebie głosu, bo "co gdyby ktoś to usłyszał". Chyba rozumiesz, o co mi chodzi. Na twoim miejscu trochę odważniej korzystałbym z życia, i tyle... Nie mam racji?
- Masz, Claude, masz, naprawdę - zapewnił go Ralf. - Po prostu uwierz mi, że to nie jest aż tak proste. Przecież nie przejmowałbym się nimi, przynajmniej nie aż tak, gdyby chodziło tylko o to. Jeśli coś im się nie podoba, jeżeli coś odstaje od tego, co chcieliby widzieć- Potrafią upewnić się, że to się nie powtórzy.
- No dobrze - spojrzał na niego Claude, wyraźnie starając się to zrozumieć. - A gdyby się dowiedzieli?
- O czym?
- Wiesz o czym. Robiliby ci z tego powodu jakieś problemy?
- Nie sądzę, przecież oboje mają w swoim otoczeniu- Claude, co ci chodzi po głowie?
- Nic takiego - Claude znów uśmiechnął się w ten sposób, który zwiastował kłopoty, ale widząc unoszące się z powątpieniem brwi Ralfa przewrócił oczami. - Po prostu uważam, że powinni coś zobaczyć.
- Claude.
- Obiecuję, że będę grzeczny. Twoi rodzice mówią po francusku?
- Mama tak, tata słabiej, ale... Co ty robisz?
Przed postawieniem ostatnich paru kroków Claude zatrzymywał się, wyciągniętą przed siebie nogą uderzał czubkiem buta w parę punktów przed sobą i dopiero wówczas postępował naprzód; w tym chodzie było coś tanecznego, coś z walca i baletu. Rozłożonymi nieco na boki ramionami łapał równowagę.
- Sprawdzam czy nie ma tu min przeciwpiechotnych - Claude uniósł na Ralfa wzrok, którym badał grunt przed postawieniem każdego z tych kroków. - W końcu zbliżamy się do niemieckiej granicy.
Kręcąc głową, z tym rozbawieniem, w które potrafił wprowadzić go tylko Claude, Ralf wyciągnął do niego uniesioną na wysokość ramienia dłoń i jakiś czas szli tak, jeden obok drugiego: Claude balansując na jednej nodze jakby szedł po linie, Ralf pomagając mu utrzymać się w pionie.
Ostatnie metry dzielące ich od ogrodzenia pokonali już normalnie, stopniowo luzując zacisk dłoni, aż Claude ponownie przygarnął do siebie Ralfa ramieniem.
Zza osłaniającej taras i basen ściany roślinności dał się słyszeć jakiś ruch i kiedy znaleźli się bliżej bramki, Daniela okazała się niespiesznie kroczyć ich śladem ze splecionymi za plecami rękoma.
Za tymi metalowymi prętami przypominała lwicę na wybiegu i Claude przyłapał się na myśli, że gdyby mogły, przetrzymywane w zoo lwy właśnie tak obserwowałyby ludzkość: z tymi dłońmi za plecami i spokojną świadomością, że jedynie kraty powstrzymywały je przed urządzeniem sobie uczty.
Mimo to uśmiechnął się do niej jeszcze zanim przystanął z Ralfem pod bramką.
- Hej, mamo - Ralf skinął jej głową. - To Claude.
- Moin - Claude dyplomatycznie zwrócił się do Danieli, która zatrzymała się parę metrów za ogrodzeniem i ścisnął mocniej ramię Ralfa, jakby na niego wskazując. - Przyprowadziłem naszego spacerowicza.
- Dzień dobry, Claude - przebrzmiał jej głos, elegancki i donośny, taki, który przywykł do przemawiania z mównicy, choć Claude zaraz przypomniał sobie, że był to raczej stół sędziowski. Przypuszczał, że i bez mikrofonu było ją doskonale słychać. - Miło mi cię poznać. Ralf - Daniela skinęła za siebie głową.
To był ten sam gest, który wykonał wcześniej Ralf i wystarczył, aby Claude dostrzegł to rażące podobieństwo między ich twarzami. Nigdy nie nazwałby rysów Ralfa kobiecymi, chociaż miały w sobie właściwą im delikatność i harmonię, ale tylko oznaki starzenia i mocny zarys jego własnych kości odróżniały go od jego matki. Oraz te jej włosy, jaśniejsze od jego własnych: już uczesane do wyjścia, opływające łagodny owal jej twarzy luźnymi falami, zbyt regularnymi, by Claude uwierzył, że nie wyszły spod lokówki.
- Już idę - odpowiedział jej Ralf po niemiecku, obracając się do Claude'a, który pochwyciwszy na moment spojrzenie Danieli przyciągnął go do siebie w mocnym uścisku; demonstracyjnym, jakby gdyby zamierzał jej tym pokazać, jak powinno się to robić. - Odezwę się do ciebie jak tylko to załatwię, w porządku? - dodał ciszej na jego ucho i sam cmoknął Claude'a w policzek, w nieco dyskretniejszy niż zazwyczaj sposób, choć nadal niemożliwy do przeoczenia.
Daniela spojrzała na to kątem oka, ale nic w jej twarzy nie wskazywało na to, by miała o tym cokolwiek do powiedzenia. To było obojętne spojrzenie: Claude zauważył, że równie błękitne co Ralfa, i dopiero porównując do siebie ich oczy zrozumiał dlaczego skojarzyła mu się z lwicą. Były lekko pochyłe, jakby skośne, jak u dzikiego kota - pewnie po liftingu.
- W porządku - przytaknął Ralfowi i dopiero wtedy go puścił, przelotnie gładząc go kciukiem po policzku. Odchodząc zauważył, że Ralf miał rację: oni nie mieli prawa poczuć, że pachniał jego perfumami. Daniela ruszyła powoli dobre parę metrów za nim, nadal z tymi splecionymi za plecami rękoma.
Claude byłby pomyślał, że zostawił Ralfa lwom na pożarcie, ale i w nim zdawało się być coś, co upodobniało go do rodziców - ta przesadna ogłada, za którą krył własne pazury, częściowo nie chcąc kogokolwiek skrzywdzić, częściowo nie chcąc aby ktokolwiek dopuścił do siebie myśl, że mógłby to zrobić.
Na wypadek, gdyby któregoś dnia miał porzucić pierwszy zamiar.
Zastanawiało go czy Ralf kiedykolwiek to zrobił. Przecież pamiętał ich pierwsze spotkanie, które dla kogoś innego mogłoby skończyć się inaczej; pamiętał jak szybko Ralf schował wtedy pazury, które zdążyły błysnąć w zachodzącym słońcu. A jednak Ralf wybrał delikatność: miękką i ciepłą, pełną troskliwej ostrożności.
Z tą myślą Claude zatrzymał się i z mimowolnym uśmiechem obejrzał na malejący i ginący wśród roślinności zarys jego domu.

Już sam fakt, że wśród syku żelazka, wśród tej pary unoszącej się nad postawioną w salonie deską do prasowania, w mocnej mieszance perfum, dopiero co użytych, jeszcze ciągnących się za Marzellem, w stukocie przymierzanych piętro wyżej obcasów - przypuszczalnie dobieranych przez Suse do sukienki - wśród tych wszystkich przygotowań, sprawnych i mechanicznych, bo czynionych regularnie, siedząca z nogami przerzuconymi przez oparcie fotela Victoria - nieprzyszykowana do wyjścia, nawet nieuczesana - wpatrywała się tępo w tablet, powiedział Ralfowi to, co chwilę później zrobił jego ojciec, wskazawszy mu miejsce na stołku przy wyspie kuchennej.
- Zajmiesz się Victorią - to nie było pytanie, a informacja, wypowiedziana tym rzeczowym głosem, którym wkrótce miał się odezwać także i Ralf. - O trzynastej wychodzimy: mamy rezerwację. Wrócimy pod wieczór: przypuszczam, że nie wcześniej, niż o osiemnastej. Przypilnuj by coś zjadła.
- W porządku - Ralf poprawił się na wysokim stołku; czuł, jak jego twarz niemal samoistnie przyjęła ten sam twardy, bezdyskusyjny wyraz. - Ale potem ja też wychodzę. Wrócę w nocy lub nad ranem.
Kiedy to powiedział, czas jakby się zatrzymał. Marzell i Daniela, oboje zastygli wpół ruchu, spojrzeli sobie w oczy. "Ale" było słowem, którego Ralf nigdy dotąd nie użył w ten sposób, nie tyle stawiając warunek, co nie pozostawiając im innej opcji, niż jego zaakceptowanie.
- Wychodzisz z Claudem? - zapytała Daniela.
- Tak.
Nie zamierzał wdawać się w szczegóły: w to, że chciał pojechać z nim do Marsylii, wpaść do klubu, dwóch, lub tylu, aż znaleźliby jakiś, który spodobałby się im obu, napić się i przetańczyć z nim pół nocy, lub choćby i całą.
Marzell i Daniela znów na siebie spojrzeli i Ralf przysiągłby, że w tamtej chwili kącik ust jego ojca drgnął, prawie podrywając się do góry. Nie mógł przewidzieć ich reakcji, ale ponieważ zamierzał wyjść nawet, gdyby wyrazili sprzeciw, nie przejął się tą chwilą milczenia w sposób, który byłby w stanie naruszyć kategoryczność tej nowej twarzy, której jego rodzice dotąd nie widzieli i która - choć nie dali mu tego jasno do zrozumienia - nie była czymś, co zamierzali potępiać. Była przydatna: a przydatność była jedynym kryterium, jakim Voigtowie kierowali się w ocenie tak ludzi, jak i rzeczy.
- Dobrze - ciszę przerwał Marzell. - Rozumiem, że wrócicie taksówką?
Ralf przytaknął, nie dając po sobie poznać, jak bardzo zdziwiło go wtedy to, że świat, zamiast się skończyć, jak gdyby nigdy nic zaczął kręcić się ponownie, dokonując zaledwie nieodczuwalnej dla nikogo poza nim samym korekty kursu.
Marzell skończył prasować marynarkę i gdy ją założył, o blat cicho uderzyły położone na nim kluczyki do auta.
- Gdyby coś stało się Victorii - Marzell przyklepał je dłonią - cokolwiek poważniejszego, jedziesz prosto do szpitala w Marsylii. Żadnego dzwonienia na pogotowie: to nie Niemcy.
- Wiem, tato. Nie spuszczę jej z oczu.
- Wierzę, że tak będzie. A poza tym - Marzell odprowadził wzrokiem Danielę, która ruszyła na piętro - gdybyś z jakiegokolwiek powodu korzystał z samochodu, uważaj na drodze. Mówię to ze względu na tutejszych kierowców, bo wiem, Ralf, wiem, że jeździsz ostrożnie. I gdyby jakimś cudem, jakimkolwiek, zatrzymała cię drogówka, której istnienia w tym niecywilizowanym kraju nie udało nam się dotąd potwierdzić, udawaj smutnego, choćbyś miał się rozpłakać na zawołanie: nie pytaj dlaczego, poza tym wiem, że potrafisz. Jeśli to nie zadziała-
- Ocieram łzy pieniędzmi. Rozumiem.
Marzell sięgnął po portfel, w którym trzymał gotówkę i przycisnął jej zwitek pilotem do bramy.
- Zamówcie coś na obiad. I żadnych telefonów, ani od ciebie, ani od Victorii, chyba że z drogi do szpitala.
Niespodziewanie poklepał go po ramieniu; w ten sam sposób, w który wcześniej poklepał położone na blat kluczyki. Choć Ralf miał zrozumieć to dopiero wiele lat później, Marzell umiał pielęgnować w ludziach cechy, które uważał za pożądane.
- Rozumiemy się?
- Oczywiście.
Ralf powstrzymał uśmiech - wynikający tyleż z rozbawienia sugestią, że nawykła do nieobecności rodziców Victoria miałaby tęsknić na tyle, by chcieć do nich zadzwonić, co z tego, że gdy tylko w stukocie obcasów wyszli, mógł sięgnąć po telefon.
Trzy sprawy, napisał do Claude'a. Pierwsza: rodziców nie ma w domu.
Masz moją uwagę. Co z drugą?
Do wieczora pilnuję Victorii. Sorry.
Ach, kurwa, a trzecia?
Potem możemy wyskoczyć do klubu. Poza tym gdybyś zechciał mi tu dotrzymać towarzystwa: jest basen, jest jacuzzi, możemy coś zamówić. O ile przeżyjesz to, że będę musiał mieć oko na siostrę.

Kiedy wtedy wstał naprawdę miał wrażenie, że świat się nieco przekrzywił, jak stół do bilardu, dyskretnie przechylony po to, by zatrzymana na samej krawędzi łuzy bila mogła do niej wpaść. Wystarczyło lekko jej pomóc.

Zanim rozbrzmiał dzwonek u bramki Ralf zdążył uprzedzić Victorię, że będą mieć gościa - że ten nie mówi po niemiecku, że jeśli Victoria chce, może się z nim przywitać, że wystarczy bonjour, je suis Victoria, ça va?, że nie musi zamykać się w swoim pokoju, jak wtedy, gdy ich rodzice chcą spędzić czas w towarzystwie znajomych bez własnych i cudzych dzieci - oraz pozmywać pozostałe po ich własnym śniadaniu naczynia i schować żelazko, po tym jak sam wyprasował spodnie, w które wreszcie się przebrał: przylegające jasnobrązowe szorty do połowy uda, z cienkim skórzanym paskiem połyskującym złotą klamrą. Pasowała do łańcuszka na szyi, który wyciągnął na wierzch pożyczonego od Claude'a białego t-shirtu przy okazji poprawiania w lustrze włosów; kiedy zaczesywał ich kosmyki do tyłu, czuł bijący od swoich nadgarstków zapach jego perfum.
Był szczęśliwy - i ten widok własnego mimowolnie uśmiechniętego odbicia w lustrze miał zapaść mu w pamięć.
Zbiegł schodami na ścieżkę prowadzącą do furtki, znad której uśmiechnął się do niego Claude. Ralf, skupiony na tym uśmiechu, który na powitanie pocałował - już wciągając Claude'a za ogrodzenie oplecionymi wokół jego twarzy dłońmi, samemu kierując się tyłem ku drzwiom - dopiero po tym, jak oderwał się od jego ust, zauważył, że ten trzymał jedną z rąk za plecami.
- Rozumiem, że mój francuski partyzant stracił tę rękę na naszym polu minowym? - wciąż idąc tyłem i prowadząc go za drugą dłoń Ralf próbował zerknąć ponad jego ramieniem, ale Claude tylko uśmiechał się zagadkowo, skrupulatnie obracając się tak, aby mu to uniemożliwić.
- Zaraz partyzant - zacmokał Claude. - Z tobą w roli okupanta prędzej zawisłbym za kolaborację - i kiedy znaleźli się już niemal pod schodami, wyciągnął przed siebie schowany za plecami bukiet zebranych po drodze kwiatów. - Są dla ciebie, ale jeśli kupi nam to odrobinę spokoju, możemy powiedzieć Victorii, że to dla niej. Jest w środku?
Tym razem to Claude zerknął ponad jego ramieniem na rozchylone drzwi, przez co Ralf sam obejrzał się za siebie - na wypadek, gdyby zignorowała jego prośbę o to, by poczekała przez chwilę w salonie.
- Tak. I Claude... - upewniwszy się, że nie stała w progu, Ralf jeszcze raz przyciągnął go do pocałunku, jednego z tych, które Claude nazywał porządnymi. - To tak na zapas.
- Przecież wiem - Claude przewrócił lekko oczami. - Umiem się zachować jeśli trzeba. Ona nie mówi po francusku, co? - I kiedy Ralf pokręcił na to pytanie głową, Claude, już ciągnięty za rękę w górę prowadzących do drzwi schodów, uśmiechnął się kącikiem ust.
- Nie powinna nam zbytnio przeszkadzać, ale będę musiał mieć na nią oko. Victoria? - w korytarzu Ralf puścił jego dłoń i ruszył przodem do salonu. Przeszedł na niemiecki. - To Claude, a to od niego - podał jej bukiet, choć to do niego puścił przy tym oko. - Może wstawisz je zaraz do jakiejś szklanki?
- Moin, Victoria - Claude pochylił się nieco by znaleźć się na poziomie jej wzroku i z uśmiechem, tak przyjaznym, na jaki tylko umiał się zdobyć, uścisnął jej dłoń gdy zdecydowała się mu ją podać.
- Moin-moin - wyjrzała przy tym zza Ralfa, nadal dziecięco niska i patykowata, ale zaraz wycofała się do kuchni, skąd dobiegł ich szum nalewanej do szklanki wody.
- Więcej aryjczyków, ale ekstra - Claude wyprostował się, szczerząc zęby w rozbawieniu. - Aż dwa doskonałe produkty inżynierii genetycznej. Powiedz mi, tak szczerze: mieszają was ze Szwedami żeby uzyskać ten blond? - Szturchnięcie w ramię nie sprawiło, że przestał; przeciwnie, zachęciło go do kontynuowania. - Pytam dla przyjaciela, być może go kojarzysz - jest doktorem i wprost pasjonuje się genetyką.
Ralf przewrócił na niego oczami, śledząc dotąd wzrokiem Victorię odstawiającą bukiet w szklance z rżniętego szkła na blat.
- Przecież widzę ten uśmiech, złotko. Mnie nie oszukasz. A poza tym... - wchodząc do salonu Claude zagwizdał przeciągle; przystanąwszy na jego środku okręcił się wokół własnej osi i potoczył wzrokiem nie tyle po jego umeblowaniu, co ilości pustej przestrzeni - ...te reparacje wojenne faktycznie były zbyt skromne.
- Chcesz zobaczyć górę?
- Jeśli jest tam twój pokój.
Znajome już Claude'owi skinięcie głowy Ralfa zachęciło go do skierowania się na schody, na których on sam dogonił go gdy tylko zobaczył, że Victoria ponownie założyła słuchawki.
W podobny sposób co po salonie Claude rozejrzał się po pokoju Ralfa - równie jasnym co salon, z jedną przeszkloną ścianą wychodzącą na balkon, z tym bocznym oknem, w którym już go wcześniej widział, z podwójnym łóżkiem, drewnianą komodą naprzeciw niego oraz wiszącym nad nią okrągłym lustrem - aż jego wzrok zatrzymał się na samym Ralfie, opartym rękoma o górną ościeżnicę drzwi tak, że Claude z trudem pohamował uśmiech.
- Chyba nie będziesz tak stał? - zapytał go, samemu opadając na krawędź materaca; podobnie jak zrobił to wcześniej Ralf, ocenił jego sprężystość zanim gestem dłoni - tym samym, co wcześniej na leżak; tym podwójnym zgięciem dwóch palców - przywołał go do siebie.
W kroku Ralfa była niespieszność, która uczyniła go tylko bardziej rozbujałym, ale zamiast usiąść na biodrach Claude'a tak, jak robił to dotychczas, Ralf jedynie się przed nim zatrzymał, z dłonią powoli sunącą od jego szczęki do karku - i nie ruszył się nawet z palcem Claude'a zahaczającym o pasek, nawet z jego dłonią wędrującą na wysokość tej tylnej kieszeni, w której Claude przywykł wyczuwać dotykiem szeleszczące pod palcami saszetki. Tym razem ich tam nie było.
- Naprawdę? W tych spodniach? - uniósł brew, choć tylko udawał zdziwienie, przejaskrawione wystarczająco by Ralf nie pomylił go z prawdziwym. - Tak myślałem - Claude mrugnął do niego uspokajająco. - Choć w roli starszego brata jeszcze cię nie widziałem.
- Umiem być odpowiedzialny - Ralf pogładził kciukiem jego policzek, choć jego uwagę zaraz przyciągnęło coś innego. - ...jest ci zimno?
- Tobie nie...? Ten dom to pieprzona lodówka.
Ralf pokręcił ze śmiechem głową, już dobywając z szafy bluzę, którą następnie mu podał.
- To na ile stopni ci ustawić?
- Ale co?
- Klimatyzację.
- Oczywiście, że klimatyzację. Wszędzie wozicie ze sobą ten chłód z północy?
- Zawsze możesz ogrzać się w jacuzzi - Ralf poprowadził go przez odsunięte drzwi balkonu, skąd trafili pod jego przeszkloną barierkę; poręcz zadźwięczała cicho gdy Claude oparł się o nią dłońmi, spoglądając to w dół, na basen, to na rozciągające się przez całą długość horyzontu morze. - Ale gdyby naszła cię ochota na zimnego drinka - sam Ralf niespiesznie oplótł go rękoma w pasie i tym razem to on oparł brodę na jego ramieniu - ...albo cokolwiek innego: bądź moim gościem.
Spojrzeli na siebie tak, jakby w tamtej chwili wszystko, co tylko znalazło się w zasięgu ich wzroku, było ich własne.

Przepływając pod rozmigotaną na słońcu powierzchnią wody Claude przypominał impresjonistyczny obraz, roztańczony w każdym z nakładających się na siebie pociągnięć pędzla, maczanego to w błękicie wyściełających basen kafelków, to w karmelowym brązie jego skóry, w czerni jego włosów, choć przede wszystkim w bieli światła, skaczącego po tej szklistej tafli za każdym ruchem jego ramion.
Zdążył niemal poszorować brzuchem po dnie, lecz teraz płynął w górę, by wynurzywszy się tuż przed siedzącym na krawędzi Ralfem - już tylko moczącym w basenie nogi, choć pachnąca chlorem woda nadal skraplała się na jego skórze - oprzeć się dłońmi o jego kolana. Światło błysnęło bielą w uśmiechu Claude'a kiedy ocierając ściekającą mu po twarzy wodę skinął brodą na telefon w dłoni Ralfa.
- Co tam? - wsunął się między jego nogi tak, aby móc zerknąć w jego ekran.
- Sprawdzam co tu dowozi - wyjaśnił Ralf. - Na co miałbyś ochotę, tak z jedzenia?
- Tak właściwie... - Claude zaparł się rękoma o krawędź basenu i podciągnął na tyle, by płynnym ruchem usiąść obok Ralfa - ...sam miałem cię o to zapytać. Bo wiesz, pomyślałem, że może, gdybyś - oczywiście - chciał, mógłbym nam coś ugotować. Całkiem sporą macie tę kuchnię.
- Chciałbyś? - i kiedy Claude przytaknął jakby to było oczywiste, Ralf rozpromienił się w uśmiechu. - Tylko lodówka jest prawie pusta, ale to nic, skoczymy zaraz do sklepu. Zrobisz listę...?
- Jaką listę?
- Zakupów. No wiesz, wszystkiego czego będziesz potrzebował, bo poza oliwą i garstką przypraw nie znajdziesz tu zbyt wiele. Ej, Victoria...? - Ralf obejrzał się za ramię.
- Nie muszę robić listy.
- Tak? - Victoria wyjęła słuchawkę z ucha; leżała na kocu rozłożonym w cieniu tarasu.
- Jedziemy zaraz do sklepu - Ralf zwrócił się do niej po niemiecku. - Przebierz się, proszę. - I kiedy z ociąganiem wstała, obrócił twarz z powrotem do Claude'a. - Jak to nie musisz...?
- Normalnie. Tylko powiedz mi co chciałbyś zjeść. No i Victoria, ona je wszystko?
- Zjem cokolwiek zrobisz, naprawdę, a nią się nie przejmuj. Wiesz, starzy mają ją za niejadka, ale poradzę z nią sobie póki nie będzie zbyt ostre.
Zarówno lodówka i jak i szafki, do których zajrzał Claude, okazały się świecić pustkami, a jego początkowy entuzjazm - przecież nie mogło być aż tak źle, jak twierdził Ralf - zastąpiła konsternacja: było gorzej. Oparty o wyspę kuchenną Ralf przypatrywał się tej zmianie wyrazu z cieniem rozbawienia, aż Claude, wyraźnie zamyślony i dokonujący w głowie niezbędnych zmian planów, zamknął lodówkę i obrócił się do niego twarzą.
- Może jednak lista? - zachęcił go Ralf.
- Po prostu... Zrobię coś prostszego.
- Claude, lista.
- Ale tutaj i tak raczej nie dostaniemy-
- Ale jakie tutaj? Bierzemy samochód i wracamy dopiero, gdy znajdziemy wszystko czego potrzebujesz. Żadnych półśrodków. Przecież widzę, że już miałeś jakiś pomysł.
Claude się uśmiechnął, ale z innego powodu, niż przypuszczał Ralf.
- Samochód - powtórzył za nim przeciągle, podchodząc do niego tak, aby móc zaprzeć się dłońmi o blat po obu stronach jego bioder. - To co my tu jeszcze robimy? Czym wozi się przyszły kanclerz Niemiec...?

Edytowane przez Choo dnia 25-07-2022 02:29
 
Choo


- DZIEŃ 4 -
- popołudnie i wieczór -


Je t'aime avec ton odeur de cigarette
Mon sourire s'efface pas comme tes cicatrices
J'aimerais lui parler y'a rien qui m'arrete
J'reste muet, rien qui m'attriste








W głębokim cieniu otwierającego się garażu rozbłysły światła cofania. Kiedy kremowy kabriolet niespiesznie i niemal bezgłośnie wytoczył się z tej ciemności na promienie słońca wyglądało to tak, jakby z rozcięcia czarnej sukienki wreszcie wyłonił się niecierpliwie wyczekiwany widok nagiego uda. Być może przewiązanego podwiązką - tym zsuniętym dachem, zza którego Claude widział oglądającego się na niego i Victorię Ralfa, z dłonią wspartą na zagłówku po stronie pasażera.
Gdy Ralf wyszedł z auta by otworzyć jego drzwi kolejno siostrze i Claude'owi, on sam obszedł samochód dookoła, wodząc wzrokiem to po beżowej skórze obić, to po połyskujących na słońcu szprychowych felgach, to po srebrnych listwach ciągnących się wzdłuż karoserii i gładko łączących na froncie i tyle w logo Mercedesa. Te połyskujące detale zdawały się pełnić tę samą rolę, co biżuteria na nagiej skórze.
Claude przypomniał sobie, że Ralf nie zdejmował jej nawet do kąpieli.
- Może być?
- Cudeńko - Claude wyprostował się i skierował na siedzenie pasażera. - Tylko kolor wybrałbym inny, choć i ten coś w sobie ma. Jest taki klasyczny, ponadczasowy - prawie muzealny, wiesz?
- Jaki byś wolał? Czerwony? - Ralf zamknął za nim drzwiczki, które trzasnęły miękko. - Głęboką wiśnię, prawda?
- Czytasz mi w myślach.
- Victoria, pasy. Ty też.
- Wtedy byłby idealny, jeszcze z czarnymi obiciami... - Claude obejrzał się na tylną kanapę, odwracając się od opadających w dół drzwi garażu; robiły to z ospałością właściwą zamykającym się po ziewnięciu szczękom. - Bez tej małej widzę potencjał, wiesz? - mrugnął z uśmiechem do Ralfa, gdy ten wyjechał na podjazd i przystanął na chwilę potrzebną do upewnienia się, że brama zaczęła się za nimi zasuwać.
Ralf odwzajemnił ten uśmiech.
Ruszyli - gładko jakby to asfalt przesuwał się pod oponami, a nie one po jego nawierzchni. Biały zarys domu zmalał w lusterku, aż wreszcie zniknął, zastąpiony przez czerń drogi, głęboką zieleń roślin, i migające pomiędzy drzewami budynki.
- Tutaj możesz już przyspieszyć.
- Jest limit prędkości.
- Nawet moja babcia go nie przestrzega.
- Nie próbuj mieszać w to swojej babci.
- No weź, chociaż trochę, tu przecież i tak prawie nic nie jeździ. - Claude przechylił głowę aby spojrzeć na Ralfa, ale ponieważ ten oderwał wzrok od drogi tylko na chwilę, sam zaraz wrócił nim na jego dłoń, luźno ujmującą kierownicę u jej szczytu. Widząc prędkość wskazywaną przez deskę rozdzielczą zmarszczył się lekko. - No dalej - ciągnął nagląco. - Niech to cacko zamruczy. Przecież widzę, że prowadzisz pewną ręką.
- Claude.
- Stać cię na coś więcej.
- Claude, skarbie - Ralf zwrócił się do niego przeciągle, znów zerkając na niego jedynie na moment. - Jadę wynajmowanym samochodem, którym wiozę dzieciaka i ciebie, po drodze, która połowę czasu nawet nie ma wymalowanych pasów. Nie będę się przed tobą w ten sposób popisywać, ale jeśli chcesz, mogę w inny. Zamknij oczy.
- Chcesz sprawdzić jak szybko zasnę?
- Zamknij je - powtórzył spokojnie Ralf, nawet na niego nie patrząc. - No już, odpręż się, jak dla mnie możesz się nawet odchylić na tym fotelu, pokrętło jest po prawej. Już...? To teraz posłuchaj - i kontynuował, tym swoim niemal sennym półgłosem ze wzrokiem mechanicznie obserwującym drogę i lusterka. - Z miłą chęcią zabrałbym cię na jedną z naszych niemieckich autostrad i jestem pewien, że byłbyś zachwycony. Ja naprawdę uwielbiam wrzucać ostatni bieg. Spodobałoby ci się: ty, ja, brak ograniczeń, tylko miły dla ucha pomruk silnika, i muzyka, gdyby ten pierwszy już ci się znudził, choć nie sądzę, by nastąpiło to prędko. Ale to nie znaczy, że jazda musi być szybka, aby była przyjemna. Czasem wystarczy, że pozwoli ci dostać się z punktu A... Do punktu B... Na spokojnie, bez stresu - wymieniał, wymawiając każde słowo z właściwą sobie starannością i przeciągłą pauzą między każdym z nich, taką, w której cieple ich końcówki mogły się niemal roztopić - bez pośpiechu, gładko i bezpiecznie. To naprawdę może być równie, jeśli nie bardziej imponujące od brawurowej jazdy bez trzymanki. Ja, na przykład, gdybym mógł wybrać, w pewnych okolicznościach wolałbym właśnie to: prawie senne tempo, za to jakie płynne, jakie regularne. Miłe i przyjemne. Otwórz oczy.
Przez chwilę patrzyli po prostu na siebie: Ralf tym zarazem rozbawionym i rozczulonym spojrzeniem, Claude rozmarzonym, prawie sennym, z głową nadal odchyloną na zagłówku.
Dopóki nie zrozumiał, że byli na miejscu. Claude poderwał głowę i rozejrzał się dookoła, jakby po drodze przespał wszystkie zakręty i wyboistości tej trasy. Poczuł dopiero zmianę kierunku, gdy Ralf wrzucił wsteczny, by zaparkować: choć przecież zdążył się już raz zatrzymać, o ile nie stali wcześniej także na światłach.
- Pewna ręka - tym razem to Ralf do niego mrugnął, znowu z dłonią na zagłówku, i gdy zaciągnął hamulec, nachylił się bliżej niego z tym swoim łagodnym uśmiechem. - Myślę, że wiesz, co chciałem powiedzieć. Poza tym... Masz może jakieś drobne do koszyka?
Wyrwany z zamyślenia Claude zamrugał dwukrotnie i dopiero wtedy, z ospałym uśmiechem na ustach i nasadą nosa ściśniętą w dłoni, sięgnął po portfel.
- Tak. Tak, oczywiście.
Wysiedli. Ralf obejrzał się na niego gdy Claude przystanął, przeciągając się i tłumiąc wierzchem dłoni ziewnięcie, nie tyle wynikające z powodu zmęczenia - bo czuł się rześki jak rzadko kiedy - co spowodowane przez tę niespodziewaną chwilę niemal absolutnego spokoju, w trakcie której jego własne myśli, zamiast wyprzedzając się nawzajem i grożąc kolizją pędzić ulicą w tym niebezpiecznym, nierównym tempie, wreszcie zwolniły i powracały na właściwe miejsca, jak te wszystkie auta na rozciągającym się przed supermarketem parkingu. Wśród koślawo zaparkowanych aut Mercedes, którym jeździł Ralf, jako jeden z nielicznych stał równolegle do wymalowanych na asfalcie linii - w bezpiecznym oddaleniu od pozostałych samochodów.
Pamiętał jak z potykającą się o własne nogi Victorią przeciskali się tymi wąskimi przerwami między autami. Ich przeważająco białe, beżowe i szarawe karoserie, oraz te nierówne odstępy i zmienne kąty, pod jakimi je zaparkowano, upodabniały je do zębów - jeszcze niewyprostowanych przez aparat, jeszcze niewybielonych, lub przeciwnie: już naznaczonych przez upływ czasu niejednolitymi przebarwieniami, od kawy, papierosów i wina, już powyrywanych i powybijanych tam, gdzie puste miejsca odznaczały się czernią.
- Ej, słuchaj - Claude zwrócił się do Ralfa, doganiając go przy wiacie z koszykami. - Nosiłeś aparat?
- Widać? - Ralf błysnął zębami w uśmiechu, a kółka wysuwanego koszyka podskoczyły na porowatym asfalcie. - Nadal mam retencyjny od tyłu.
To była jedna z tych rzeczy, które zwracały uwagę Claude'a: Ralf był trochę zbyt poukładany, trochę zbyt dokładny, i miał trochę zbyt równe i białe zęby, by Claude mógł uwierzyć, że ten uśmiech nie został poprawiony. Mimo to go uwielbiał.
Uniesiona ponad głowę Ralfa Victoria z dziecięcym, roześmianym wiskiem wierzgała nogami w powietrzu nim jej buty z metalicznym brzękiem drucianej siatki natrafiły na dno wózka. Chwycona na wysokości żeber i poderwana tak z ziemi przez zaskoczenie prawie wypuściła telefon, który wreszcie schowała do kieszeni.
Dopiero wtedy Claude zauważył, że brakowało jej paru zębów w miejscach po mleczakach. Nie uśmiechała się zbyt wiele, lecz teraz - pchnięta w wózku przez odległość dzielącą ich od rozsuwających się drzwi sklepu - zaśmiała się bez skrępowania, tak, jak spodziewał się tego po jedenastolatce.
Kolejne z dorzucanych do koszyka produktów trafiały w przestrzeń u jej podkulonych nóg, które oplotła rękoma. Victoria oparła brodę o podciągnięte pod nią kolana i tymi niebieskimi oczami - wciąż nieproporcjonalnie dużymi względem twarzy - obserwowała obce sobie składniki, co jakiś czas przypominając o czymś po niemiecku Ralfowi.
- Będę miał jeszcze jej listę życzeń do spełnienia - wyjaśnił Ralf za którymś z pytających spojrzeń Claude'a, kiedy ten obejrzał się na ich dwójkę z dopiero co zdjętą z półki puszką pomidorów w ręce.
- Mam już prawie wszystko. Co dla naszej germańskiej księżniczki?

- Ale ty ją rozpieszczasz - Claude uniósł brwi przypatrując się sunącym po taśmie zakupom, które pakował do siatek jeszcze w miarę jak Ralf wykładał ostatnie rzeczy z koszyka; podająca mu je Victoria jeszcze go nie opuściła, nawet gdy raz za razem przypominał jej, że za nią też będzie musiał zapłacić.
- Bo inaczej tu zostaniesz.
- Nie zostanę.
- Zostaniesz, mówię ci. Zapiszczysz na bramkach i zabierze cię ochrona. - Znów to przekonujące przytaknięcie; była już za duża, by się na to nabierać, ale wciąż na tyle młoda, by ją to bawiło. - To naprawdę niska cena za jej lojalność. - Wyjaśnił Claude'owi, gdy ten uniósł w dłoni drugie opakowanie lodów. Nie umiała wybrać smaku, więc wzięli oba. - Dzielnie mnie kryje, wiesz? Kartą, proszę - piknięcie; pin i zielony. - Mamy wszystko?
- Na to wygląda - Claude uniósł siatki w dłoniach. - Serio? Ta mała robi ci zaplecze?
- Zdążyła się nauczyć - Ralf wypchnął wózek ze sklepu; ponieważ wreszcie był pusty, Victoria rozprostowała w nim nogi. - Jak zasiedzieliśmy się na plaży, wiesz kiedy, powiedziała rodzicom, że zdążyłem wrócić i zasnąć.
- To dosyć zabawne, że wiedziała co robić.
Ralf wzruszył ramionami, zanim wyciągnął je aby znów unieść Victorię w górę i odstawić ją na ziemię. Monetę, która wysunęła się z odstawionego koszyka, wrzucił Claude'owi do tylnej kieszeni, korzystając z tej okazji, by lekko go do siebie przyciągnąć.
- Spodziewałem się czegoś innego jak o niej wspomniałeś.
- Bo widzisz ją ze mną - kiedy wchodziła do samochodu, Ralf skinął jej z uśmiechem głową, jakby wcale o niej nie rozmawiali. - Czasem boję się, że wyjadę i już nikt się nią nie zainteresuje wtedy, gdy będzie tego potrzebować najbardziej. Pozapisują ją na zajęcia i będą pytać tylko o oceny. Nie chcę brzmieć jakoś fatalistycznie, ale to bomba zegarowa przy tym, jak umie już kłamać.
- Brzmisz jakby miała zaraz umrzeć. Przecież to tylko dzieciak, spójrz na nią.
Zamiast tego Ralf spojrzał na niego tak, jakby go samego zdążyło już to zabić, ale to nie była prawda - ta śmierć miała nastąpić dopiero za parę lat, w których perspektywie te dni miały okazać się jednymi z ostatnich razy, gdy był naprawdę szczęśliwy.
Ale wtedy - w to jasne popołudnie, gdy oślepiająco białe słońce rozgrzewało asfalt tak, że ten niemal przyklejał się do podeszew, jak gdyby mógł złapać ich za nogi i już na zawsze zatrzymać na tym parkingu, mimo wszystko uśmiechniętych, mimo wszystko beztroskich - wystarczyło pokrzepiające szturchnięcie w ramię, by oboje zapomnieli nie tylko o tym, że przyszłość była nieunikniona, lecz i o tym, że w ogóle istniała. Była tylko ta, którą słyszeli coraz głośniej i coraz wyraźniej w muzyce, zdającej się przenikać przez głośniki z nocy, którą wkrótce mieli spędzić w Marsylii.
Nagle znowu byli tylko oni i te krótkie spojrzenia, gdy Ralf pozwalał sobie na oderwanie wzroku od drogi. Zdawało się, że przez opuszczony dach to nie ciepły wiatr mierzwił im włosy, a czyjeś ręce, dosięgające ich z tego rażąco jasnego nieba, jakby świat - lub sam Bóg, jeśli ten istniał - chciał mrugnąć do nich porozumiewawczo w obietnicy, że wszystko będzie w porządku.
Claude znów przypatrywał się Ralfowi trochę zbyt długo, by mu samemu mogło umknąć, że zastanawiał się nad czymś w tej przedłużającej się ciszy. Tym razem Ralf nie musiał go nawet pytać - wystarczyło krótkie uniesienie brwi znad okularów przeciwsłonecznych.
- Ufają ci.
- Kto?
- Rodzice - wyjaśnił Claude. - Z siostrą, z pieniędzmi, z samochodem... - W jakich kwestiach mu nie ufali? - Bo chyba wiedzą, że go wziąłeś?
- Teraz cię to zastanowiło? - zaśmiał się Ralf. - Tak, wiedzą, choć też mnie tym trochę zaskoczyli. I tak zostawiliby go na wszelki wypadek, wiesz, jakby coś jej się stało-
- Ale co miałoby się stać?
- Jakby biegła i wybiła sobie te parę zębów, która ma, albo rozbiła głowę, albo coś złamała, albo potknęła się ze szklanką i upadła na to szkło, albo... - Ralf zauważył, że Claude uniósł brwi. - Mam wymieniać dalej?
- Zapomnij, że pytałem. Masz tak zawsze?
- Jak?
- Że uwzględniasz każdy możliwy scenariusz i jakieś dziesięć niemożliwych, tak na zapas, jakby wyjściowe założenia okazały się zbyt optymistyczne...? Serio? I mimo to jesteś taki...
- Jaki?
- Taki spokojny.
- Przecież wiesz, że - jeśli muszę - też trochę udaję.
- Jakie też? - Claude tylko udał oburzenie, bo gdy Ralf gładko wszedł w kolejny zakręt, ponownie spojrzał na niego w ten zarazem wyciszający i przenikliwy sposób, który umiał zmyć z jego twarzy pozory jak czysta i letnia woda. - No dobrze, w porządku, ale przy tobie... Nie muszę udawać, przynajmniej nie aż tak. A ty nawet, gdy się czymś przejmiesz, umiesz tak - nie wiem - odzyskać równowagę.
Nie powiedział tego wtedy, ale prawda była taka, że to Ralf umiał mu ją przywrócić, jak brakujący na wadze odważnik, za którego dołożeniem jej szalki wyrównywały się i przerywały swój rozchwiany taniec.
Zredukowawszy bieg - w końcu jechali już pod górkę - Ralf przelotnie pogładził kciukiem jego kolano, zanim wrócił dłonią na skrzynię biegów.
- To naprawdę urocze, gdy prawie uciekasz z drogi kierowcom.
- Bez urazy, ale jeździcie tu jak popierdoleni.
- Od razu widać, że nie byłeś w Paryżu. Od dawna masz prawko?
To też go zastanawiało. Ralf jeździł z poprawnością świeżo upieczonego kierowcy, choć przy tym zbyt gładko i pewnie, by mógł nim być.
- Jeszcze go nie mam, to znaczy mam, tylko tak nie do końca. Zdałem egzamin prawie rok temu, więc normalnie jeżdżę z rodzicami jako moimi... Begleitpersonen? Nie wiem czy też macie coś takiego, ale chodzi o to, że mogę jeździć tylko z nimi. Ale tutaj to i tak nie obowiązuje, a że najchętniej objęliby naszym niemieckim prawem także Francję-
- Pozwól, że ci podpowiem: to się nazywa okupacja - Claude przesylabował ostatnie słowo. - Ale tego się nie spodziewałem, wiesz? Poukładani Niemcy, Ordnung personifikowany, wierzą, że nie tylko nie skasujesz tego cuda, ale też że w razie czego wybrnąłbyś z konfrontacji z drogówką.
- Tutaj jest drogówka?
- No co ty - Claude pokręcił głową uspokajająco, choć nie bez rozbawienia. - Może bliżej Marsylii, ale tu? Dlatego spokojnie mógłbyś przyspieszyć, tylko trochę- Od razu lepiej. Poza tym, nie wydaje ci się to dziwne?
- Ale co?
- Że się zgodzili, no wiesz, żebyśmy wyskoczyli wieczorem.
- Mówiłem ci: to jakby świat się trochę przekrzywił.
- To pewnie przez Chińczyków.
Ralf przytaknął odruchowo jakby się z nim zgadzał, ale potem dotarł do niego sens tych słów - lub jego brak, surrealistyczny jak we śnie.
- Co...? Dlaczego?
- Mają tę swoją Tamę Trzech Przełomów - wyjaśnił Claude. - I ona zatrzymuje tak dużo wody w miejscu, w którym nie powinno jej być, że jej ciężar przechylił nam Ziemię.
Gdy mówił, zdawało się, że rękami wyciągnął z powietrza okrąg globu; trzymał go w rozczapierzonych palcach jak piłkę, aż przechylił go lekko tak, aby zobrazować to przesunięcie bieguna.
Może ona znowu drgnęła. Kiedy Claude przytakiwał przekonująco - tak jak Ralf, wmawiając Victorii, że naprawdę zostanie w sklepie - to brzmiało całkiem sensownie. Te pytania zdawały się łatać jakąś lukę, z której istnienia niemal zdali sobie wtedy sprawę: to, że mogli po prostu pojechać do sklepu, było niemal zbyt zwyczajne i przyziemne, aby mogło się po prostu dziać.
A jednak naprawdę jechali przed siebie tym kremowym Mercedesem, jakby sami, choć na tylnym siedzeniu była z nimi Victoria, znowu cicha jak duch. Siatki z zakupami szeleściły na omiatającym ich podczas jazdy wietrze, który Claude mógł prawie złapać w dłoń przewieszoną przez krawędź drzwiczek, jak gdyby palcami, tak jak wcześniej przesypujący się przez nie piasek, mógł przeczesywać to namacalne powietrze - i niemal chwycić je w garść. Nie miało prawa nie być prawdziwym.

Kabriolet zwolnił, aż wreszcie się zatrzymał. Byli na miejscu i znów spojrzeli sobie w oczy w tym niepostrzeżenie przesłanym komunikacie, przetkniętym zerknięciem na Victorię i lekkim drgnięciem ściągających się ponaglająco brwi.
Ralf obrócił się do niej czekając aż garaż się otworzy.
- Zanieś lody do zamrażarki, tylko powoli, bez biegania - niespiesznie podał jej klucze do domu; drzwi, podobnie co furtkę, otwierała czarna zbliżeniowa pastylka. - I nie otwieraj lodów sama, bo tylko pokaleczysz się tym plastikiem. Dobrze?
Przytaknęła - tak, że wiedział, że go posłucha - i zanim ruszył, by zaparkować, kontrolnie odprowadził ją do wejścia wzrokiem. Zostali sami.
Gdy auto wtaczało się z powrotem w cień garażu, ten pochłonął ich obu jak nabierające powietrza usta. W połączeniu z tym półmrokiem i zapachem lekko wilgotnych murów - tak pachniały tylko piwnice, kościoły i stare budynki - cisza, która nastała za wyłączeniem silnika wydała im się niemal sakralna. Ralf zaciągnął hamulec.
Kiedy na siebie spojrzeli, znów z tymi łagodnymi uśmiechami, obaj przysięgliby, że wraz z ostrym kantem cienia na ich twarze nasunęły się dodatkowe lata; ta przesuwająca się granica między światłem a ciemnością jak za powolnym pociągnięciem szerokiego pędzla nałożyła na ich młodzieńczo gładkie skóry parę płytkich zmarszczek, coś jakby cień zarostu, no i te włosy, one też się zmieniły, choć przecież była to tylko kwestia półmroku i nienawykłych do niego oczu. Ile mogli mieć lat?
- Moglibyśmy tu na chwilę zostać.
Również cichy głos Ralfa zabrzmiał trochę inaczej, ale to mogło być tylko zwielokratniające go echo pustego garażu.
- Tak? - Claude nachylił się bliżej i wreszcie poczuł usta Ralfa na własnych, jeden z tych miękkich i lekkich pocałunków, które potrafiły zatrzymać czas: bo pierwszy z nich zawsze sprawiał, że zastygali tak na chwilę, jak sekundnik na tarczy zegarka, który przy każdym zerknięciu na nadgarstek udawał, że stanął - ale potem ruszał dalej.
Spojrzeli znów na siebie parę takich pocałunków później. Dopiero napotykając drut aparatu retencyjnego sunącym po tyle zębów językiem Ralf przypomniał sobie, że miał siedemnaście lat i był szczęśliwy. Miał siedemnaście lat, a Claude szesnaście, i wystarczyło, że Ralf przeczesał palcami jego zmierzwione podczas jazdy włosy i pogładził jego twarz dłońmi, by znów je miał.
Czas dało się zetrzeć jak ten nawarstwiający się na karoseriach kurz, który ubrudził im spodnie jeszcze gdy przeciskali się przez parking pod sklepem - bokiem, raz czy drugi musząc stanąć na palcach - ale i z materiału dało się go strzepać.
- Chodź, nie będziemy jej niepokoić.
- Już idę - drzwiczki trzasnęły z lekkim echem. W cichym głosie Claude'a - bo to był cichy głos, taki, jakim mówi się w kościele - przebrzmiała radość. - Może tego po mnie widać, ale naprawdę nie mogę się doczekać, aby ugotować nam ten obiad. Posmakuje ci.
I kiedy Ralf obejrzał się na Claude'a z poziomu schodów - bo ten przystanął na dole, rzucając jeszcze jedno spojrzenie na auto - z kolejnym krokiem również i on znalazł się w przecinającym cień garażu prostokącie światła. Zmyło z jego twarzy te resztki czasu tak, że aż się zmrużył; ostatnie jego okruchy zdmuchnął powiew klimatyzacji.
- Możemy do tego jeszcze wrócić, wiesz? - Ralf skinął ponad jego głową na niewyraźny w półmroku zarys Mercedesa.
- Fantastycznie. I zmieniam zdanie: przednie siedzenia też się nadadzą.

Było coś niesamowitego w tym, jak rozłożywszy zakupy na blacie wyspy kuchennej - nie licząc butelek bezalkoholowego piwa, z brzękiem obijającego się o siebie szkła odłożonych do lodówki - Claude, zbywając pytania uciszającym machnięciem ręki, z szafek, szuflad i półek wyczarował wszystko to, czego miał potrzebować do przygotowania obiadu; jakby zarówno deski do krojenia, noże i półmiski udało mu się wyciągnąć z tego panującego w zabudowie kuchennej cienia tak, jak uprzednio z powietrza utkał palcami całą kulę Ziemską.
W rozchodzącej się po parterze muzyce te wędrówki od wyspy do kuchenki i zlewu przypominały taniec - i znów wydawało się, że jej dźwięki przesączały się przez głośnik z niespiesznie nadchodzącej nocy. Ta wcale nieodległa przyszłość, wreszcie obiecana, wreszcie pewna, płynęła z niego tak naturalnie, jak woda z odkręconego celem umycia warzyw kranu. Było słychać, jak się zbliżała: coraz wyraźniejsza, jak pomruk nadjeżdżającego samochodu.
Mieli jeszcze dobre parę godzin do momentu, w którym ustanie pracy silnika zaanonsowałoby Ralfowi powrót jego rodziców.
- Jesteś pewien, że nie mogę ci jakkolwiek pomóc? - To był już drugi lub trzeci raz, gdy Ralf zadał Claude'owi to pytanie, ale także teraz spotkało się z odmową. - Na pewno? Mogę coś pokroić albo-
- Możesz najwyżej naostrzyć mi ten nóż - Claude oparł się dłońmi o blat, wskazując ten z noży, który miał na myśli - bo macie tu gdzieś ostrzałkę? Jej jednej jeszcze nie znalazłem, ale poza tym: nie. Usiądź, zajmij się siostrą i pozwól, że wszystkim się zajmę.
- Ale gdybyś czegoś potrzebował-
- Nie będę. Znajdź sobie jakieś zajęcie i o nic się nie martw.
Ralf, odbiwszy się ramieniem od lodówki, o którą oparty bokiem głowy dotąd przypatrywał się Claude'owi, uniósł obronnie ręce w deklaracji, że te, nawet przypadkiem, niczego się nie dotkną.
- To twoje królestwo - minął tak Claude'a, aż z jednej z szuflad wygrzebał stalową ostrzałkę o drewnianej rękojeści; nienaostrzone noże były zmorą wszystkich miejsc, w których ludzie przebywali tymczasowo. Któremuś z wynajmujących ich dom gości musiało przeszkadzać to na tyle, aby nie tylko się w nią zaopatrzył, ale i roztropnie pozostawił ją po sobie każdemu, kto miał tu przebywać po nim. - Ten?
I kiedy Claude przytaknął, na moment oderwany od czynionych przygotowań, muzykę chwilowo przecięły metaliczne świsty, z jakim ostrze przesuwało się po szorstkiej powierzchni stali. W Hamburgu mieli taką samą - lecz diamentową, pełniącą raczej dekoracyjną niż praktyczną funkcję, bo w domu Voigtów rzadko ktokolwiek gotował.
Gdzie indziej - i kiedy indziej - ten dźwięk mógłby wydać się złowrogi, ale nie w tej nasłonecznionej i rozbrzmiewającej muzyką kuchni.
- I to naprawdę tyle?
- Naprawdę - Claude przejął ostrożnie mu podany nóż i wrócił do przerwanego krojenia. - No, od razu lepiej, ale nie patrz mi tak na ręce, bo przysięgam ci, że się zatnę.
Na tę prośbę Ralf zasłonił oczy dłońmi, o które podpierał dotąd brodę, usadzony na wysokim stołku przy wyspie kuchennej; ale kiedy wyjrzał spomiędzy figlarnie rozsuniętych palców - bo tylko udawał, że nie patrzy - poczuł, że wzbierające mu się ukradkiem w oczach łzy zaczęły przelewać się przez dolną powiekę.
- To od cebuli - wyjaśnił mu Claude, patrząc na niego równie zaszklonymi i przelotnie przekrwionymi oczami; jakby płakał, chociaż to było wesołe spojrzenie.
Płacz ze szczęścia - to mogło być to, choć na desce naprawdę leżała przecięta w pół, ponacinana wzdłuż i do połowy skrojona w kostkę szalotka.
- Na pewno? - Ralf z lekkim śmiechem otarł oko wierzchem kciuka. - Bo wiesz, te kwiatki, to, że gotujesz nam obiad...
- Wzruszyłeś się?
- Strasznie - przytaknął Ralf, ale Claude musiał uznać to za żart, bo tylko przewrócił oczami. - Nie, Claude, naprawdę- Jesteś po prostu kochany. Pomyślałbyś...?
- Ale co? Że będziemy tak mogli? - sam się miękko zaśmiał, ścierając resztę łez przegubem dłoni, i pokręcił na to głową. - W życiu. Chryste, popatrz na nas! - Znów ten pełen niedowierzania cichy śmiech, który nie znikł z jego ust jeszcze przez chwilę po tym jak wrócił do krojenia.
Wkrótce zapach szklącej się na oliwie cebuli zainteresował Victorię na tyle, by odłożyła telefon i sama oparła się palcami i brodą o blat, szeptem pytając o coś Ralfa. Claude musiał to mimo wszystko usłyszeć, bo obejrzał się na nich, dotąd pochylony nad patelnią.
- Ralf, ona się na mnie gapi.
- Bo ładnie pachnie.
- Dopiero zacząłem, ale naprawdę wystarczysz mi ty w roli publiczności.
- Co poradzę na to, że jesteś widowiskowy - wzruszył ramionami Ralf, ale zaraz nachylił się do Victorii i przyciszonym głosem prawie zdążył odesłać ją na kanapę; w tym czasie Claude odkroił skośny plaster chorizo, który korzystając z tego, że podeszła, wyciągnął w jego stronę.
- Nie będzie dla niej za ostre? To łagodne - wyjaśnił Claude - ale najwyżej zostanie nam do piwa.
Ralf otworzył usta i sam pierwszy spróbował go z jego ręki, co znów sprawiło, że Claude powstrzymał uśmiech. Po chwili namysłu pokręcił głową.
- Jeszcze jeden. Sprawdzimy - i kiedy Claude podał mu kolejny plaster, on wyciągnął go do Victorii. - Tylko uważaj - Ralf uprzedził ją po niemiecku. - Raczej nie jest pikantne, ale powiedz mi gdyby było.
Ale ona też, przeżuwszy pierwszy plaster, zapytała tylko czy może więcej. Z kolejnym kawałkiem wróciła do swoich zajęć - i znów było tak, jakby zostali sami. Następne z dorzuconych na patelnię składników zaskwierczały na nabierającej aromatu oliwie, chwilowo zagłuszając muzykę.
- Mówiłem poważnie - pouczył go Claude, zmniejszając ogień. - Znajdź sobie jakieś zajęcie. Przecież czuję, że na mnie patrzysz.
Nie chciał mówić tego na głos, ale to spojrzenie - niemal namacalne - krępowało go tak, jakby dopiero wtedy, zajęty gotowaniem, poczuł się przy Ralfie nagi.
- Ale-
- Żadnego ale. Może sprawdź, czy Victoria nadal oddycha? Tak...? A na pewno nadal ma wszystkie zęby, nie wybiła ich sobie po drodze? A może zdążyła udławić się chorizo? No już, zajmij się nią - ciągnął dalej, nie odrywając przy tym wzroku od patelni, o którą raz za razem postukiwał drewnianą łopatką, zrzucając z niej to, co przykleiło się podczas mieszania. - Lub czymkolwiek innym, proszę, bo mnie naprawdę zaraz wykończy to twoje... Spojrzenie...
Nie musiał się odwracać, by zobaczyć wzrok Ralfa, bo ten - chociaż on sam nie ruszył się przez cały ten czas ze stołka - okazał się patrzyć na Claude'a z odbicia w przeszkleniu szafki, dokładnie na wysokości jego własnej twarzy. Dopiero przyłapany na tej obserwacji Ralf spuścił wzrok, z niespodziewanie zawstydzonym uśmiechem, przez który Claude wreszcie obejrzał się na niego przez ramię.
- Nie chciałem cię peszyć - wyjaśnił przepraszająco Ralf. - Po prostu... Wydajesz się taki szczęśliwy, gdy gotujesz.
Chyba wtedy zrozumiał to nieoczekiwane zainteresowanie, które przejawiła nim Suse, gdy opowiadał o tym, jak spędził z nim któryś z tych dni; jakby z bezkresnej głębi jej oczu nagle coś wypłynęło, zwabione na powierzchnię okruchami radości, którymi jeszcze mogło się pożywić - by przetrwać.
- I naprawdę nie wiem, jak ci to powiedzieć - kontynuował Ralf, ze skronią wspartą na dłoni, chociaż Claude znów skupił uwagę na zawartość patelni i teraz tylko na niego zerkał - ale widok twojego uśmiechu, tego mimowolnego, z którym to robisz... Po prostu sprawia mi radość. Naprawdę wysiedziałbym do końca tamtego meczu, jeśli to oznaczałoby, że dalej byś się tak uśmiechał. I to prawda, że gdybym miał okazję zobaczyć, jak sam grasz, nie odrywałbym od ciebie wzroku, ale to nie byłoby tylko dlatego, że miałbym na co popatrzeć, bo miałbym, w porządku, miałbym! - Zaśmiał się cicho; ten śmiech był jak szczypta cukru, dodana dla zrównoważenia smaków. - Po prostu wydawało mi się wtedy, że robiłbyś to z tym samym uśmiechem. A ja... Lubię, gdy się tak uśmiechasz.
Słuchając go Claude odłożył szpatułkę i zamilkł na moment, opierając się obiema dłońmi o rogi kuchenki. Ponieważ spuścił głowę, Ralf nie mógł zobaczyć jego reakcji - dopóki Claude znów nie obejrzał się na niego przez ramię, tym razem czule, jakby chciał przeprosić za to, że w ogóle odebrał jego spojrzenie jako natarczywe.
- Podejdź tu. - Ale Ralf się zawahał. - No podejdź, proszę.
I kiedy Ralf niespiesznie okrążył wyspę kuchenną, usiłując dostrzec sponad barków Claude'a zawartość patelni, ten nabrał odrobinę na łyżkę; chwilę dmuchał na nią, samemu zdążywszy przekonać się jak gorąca była, lecz gdy tylko unosząca się znad niej para rozpłynęła się w powietrzu, a Ralf przystanął dostatecznie blisko, uniósł ją do jego ust.
- Spróbuj. Może być?
Ralf przytaknął z uśmiechem, znów na chwilę spuszczając wzrok.
- Jest pyszne.
- Potraktuj to jako pocałunek, bo tylko na taki mogę sobie przy niej pozwolić - Claude lekko skinął głową na Victorię. - A nie masz pojęcia, jak strasznie chciałbym cię teraz po prostu pocałować.
Również Ralf na nią zerknął, krótko, tak, aby nie zauważyła, i gdy Claude wrócił do gotowania, tłumacząc mu, że jeszcze chwila - bo musi się zredukować, musi się przegryźć - oplótł go w pasie rękoma. Tak, że z brodą opartą na ramieniu Claude'a mógł spojrzeć mu z uśmiechem w oczy i w niebudzący większych podejrzeń sposób pocałować w szyję, zanim ze zgarniętym z deski do krojenia pomidorkiem koktajlowym wrócił na poprzednie miejsce.
Pamiętał ten trzask pękającej pod naporem zębów skórki.

Gdzieś między odstawieniem szczękających o siebie półmisków do zlewu, a nałożeniem deseru do zawczasu wyjętych pucharków, w lecącym akurat utworze - bo muzyka grała nieprzerwanie odkąd wrócili, przepłaszając z budynku pozostałości ciszy - Claude rozpoznał jeden z tych, które znał niemal na pamięć, i chociaż słowa leciały zbyt prędko, aby Ralf był w stanie za nimi nadążyć - znów jak te rozpędzone auta, w dodatku na wielopasmówce - z uniesionym w górę palcem i początkowo niezauważalnie kiwającą się w jego rytm głową, Claude - sygnalizując nadejście tego momentu wyraźniejszym skinięciem ich obu - podłapał melodię i włączył się w refren, z każdą jego linijką przysuwając się krok za krokiem bliżej stojącego przy umywalce Ralfa i akcentując każdy z wyrazów to ruchem głowy, to ramion, to wyprostowanych palców, które wreszcie wybiły słowa na jego piersi, zanim Claude luźno przerzucił nadgarstki przez jego ramiona i tym samym krokiem, tym razem w tył, odprowadził go - naśladującego te ruchy, choć nawet niepróbującego nadążyć za tekstem - od kuchennego blatu na sam pusty środek salonu, gdzie bez skrępowania przysunęli się bliżej siebie i jeszcze chwilę bujali biodro w biodro, ramię w ramię, zachłyśnięci tym przebłyskiem zbliżającego się wyjścia niemal na tyle, by zapomnieć o tym, że przyszli tu tylko po lody, że tych domagała się Victoria, że ta czekała na nich na tarasie, gdzie dopiero co zjedli obiad - był wspaniały, cieszę się, świetnie gotujesz, wiem, dziękuję! - ale nawet pamięć o tym nie wystarczyła, by tak po prostu przestali, nie-nie, jeszcze nie teraz, musieli najpierw wykręcić się z tych luźnych i rozkołysanych objęć zgrabnym obrotem, skorzystać z tego, że ten złączył ich ręce, oraz z tego, że wystarczyło jedno pociągnięcie, aby mogli przyciągnąć się do pocałunku, krótkiego i roześmianego, i jeszcze jednego, do tego miękkiego zderzenia się bliźniaczych uśmiechów, jednego milczącego, drugiego znów przybierającego kształt cicho podśpiewywanych słów: j'suis seul et j'pense a toi, j'suis seul, seul, seul, seul...
Potem był szum odsuwanych drzwi tarasu - ale oni zdążyli się od siebie oderwać i wrócić do wyskrobywania lodów z pudełek; pytanie Victorii - ale Ralf zdążył unieść pełne ich pucharki w odpowiedzi, chociaż jedynie zgadywał, że to o nie mogła się upominać, bo zarówno wzrokiem i myślami uciekł do oblizującego z nich łyżeczkę Claude'a, tak niby niewinnie - oczywiście, że niewinnie - choć z tym samym słodkim ociąganiem, z którym jeszcze nie tak dawno wysuwał sobie go samego z ust.
Był też chlupot rozstępującej się pod Claudem wody, gdy ten, przysiadłszy na krawędzi jacuzzi, wsunął się do niego tuż przy panelu kontrolnym, na którym - jak u siebie, śmiał się Ralf, ja jestem u siebie, przypominał mu Claude - umiał już ustawić interesujący go tryb i temperaturę, bo za sprawą rzucającego cień drzewa ta zdążyła spaść od ostatniego użycia. Kiedy Ralf podał mu butelki, po to tylko, aby przytrzymał je gdy on sam wchodził do środka, woda pieniła się już z tym przypominającym wrzenie bulgotem pracujących dysz.
Był ten zaskoczony śmiech - cichy i ukradkowy - gdy zamiast na którymś z miejsc, Ralf wolał usiąść na jednym z rozrzuconych w jacuzzi kolan Claude'a; był zadowolony pomruk, gdy zwolnioną ręką Claude przyciągnął go bliżej siebie, tak aby Ralf mógł oprzeć się o niego bokiem i przerzucić mu ramię przez szyję; był brzęk zderzających się w toaście butelek i musowanie bezalkoholowego piwa na języku.
Było spojrzenie na Victorię, której łyżka już na ślepo rozbijała się o ścianki opróżnionego pucharka, bo ona sama znów skupiła się na czymś, co oglądała na tablecie.
Pokażę ci coś, oznajmił tym razem Ralf i sam sięgnął ręką do drugiego z paneli, wędrując mokrymi palcami po jego nieopisanych przyciskach, aż ich opuszki napotkały te, które go interesowały - w nocy byłoby widać lepiej, uprzedził Claude'a, ale spójrz - i z ich naciśnięciem białe światła jacuzzi stały się fioletowe - takie?, dopytał Claude, mniej więcej, poprawił go Ralf, tamte jeszcze się mieniły - potem turkusowe, aż wreszcie czerwone, i ta czerwona poświata na jego skórze sprawiła, że Claude mimowolnie wstrzymał oddech - choć nie umiał nazwać powodu, dla którego odniósł wtedy wrażenie, że jego serce na chwilę stanęło - aż Ralf mrugnął do niego i nagle znów oświetlała ich biel, ta ostra, przejrzysta, jubilerska biel, w której załamania bulgoczącej wody mieniły się jak szlify obracającego się na wystawie diamentu.
Był śmiech, ten perlisty i brzmiący jak przesypywanie całych garści brylantów. Podświetlone odpryski wody, skaczące dookoła nich po jej bulgoczącej powierzchni, wyglądały właśnie jak one, łącznie setki, jeśli nie tysiące odbijających się od siebie nawzajem karatów.
Były pocałunki na pożegnanie, wtedy jeszcze radosne, bo znaczące znów tylko tyle, że w ciągu nie dalej niż paru godzin mieli zobaczyć się ponownie; był metaliczny brzęk zamykającej się za Claudem bramki; była też niemożliwa do zniesienia cisza, która nastała, gdy tylko wyszedł.
Głęboka i absolutna tak, jakby Ralf nagle stracił słuch. Nie był w stanie przebić się przez nią ani szum zmywania, ani szelest wynoszonego worka na śmieci, ani głos Victorii, ani j'suis seul, seul, seul, seul..., które - już sam, sprzątając kuchnię - cicho podśpiewywał za Claudem. Nie zrobiły tego nawet głosy jego rodziców i państwa Heintze, gdy ci wrócili - tylko nieco później, niż początkowo przypuszczali.
Jakby z chwilą, gdy Claude wyszedł, Ralf został w tym nagle opustoszałym budynku zupełnie sam, lecz przecież nie był - bo początkowo towarzystwa dotrzymywała mu Victoria, a potem wrócili i oni, rozgadani, chociaż wydawało mu się wtedy, że z ich żywo poruszających się ust nie dobiegał żaden dźwięk.
Jakby ten, zupełnie niczym światło, za jednym pstryknięciem przełącznika mógł zostać wyłączony. Nawet ten dom, mimo zapalenia zawieszonych u sufitu lamp, nagle wydał się Ralfowi ciemniejszy - chociaż przecież i ściany, i żarówki, były białe. A jednak to uderzenie dłoni Danieli o włącznik okazało się dziwnie niespójne z oczekiwaniami, jakby próba zapalenia świateł jedynie unaoczniła niespodziewany brak prądu, a ponownie poruszenie pstryczkiem - góra-dół, góra-dół - nie było go w stanie przywrócić. Było ciemno i dziwnie cicho, mimo jaskrawo świecących ledów i kontynuowanej rozmowy, której nie był częścią; chyba sam poczuł się wtedy jak nawiedzający pustostan duch, zaledwie wspomnienie człowieka błąkające się po dawno opuszczonym przez wszystkich miejscu.
- Ralf? - Głos jego ojca zatrzymał go wpół kroku, gdy już gotowy do wyjścia zszedł po schodach. Miał wtedy ochotę zapukać palcem w zegarek i z przepraszającym wzruszeniem ramion wyjść, ale Marzell musiał sam zrozumieć, że Ralf się spieszył. - Gdyby coś się działo, masz do mnie po prostu zadzwonić. Niezależnie od godziny, rozumiesz?
- Poradzę sobie.
Marzell i Daniela doskonale wiedzieli, że Ralf by sobie poradził, ale to właśnie sposób, w jaki by to zrobił, zdawał się ich martwić. Od nieco ponad dwóch lat widywał w ich oczach to zaniepokojenie, z którym spoglądali na siebie, przerzucając je między sobą jak coś parzącego - gorącem lub chłodem tak przenikliwym, że można było go z nim pomylić - lub coś ostrego, zbyt niebezpiecznego, aby mogło być trzymane w dłoniach. Nie znosił tego widoku, tej ich wymiany spojrzeń, tego, że spodziewali się po nim najgorszego, ale nauczył się udawać, że był na to ślepy. Uśmiechnął się do nich uspokajająco i skinął głową na drzwi, ale to nie uśpiło czujności Marzella.
- Masz zadzwonić.
- W porządku, zadzwonię.
- Piętnaście minut i po ciebie przyjadę.
- Do Marsylii jest dalej-
- Ralf, przyjadę.
W tym tonie była pewna błagalność, ale Ralf nie znał jej źródeł: nie był świadomy ani tego, że gdyby był jednym z bawiących się w Berlinie dzieciaków, jego rodzice zatrzęśliby niebem i ziemą byle wyciągnąć go z ostrzeliwanego tłumu; ani tego, że te dwa lata temu, gdyby tylko wiedzieli, gdyby tylko dał im szansę zrozumieć, gdyby tylko oni sami znaleźli chwilę na dostrzeżenie tego, że coś było nie tak, pomogliby mu - a przynajmniej tak wydawało im się z perspektywy czasu. Bo dopiero z niej - tak myśleli - pewne rzeczy nabrały sensu, jak dotąd widziane wyłącznie z bliska pociągnięcia pędzla, które za odsunięciem twarzy od płótna zaczęły układać się w obraz; ale oni wciąż stali zbyt blisko, by zobaczyć, że to, co uznali za pojedynczy kwiat, stanowiło całość większego bukietu.

Wieczorne cykanie świerszczy, ten niemilknący, letni szmer, stały jak zakłócenia w radiu walczącym o utrzymanie sygnału, przeciął gwizd uznania, który kazał Ralfowi poderwać głowę znad ekranu. Był dotąd zbyt zajęty śledzeniem własnego położenia na mapie tracącego tu zasięg GPS-a, aby zauważyć przenikające się nawzajem barwy nieba, rozdartego między przywdzianiem bladego różu a błękitu, ognistego pomarańczu a krwistej czerwieni.
W półmroku, u szczytu pustej ulicy, ciemny zarys sylwetki pomachał mu wyciągniętymi w górę rękoma i przez chwilę mogło wydawać się, że te wszystkie kolory przemiaszały się na sklepieniu nieba właśnie za sprawą ich ruchu. Claude dostrzegł Ralfa z oddali i teraz jawił się mu na samym środku czarnego asfaltu jezdni, jeszcze nieoświetlonej przez światła lamp. W jego ustach znów tlił się papieros - ten charakterystyczny czerwony punkt, który zgasł pod jego podeszwą zanim Ralf zbliżył się na tyle, by poczuć zapach dymu, chociaż ten, zmieszany z perfumami, miał unosić się dookoła niego jeszcze przez jakiś czas.
- Ale wiesz, że fashion week to nie tutaj? - krzyknął Claude, bez pośpiechu wychodząc mu naprzeciw w przejaskrawionym odzwierciedleniu tego jego długiego, rozkołysanego w biodrach kroku.
Zaraz jednak zatrzymał się, bo to samo zrobił Ralf, który - zupełnie jak na wybiegu - wbił dłoń głęboko we wcięcie własnej talii, przeniósł ciężar ciała z nogi na nogę, obrócił się, spojrzał na Claude'a zza ramienia i postawił zaledwie dwa kroki w kierunku, z którego dopiero co przyszedł, bo zanim zdążyłby odejść dalej Claude dogonił go - ej-ej-ej, stój - i chwycił za ramię.
Ralf dał mu się ze śmiechem przyciągnąć, na moment znów zapominając o tym, że były kwestie, które nie dawały mu spokoju odkąd jego rodzice wrócili do domu.
Po dwóch pocałunkach w policzki i trzecim w usta przyjrzeli się sobie jeszcze raz, okrążając się po drodze tak, jak poprzednio. Dopiero gdy przystanęli Ralf rozejrzał się dookoła.
- To gdzie ten przystanek? - zapytał Claude'a.
- Stoisz na nim.
Claude sięgnął w górę i poklepał otwartą dłonią schowany między liśćmi znak przystanku autobusowego, przybity do słupa ponad niewielkim prostokątem obramowanego w plastik rozkładu - tylko jednej linii. Ralf przechodził tą ulicą już parę razy, ale nie zauważył ani przystanku, ani choćby mijającego go autobusu.
- I jesteś pewien, że tu coś jeździ?
Claude przytaknął z uśmiechem i wskazał mu miejsce obok siebie na kamiennym murku, który - choć ciągnął się przez całą długość asfaltowej ulicy, oddzielając ją od zalesionego spadku do morza - na tym odcinku drogi musiał pełnić także funkcję ławki, której Ralf spodziewałby się na przystanku. Podparty pod boki z powątpieniem rozejrzał się dookoła, ale wreszcie podszedł bliżej.
- Wiesz, jeżeli boisz się, że zakurzysz sobie te swoje spodnie, to możesz usiąść mi na kolanach - Claude wskazał mu swoje nogi z rozbawieniem, bo zdążył zauważyć zawahanie, z którym oglądający się na drogę Ralf zbliżył się do murku. - Uwielbiam je na tobie, tak na marginesie.
- Ale on się spóźnia. Powinien był przyjechać już parę minut temu.
- U was, jak mniemam, jeżdżą jak w zegarku? Przypominam ci, że to Francja. Przyjedzie kiedy przyjedzie - Claude wzruszył ramionami. - Ale zawsze przyjeżdża. Czasem tylko nie wiesz, czy to jeszcze ten, którym miałeś jechać, czy już następny, więc po prostu daj mu drugie lub trzecie tyle. Może jednak usiądziesz...?
- Drugie lub trzecie?
- Dwóch lub trzech, dwa lub trzy razy? - odbił pytanie Claude, przypatrując się obserwującemu koniec ulicy Ralfowi. To wystarczyło, aby Ralf, przynajmniej na chwilę, wrócił do niego spojrzeniem i myślami. - Też bywasz mniej precyzyjny, niż spodziewałbym się tego po Niemcu. Przecież nigdzie się nie spieszymy.
Ale to nie fakt, że autobus się spóźniał, był źródłem niepokoju Ralfa, który wreszcie usiadł, lecz znów stał się nieco zbyt milczący, aby Claude nie zauważył, że coś zaprzątało jego myśli. Gdzieś głęboko, pod warstwami rozradowania i ekscytacji, leżał pogrzebany żywcem problem, którego Ralf nie zdążył pozbyć się przed wyjściem, i który teraz, odzyskawszy przytomność, zaczął powoli przekopywać się na powierzchnię.
Autobus - jeden z tych starszych, nieco rozklekotanych, które musiały jeździć tędy także przed dwudziestoma laty - zdążył wyjechać zza zakrętu zanim Ralf zadecydował, czy powinien podzielić się powodem swojego zamyślenia z Claudem, czy polegać na tym, że prawdopodobnie był z nim w stanie uporać się sam.
Przecisnęli się pomiędzy rzędami siedzeń, na tym odcinku trasy jeszcze niezajętych zbyt gęsto; autobus szarpnął, ruszając.
- Chcesz miejsce przy oknie? - zapytał Claude, ale Ralf pokręcił głową, przepuszczając go tak, aby sam przy nim usiadł. - Na pewno? Widoki są ładne.
- Na pewno - Ralf zajął miejsce obok niego. - Wiem, że są ładne, ale Claude, jesteś lepszym. Ja naprawdę wolę móc patrzeć na nie i na ciebie jednocześnie.
Claude uniósł ręce w niemal obronnym geście mającym zasygnalizować mu, że nie będzie już zgłaszać zastrzeżeń; wydawało mu się wtedy, że skutecznie ukrył tym samym niespodziewane onieśmielenie, w jakie wprawił go ten komentarz, ale Ralf musiał zdążyć je zauważyć. Z uśmiechem przypatrywał się twarzy Claude'a jeszcze przez chwilę: jej profilowi na tle drzew oraz coraz gęściej przebijającego spomiędzy nich morza, aż wreszcie jego bezkresu, w którym odbijało się słońce i niebo ze wszystkimi swoimi barwami, przypominające raczej ubrudzoną po całym dniu malowania paletę, niż obraz, do którego stworzenia służyła.
Kiedy wreszcie Ralf spuścił wzrok, Claude wiedział, że ten nie doszedł w swoich rozmyślaniach do żadnych wniosków i nawet, jeżeli zdołał zadać sobie jakiekolwiek pytania - choć obaj wiedzieli, że i ten etap okazywał się nieraz zbyt trudny - to nie odnalazł na nie odpowiedzi. Szturchnięty jego ramieniem Ralf - tym razem wyraźniej, bo te i tak uderzały o siebie w trakcie jazdy, wyboistej na wysłużonym zawieszeniu pomimo gładkiej nawierzchni drogi - podniósł na niego wzrok.
- Przecież widzę, że coś cię martwi - zagadał do niego Claude, starając się zdobyć na pokrzepiający uśmiech. - Chyba rozumiesz, że nie zabieramy tego do Marsylii? Mamy nieco ponad pół godziny, aby tym się zająć. Potem koniec tematu.
Ralf westchnął poddańczo, ale z tym uspokajającym uśmiechem, który miał zasygnalizować Claude'owi, że nie było to nic poważnego.
- Po prostu mam dylemat - spróbował mu wyjaśnić. - I nie do końca wiem co z nim zrobić. Chodzi o moich rodziców, trochę też o nas, ale głównie o nich.
- Mówiłeś, że nie mieliby z tym problemu.
- Bo nie mieliby, tak sądzę, tylko... To dłuższa historia.
- Pół godziny - przypomniał mu Claude zachęcająco. - Czy wiesz, co ja zdążyłbym z tobą w tym czasie zrobić...? Wyglądasz, jakbyś wiedział; więc w czym problem? Jesteście osobliwi, to prawda, sam zdążyłem się już o tym przekonać, ale przecież postaram się to jakoś zrozumieć.
- Widzisz, w Hamburgu... - zaczął po chwili Ralf. - W Hamburgu nie mogłem nigdy zapraszać nikogo do domu, i to nawet nie tak, że kiedykolwiek mi tego wprost zabronili, ale z nimi... Zazwyczaj jest tak, że wielu rzeczy muszę domyślić się sam.
- Nie męczy cię to?
- Strasznie - przyznał, ale z tym lekkim śmiechem, który umiał sprawić, że strasznie zabrzmiało jak odrobinę. - To wyczerpujące, takie ciągłe zgadywanie czego ode mnie oczekują, zawsze przez porównanie: "I jego rodzice wiedzą...? Nie...? Ty byś nigdy tak nie zrobił." Rozumiesz o co mi chodzi?
To były twarde zakazy, ściany, o które - błądząc po omacku - nieustannie musiał starać się nie rozbić, choć zdawało mu się, że byłoby najlepiej, gdyby nawet nie dotknął ich przezornie wyciągniętymi przed siebie rękoma. Tym razem miał jednak wrażenie, że znalazł się w ślepym zaułku, i że z chwilą, kiedy wszedł w jego zakręt, również za jego plecami wyrósł kolejny mur.
- Pewnie zdążyłeś się domyślić - bo już wiesz, do czego zmierzam, prawda? - Znów ten lekki śmiech, nieco zakłopotany, nieco przepraszający. - Oni nie wiedzą, że u nas byłeś. Może powinienem był ich zapytać, ale podejrzewałem, że nawet, gdybym to zrobił, mogliby uznać, że zwykła odmowa nie wystarczy, i przypuszczam, że wtedy na wszelki wypadek nie zostawiliby mnie kolejny raz samego. Więc nie zapytałem, ale to jedno, bo teraz- Teraz po prostu nie wiem na czym stoję. Nie pytali mnie co robiliśmy, Victoria też się nie wygada, ale gdyby jednak to zrobili, choćby i jutro... Ja tak bardzo chciałbym móc powiedzieć im prawdę, wiesz? Tak po prostu, że wpadłeś, popływaliśmy, pojechaliśmy do sklepu, że zrobiłeś nam obiad, ale boję się, że jeśli to zrobię-
- Skończy się tak, jak myślałeś, że skończyłoby się, gdybyś wcześniej ich zapytał, a oni okazaliby się mieć coś przeciwko.
Ralf przytaknął, ożywiony i pocieszony tym, że Claude to zrozumiał.
- Teraz nie wiem co zrobić: założyć, że to, czego oczekują ode mnie w domu, obejmuje... Naszą niemiecką enklawę - sam się z tego zaśmiał. - Czy jednak rządzi się ona innymi prawami. Nie wiem, czy powiedzieć prawdę, czy brnąć w kłamstwo, i jeśli w kłamstwo, to w które. Nadal może być tak, że po prostu nie zapytają, skoro dotąd tego nie zrobili, ale nawet nie wiem, co jest gorsze: to jak mało obchodzi ich to, jak mógł minąć mi dzień, czy to, że gdyby jednak okazali chociaż cień zainteresowania tym, jak spędziłem ten czas, tym, jak spędziła go jak Victoria, prawda mogłaby im się nie spodobać na tyle, by zrobili z niej jednorazowy incydent. Oni mnie nie karzą, racja, nigdy tego nie zrobili i prawdopodobnie nigdy nie zrobią, nie tak naprawdę, ale kiedy mówię, że mnie zabiją-
Kiedy Ralf mówił, że rodzice go zabiją, nie miał na myśli siebie, przynajmniej nie do końca. Miał na myśli tę wizję siebie, która istniała w ich głowach - choć obraz Ralfa, który stworzyli na podstawie swoich obserwacji i oczekiwań, nie był nawet szczególnie oderwany od rzeczywistości; Ralf zawsze spełniał je na tyle, by odnalazły w niej swoje odbicie - lecz to jej podtrzymanie przy życiu było kluczowe dla tego, aby on sam mógł jeszcze posiadać własne. Zdawali się nie rozumieć, że jedno nigdy nie wykluczało drugiego.
- To miałem na myśli mówiąc, że to nie takie proste. Pozamykali mi już trochę drzwi: w porządku, otwierają w zamian drugie tyle, naprawdę nie mogę się uskarżać. Ale pewne z tych drzwi muszą pozostać otwarte - Ralf wzruszył rozłożonymi w powietrzu rękoma, zanim znów splótł je w przestrzni między nogami - a czasem już nie wiem, jak je takimi zachować.
Jakiś czas było słychać tylko klekot jadącego autobusu, pracę jego silnika, czyjąś głośną rozmowę przez telefon, syk otwierających i zamykających się na miniętym przystanku drzwi, oraz szum powietrza przeciskającego się przez uchylone okna. W pojeździe nie było klimatyzacji i gdyby nie one, opuszczone do połowy wysokości, zdążyliby już wtedy pokryć się tą lepką warstwą potu, za której sprawą w promieniach zachodzącego słońca parę rzędów dalej skrzył się opalony kark kierowcy.
- No a Moritz? - zasugerował Claude po chwili, której sam potrzebował na zastanowienie się nad tym wszystkim. - Ostatnim razem się za tobą wstawił, przynajmniej tak to brzmiało, więc może mógłbyś zapytać go co z tym zrobić, nawet nie wprost, a jakoś dyskretnie - przecież byś umiał - jeżeli wolałbyś nie ryzykować tym, że jednak wziąłby stronę twoich rodziców?
Ralf zamilkł na chwilę; Claude znów widział, jak jego oczy prawie niezauważalnie skakały po punktach w przestrzeni, jakby wszystko to, co zdążyli powiedzieć, zawisło w niej tle tego, co wiedział wyłącznie on - na tle tej sumy nawarstwiających się wspomnień, nakładanych jedno na drugie, klatka po klatce. Potem Ralf pokręcił głową, ale zdawało się, ta propozycja była niezbędna, aby sam wpadł na inny pomysł, bo kącik jego ust znów poderwał się odważniej w górę.
- Moritz odpada, mimo wszystko, przynajmniej na początek. Ale może Suse...
- A Suse to...?
- Jego żona - Ralf wyprostował się w siedzeniu i przeciągnął się lekko, rękoma niemal sięgając sufitu pojazdu. - Wiesz, tak szczerze, to ona chyba się domyśliła.
- Tak? - uśmiechnął się Claude, wyraźnie zaciekawiony. - A na jakiej podstawie?
Ralf przewrócił oczami, znów odprężony na tyle, by to zrobić. W milczeniu Suse i tym jej prześwietlającym spojrzeniu zawsze było coś niepokojącego, ale już rozmawiał z nią o Claudzie - w sposób, który mu samemu nie pozostawiłby żadnych złudzeń, choć i ona zdawała się zrozumieć, że nie mówił o nim jak o kimś, kogo poznał przypadkiem, kimś, kto był tylko kolegą, czy nawet kimś, kogo po prostu polubił.
Nie odpowiedział na to pytanie, a jedynie uniósł zagadkowo brwi.
- No dobrze, w porządku, nie musisz mi mówić, chociaż umieram z ciekawości - Claude znów uniósł dłonie, jak gdyby nigdy go o to nie pytał. - Załóżmy, że mógłbyś ją zapytać co z tym wszystkim zrobić. Czy zmieniłoby to jakoś naszą sytuację?
Po kolejnej chwili milczenia Ralf przytaknął.
- Wtedy przynajmniej wiedziałbym jak się zachować: na co mógłbym sobie pozwolić, a na co niekoniecznie.
- W takim razie jeden problem z głowy - Claude położył rękę na jego kolanie tak, jakby tylko to powstrzymało go przed samozadowolonym klaśnięciem w dłonie. - To chyba dobry moment, żeby cię zapytać... - nachylił się bliżej Ralfa. - Zauważyłeś?
- Nadal patrzy, prawda?
Czuł na sobie ten wzrok od dłuższej chwili, ale nauczył się już, aby nawet nie zerkać w kierunku ludzi, którzy obserwowali go w ten sposób. Gdyby to zrobił, zobaczyłby to, co Claude: niewiele od nich starszego chłopaka, który odkąd tylko wsiadł do autobusu i zajął miejsce na ukos od nich, nie oderwał od Ralfa oczu. To było jedno z tych na poły pożądliwych, na poły rozdrażnionych spojrzeń, raczej niegroźnych, lecz natarczywych wystarczająco, by wprawić w dyskomfort.
- Zaraz przestanie - szepnął do Ralfa Claude, zanim wyprostował się w siedzeniu i objął go ramieniem. Już to wystarczyło, aby chłopak uciekł wzrokiem na okno, ale Claude jeszcze nie zdążył się wtedy rozkręcić, nie, on jeszcze nawet nie zaczął. - Co tam? Zazdrosny? - Krzyknął do niego przez dzielący ich korytarz, nie dając się uciszyć poszturchującemu go Ralfowi. - Spodobał się, prawda? Przecież widzę, że się spodobał. Wiesz, bardzo mi przykro - serio! - ale jest już zajęty.
Pocałunek, do którego przyciągnął go wtedy ramieniem, był jak postawiona na końcu zdania kropka, choć uniesiony przy tym w górę środkowy palec przypominał raczej wykrzyknik. Ralf z niemym śmiechem na ustach zsunął się w siedzeniu, ściągając Claude'a nieco niżej, tak, że na moment zniknęli z pola widzenia tych paru zaalarmowanych jego podniesionym głosem osób.
- Z a j ę t y? - powtórzył Ralf za Claudem, z tym zaskoczonym uśmiechem, pytającym tak, jakby dopiero co się przesłyszał.
- A co, nie jesteś? - zapytał go samego Claude, z tą swoją nonszalancją i niby od niechcenia, bo tylko w ten sposób mógł ukryć jak bardzo bał się, że Ralf zaprzeczy. Powtarzał sobie wtedy, że to i tak było bez znaczenia, że jakiekolwiek zobowiązania - w tym wieku, w tym czasie, choć przede wszystkim w takich okolicznościach - i tak były bezsensowne, że to mógł być tylko żart, nic więcej, ale Ralf-
- Jestem - potwierdził, przytakując. - No pewnie, że j e s t e m.
Jakiś czas przypatrywali się sobie z ustami zastygłymi w pół drogi do uśmiechu, zanim ich kąciki - gdy tylko badawcze spojrzenia potwierdziły, że mogą, że te słowa naprawdę padły - ruszyły ponownie w górę.
Claude wyprostował się na siedzeniu i pierwszy uciekł wzrokiem w bok, na to wielobarwne niebo ponad pojedynczymi sylwetkami mijanych budynków, ale czuł, że nawet, gdy udało mu się wreszcie zgnieść w ustach ten najbardziej zadowolony z uśmiechów - jakby mógł go przeżuć i przełknąć z nerwowym ruchem grdyki - Ralf dalej mu się przypatrywał.
Po chwili Ralf wreszcie pokręcił z niedowierzaniem głową i oparł ją na jego ramieniu, splatając przy tym własną rękę z tą, którą Claude zdążył przewiesić mu wcześniej przez szyję.
- To był bardzo śmiały ruch, wiesz? - oznajmił mu wreszcie. - Praktycznie zuchwały. Co tak właściwie zamierzałeś zrobić, gdybym zaprzeczył?
- A zaprzeczyłbyś? - I ponieważ Ralf pokręcił na to pytanie głową, Claude znów się uśmiechnął. - No właśnie. Ale nawet, gdybyś to zrobił, te dwadzieścia minut, przez które siłą rzeczy musiałbyś udawać, że jesteś, w zupełności wystarczyłoby mi na przekonanie cię, że chciałbyś, aby tak już zostało. A ja naprawdę umiem być przekonujący.
- Przecież w to nie wątpię - Ralf spojrzał mu w oczy trochę głębiej. - Teraz tylko zastanawia mnie, czy gdybym zaprzeczył, zapytałbyś mnie nieco ładniej, nie wiem, nie w autobusie?
- Zapytałbym? - Powtórzył za nim Claude. - To przecież nie było pytanie. To było stwierdzenie faktu - i chociaż wypowiedział to patrząc na niebo, jakby to do niego się zwracał, gdy tylko zerknął na Ralfa zrozumiał, że mógł śmiało powiedzieć mu to prosto w oczy.
Ralf się uśmiechał, dalej nie odrywając od niego wzroku. Cokolwiek zobaczył wtedy w Claudzie, wystarczyło, aby wyprostował się w siedzeniu na tyle, by móc sięgnąć jego skroni ustami, pocałować ją, potem jego policzek, i kiedy autobus się zatrzymał - go samego.
Na początku Claude'a zdziwiło, że zrobił to dopiero wtedy, ale gdy znów ruszyli, dotarło do niego, że Ralf - jak zawsze - pomyślał o wszystkim. Również o tym, że przy tym, jak kołysało nimi po drodze, przy tym, jak koła - podrzucając ich co jakiś czas w siedzeniach - podskakiwały na wyraźniejszych na tym odcinku wyboistościach jezdni, skończyliby ryzykując bolesnym zderzeniem się zębów. Odsunąwszy się od twarzy Claude'a Ralf mrugnął do niego, jakby wiedział, że właśnie nad tym się zastanawiał - wbrew sobie rozczarowany tym niemal przyjacielskim charakterem poprzednich pocałunków.
Powoli zbliżali się do Marsylii.

Kursujące do centrum tramwaje w niczym nie przypominały autobusów, którymi z okolicznych miejscowości można było dojechać do miasta. Zaoblone, białe i przeszklone, bezgłośnie sunęły stalowymi koleinami torów, mając przy tym więcej wspólnego z witrynami luksusowych butików, które mijali po drodze, niż jakimikolwiek środkami transportu; oparci o poręcze i uwieszeni uchwytów ludzie przypominali właśnie te wystawione przy samych szybach manekiny, nieruchome i szykowne, niektóre usadzone w wymyślnych pozach, zblazowane tak, jak zblazowani potrafili być wyłącznie Francuzi.
Z tramwaju wykroczyli na gładkie, kamienne płyty deptaku jednej z głównych ulic, tuż przy starym porcie, na którego równoległym brzegu niemal jeden na drugim piętrzyły się dudniące muzyką kluby. Gdyby było trochę wcześniej, za zaledwie pięćdziesiąt centów mogliby przepłynąć przez zatokę i w parę minut dotrzeć od budynku ratusza, przy którym wysiedli, do tego rozświetlonego placu odbijającego się dziesiątkami barw w zmarszczonej powierzchni wody. Było ją widać spomiędzy porastających oba brzegi przystani, gdzie z wysokich masztów żaglówek niemal nieruchomo zwisały setki flag - dziesiątek narodowości.
Właśnie z flagami miał kojarzyć się Ralfowi ten skrawek miasta: po lewej zwisały z frontu ratusza jak wietrzące się po praniu prześcieradła, po prawej, w rzędach gęsto zadokowanych jachtów, żaglówek i motorówek, nachodziły jedna na drugą, jakby ktoś usiłował połączyć oba brzegi długimi ciągami chorągwi.
Spacerem przeszli bulwar przy porcie, oglądając się przy tym na mariny - bo przy którejś z nich stał jacht, którym pływał Ralf - aż dotarli na jego drugą stronę: głośniejszą, żywszą, i barwniejszą, przebrzmiewającą szczękiem podskakujących na tacach kieliszków, muzyką i dziesiątkami przetykanych śmiechem rozmów. Nalewany warstwami alkohol mieszał się tu w wypełnionych lodem szklankach, muzyka mieszała się ponad ogródkami kawiarni i barów, a języki - głównie europejskie - mieszały się ze sobą w wielonarodowych dyskusjach.
Kamienice Marsylii, szczególnie te, których wejścia dekorowały wymalowane na ścianach szyldy - pisane tą grubą, elegancką kursywą, lub smukłymi drukowanymi literami - mogły kojarzyć się z ustawionymi jedna przy drugiej butelkami alkoholu: przede wszystkim z kanciastymi Ballantine's, choć zaokrąglonym rogom ulic było bliżej do wysokich butelek białego wina. Ralfowi wydawało się, że gdyby zadarł głowę wystarczająco wysoko, w przestrzeniach między budynkami mógłby dostrzec szyjki tych butelek; zamiast nich widział tam jednak tylko to niebo, teraz już ciemniejsze, choć nadal wielobarwne na tyle, by na jego tle zapalone już światła girland i latarni wciąż wydawały się blade.
Zapatrzony w górę Ralf zderzył się z ciągnącym go pomiędzy ludźmi Claudem, który nagle przystanął, ale zanim zdążył ruszyć w stronę przywołującego go mężczyzny on sam złapał go mocniej za nadgarstek i zatrzymał tym ruchem wpół kroku.
Powinien był już wtedy skojarzyć ten gest, to podwójne zgięcie dwóch palców, któremu sam tyle razy pozwolił się przywołać, ale to nastąpiło dopiero później.
- Dokąd idziesz? - zapytał Claude'a, skacząc wzrokiem od niego do tego mężczyzny, siedzącego przy stoliku jednego z wielu ogródków, które mijali po drodze.
- Zarobić - Claude ze śmiechem wzruszył ramionami i wysupłał rękę z poluzowanego przez zdziwienie zacisku dłoni Ralfa. Poklepał ją uspokajająco, ale rozbawiony jego reakcją nie umiał powstrzymać się przed pociągnięciem tej farsy jeszcze przez chwilę. - Poczekaj tu moment. Może przy odrobinie szczęścia sam kogoś znajdziesz.
- Claude-
- Zaraz wracam - ale zanim te słowa zdążyły przebrzmieć, Claude podbiegł do wydzielającego ogródek ogrodzenia, przez które przechylił się i włączył w rozmowę, której Ralf nie słyszał.
Ralf powinien był skojarzyć także okulary przeciwsłoneczne, które widział wcześniej na Claudzie, i które teraz wisiały zahaczone o guzik bladoróżowej, satynowej koszuli, gładkiej, lecz zmarszczonej na ramionach, których uwiesiły się kobiety siedzące u obu boków tego mężczyzny - trzydziestolatka, gdyby miał zgadywać. Było coś wężego w sposobie, w jaki ich ręce oplatały jego kark, sunąc od ramion do barków i na tył przeczesywanej zaczepnie głowy; Ralf nie mógł oprzeć się wrażeniu, że gdyby w trakcie tych pieszczot obie kokietki natrafiły na swoje dłonie, powbijałyby w nie sobie ostre jak szpony zakończenia umalowanych paznokci.
Gdyby nie był tak przystojny, wygodnie rozłożony na krześle przypominałby stracha na wróble, którego rozpostartych ramion uczepiły się dwie skubiące mu włosy i ubrania sroki.
To była osobliwa scena - ten facet, dwie kobiety i rozmawiający z nim Claude, przegięty przez ogrodzenie tak, że Ralf mimowolnie wędrował wzrokiem to od niego, to do tego mężczyzny o czarującym uśmiechu i nonszalanckim spojrzeniu. W końcu ten sięgnął po portfel i kiedy pieniądze - plik dwustu, nie, trzystu! euro - przeszły z ręki do ręki, wyglądało to tak, jakby w samej Kaplicy Sykstyńskiej Bóg przekazał je wyciągającemu do niego dłoń Adamowi.
Już wracając Claude triumfalnie pokazał Ralfowi banknoty, zanim przełożył je do własnego portfela, ale to nie one skupiły uwagę Ralfa, bo tę przyciągnęła nagła świadomość, że Bóg stworzył Adama na swoje podobieństwo. I to właśnie za sprawą tego podobieństwa - jak mógł go wcześniej nie zauważyć? - Ralf nie mógł przestać wędrować spojrzeniem od twarzy Claude'a, do tego mężczyzny.
Wydawał mu się znajomy. Gdzieś już go przecież widział.
- Kto to był? - zapytał wreszcie, oglądając się na niego znad ramienia Claude'a.
- To? To Cosmo. Przecież już się poznaliście.
Ralf przyjrzał się Cosmo jeszcze raz: tym gęstym, lekko ściągniętym ku nasadzie nosa brwiom, zarysowi lwiej zmarszczki, która wskazywała na to, że częściej marszczył się niż dziwił, tym ciężkim powiekom, zdającym się opadać pod ciężarem gęstych rzęs tak, że ich linia przecinała obie z ciemnych tęczówek na pół, przydając jego spojrzeniu zblazowanego, nonszalanckiego wyrazu, pełnego politowania, wręcz pogardy - ale jak czarującego w połączeniu z tymi niedbałymi uśmiechami, rzucanymi od niechcenia, bo ze świadomością, że nie musiał starać się ani odrobinę, aby błysk zębów spomiędzy pełnych warg był zniewalający.
To nie mógł być ten sam człowiek, który - ledwo żywy jeszcze parę godzin temu, a przy tym opuchnięty, rozczochrany, zarazem blady i szary od przebijającego przez policzki zarostu - częstował go tabletkami na ból głowy.
- To o n?
Ralf obejrzał się na Cosmo kolejny raz, chociaż zdążyli się już oddalić; nie mógł oderwać od niego oczu i jakiś czas szedł przez to tyłem. Kojarzył go, to prawda, ale nie z mężczyzną, którego widział o poranku - zdecydowanie bardziej przypominał Ralfowi Claude'a, chociaż nie do końca tego, którego miał przed sobą. To był niemal ten Claude, którego widywał w cieniu potrafiącym przydać im obu lat.
- Co, spodobał ci się? - Claude zauważył ten błysk w jego oku i na to pytanie Ralf z powrotem zwrócił się do niego twarzą. - Wiesz, mówił, że jesteś przystojny.
- Tak? - zapytał Ralf i ta nadzieja w jego głosie, to przebrzmiewające w nim zadowolenie, sprawiły, że Claude musiał zacisnąć zęby. Nie spodziewał się, że zazdrość podejdzie mu tak łatwo i szybko do gardła. - To brat twojego ojca, nie? Chyba młodszy?
- Dla ciebie to już wujek.
- Ale mówiłeś-
- Wujek. Wujas. Wuj - wymieniał kolejno Claude, twardszym niż kiedykolwiek dotychczas głosem. - Nie rób sobie nadziei, on jest hetero, ale jeżeli aż tak zawrócił ci w głowie mogę dać ci jeszcze jego insta; chcesz? Nawet nie próbuj zaprzeczyć, że ci się spodobał - to był prawie zawistny ton, nad którym starał się zapanować.
Tym razem to twarzy Claude'a przyjrzał się Ralf.
- Jesteście do siebie podobni - stwierdził wreszcie na głos.
- Spodobał ci się.
- Nie bardziej niż ty.
- Nie możesz przestać się za nim oglądać.
- Bo jest przystojny - przyznał Ralf. - Ale dopiero co ustaliliśmy, że jestem zajęty.
- A gdybyś nie był? No słucham, co wtedy?
- Wtedy... - podjął Ralf, rozczulony tym niemożliwym do przeoczenia przejawem zazdrości. Chwycił Claude'a pod ramię, przyciągając go bliżej siebie. - Gdybym cię nie znał...
- Tak?
- I gdybym spotkał go w innych okolicznościach, powiedzmy, w klubie...
- Tak?
- To gdyby tylko mi pozwolił - zaznaczył Ralf - zrobiłbym naprawdę wiele, aby po wszystkim pogłaskał mnie po głowie i nazwał grzecznym chłopcem.
- Kurwa, Ralf - Claude prawie wyrwał mu się z ręki, lecz przytrzymany jedynie poklepał Ralfa karcąco w ramię. Ten jego niepoluzowany, pewny chwyt i uśmiech - w końcu przeznaczony dla niego, a nie kogokolwiek innego - mimo wszystko zdążył go uspokoić i cofnąć wzbierającą w nim zazdrość w dół przełyku. - To naprawdę popierdolony sposób na powiedzenie mi, że w perspektywie dziesięciu, parunastu lat, nadal bym ci się podobał.
- Bo tak by było - Ralf nachylił się tak, że mówił już na jego ucho. - Nie zdziwię się, jeżeli będziesz wyglądać jeszcze lepiej, niż on, a musisz wiedzieć, że on, och, Claude!, on naprawdę bardzo mi się spodobał.
Znów to klepnięcie w ramię, tym razem mocniejsze, potrójne - i śmiech.
- Musimy znaleźć jeszcze bankomat - oznajmił Ralf gdy wreszcie się uspokoili, niemal potykając się o własne nogi na krzywiznach bruku.
- Ale po co? - zdziwił się Claude. - Dostałem gotówkę, pewnie, ale nie będziesz miał tu problemu, żeby zapłacić kartą.
- Claude, ja dostałem wolną rękę, to prawda - wyjaśnił Ralf. - Ale to nie znaczy, że mogę sobie pozwolić na ślady kupionych nad ranem drinków w historii transakcji. Albo na pamiątkę po zamówionej o świcie taksówce.
To zacieranie śladów po własnym życiu - po obecności Claude'a w jego domu, po tym wyjściu, po innych, które zdarzyły mu się już wcześniej - sprawiało, że Ralf czuł się jak przestępca.
Jakby robienie tego, co sprawiało mu radość, było rodzajem zbrodni, której odkrycie - gdyby miało do niego dojść - musiał przynajmniej odroczyć w czasie.
Póki co nie dostarczał dowodów - więc nie została popełniona.

Edytowane przez Choo dnia 04-08-2022 01:35
 
Choo


- DZIEŃ 4 -
- noc -


Deviennent mes affaires
Deviennent mes affaires
Deviennent mes affaires
J'n ferais mon affaire








Félicie, miętoląca dotąd w dłoni połyskujący kołnierz różowej koszuli Cosmo, tuż ponad tym punktem na opalonej skórze jego szyi, od którego najintensywniej czuła zapach perfum, po raz pierwszy porozumiewawczo obejrzała się siedzącą u jego drugiego boku Yvonne. Skrzywiły się lekko wymieniając się spojrzeniami, w których zagościło powątpienie - pierwszy przejaw solidarności, na który zdobyły się, dotąd skutecznie ignorując swoją obecność. Były w stanie to robić póki oddzielający je od siebie Cosmo nie skupiał zbyt długo swojej uwagi na którejś z nich, zamiast na obu, dzieląc ją między nie sprawiedliwie, po równo, bez faworyzowania mającego wkrótce przechylić szalkę losu. W końcu dokonałby przecież wyboru, tak sądziły, ale on wiedział, że wcale nie musiał wybierać.
- To twój? - odważyła się zapytać Yvonne, choć i Félicie miała to pytanie na końcu języka; w przeciwieństwie do niej powstrzymała je, pozwalając mu spłynąć w dół gardła z kolejnym łykiem chłodnego szprycera.
- Dzieciak? - oburzył się Cosmo, wymawiając to słowo z leniwym przeciąganiem. - Skąd, gdzieżby, moje drogie panie: spójrzcie na mnie - wskazał na siebie przerzuconymi przez szyje Félicie i Yvonne rękoma. - To syn mojego brata, starszego. - I z kolejnym spojrzeniem, to na Félicie, to na Yvonne, dokonał szybkiej oceny sytuacji. Mógł jeszcze uratować te napoczęte znajomości. W końcu zdziwienie, które zobaczył w ich oczach, zastąpiła ciekawość, a on zyskał czas niezbędny na wybranie historii, która zaspokoiłaby ją najlepiej. Zamierzał im powiedzieć cokolwiek zechciałyby usłyszeć i chyba wiedział już, która wersja prowadzących do tej sceny wydarzeń spodobałaby się im obu. - Widzicie, ten kretyn, skończony, absolutny kretyn, rozwodzi się ze swoją żoną po parunastu latach małżeństwa; pewnie pakuje właśnie ostatnie z kartonów, zanim pośle je do Chin, tak, tak, do Chin. Mógł wybrać ją, cudowną kobietę, choć nie aż tak, jak wy, oczywiście; albo pieniądze. Wybór padł na nie - zły, wprost tragiczny wybór. W tym wszystkim jest jeszcze on, Claude, mój bratanek. To dobry dzieciak i naprawdę nie zasługuje na to, by obserwować ich rozwodowe przepychanki, więc zaproponowałem, że wezmę go ze sobą na wakacje, aby mógł trochę odetchnąć...
- Jesteś taki opiekuńczy.
- I troskliwy.
I bogaty - znów to porozumiewawcze spojrzenie; przecież obie widziały te szeleszczące banknoty, podane Claude'owi niemal od niechcenia, bez choćby spojrzenia na nominały. Cosmo przytaknął na te stwierdzenia z mogącą uchodzić za prawdziwą skromnością i równie fałszywym wyrazem udręczenia na twarzy, jakby samo patrzenie na to wszystko sprawiało mu przykrość.
Mogło się wydawać - naprawdę mogło - że bardzo mu współczuł, ale wyglądało na to, że również Claude bawił się doskonale.
- Byłbyś dobrym ojcem - dodała Yvonne. - Aż ciężko uwierzyć, że nie masz dzieci.
Gdyby tylko wiedziały jak wiele kosztowało go nieoplucie się na tę sugestię drinkiem, który musiał odstawić. Lód zagrzechotał w szklance, gdy ta prawie wyślizgnęła mu się z ręki na metalowy stolik, nieco rozchybotany na nierównościach kamiennego bruku.
- Po prostu nie znalazłem jeszcze tej jedynej - wyjaśnił im Cosmo, wzruszając lekko ramionami, lecz za pamięci dobył z kieszeni telefon i przeprosił je obie na moment.
Dopisał dwieście - nie, to było trzysta euro - do rachunku, który zamierzał wystawić Arnaud. Po namyśle także i trójkę poprawił na czwórkę; tak jak wtedy, gdy skacowany przyjrzał się jednej tabletce i uznał, że druga okaże się niezbędna.

Ściany skutecznie tłumiły dudnienie basu w trzewiach budynków porośniętych neonowymi szyldami, choć wiele z klubów nie potrzebowało niczego ponad nieoświetlonym logo nad zatrzaśniętymi za dnia bramami, które z zapadnięciem zmroku przepuszczały przepływających przez nie ludzi jak otwierające i zamykające się zastawki aortalne. Jasne elewacje kamienic Marsylii mogły wydawać się anemiczne, ale tu - w nocy - ożywały w czerwieni i różu świateł.
Ten głuchy dźwięk przypominał bicie serca, te słyszane wtulonym w klatkę piersiową uchem; Ralf ze zdumieniem odkrył, że był go w stanie do tego porównać dopiero teraz, po nocy przespanej z Claudem. Ten regularny łomot pracujących komór, to przyspieszający, to zwalniający, był go w stanie ukołysać do snu, choć zarazem stanowił źródło podniecenia tak intensywnego, że stojąc w kolejce do wejścia nie był pewien, co słyszał wyraźniej - własne serce, czy ten zdolny przebić się przez beton bas.
Nie powiedzieli tego na głos, ale nie byli pewni, czy w ogóle zostaną wpuszczeni do środka. Musieli udawać dorosłych - jak dwóch grzeszników przywdziewających anielskie maski byle przekroczyć wrota raju, bo to do niego nawiązywał i jasnozielony neon ponad drzwiami, i zasłaniające okna na parterze rośliny, które przepuszczały kolorowe światła między masywnymi liśćmi napierającymi na szyby tak, jakby ich okratowanie miało powstrzymać je przed przebiciem się na ulicę - nawet jeśli one same były równie sztuczne, co zblazowana obojętność, z którą Ralf i Claude zbliżali się wraz z kolejką do pilnującego drzwi bouncera.
Stali w niej pozornie znudzeni, jakby robili to codziennie, spod przymrużonych powiek i ściągniętych brwi przypatrując się wejściu ze zniecierpliwieniem - tym poirytowanym, a nie wynikającym z maskowanej tak ekscytacji. Być może obaj okazali się wyśmienitymi aktorami, być może wpuszczający ich do środka ochroniarz nie miał serca uświadamiać ich, że było inaczej, ale parę kroków później znaleźli się w tym neonowym wnętrzu, wśród pnączy, liści i łodyg, oplatających ciągnące się sufitem rury, które spadały wraz z biegnącymi w dół schodami. Ich koniec rozpływał się w cieniu, raz za razem przepłaszanym przez rozbłysk świateł z parkietu.
Kiedy zatrzasnęły się za nimi drzwi, zrzucili te maski z rozbawioną ulgą, na powrót stając się tylko dwoma szukającymi rozrywki nastolatkami. Przyjrzeli się swoim twarzom ze śmiechem, jakby pytali: Też się bałeś? Kurwa, też się bałem, ale jesteśmy!
Rozejrzawszy się po parterze Ralf odnalazł wzrokiem blat, którego widoku spodziewał się odkąd kątem oka zauważył świecące opaski na nadgarstkach oczekujących na drinki klientów i kiedy Claude wodził spojrzeniem po rzędach butelek ponad barem, on sięgnął po dwie fluorescencyjne pałeczki.
Przełamał je w dłoniach już na jego oczach z tym trzaskiem, który bardziej poczuł, niż usłyszał. Claude obejrzał się ponad jego ramieniem na opisy pudełek, z których można było je wziąć i zdziwiony - choć przecież nie powinien być - spojrzał w oczy Ralfowi.
- Podobno jestem zajęty - przypomniał mu Ralf, musząc podnieść głos i przyciągnąć Claude'a bliżej siebie, aby ten mógł usłyszeć go przez muzykę i wykrzykiwane zamówienia. - Więc skoro ja, to ty też. Daj mi swoją rękę.
- Co? - Claude nie dosłyszał ciągu dalszego.
- Daj mi swoją rękę - powtórzył Ralf, głośniej i bliżej.
Claude uniósł ją w tej wąskiej przestrzeni pomiędzy ich torsami i wciąż zaskoczony patrzył na to, jak Ralf ostrożnie zapiął na niej fluorescencyjną bransoletkę, tę, której kolor oznaczał, że był w związku.
Spojrzał na twarz Ralfa, na swój rozświetlający się coraz jaśniej nadgarstek, i zanim Ralf zdążyłby założyć ją samodzielnie, sam chwycił jego dłoń i zapiął bransoletkę na jej przegubie. W tym znów było coś z zawarcia umowy, bardziej formalnego i namacalnego niż słowa; coś przypominającego nasunięcie na serdeczne palce obrączek, nawet jeśli mające zgasnąć do końca nocy fluorescencyjne bransoletki w niczym nie przypominały złotych i twardych pierścieni, gotowych przeżyć noszących ich ludzi.
Kiedy uniósł wzrok znów na Ralfa, zobaczył na jego ustach ten łagodny, zadowolony uśmiech, będący ostatecznym potwierdzeniem tego, że - chociaż przecież nie musiał - traktował to na poważnie. Pamiętał to wzruszenie jego ramion, raczej uspokajające i niezobowiązujące, niż obojętne, jakby ten gest mógł powiedzieć co ma być to będzie, i pamiętał uśmiech, z którym on sam nimi wzruszył, zanim pociągnął go w dół schodów: co ma być to będzie.
Im niżej zbiegli, tym jaśniejsze stawały się bransoletki na ich nadgarstkach, widoczne najwyraźniej w tych krótkich chwilach absolutnej ciemności, nastającej ilekroć migające bielą stroboskopy gasły - i rozbłyskały ponownie - i gasły - i robiły to znów, i znów, szatkując swoim światłem przestrzeń parkietu, która zdawała się ciągnąć w nieskończoność wokół okrągłej, barwnie rozświetlonej wyspy drugiego z barów.
Zdawało się, że za którymś ze zgranych z basem podskoków tłumu, przez który musieli się przedrzeć, podłoga zapadłaby się jak pękający z trzaskiem lód, znacznie cieńszy niż najbardziej pesymistyczne z szacunków jego grubości. W przeczesujących klub snopach świateł wrzucane w górę ręce - to były dziesiątki, jeśli nie setki par rąk - zawisały w powietrzu jak tym nieuchronnym momencie upadku, jakby mogły chwycić się oparów potu, tytoniu i alkoholu, złapać się czegoś - czegokolwiek - co pozwoliłoby im nie runąć w gotową otworzyć się pod ich nogami nicość.
Claude przeciskał się pomiędzy ludźmi raz za razem podłapując ten rytm, pozwalający im wtopić się w rozstępującą się przed nimi masę ciał tak, jakby już byli jej zgraną częścią; parł naprzód do baru póki pociągnięcie nie kazało mu cofnąć ostatniego ze zrobionych kroków, jakby mógł zawrócić bieg czasu o tę sekundę, której potrzebował na jego postawienie - Nie chcesz się najpierw napić?, Claude skinął na bar; Spójrz na kolejkę, wskazał na nią Ralf, przeczekajmy ją tutaj - i chociaż obręcz jego ramion pozostała nieruchoma, gdy tylko Claude spłynął wzrokiem w dół jego ciała, zobaczył ten zgrany z muzyką ruch bioder, niby wprzód, niby w tył, choć głównie na boki, lewo-prawo, powoli, w tył, w tłum, w centrum parkietu, i nagle go doganiał, i opierał dłoń na jego talii, samemu podłapując ten ruch, jakby nie minął ani moment odkąd zaczęli tańczyć w kuchni i jakby za sprawą jednego ze zrobionych wtedy kroków, tych prowadzących do salonu, znaleźli się tu.
Wrócili do tego tańca jakby był tylko przerwaną przez okoliczności rozmową, podjętym raz tematem, który nie sposób było porzucić, bo ostatnie słowo nigdy nie padło, nie-nie, ono nie było w stanie paść, to był temat rzeka, wijący się meandrami wprost do bezkresu morza, zbiegający i rozchodzący się po drodze, łączący dziesiątki nieśmiałych strumyków w ryjącą się przez krajobraz niepohamowaną lawinę wody.
To na co masz ochotę? - Ralf pociągnął Claude'a w stronę baru, bo kolejka wreszcie zmalała - Drinki na start? Szoty później? Czego byś się napił? Claude wzruszył ramionami - Co zazwyczaj bierzesz?; Chcesz to, co ja? - i przytaknął. Ralf przyjrzał mu się w posuwającej się naprzód kolejce, musiał mówić mu głośno i prosto do ucha, prawie przekrzykując muzykę - Jesteś pewien?; Jestem, odkrzyknął mu Claude, Zająć nam tamte miejsca? Akurat się zwolniły. Ralf spojrzał ponad tłumem, Gdzie?; Tam, Claude wskazał w górę, na solidny stalowy stelaż tworzący dodatkowy poziom ponad ustawionymi pod ścianą stolikami, już widzisz? Widzę.
Muzyka grała na tyle głośno, by wspinając się po schodach do zajętego przez Claude'a stolika Ralf bardziej czuł, niż słyszał metaliczne drżenie, w które wprawiali je wbiegający i zbiegający nimi ludzie. Tak samo było z toastem - dźwięczenie zderzających się w nim kieliszków przebiegło kośćmi jego ręki aż do kręgosłupa, w dół którego chwilę później spłynął zupełnie inny dreszcz, gdy - Co nam przyniosłeś? - Ralf bardziej poczuł ruch ust Claude'a przy swoim uchu, niż usłyszał jego słowa. Spróbuj - odpowiedział w ten sam sposób. Posmakuje ci - tak sądzę.
Claude uniósł kieliszek wyżej, a światło stroboskopów omiotło kontury szkła, kostek lodu, malin i plastrów grejpfruta, przeszedł przez róż samego drinka - róż mglisty jak poranek, róż blady jak niebo o świcie. Już to stanowiło podpowiedź - to były owoce z sangrii, którą pili zeszłej nocy, to był dokładnie ten kolor, którym niebo przywitało ich o poranku - ale mrużąc oczy przed pierwszym łykiem Claude nie wiedział, że zamawiając go lata później nadal będzie pamiętać to, jak Ralf nachylił się do niego i jak jego usta muskały jego skórę gdy wyjaśniał mu: To gin z różanym tonikiem. Bo chyba lubisz róże.
Różana marmolada o poranku. Różany drink w nocy. Te usta jak płatki róż, ten uśmiech, który otarł się jego policzek, kiedy Ralf odsuwał się by jeszcze raz przyjrzeć się Claude'owi.
- Nie miałem racji? - upewnił się Ralf, widząc zamyślenie, z jakim spoglądał na niego Claude.
- Miałeś - ten uspokoił go i przysunął się bliżej.
Miałeś, potwierdził wymieniony wtedy pocałunek, miałeś, miałeś miałeś, na ich twarzach zatrzepotało światło, coraz szybciej, aż na moment - niby z chwilą eksplozji żarówki przerzucającego klisze rzutnika - nastał mrok i ta poprzedzająca tąpnięcie basu cisza. Miałeś.
Gdyby oglądali wiadomości, ten trzepot skojarzyłby im się raczej z furgoczącymi skrzydłami helikopterów wiszących nad Berlinem; te same białe kręgi świateł, które wędrowały po twarzach tańczących na parkiecie osób, dwa dni temu sunęły ciemnymi ulicami patrolowanego przez policję miasta.

Potrafili razem tańczyć jak lustrzane odbicia, wiernie naśladując każdy z tych rozkołysanych ruchów, aż z którymś z nich złamali tę zasadę, i tam, gdzie biodro Claude'a powinno ruszyć w tył, ono ruszyło wprzód. Złączyli się nimi w tym znów - i znów - i znów szatkującym ciemność migotaniu białych stroboskopów, zgranych z muzyką równie rzetelnie, co ruchy Claude'a z ruchami Ralfa, z rytmicznym basem, z tym rytmem, regularnym jak bicie serca, które przyspieszało i przyspieszało, chociaż były też chwile, gdy z tąpnięciem zwalniało, rozciągając ułamki sekund w nieskończoność - głuchą i ciemną, pozbawioną czasu i przestrzeni. To w niej chwytali się siebie najmocniej, ale zacisk ramion na plecach był niczym przy tych spojrzeniach, tak namacalnych, jakby to one pozwały im nie zgubić się w bezkresie, w którym zawisali aż czas ponownie, z kolejnym tąpnięciem, podejmował swój wstrzymany bieg.
Dłonie, dotąd luźno przerzucone przez rozbujałe linie ramion, zakleszczyły się na karkach. Spojrzeli tak na siebie - biodro w biodro, czoło przy czole, z garściami pełnymi blond i czarnych pukli, z tymi rozwartymi uśmiechami, dotąd niepozornie ocierającymi się o siebie śladem muskających się w tańcu gładkich policzków - i z kolejnym obrotem, kolejnym szarpnięciem, Claude poczuł oddech Ralfa na szyi, jego tors przyklejony do swoich wyginających się pleców, jego biodra napierające na tył jego własnych, także wtedy, gdy podkuszony samą tą możliwością nakrył obie jego dłonie własnymi, przycisnął je do swoich ud, pokierował jedną w dół, jedną w górę, jedną w dół, jedną w górę, aż lewa lekko ujęła go za szyję, a palce prawej przelotnie powiodły po pęczniejącym kroczu. Zrobiły to prawie pytająco, choć lewa śmiało powędrowała wyżej.
Ralf poczuł nią kość jego szczęki i unoszące się kąciki ust pod dotykiem napotykającym ich wilgotną miękkość, oraz tę ciepłą pustkę, która owiała jego palce, kiedy te zapadły się między wargami rozchylającymi się w szerszym uśmiechu. Claude odchylił głowę w tył, a ta przewiesiła się przez ramię Ralfa, ciężka jakby była jedynym co trzymało go w pionie, aż chwytając go za rękę niespodziewanie wyrwał w przód - przez gęsty jak niekarczowany nigdy las tłum, do trzeciego baru, w którego słabiej oświetlonym kącie zwolniło się miejsce.
Siadaj, Claude wskazał Ralfowi wolny hoker barowy w kolejce i sam przerzucił ręce przez blat, przechylając się przez niego aby podłapać spojrzenie obsługi. To chwilę potrwa - uprzedził go Ralf. Przecież o to chodzi, złotko. Przecież dokładnie o to chodzi.
Tak...?, Ralf przyciągnął go i niemal posadził na swoim udzie. Zachęcony tym Claude bez skrępowania podsunął się wyżej i z przewieszonymi przez jego kolano nogami dalej zachowywał się jakby schowaną pod ladą ręką nie nakierowywał jego dłoni w górę swojej nogawki, aż wędrujący po materiale jego spodni kciuk Ralfa napotkał linię opiętego nim wzwodu. Dyskretnie rozejrzeli się dookoła, po gęstym i anonimowym tłumie, ale z wbitą w ramię Claude'a brodą Ralf nie zdobył się na odważniejszy dotyk, choć poprawiając się na jego kolanach Claude poczuł na skórze szyi to samo stłumione westchnienie, któremu nie pozwolił wyrwać się z własnego gardła. A nie...?, zdawało się pytać jego kolejne spojrzenie.
Ależ tak, palce Ralfa niespiesznie pogładziły go pod blatem, ale nie tutaj, poklepał go po udzie, choć nie zabrał z niego dłoni. Zaraz się przesiądziemy.
Gdy przedzierali się pomiędzy ludźmi, chlupoczące o ścianki kieliszków drinki rozbijały się o szkło jak fale uderzające o te niemal pionowe klify wybrzeża, z rzadka przelewając paroma kroplami ponad ich ocukrzone krawędzie. Tutaj? Tutaj będzie idealnie.
Po pierwszym łyku Ralf rzucił się na miękkie obicie kanap w narożniku jednego z ogrodzonych ściankami boksów i oparł but o przeciwległe siedzenie, dwoma klepnięciami o nogę wskazując Claude'owi powstałe w ten sposób miejsce na swoim udzie. Tym razem Claude nie potrzebował dalszej zachęty i oparł się o Ralfa plecami; tym razem nic nie powstrzymało Ralfa przed śmielszym przyciągnięciem go bliżej.
Zaraz potem nadpite drinki - nadal noszące w sobie rozedrgane echo pośpiesznego toastu - napotkały blat, a odchylona w tył głowa Claude'a ponownie opadła na ramię Ralfa. Również ręce Ralfa wróciły tam, gdzie błądziły jeszcze na parkiecie, choć teraz - Claude westchnął - teraz wraz z dotykiem lewej dłoni na jego szyi roztopiło się parę pocałunków, zimnych i wilgotnych od schłodzonego alkoholu, podczas gdy palce prawej powędrowały w górę, to prostując się płaszczyźnie jego uda, to zginając śladem twardej wypukłości u jego szczytu.
Przyciśnięty bliżej Ralfa Claude sam powędrował wygiętą w tył ręką na jego kark i wyżej, aż między palce wplotły mu się złote loki, za które mimowolnie szarpnął z ostatnim westchnieniem tak, że cichy i ciepły śmiech odrywającego usta od jego szyi Ralfa połaskotał go w ucho. Zostali tak jeszcze chwilę, rozedrgani jak te dźwięczące od toastu drinki, roześmiani i lekko zdyszani.
Prostując się - choć jeszcze bez zamiaru wstania - Claude obejrzał się na siedzącego pod nim Ralfa, który dopiero przyłapany na tym, że jego spojrzenie spłynęło w dół jego wyginających się pleców, poderwał wzrok w górę. Jego śladem powędrowały oczy Claude'a, od krawędzi własnych spodni, przez ich napięte na pośladkach tylne kieszenie, po punkt styku ich ciał, wtedy tuż poniżej krocza Ralfa. Z kolejnym ruchem bioder Claude'a obaj patrzyli, jak rozporek i guzik przykryły sunące w ich górę pośladki, najpierw raz, potem drugi, aż z dłonią Ralfa na swoim boku Claude ponownie spojrzał mu w oczy - wtedy tylko ciekaw jego reakcji, choć napotykając jego wzrok znów zobaczył w nim dokładnie to, czego powinien był się spodziewać: niezobowiązujące rozochocenie, pytanie i odpowiedź jednocześnie. Claude mrugnął do niego przez ramię zanim przesiadł się w równoległy róg kanapy, bliski na tyle, by nieobyczajnie rozwaleni na jej miękkich obiciach - dopijając drinki i wpatrując się w swoje oczy - nadal poszturchiwali się nogami.
Sunąc dłonią po nogawce Claude potarł kciukiem wilgotny punkt przesiąkający z jego skóry na materiał.
- Nic nie widać - uspokoił go Ralf, zerkając ponad jego kolanem. - Domyjemy je w łazience i nie będzie śladu.
Claude machnął na to ręką.
- Odezwał się specjalista - zacmokał i zaśmiał się pod nosem widząc wzruszenie ramion, z którym Ralf ponownie uniósł ocukrzony rant szklanki do ust. - Skąd to zamyślenie?
- Zastanawia mnie jedna rzecz - wyjaśnił Ralf.
- Mianowicie...?
- Co tak właściwie tańczysz?
- Nie mów mi, że jeszcze się nie domyśliłeś - uśmiechnął się do niego Claude, nachylając się bliżej.
- Mam pewne przypuszczenia.
- Tak...?
- Ale to dosyć śmiała hipoteza. Powiedziałbym nawet, że całkiem odważna, chociaż...? - Przekrzywiając głowę w bok Ralf uważnie przyjrzał się Claude'owi i zachęcony pytającym uniesieniem się jego brwi rozwinął myśl. - Po prostu zatańczyłeś na mnie jak na rurze. Zgadłem...? Naprawdę? - Kiedy Claude przytaknął sam Ralf nachylił się bliżej ze zdradzającym miłe zaskoczenie szerokim uśmiechem, który przebił pomiędzy przykrywającymi usta palcami. - Pole dance?
- Jest dobry na mięśnie brzucha - z nonszalanckim wzruszeniem ramion Claude niedbale podrzucił krawędź koszuli w górę.
- Oczywiście - przytaknął mu Ralf. - Dobry na mięśnie brzucha, mhm. Od dawna trenujesz?
- Zacząłem jakoś równolegle z nauką chińskiego. Wiesz, moi rodzice musieli uznać to za jakąś przejściową fanaberię w kontrze do posłania mnie na ten kurs i może na początku tak było, ale... Co, spodobało ci się?
- Po prostu chętnie bym to zobaczył.
- Oczywiście, że chętnie - powtórzył za nim Claude, ale roziskrzone spojrzenie Ralfa znów zdradziło mu, że powiedział to poważnie. - Serio?
- Zupełnie serio - Ralf przytaknął. - Przy tym jak się ruszasz jestem gotów uwierzyć, że w przerwach za oglądaniem się na koleżanki nawet się czegoś nauczyłeś.
Claude klepnął go wierzchem dłoni pod kolanem.
- Nie zapisałem się, by patrzeć - sprostował, ale pełne powątpienia spojrzenie Ralfa wystarczyło, by przypruszający to stwierdzenie śmiech zdradził prawdę. - No dobrze, może trochę.
Przez moment Ralf przypatrywał mu się w zamyśleniu.
- I nie masz problemu z łączeniem tego z piłką? - zapytał wreszcie.
Claude pokręcił głową.
- Dlaczego miałbym?
- To dosyć różne... środowiska. Nie wiem, nikt nie robił ci o to nigdy problemów?
- Spróbowaliby - prychnął Claude. - Już ci mówiłem. Z chwilą, gdy ktokolwiek z drużyny miałby cokolwiek do powiedzenia, pożegnałby się ze swoją dziewczyną.
- No tak, przecież Claude ukradłby ją w odwecie.
- Zaraz ukradł - Claude przewrócił oczami. - Przecież wystarczyłaby plotka, że to oni podrywają cudzą laskę. Pomyśl o tym, dwie pieczenie na jednym ogniu: w odwecie zrywa z nimi ich własna zazdrosna dziewczyna, a oni sami zostają ze śliwką pod okiem od chłopaka tej, z którą podobno kręcili. Ale to tylko plotki, przecież ja, Claude, jedynie powtarzam to, co usłyszałem od kogoś innego. Kogo, pytasz? Już nie pamiętam, pewnie od paru osób, sam wiesz, jak szybko roznoszą się takie wieści - mrugnął do Ralfa i byłby na tym poprzestał, ale stroskanie, które usłyszał w pierwszym pytaniu, nie dawało mu spokoju. - A co, sam tak miałeś? Z tańcami i...?
- Boksem - po chwili ciszy wyznał Ralf. - Właściwie kick-boxingiem.
- Powinienem się domyślić po tym, jak mnie powaliłeś. Przez chwilę serio myślałem, że złamiesz mi nos.
- Przepraszam - w głosie Ralfa przebrzmiała mieszanka skruchy i niezręcznego rozbawienia. - Nie zrobiłbym ci krzywdy, naprawdę.
- Wiem, przecież rozumiem. Tylko się broniłeś, to nawet dobrze, że umiesz, chociaż jak cię zaczepiłem naprawdę spodziewałem się, że w najgorszym wypadku mi zwiejesz, a ty... Zaskoczyłeś mnie.
- Tak jakbyś ty mnie nie zaskoczył - bez przytyku zauważył Ralf. - Zdajesz sobie sprawę, że mogłeś po prostu do mnie podejść? Może bez tego kaptura na głowie, on mnie zmylił.
Claude wzruszył rozłożonymi rękoma.
- Nie wiedziałem co robić - przyznał. - Wybaczysz mi, jeśli powiem, że trochę spanikowałem? Zresztą, to byłby nudny początek znajomości. Może na tyle nudny, byś nie zwrócił na mnie większej uwagi.
- Na ciebie? - Ralf z krótkim i zdziwionym śmiechem odstawił opróżniony kieliszek na blat i uczepił się dłonią kolana Claude'a. - Gdybym pierwszy cię zauważył, na przykład takiego jak teraz, sam bym do ciebie zagadał, przysięgam.
- Tak...? - zainteresował się Claude i przysunął się bliżej. - I jak byś to zrobił?
- Może poudawałbym zbłąkanego turystę. - Ralf pogładził go po nodze. - Albo zapytałbym, czy nie poczęstowałbyś mnie fajką.
Wzrok Claude'a na moment zeskoczył z wysokości jego oczu na poziom ust.
- Masz ochotę zapalić? - zapytał Ralfa, a ten przytaknął. - Tak? Podobno grzeczni chłopcy z Hamburga podbierają tylko cudze elektryki - przypomniał mu ze śmiechem, ale ociężale podźwignął się na nogi i naśladując skinienie głowy, które podpatrzył u Ralfa, sam wskazał nią na korytarz. - Chodź. Tu jest jeszcze wyjście na dziedziniec.

Dopiero gdy znaleźli się na zewnątrz zdali sobie sprawę, że ogłuszeni dudniącą w klubie muzyką wciąż musieli podnosić głos do niemal krzyku, by w ogóle rozumieć swoje słowa, bezdźwięczne jakby zamiast pod granatem nocnego nieba znaleźli się pod wodą.
Płomień zapalniczki omiótł ich twarze pomarańczem gdy pochylili się nad nią ze stykającymi się ze sobą papierosami. Po pierwszym zaciągnięciu się Ralf kaszlnął sucho i ze śmiechem uniósł do nieba szklące się oczy, jakby w przeciwnym wypadku nabiegające do nich łzy mogły przelać się przez krawędzie powiek.
- Myślałem, że będzie gorzej - Claude wydmuchnął dym. - Ale jednak umiesz się zaciągnąć kiedy chcesz. Jesteś pewien, że to tylko elektryki?
Oddalili się nieco od uchylających się co chwila drzwi, grubych na tyle, by przytłumić wbiegające tu po schodach basy, które to uderzały o ich ciężkie i zamknięte skrzydła, to przeciskały się pomiędzy nimi i rozbijały o plecy palaczy. Ich sylwetki rozpływały się we mgle owiewającego je dymu.
- Nie powiedziałem, że nigdy nie paliłem - zauważył Ralf. - Po prostu raczej nie wracam do domu pachnąc tytoniem.
- Waląc szlugami - poprawił go Claude z przekąsem. - Jak ja. Ale spokojnie, wywietrzejesz.
- Nie walisz szlugami. No dobrze, może czasem, i tylko odrobinę.
- Nie przeszkadza ci to?
- Ani trochę - uspokoił go Ralf. - Ale chyba nie muszę ci mówić, że to też nie jest dla ciebie dobre? Mogę mieć swoje kiepskie nawyki, ale-
- Kiepskie nawyki - przyjaźnie zakpił Claude. - Wiem, że to niezdrowe, i może dość ironiczne jest tłumaczenie ci, że coś ci zaszkodzi, kiedy sam podpalam, ale to nie tak, że robię to często.
- Ja też nie - zauważył Ralf. - Ale obiecałem ci, że przestanę.
- Też mam obiecać...?
Ralf pokręcił głową i strzepnął popiół z końcówki.
- Po prostu nie przesadzaj, żebyś nie miał problemu z rzuceniem, gdyby z okazjonalnego zwyczaju to przypadkiem zmieniło się w nałóg - powiedział, odgarniając włosy z czoła Claude'a.
- Palenie pozwala mi się trochę uspokoić, ale pewnie już to zauważyłeś.
- Palisz, jak się czymś zestresujesz - zaczął wymieniać Ralf z łagodnym uśmiechem - albo chcesz się nad czymś zastanowić i potrzebujesz chwili skupienia. Jeżeli to pozwala ci zebrać myśli - w porządku, ale byłoby dobrze, gdybyś nie musiał polegać na tym nawyku. Nad czym zastanawiasz się teraz?
Głowa Claude'a na moment opadła zanim podniósł ją z niemym śmiechem na ustach wypełnionych ulatującym dymem.
- Znowu nad tobą - przyznał po chwili. - Może bardziej nad sobą. Poza tym, mój drogi, to ty chciałeś zapalić.
- To po alkoholu - wyjaśnił Ralf, ale bez przekonania w głosie.
- Na moje oko sam się czymś przejąłeś - Claude przyjrzał się jego twarzy. - To ten boks i tańce, prawda? Trochę mi wtedy zamilkłeś.
Zaciągnąwszy się głębiej Ralf przytaknął i nie zabrał głosu dopóki powoli nie wypuścił dymu z płuc.
- Trudno było mi to ze sobą połączyć - przyznał wreszcie. - Na zajęciach z boksu słyszałem, że ruszam się i biję jak ciota, na tańcach, że jestem zbyt spięty, i tak w kółko.
- Nie ruszasz się jak ciota.
- Sam powiedziałeś, że chodzę jak modelka.
- To był komplement - oznajmił mu Claude, przechylając głowę tak, by podłapać jego spojrzenie. - I nie powiedziałbym, że bijesz się jak ciota, a obaj wiemy, że niemal przekonałem się o tym na własnej skórze, chociaż akurat na to wolałbym popatrzeć z boku. Bo jestem pewien, że jest na co.
- Było - poprawił go Ralf. - Może było. Skończyłem z boksem.
- Szkoda. Bo wiesz, gdybyśmy tańczyli w jednej grupie, a ty przyszedłbyś taki spięty na zajęcia - Claude podszedł bliżej - to sam zaproponowałbym ci coś na rozluźnienie. Może wystarczyłby lekki masaż, a może... - nachylił się do jego ucha - ...musielibyśmy razem przećwiczyć choreografię. Tak to wyglądało, co? Ty i ci twoi tancerze?
Ralf spojrzał na niego z ukosa gdy prawie zetknęli się z policzkami, ale Claude puścił do niego oko tak, że miękki i krótki śmiech rozerwał linię jego powstrzymujących uśmiech ust.
- Te drabinki nie dają ci spokoju - Ralf stwierdził po chwili, a Claude wzruszył ramionami z wymownym uśmiechem. - Nie przejmuj się, sam chętnie bym tak na nich powisiał.
Wydmuchując dym zadarli głowy w górę. Równie dobrze, co na nocne niebo obramowane w cztery ściany dziecińca, mogli patrzeć na przedstawiający morze obraz - pasma chmur przypominały załamujące się fale, a pojedyncze gwiazdy zbłąkane bańki ich białej piany.

Jakiś czas później - mogła minąć godzina, dwie, mogło minąć paręnaście minut - roztańczony parkiet ponownie wyrzucił ich pod barem jak morze wypluwające ze swych skołtunionych wód dwóch rozbitków, przemoczonych od potu i parnego powietrza. Potoczyli się w stronę lady na nieco niepewnych nogach, ale gdy Claude skrzywił się na widok gęstszej niż dotąd kolejki, choć przede wszystkim na brak tej barmanki, która wprawdzie nie poprosiła go o dowód, lecz doradziła mu nie zamawiać alkoholu u nikogo innego, Ralf poklepał go uspokajająco po ramieniu.
- Mogę postać - zakomunikował mu na ucho. - Tylko nie oddalaj się za bardzo, bo potem cię nie znajdę.
Kiedy Ralf obrócił się wreszcie z drinkami w obu dłoniach, faktycznie odnalazł Claude'a wzrokiem na samym brzegu falującego w tańcu tłumu - lecz nie samego, bo z przewieszonymi przez jego ramiona nadgarstkami bujała się przed nim blondynka. Farbowana, zauważył Ralf, zanim z westchnieniem, jakby to musiało kiedyś nastąpić, ruszył w ich stronę.
Claude obejrzał się na niego śladem spojrzenia dziewczyny, której oczy otworzyły się nieco szerzej gdy Ralf, podając mu drinka, wyrósł zza jego pleców.
- O, jesteś - uśmiechnął się do Ralfa. - To Zhanna, jest z Rosji. Zhanna, to Ralf, mówiłem ci-
Ralf skinął jej brodą na powitanie, ale coś w jego obecności sprawiło, że Zhanna zmarszczyła uśmiechniętą dotąd twarz. Jej wzrok przeskoczył po ich rozświeconych nadgarstkach tak, że z ostatnim z tych spojrzeń aż się cofnęła, rażona nagłą świadomością, na kogo patrzyła.
- Chyba jej się nie spodobałeś - zauważył Claude.
- Jesteś pewien, że ona rozróżnia kolory? - Ralf nachylił się do niego i palcem wolnej dłoni postukał o ich obie fluorescencyjne bransoletki. - Ten oznacza, że jest zajęty - przypomniał jej na odchodnym.
- Może nie rozróżnia, kto wie, ale powinna była się zorientować, że nie żartowałem mówiąc, że tylko czekam na mojego chłopaka - wyjaśnił mu Claude. - A przynajmniej mogłaby zauważyć, że to na ciebie się ciągle oglądałem.
Ralf obejrzał się na nią gdy skierowali się pod ścianę z zamiarem znalezienia wolnego stolika i przez chwilę wydawało mu się, że świecące fluorescencyjną czerwienią bransoletki na jej obu nadgarstkach - dlaczego na obu? - nagle rozprostowały się i rozjarzyły pionowymi pasami na wnętrzu jej przedramion. To wrażenie minęło gdy tylko mrugnął - ona sama z kolejnym mrugnięciem znikła w tłumie jak zjawa - ale gdy przeniósł wzrok znów przed siebie coś w wyrazie jego twarzy kazało Claude'owi pocieszająco szturchnąć go ramieniem.
- Chyba nie jesteś zazdrosny...? - zasugerował mu, rozbawiony.
- Nie. Nie, nie jestem - Ralf pokręcił głową. - Ani trochę.
- Ani odrobinę, oczywiście.
- Może odrobinę - uśmiechnął się. - Po prostu się do ciebie przykleiła. Czy ty widziałeś, jak ona na ciebie patrzyła?
- Już prawie namówiłem ją, żeby załatwiła nam drinki - nieskromnie oznajmił mu Claude. - Ale to na ciebie jakoś dziwnie spojrzała, zauważyłeś? Jakbyście już się spotkali.
Ralf przytaknął, ale wspomnienie wrogości jej spojrzenia rozpłynęło się z pierwszym łykiem kolejnego z wypitych tej nocy drinków.

Snopy reflektorów przeczesywały klub jak światła na więziennych strażnicach, usiłujące namierzyć zbiegłych więźniów - ale oni zdążyli przesadzić przez ogrodzenie, przez tę zaplecioną wokół zakładu karnego koronę cierniową z drutu kolczastego, nie bacząc na haratające ich kolce. W końcu róże też je miały - różana marmolada, różane drinki, usta jak ich płatki - a szrama na dłoni Claude'a zdążyła się zasklepić na tyle, by przypomniał sobie o niej dopiero, gdy zamieniła się w blednącą z roku na rok bliznę.
Te światła zdawały się ich szukać - dwóch zbiegów z innego świata, którzy niepostrzeżenie wtopili się w tłum. Gdy omiatały ich twarze, mieli po szesnaście i siedemnaście lat; gdy się oddalały, tych ponownie zdawało się im przybywać.
Znowu tańczyli, a cień i światło szatkowały ich sylwetki jak pasy przejścia dla pieszych, migające pod kolorowymi karoseriami rozpędzonych aut. Nastoletnie oczy przez ułamek sekundy patrzyły w te starsze, starsze w młodsze, młodsze w młodsze, starsze w starsze, jakby przez chwilę naprawdę mogli przebiec z jednej strony ulicy na drugą, choć musieli się zagapić na samym środku tej jezdni, bo kiedy niepozorne muskanie ust o usta zmieniło się w pocałunek, Ralf znieruchomiał, aż pchnięty - jakby zmiótł go z drogi nadjeżdżający samochód - poczuł pod plecami ścianę.
Nie był nawet pewien co napierało na niego mocniej: rozgrzany od tańca Claude, który niemal na niego runął - jak gdyby w tamtej chwili obaj upadli na szosę, a Claude, pociągnięty za koszulę, jedynie go przygniótł - czy nieruchomy beton, który Ralf miał za sobą i pod sobą jednocześnie, czarny i chropowaty, chłodny lub wilgotny. Sorry - nie za mocno?, w przerwie między pocałunkami zawisło pytanie Claude'a, nie-nie, odpowiedziały kolejne z nich, gdy Ralf go do siebie przyciągnął - ale zaraz sam pchnął go lekko, aż z którymś ze zrobionych w tył kroków to Claude napotkał plecami drewno drzwi.
Oświetlona neonami czarna łazienka z roślinnymi tapetami stała się kabiną i gdy tylko zamknęli ją za sobą na zasuwkę, z kolejnym z tych soczystych i rozgrzanych pocałunków to głowa Ralfa miękko łupnęła o którąś z jej ścianek. Gorliwość tych pocałunków zdradzała zniecierpliwienie, radosne, a przy tym wystarczająco skrajne, by te nie potrafiły poprzestać na ustach, szyi, ani nawet na podbrzuszu, do którego - przykucnąwszy - Claude przywarł tylko na moment.
Niemal bawił ich ten pośpiech - wynikający tyleż z obawy, że do drzwi wreszcie rozległoby się pukanie, co z silniejszego od niej pobudzenia - ta porywczość, przekładająca się na niesforność pierwszych ruchów, a nawet ta przepleciona z podnieceniem czułość w oczach Ralfa, jak mieszanka twardego alkoholu z musującym winem, i czymś jeszcze, słodkim jak dojrzewające w sierpniowym słońcu owoce.
Prawie zapomniawszy o oddechu Claude oderwał od niego szklące się od śliny usta, ale ich śladem natychmiast podążyły obręcze zaciskających się palców, aż z powrotem wrócił językiem w miejsce naśladującego jego ruchy kciuka.
W stłumionej przez ściany muzyce nie było słychać tego, jak bez skrępowania pozwalał jego wzwodowi to ocierać się, to uderzać o otwarte i rozciągnięte w lekkim uśmiechu usta i rumiane policzki; nie było też słychać powstrzymanego śmiechu, z którym - już wstając - Claude serdecznym palcem otarł zmrużoną przez rozbawienie dolną powiekę z tych paru perlistych kropli, które upstrzyły jego twarz, przelewając się przez kąciki ust w dół brody. Ralf ujął go za nią i przyciągnął do siebie, już go całując.
- Przepraszam - szepnął z cichym śmiechem między pocałunkami.
- Sam się o to prosiłem - Claude niemal parsknął, już mając zamiar otrzeć policzek wierzchem dłoni, ale to usta Ralfa jako pierwsze trafiły w miejsce, do którego ta miała powędrować.
Kolejnymi z tych rozwartych pocałunków Ralf scałowywał spermę z jego twarzy, aż zaskoczenie nie pozwoliło mu zamknąć spijających ją ust, gdy zacisk palców Claude'a na szczęce zmusił go oderwania warg od jego policzka i spojrzenia mu w oczy. Linia wzroku Claude'a obniżyła się nieco gdy ten, wskazując nimi na własny nadstawiony język, przystawił swoje roześmiane usta pod usta Ralfa tak, jak on sam zrobił to poprzedniego dnia. Półprzejrzysta struga przelała się między nimi, aż ich uśmiechy złączyły się ponownie.
Myjąc dłonie spojrzeli na siebie z przyczajonym w oczach i nieudolnie krytym rozbawieniem, które nie opuściło ich ani wtedy, gdy wrócili na parkiet, ani wtedy, gdy ciągnąc się za ręce wypadli z klubu na ulicę.

Perlisty śmiech poturlał się po bruku bocznej alejki śladem wypadających z kieszeni centów gdy Ralf i Claude - ocierając się o ściany mijanych budynków i swoje ramiona - stoczyli się w dół ulicy, aż z rozpędu wpadli na barierki oddzielające deptak od zatoki. Zapalniczka trzasnęła kilkukrotnie i znów z papierosami w ustach przechylili się przez metalowe poręcze, zza których przez chwilę obserwowali światła tańczące na zmarszczkach morza, zanim ruszyli dalej, już spokojniejszym krokiem - przynajmniej dopóki Ralf, zobaczywszy znajomy szyld, z rozszerzającym się w zdziwieniu uśmiechem nie wyrwał do przodu.
- Nie wiedziałem, że jest też tutaj - wyjaśnił Claude'owi, oglądając się na niego przez ramię, za które sam go ciągnął.
- Ale co?
Ralf wskazał rozświetlone logo klubu.
- Mamy go też w Berlinie. Idziemy? - W jego uśmiechu rozbłysły zęby.
- Najwyraźniej idziemy - zaśmiał się Claude, dając mu się poprowadzić. - A to nie jest klub dla, no wiesz, gejów?
- No... Jest. A co? - Ralf, jakby zamyśliwszy się, zwolnił swoje dotąd szybko stawiane kroki. - A... Nie musimy tam iść jeśli nie chcesz, ale on jest w porządku. Właściwie niczym się nie różni od każdego innego klubu, może poza tym, że nikt nie patrzy tam krzywo na to nasze "no wiesz" - przedrzeźnił go przyjaźnie.
Claude przystanął, zadzierając głowę na górujący ponad nimi szyld. Po chwili namysłu ponownie spojrzał na Ralfa, nadal łagodnie uśmiechniętego w sposób sygnalizujący, że był gotów przyjąć każdą odpowiedź.
- Ale nie będziesz się rozglądał za innymi facetami? - upewnił się Claude. - Obiecujesz...?
- Przysięgam. Oczy cały czas na tobie - zadeklarował Ralf i przypominająco uniósł ich złączone ręce, na których nadal blado świeciły się fluorescencyjne opaski.
Przyjrzeli się tym bransoletkom jakby sprawdzali godzinę; jakby z chwilą ich ostatecznego zgaśnięcia coś miało się zmienić, choć wcale tak nie było.
- Więc...?
- Idziemy.
- Na pewno?
Claude już prowadził Ralfa w stronę wejścia.

Oczy Szwajcara i starszego od niego Niemca od dłuższej chwili obserwowały parkiet; zaczęło się od pojedynczych zerknięć, tylko okazjonalnie przerywających rozmowę prowadzoną przy zastawionym drinkami stoliku, ale mimowolne spojrzenia zaczęły się wreszcie przedłużać, aż obaj mężczyźni - zamilkłszy zupełnie - w końcu zerknęli także na siebie. Z rozbawieniem przyłapali się na tej prawie odruchowej obserwacji.
Trudniejsze od niezwrócenia uwagi na dwójkę młodzieńców, których wypatrzyli z półpiętra, mogło być tylko oderwanie od nich wzroku.
- Też ich zauważyłeś, prawda? - Pytanie Szwajcara przerwało przedłużającą się ciszę. Obaj wrócili spojrzeniami na blondyna i bruneta, tańczących ze sobą w migającym świetle stroboskopów tak, jakby byli tu zupełnie sami. - Ile oni mogą mieć lat? To chyba tylko dzieciaki...?
- Nie jestem pewien - Niemiec pokręcił głową. - Nie całują się jak dzieciaki.
- Są młodzi - Szwajcar przyjrzał im się dokładniej, niemal wychylając się przez otaczającą półpiętro barierkę.
Znów na moment zamilkli, przypatrując się ich tańcowi, tym pocałunkom i ruchom zbyt śmiałym jak na nastolatków, za których uznawali ich w rozbłyskach świateł - bo kiedy te raz za razem przygasały, wątpliwości kazały im przerzucać się szukającymi potwierdzenia spojrzeniami, jakby mogli się w ten sposób zapytać: też to widzisz? Niemiec przytaknął kilkukrotnie, też to widzę.
- Nie pamiętam kiedy ktoś mnie tak ostatnio całował - z westchnieniem wyznał po upływie chwili, w trakcie której, dając upust zaskoczeniu, obaj unieśli brwi. - Prawdę mówiąc nie jestem nawet pewien, czy kiedykolwiek.
- Może mógłbym ci przypomnieć - Szwajcar przysunął się bliżej, owiewając jego szyję przyjemnym szeptem. - Może mógłbym ci pokazać...? - Zaczepnie zahaczył palcem o guzik jego koszuli.
Spojrzeli sobie w oczy z przyczajonymi w kącikach ust uśmiechami, zanim ich uwagę znów przyciągnęła ta dwójka.
Niemiec niespodziewanie pochylił się do przodu i schował usta w dłoniach złożonych jak do modlitwy. Potarł nimi twarz.
Jego wzrok niemal samoistnie wędrował do tego blondyna odkąd tylko go zauważył; z początku go nie poznał, nie w tym świetle, nie z twarzą przez połowę czasu wciśniętą to w policzek, to w usta, to w szyję chłopaka, z którym tańczył.
Ale im dłużej na niego patrzył, tym klarowniejszy stawał się powód, dla którego nie był w stanie przestać: w ostrym świetle widział w nim Marzella - jego imię prawie wyrwało mu się pytająco z ust - w miękkim Danielę, obu młodszych, niemal takich, jakimi ich poznał. I kiedy przed jego oczami migały ich twarze - Marzell, Daniela, Marzell, Daniela - Moritz zrozumiał.
Patrzył na Ralfa - jeszcze niedawno dzieciaka, teraz młodego dorosłego. Odkąd stał się nastolatkiem budził w Moritzie niemal taksydermiczne skojarzenia - bo gdyby na kanciastych kościach Marzella rozpiąć zdartą z Danieli twarz, to Ralf ukazałby się jego oczom.
Zamrugał, jakby mimo wszystko mógł się jeszcze mylić.
- Ja go znam. Kurwa, ja go znam.
- Którego...? - zainteresował się Szwajcar. - Blondyna...? Przespałeś się z nim?
- Nie, to nie tak - zaprzeczył Moritz. - To syn mojego przyjaciela, więc prawie jak mój własny. Posłuchaj mnie uważnie, proszę - odchylił się na krześle, by choć odrobinę schować się w cieniu i przybliżyć się do Szwajcara. - Z najmilszą chęcią przeniosę się stąd z tobą gdzieś indziej. Jeżeli byłbyś uprzejmy chwilę poczekać, wrócę tu za moment.

Torując sobie drogę przez tańczący tłum Moritz wiedział, że kiedy Ralf go zauważy, będzie przestraszony - zakładał jednak, że nie bardziej, niż gdyby próbując się stąd dyskretnie wymknąć choćby mignął mu w polu widzenia. Przypuszczał, że ten chwilowy strach był lepszy od obawy, że jego widok - w końcu by go poznał - był więcej niż przewidzeniem. Moment zdziwienia i niepokoju był czymś, nad czym potrafiłby zapanować; to następstwa pozostawionego przypadkowi wrażenia, że Ralf go tu widział, mogłyby okazać się niemożliwe do okiełznania.
Zanim położył dłoń na jego ramieniu myślał, że tak będzie lepiej.
Tylko, że kiedy na bark Ralfa spadł niespodziewany ciężar czyjejś ręki, on opieszale oderwał się od Claude'a z ostrzegawczym błyskiem w oku.
To była sekunda potrzebna mu na rozpoznanie Moritza - zaledwie jedno mignięcie stroboskopów - a jednak wystarczyła, by samemu Moritzowi Ralf skojarzył się z lwem, któremu ktoś przerwał posiłek. Było coś drapieżnego w sposobie, w jaki Ralf domykał rozwarte do pocałunku usta, czerwone niemal tak, jakby rzeczywiście ociekały krwią antylopy, z której mięsa z niechętnym mlaśnięciem wyrwał szczęki - lecz znikło, jakby Ralf nagle zrozumiał, że z chwilą, kiedy się odwrócił, spojrzał na celującego do niego kłusownika.
Wrogość zastąpił strach.
- Nie chciałem cię przestraszyć - Moritz zdążył przekrzyczeć muzykę, ale to wtedy chłopak, z którym tańczył Ralf, prawie doskoczył mu do twarzy.
Wyrósł przed Moritzem tak, że ten aż się cofnął.
- Do prokuratora też się tak będziesz uśmiechać? - Claude ryknął spomiędzy zębów wyszczerzonych w uśmiechu tak karykaturalnie serdecznym, że niemal strasznym. - Ile masz lat, co? Bo pewnie więcej, niż wódka procentów.
Ralf pociągnął Claude'a za trzymaną przez cały ten czas rękę.
- Ja go znam - przemówił do niego, ale mimo to Claude, który niemal obronnie wtargnął pomiędzy ich dwójkę, przytrzymał go za sobą ramieniem.
- To z tobą też zaraz porozmawiam, jak tylko-
- Claude - Ralf obrócił jego twarz ku sobie. - To Moritz. Moritz - powtórzył głośniej do jego ucha.
Wrogość spłynęła z twarzy Claude'a. Zastąpiło ją zdziwienie - nieco inne niż to, które Moritz zauważył u Ralfa. Ralfa, który pomimo własnego przestrachu, uznał uspokojenie go za ważniejsze. Ralfa, którego opanowany głos gryzł się ze zlęknionym spojrzeniem.
- To tylko Moritz - Ralf powtórzył jeszcze raz, zanim nadal zza ramienia Claude'a przeszedł na niemiecki. - Co tu robisz?
- Co ja tu robię? Co ty tutaj robisz? - zdziwił się Moritz. - Chodź, porozmawiamy na zewnątrz.
Ralf nachylił się do Claude'a.
- Pójdziesz ze mną?
Claude przytaknął, nadal równie co on zdziwiony. Ze ściśniętą w dłoni ręką Claude'a Ralf ruszył za Moritzem, wtedy naprawdę myśląc, że ten przyjechał tu aby zabrać go do domu; że z jakiegoś powodu jego rodzice wiedzieli, że to tutaj go znajdą; że przez cały ten czas mogli śledzić jego lokalizację.
- Jesteś tu po mnie? - zapytał Ralf gdy zatrzasnęły się za nimi drzwi. - Tata cię po mnie przysłał?
- Słucham?
- Jedziemy do domu? - Ralf się zatrzymał.
We trójkę zdążyli przejść przez chmurę dymu i owocowej pary wodnej, wydmuchiwanej z ust tych spośród stojących pod wejściem palaczy, w których dłoniach, zamiast czerwonych końcówek papierosów, rozżarzały się błękitne okręgi charakterystycznie klikających elektryków.
- Nie, nie jedziemy - do Moritza nagle coś dotarło. Westchnął. - Ralf, spokojnie. Nie przysłał mnie tutaj twój tata. Przecież nawet, gdyby wpadł na taki pomysł- Skąd przyszło ci do głowy, że w ogóle bym go posłuchał?
Badawczy wzrok Ralfa przeskoczył od Moritza do świecącego ponad ich głowami szyldu, jakby gdzieś po drodze mogły pomylić im się kluby.
Piętnaście minut i po ciebie przyjadę, Ralf przypomniał sobie głos ojca. Czy to było te jego piętnaście minut?
- To on... Nie wie, że tu jesteś?
- Wie - Moritz z trudnem powstrzymał się przed przewróceniem oczami. - Ale nie myśl sobie, że mnie tu przysłał. Nie jest moim mężem, żebym dostosowywał własne plany pod jego fanaberie bardziej, niż już to robię. Nie jestem tu po to, by mieć na ciebie oko.
- To co ty tutaj robisz?
- Co ja tutaj robię? - znów powtórzył Moritz z lekkim rozbawieniem. - Wiem, że dziś wychodziłeś, ale ze wszystkich miejsc to było ostatnim, w którym spodziewałem się ciebie spotkać. Czy raczej was - spojrzał na chłopaka, którego kurczowo trzymał przy sobie Ralf.
Ralf podążył za jego spojrzeniem i uśmiechnął się uspokajająco do Claude'a.
- To Claude - wyjaśnił. - Mój chłopak.
- Tak myślałem, ale wolałem się upewnić, na wypadek gdyby po drodze coś się zmieniło - cicho zaśmiał się Moritz. Ile razy sam wyszedł i wrócił z kimś innym? Przecież oni byli tak młodzi. - Rzeczywiście jest bezczelny, i to jak.
Ta uwaga zaskoczyła Ralfa. Nadal pamiętał to przygnębiające wrażenie, że kiedy mówił rodzicom o Claudzie, nikt go nie słuchał - poza Suse.
Poza Moritzem.
Sam Moritz odchrząknął i zwrócił się do Claude'a po francusku; może nie zrobiłby tego, gdyby nie czuł potrzeby zaznaczenia, że zrozumiał każde ze słów, które ten chłopak - teraz spotulniały, choć nadal defensywnie spięty - jeszcze przed chwilą wywarczał mu w twarz.
- Zajmę tylko chwilę - zadeklarował płynnie i niemal przepraszająco, ze szwajcarskim akcentem, który zwrócił uwagę Claude'a, lecz nie na tyle, by go rozpoznał.
Potem Moritz znów przyjrzał się Ralfowi i z westchnieniem jeszcze raz zastanowił się nad tym, jak powinien zachować się w tej sytuacji. Ralf nie wydawał się mu speszony, ale zdziwienie jego obecnością w klubie - tym konkretnym - mogło okazać się silniejsze od skrępowania, w jakie go samego wprawiłoby bycie przyłapanym na pocałunku z chłopakiem gdy był młodszy.
Tylko, że w sposobie, w jaki Ralf przytrzymywał przy sobie Claude'a, nie zobaczył żadnej z tych rzeczy. W jego oczach nie było wstydu - bo gdyby go czuł, szepnąwszy coś Claude'owi na ucho, Ralf nie cmoknąłby go przy Moritzie tuż pod skronią.
Przecież sam Moritz widział już więcej - wystarczająco wiele, by zrozumieć, że nie był to ani pierwszy raz, kiedy Ralf wyszedł do klubu, ani pierwszy, kiedy robił w nim wszystko to, co Moritz zobaczył tej nocy.
Poza tym byli tu obaj, a to oznaczało jedno. Ralf musiał zdawać sobie z tego sprawę. Uwadze Moritza nie umknęło to kontrolne spojrzenie na szyld.
- Posłuchaj, Ralf - postanowił powiedzieć mu prawdę. Jak dorosłemu; w końcu sam dobitnie powtarzał jego rodzicom, że nim był. - Wolałem zaczepić cię pierwszy, bo byłoby niezręcznie, gdybyś przypadkiem mnie zauważył, lub gdybyśmy gdzieś na siebie wpadli. To naprawdę świetnie, że masz chłopaka - postarał się powiedzieć to bez kpiny w głosie. Przecież wiedział, że poznali się ledwie parę dni temu. - Zaraz i tak wychodzę, więc się mną nie przejmujcie. Potrzebujesz czegoś?
Ralf pokręcił głową.
- Na pewno? Pokoju też nie?
- Pokoju?
- Pokoju - potwierdził Moritz. - Możemy oczywiście udawać, że jestem ślepy i nie widziałem co wyprawialiście na parkiecie, ale prawdę mówiąc zdecydowanie zbyt późno cię rozpoznałem, aby móc to zrobić. Zostawić ci kod?
- Ale jaki kod?
- Do drzwi - Moritz zrobił parę kroków w tył, aby zza ściany budynku wyjrzeć na sąsiednią kamienicę i wskazać na jedno z jej okien.
- Nie trzeba, serio.
- Nie wygłupiaj się. Przecież widzę, jak skończy się to wasze wyjście na miasto. To niewielka kawalerka, ale każda sypialnia jest lepsza niż kibel w klubie. - Moritz sięgnął po telefon. Światło jego ekranu wydobyło z ciemności białe pasmo nieopalonej skóry w miejscu zdjętej obrączki. - Mogę przesłać ci dokładny adres, kluczyk jest w skrytce.
- Moritz - przystopował go Ralf. - Naprawdę nie trzeba.
Moritz spojrzał na nich obu z powątpieniem.
- Jesteś pewien...?
Ralf przewrócił oczami.
- Po prostu... Wolę na trzeźwo. Nie robi mi to większej różnicy, zresztą to nie tak, że jesteśmy pijani, ale chciałbym, żeby on był trzeźwy, tak zupełnie. Żeby nie żałował, ani nic z tych rzeczy, bo... - Ralf uniósł ich złączone ręce i sam spojrzał najpierw na nie, potem w oczy Claude'a. - Bo go naprawdę lubię. Nie chcę tego czymś spieprzyć. Rozumiesz, o co mi chodzi?
Moritz ponownie mu się przyjrzał, aż z uśmiechem pokręcił lekko głową i westchnął. Wypady do klubu nie wpisywały się w definicję odpowiedzialności, którą narzucili Ralfowi rodzice, ale kiedy na niego patrzył, widział uosabiającego ją człowieka. Było mu niemal szkoda Ralfa - tego, którego Marzell i Daniela mogli nigdy nie poznać, a z którym kiedyś, gdy byli młodsi, mogliby się nawet polubić.
- Rozumiem - potwierdził. - Jeśli nie pokój - drinki? Bo chyba nie sprzedają wam tu zbyt łatwo alkoholu?
- Mi sprzedają - Ralf wzruszył ramionami.
Moritz mimo wszystko uniósł brwi. Już jakiś czas temu Ralf przestał wyglądać jak dzieciak i nawet, jeśli śladem Voigtów on sam miewał problem, aby ignorować pamięć o pięcio-, dziesięcio- i piętnastolatku, którym Ralf jeszcze nie tak dawno był - wspomnienie dziecka, które oni wszyscy potrafili w nim jeszcze zobaczyć - teraz patrzył na dorosłego. Któregoś dnia ten dorosły otworzył oczy w nastoletnim jeszcze ciele. Być może przegapili ten moment.
Moritz westchnął jeszcze raz.
- Przynajmniej drinki jestem wam winien. Przerwałem wam.
- Chcesz się jeszcze czegoś napić? - Ralf zapytał Claude'a i uśmiechnął się, kiedy ten przytaknął. - Moritz stawia.
Już przy barze, gdzie Ralf i Claude przysiedli na wysokich stołkach, oparty o kontuar Moritz zerknął na nich raz jeszcze. To była strona Ralfa, od której jego rodzice mogli nigdy go nie poznać, choć Moritz nie mógł oprzeć się wrażeniu, że powinni - że ktoś powinien przedstawić im młodego człowieka, który z troską upewniał się, że kolejny drink nie zaszkodzi Claude'owi; który z rozbawieniem przepraszał go za te zamieszanie i z obietnicą, że wszystko mu wyjaśni, zasypywał jego skroń i policzki drobnymi pocałunkami.
Moritz uniósł lekko dłoń do wyglądającego przez barierkę Szwajcara i gestem zapytał, czy chce następną kolejkę tego samego. Kiedy ten przytaknął, ponownie przyłożył kartę do terminala.
- Nie przejmujcie się mną - przypomniał Ralfowi, już prawie odchodząc z własnymi drinkami w rękach. - I Ralf... - jednak się zatrzymał. - Możesz powiedzieć rodzicom.
- Przecież wiem - Ralf przewrócił oczami. - Ale ich to nie obchodzi.
Nie mógł się z nim nie zgodzić. Przytaknął.
- Nie obchodzi, to prawda. Są też sprawy, o których może ci być ciężko z nimi porozmawiać, więc gdybyś czuł taką potrzebę-
- Nie będę czuł takiej potrzeby - z lekkim śmiechem uspokoił go Ralf. - Serio.
- Tak myślałem. - Sam Moritz również się zaśmiał. Podejrzewał, że tak było, jeszcze gdy zobaczył go na parkiecie; w jego ruchach i ich śmiałości kryła się zbytnia wprawa, aby mogło być inaczej. Ralf wiedział co robił. - Bawcie się dobrze. Twój tata się o ciebie martwił, więc jeśli jest na nogach dam mu znać, że wszystko w porządku. Chyba rozumiesz, że się tu nie widzieliśmy?
Ralf przytaknął. Moritz zdążył się obrócić kiedy jednak przytrzymał go za przedramię.
- Poczekaj. Możemy jeszcze później porozmawiać? Nie teraz, tak w ogóle, na przykład jutro.
- Oczywiście, Ralf. Oczywiście, że możemy - poklepał Ralfa po ręce.
Już wtedy pomyślał, że to on i Marzell powinni porozmawiać.
On, Marzell i Daniela - o Ralfie. Tym, którego roześmiane oczy wpatrywały się w Claude'a z uczuciem niemal bolesnym w swojej szczerości.

Kiedy ponownie na siebie spojrzeli, wzbierające w nich od dłuższej chwili niedowierzanie wreszcie przedarło się przez linię powstrzymujących zaskoczony śmiech ust.
- Wygląda na to, że miałeś rację - przyznał Ralf z kieliszkiem nadal zawieszonym tuż pod rozpiętymi w uśmiechu wargami, jakby mógł ukryć rozbawienie w załamaniach jego kolorowego szkła. - Jednak nie Suse - pokręcił głową. - Jednak Moritz.
- On ma żonę - przypomniawszy sobie o Suse Claude odstawił drink na blat i wsparł się o jego drewno, nachylając się przez jego długość do Ralfa. - Zdajesz sobie sprawę, że tymi drinkami chciał sobie kupić twoje milczenie? Będąc tobą zapytałbym na ile je wycenia. Zapytałbym o liczbę. Konkretną - potarł kciuk o palce w geście oznaczającym... - Pieniądze, Ralf. Już bałem się, że wyciągniesz je od niego w inny sposób. Ja go znam, ja go znam - powtórzył słowa Ralfa. - Masz pojęcie, jak bałem się skąd?
- Masz o mnie fatalne zdanie - Ralf przewrócił oczami.
- Nie ja sypiałem ze studentami. Kto wie, czy nie zainteresował cię też uniwersytet trzeciego wieku - Claude wzruszył ramionami i przyjaźnie szturchnięty pod stołem prawie rozlał poderwany z jego blatu drink. - Ale skoro to nie twój sugar daddy, poważnie rozważyłbym wyciągnięcie od niego kasy w inny sposób. Milczenie kosztuje.
Również Ralf przysunął się do niego bliżej, dotąd rozwalony na krześle tak, że jedynie zakleszczone na jego oparciu ramię powstrzymywało go przed spłynięciem na samą podłogę. Nachylił się do Claude'a.
- Mój ojciec raczej wie - zauważył. - Suse... Nie jestem pewien. Możliwe, że nie, bo on zaznaczył, że się tu nie widzieliśmy. No i te drinki to nie wszystko, ale mniejsza o to. Skorzystamy z tego inaczej.
- Mianowicie...? - zainteresował się Claude. - Czyżby czekał mnie pokaz tej legendarnej niemieckiej myśli taktycznej, przez którą przegraliście obie wojny?
Ralf spojrzał na niego wymownie.
- Ja nie potrzebuję pieniędzy - wyjaśnił konspiracyjnie. - Potrzebuję sojusznika. A Moritz już wcześniej pokazał, że potrafi nim być, nawet, gdy o to nie prosiłem. Umiał przemówić do moich rodziców raz, może umiałby też drugi. Nie zamierzam go szantażować, przynajmniej nie tak jawnie. Może to dałoby się rozegrać w zupełnie inny sposób.
- Tak? - zainteresował się Claude. - A jaki to sposób?
- Będziesz wiedział jeśli wypali - uśmiechnął się Ralf. - Ale i tak przepraszam cię za to zamieszanie. Przez chwilę naprawdę myślałem, że ojciec go tu po mnie przysłał. Trochę go to oburzyło, ale przecież pamiętam, jak parę razy odbierał mnie ze szkoły.
- To kim on dla niego jest? Jest trochę za stary na bycie chłopcem na posyłki.
- Przyjacielem - Ralf wzruszył ramionami. - Wiesz, ten nasz domek letniskowy jest tak naprawdę jego i taty, pół na pół. To jego partner biznesowy.
- Biznesowy - powtórzył ze śmiechem Claude. - Oczywiście. Jesteś pewien, że to tylko przyjaźń? Oni się znają od studiów, nie?
- Od samego początku. To będzie... - Ralf zastanowił się przez chwilę i aż zamrugał, po raz pierwszy uzmysłowiwszy sobie jak długi był to okres czasu. - Blisko trzydzieści lat.
- To ile oni mają...?
- Prawie pięćdziesiątkę. Czekaj... Po czterdzieści siedem lat, mama jest starsza, bo będzie ją miała za rok.
- Przynajmniej nie myliłem się z tą wódką. I mam dla ciebie fantastyczne wieści - Claude przysunął się jeszcze bliżej. - Masz dwóch ojców. Niech żyją alternatywne modele rodziny. U was w Niemczech surogacja jest chyba legalna?
Stół zadrżał przez kolejne karcące szturchnięcie nogi o nogę, choć bardziej przez śmiech, który zatrząsł rękoma podtrzymującymi głowę Claude'a w pionie.
- Może jednak miałem rację z tym klubem swingersów? Jak myślisz?
- Jesteś dziś wybitnie pyskaty.
- Uwielbiasz to we mnie - wyszeptał Claude. - Kręci cię to.
Kiedy Ralf przytaknął, wspierając bok przyjemnie ciążącej mu głowy na opartej o stół ręce, przez bliskość jego twarzy Claude poczuł, jak z tym ruchem jego oddech połaskotał jego własną. Trochę ciężki i pachnący słodkim alkoholem.
- Kręci - potwierdził Ralf. - Całkiem lubię, gdy jesteś taki wyszczekany i porywczy, chociaż naprawdę nie wierzę, że na dzień dobry poszczułeś Moritza pierdoloną prokuraturą.
- Dalej mnie nosi - przyznał Claude, przypatrując się swojej rozedrganej pięści. Rozprostował i zacisnął jej palce, zanim z powrotem odłożył ją na blat. - Byłem pewien, że czegoś od ciebie chciał. Przysięgam, że zrobiłbym tam taką scenę, że zgarnęłyby go psy. A jak powiedziałeś, że go znasz- Kurwa, przepraszam.
Wpatrzony w jego dłoń Ralf - w jej nabrzmiałe żyły, w drżące pod opaloną skórą mięśnie - powiódł po jej napiętych ścięgnach i kiedy jej zacisk się rozluźnił, ujął ją we własną. Przez chwilę obaj obserwowali wędrówkę jego kciuka po jej knykciach.
Potem pięść Claude'a zacisnęła się na dłoni Ralfa nieco mocniej. Jego nogą ponownie rozeszły się na poły nerwowe, na poły zniecierpliwione podrygi.
Kiedy Claude uniósł opuszczony na moment wzrok, to w jego oczach Ralf dostrzegł coś nowego - zupełnie nowy rodzaj niemożliwego do zniesienia głodu.
- Chodź - Ralf skinął na parkiet. - Potańczymy jeszcze trochę.

Byli wpół drogi do ulicy, z której miał odebrać ich Uber, kiedy Claude ściągnął brwi jakby rozświetlający jego twarz telefon na moment ośliepił go blaskiem przychodzącego powiadomienia.
- Dziwne - W jego ciemnych oczach odbijały się kolejne wypełniające ekran okienka. Przeniósł wzrok na Ralfa. - Odwołali nam już drugi przejazd.
- Czekaj, sprawdzę czy mi działa.
- Miałeś nie zostawiać śladu po powrocie nad ranem - przypomniał Claude.
- Jakoś musimy wrócić - Ralf wzruszył ramionami, ale kiedy sam odpalił aplikację, również jego brwi mimowolnie ściągnęły się w zdziwieniu. - To samo.
Przytrzymali się. Tę parędziesiąt metrów od wąskich ulic starego miasta ciemności nie rozpraszały już świetlne girlandy, ale nadciągająca od wschodu łuna brzasku rozrzedzała ją na tyle, by widzieli kontury otaczających ich kamienic.
- Sprawdź jeszcze raz - poprosił go Claude. - W międzyczasie zobaczę czy coś tu nadal jeździ.
Przez chwilę w milczeniu wstukiwali adresy w ekrany.
- I jak? - Claude zerknął przez ramię Ralfa, ale ten pokręcił głową. Nie musiał znać niemieckiego by zrozumieć, że i ten przejazd został anulowany. - Najbliższy autobus mamy dopiero po siódmej.
- A ile to będzie na piechotę?
- Nie żartuj sobie. To kawał drogi.
- Dwie i pół godziny - Ralf zdążył sprawdzić trasę. - To raptem dłuższy spacer. Masz siłę się przejść?
- Tak, ale... Ralf, to słaby pomysł.
- Raczej lepszy niż dzwonienie po mojego tatę. Mogę to zrobić, ale-
- Nie. Nie, nie dzwoń. Moritz?
- Myślę, że on jest teraz... zajęty - zauważył z pewnym ociąganiem Ralf, przez co obaj stłumili w sobie śmiech.
- No trudno - westchnął Claude. Jego kciuk na moment zawisł nad rozświetlającym ekran numerem Cosmo. - Chodź, przysiądziemy tam na przystanku.
Z uniesionego do ucha telefonu dało się słyszeć parę przeciągłych sygnałów połączenia wychodzącego. Potem w słuchawce zatrzeszczało jego imię - Claude? - na tle muzyki i prowadzonych w oddali rozmów.
- Cosmo? Cześć Cosmo, co tam? Jak ci mija wieczór? Dobrze? To fantastycznie. Fantastycznie - zaświergotał Claude, nerwowo odgarniając włosy z czoła. Uśmiechnął się do Ralfa, ale w tym uśmiechu kryło się wołanie o pomoc. - Nam też, nam też... Dlaczego dzwonię? Po prostu... Gdybyś planował wracać Uberem, mają jakąś awarię. Taaak, awarię. Odrzucają wszystkie przejazdy. Już zbieraliśmy się do domów, ale, no właśnie, ta awaria, a najbliższy autobus jest po siódmej i... Tak, dobrze, zaraz wyślę ci lokalizację, no już, już wysłałem. - Cisza. - Pięć minut? Okej, to do...
Cosmo rozłączył się.
- ... zobaczenia.
Claude powoli wypuścił powietrze z ust i chwytając się pod boki uśmiechnął do Ralfa.
- Będzie za pięć minut. Pięć - w jego głosie, choć roześmianym, przebrzmiała histeria. Ponownie zaczesał do tyłu swoje ciemne włosy i z dłonią nad czołem rozejrzał się dookoła, jakby już wtedy spodziewał się zobaczyć nadjeżdżający z któregoś końca ulicy samochód. - Muszę cię uprzedzić, że on... On może być bardzo wkurwiony. Przyjedzie tu, ale-
- Jak bardzo? - dopytał Ralf, ale Claude tylko pokręcił ze śmiechem głową. - Będziesz miał przez to problemy?
- Nie, to znaczy może trochę, nie wiem. Nie wiem - Claude wzruszył ramionami. - Przejdzie mu, więc się nie martw, to nic takiego, tylko on może być teraz dosyć... ciężki w obyciu.

- Co ty sobie wyobrażałeś? - Gdy tylko miękko trzasnęły za nimi drzwiczki auta, Cosmo obrócił się do nich na siedzeniu pasażera. - Czy ty masz pojęcie, co mi przerwałeś? Nie odpowiadaj - czy ty masz pojęcie...? Środek nocy, praktycznie poranek, a ty: awaria! Jest problem! Cosmo, pomóż! Cosmo to, Cosmo tamto, bawiłem się wyśmienicie, dziękuję, że zapytałeś, to takie miłe, że w tym wszystkim zatroszczyłeś się też o mnie, ty pieprzony egoisto. Co tam u mnie? Czy bawię się dobrze? Bawiłem! - Żachnął się Cosmo. - I bawiłbym się jeszcze lepiej, ale nie: awaria! Pół nocy nad nimi pracowałem, przyznaj, Lou, tam był potencjał...
Lou, któremu drogą losowania przypadła tego dnia rola stroniącego od alkoholu i pozostałych używek kierowcy, przytaknął, już wówczas powstrzymując śmiech.
W lusterku zerknął na tylne siedzenia, gdzie z rumianych twarzy dwójki dzieciaków - bo to były dzieciaki - stopniowo odpływała krew.
- ...był potencjał! - Powtórzył gromko Cosmo, wybijając te słowa palcem we wnętrzu swojej dłoni. - Ale wy, jak widzę, bawiliście się świetnie. Mieliście okazję zobaczyć się w lustrze, czy byliście zbyt zajęci pieprzeniem się w kiblu? Bądź tak miły, Claude, i przynajmniej wytrzyj tę spermę z twarzy, zanim się odezwiesz.
Claude odruchowo dotknął swojego policzka - czystego, choć wtedy obaj dali się nabrać, bo Ralf sam zdążył obrócić go za brodę i z powątpiewaniem przyjrzeć się jego pobielałej skórze.
Lou nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
Cosmo oskarżycielsko wymierzył w nich palec. Gdy machał nim przed ich twarzami, na jego nadgarstku grzechotała bransoleta zegarka.
- Czy wy się chociaż zabezpieczacie?
- Nie było potrze-
- Nie było potrzeby? - Cosmo przedrzeźnił Claude'a zanim ten zdążył dokończyć. - Nie było potrzeby? Pół mordy w spermie, a ten: nie było potrzeby! Czy ty to słyszysz, Lou? Ja pierdolę.
Ralf nachylił się do Claude'a.
- Przysięgam, że jestem czysty - szepnął ochrypłym głosem, jakby chociaż to mogło go uspokoić, dziwnie cichego, bladego jak nigdy i spiętego tak, że pod przytrzymującą jego nogę dłonią Ralf czuł jej drżenie.
Cosmo to usłyszał.
- Mam ci pogratulować? - Spojrzał na Ralfa w lusterku i z szyderczym śmiechem zwrócił się do Lou. - Jestem czysty, ty słyszysz? Ten gówniarz już musi się badać. Pewnie regularnie? Cudownie. Od razu jestem spokojniejszy - wyszczerzył zęby. - Ty jesteś Rolf?
- To Ralf - poprawił go Claude. - Ma na imię Ralf.
Cosmo machnął na to dłonią.
- Daj mi numer swojej matki. Ojca. Kogokolwiek.
Oczy Ralfa otworzyły się szerzej. Spojrzał na Cosmo, jakby się przesłyszał.
- Numer do rodziców - powtórzył Cosmo. - W tej chwili.
Ralf spojrzał na Claude'a.
- Cosmo, on- - Spróbował odezwać się Claude.
Cosmo ponownie dokończył jego zdanie jako pierwszy.
- On na kilometr jebie szlugami, alkoholem i seksem. Ty też, cukiereczku. Rodzice będą zachwyceni jak go takiego zobaczą. Czy oni chociaż wiedzą, gdzie ty byłeś?
Ralf przytaknął powoli. Cosmo westchnął ciężko. Kręcąc głową - trochę karcąco, trochę z niedowierzaniem - sięgnął po telefon i podał go Claude'owi, chociaż to do Ralfa odezwał się ponownie.
- Mówią po francusku?
- Mama mówi - potwierdził Ralf.
- Claude - Cosmo obrócił się, tym razem mówiąc bez gniewu, a ze straszniejszym od niego spokojem w głosie. - Napisz jej, że nocuje u nas. Tylko mi to przeczytaj, zanim podpiszesz się jako ja. I zostaw jej adres. Zrozumiałeś?
- Tak, Cosmo.
- Ty też - Cosmo znów wbił wzrok w Ralfa. - Masz do niej napisać, albo do ojca, jak wolisz. Że jesteś z nami, masz się dobrze i wrócisz rano.

Edytowane przez Choo dnia 03-09-2022 11:23
 
Choo


- DZIEŃ 5 -
- poranek-


Tu sais que je suis pas comme eux
Mais j'sais que t'es pas comme elles
Du mal a dire je t'aime
Pour moi c'est pas commun








Błagający wzrok Ralfa powstrzymał Claude'a przed wystukaniem pierwszych słów wiadomości na trzęsącym mu się w dłoniach telefonie Cosmo. Trafianie w klawiaturę i tak miało nie przyjść mu łatwo - częściowo przez nerwy, częściowo przez wyboistości nieremontowanej drogi, częściowo przez fakt, że wypił wystarczająco dużo, aby jego palce nie były w stanie znaleźć właściwych liter.
Ralf i Claude spojrzeli na siebie, oświetleni ekranami na pustym i ciemnym odcinku szosy. Wreszcie to Ralf odchrząknął.
- Myślę, że... - urwał, ale podjął ponownie. - Myślę, że nie ma potrzeby niepokojenia moich rodziców - odezwał się cichym i ochrypłym od przekrzykiwania muzyki głosem.
- Tak? - Zainteresował się Cosmo. - To jak ty sobie wyobrażałeś ten powrót?
- Mówiłem im, że wrócę późno lub nad ranem.
- W tym stanie? W tym stanie?
- Nie chcę ich budzić. Mogę po cichu wrócić do swojego pokoju. Nie zorientują się.
- Nie zorientują - powtórzył za nim Cosmo. - Oczywiście, bo będziesz cicho. To może by się nawet udało, aniołeczku, gdybyś nie jebał jak pierdolona gorzelnia. Słyszałem tę uwagę, Claude, nie myśl sobie, że nie. A ty, Ralf, bądź grzecznym chłopcem i napisz rodzicom, że u nas nocujesz. Masz na to dwie minuty. Dwie - i ani jednej więcej. Potem odwozimy cię pod dom, wduszamy ten klakson i przytrzymujemy go tak długo, aż twój pierdolony dziadek z Wehrmachtu zmartwychwstanie i osobiście cię odbierze.
Ralf zaniechał prób odręcznego napisania tej wiadomości. Kiedy dyktował ją po niemiecku w uniesiony pod brodę telefon - ...ich übernachte... - Claude, starając się oddychać spokojnie, wrócił do pisania własnej.
- Wysłana? - Upewnił się Cosmo, kiedy usłyszał, że Ralf zamilkł. Zobaczywszy ją na pokazanym mu ekranie przytaknął. - Dobry chłopiec. A ty, Claude? Gotowa?
Również Claude musiał odchrząknąć. Obaj zdążyli ochrypnąć i brzmieli jak stare, trzeszczące nagrania własnych głosów - trochę jakby ponownie przechodzili mutację, trochę jakby zdarł je czas.
- Szanowna pani - zaczął czytać. - Zważywszy na późną porę, ze względów bezpieczeństwa, odbierając mojego bratanka - Claude'a - oraz Ralfa z Marsylii podjąłem decyzję o przenocowaniu pani syna w naszym domu przy...
Cosmo przytakiwał, wsłuchując się w treść wiadomości.
- ...życzę spokojnej nocy, Cosmo Bailly.
- W życiu bym tak nie napisał. Jest idealna. Możesz wysłać.
Ekrany zgasły. Cosmo sięgnął po swój telefon i upewniwszy się, że Daniela została poinformowana o tym, co Claude nazwał w treści "zaistniałą sytuacją" - jak kontrolnie przeczytał - wreszcie odetchnął i na moment zamknął przekrwione oczy.
Wciąż powstrzymując śmiech Lou pokręcił gałką przyciszonego dotąd radia. Zanim Cosmo pozwolił muzyce ukoić swoje nerwy, jeszcze raz obejrzał się na Ralfa i Claude'a z przyganą, jak gdyby patrząc na ich porozumiewawcze uśmiechy, roziskrzone oczy i ponownie nabiegłe krwią policzki wcale nie zobaczył w ich miejscu samego siebie - młodszego, tego, który spędzał sen z powiek Liny i Quentina.
- Moje dwa aniołeczki - zacmokał z przekąsem. - Dwa cukiereczki. Dwie, pieprzone, owocowe landrynki. Ty uwierzysz, Lou, że wczoraj był tylko jeden? Chciałbym zdążyć wypić tyle, bym mógł powiedzieć, że tylko dwoi mi się w oczach, ale przez tego gnoja nie miałem nawet szansy.
Upewniwszy się, że Cosmo odpuścił, Claude przysunął się do Ralfa.
- Ej, a z tym dziadkiem z Wehrmachtu... - zagadał do niego szeptem. - To dlatego u was jest zimno jak w kostnicy? Wozicie go ze sobą wszędzie w trumnie? Ile kosztuje taki - dosyć niestandardowy, sam przyznasz - bagaż rejestrowany?
Klepnięty w udo uśmiechnął się i mimo wszystko nachylił bliżej Ralfa, którego ustami ponownie - pod zasiekami tych ostrych spojrzeń Cosmo, w przerwanym ogniu jego słów - zaczął czołgać się uśmiech.
- No powiedz mi, Ralf, w którym on leży pokoju? Pewnie co wieczór ciągniecie słomki żeby ustalić, kto będzie domykał wieko trumny jeśli on znów zacznie hajlować? Ręka w górę - dyskretnie zademonstrował Claude - i znowu słychać tylko to potworne skrzypienie jej zawiasów. Coś okropnego.
Ralf poprawił się na tylnym siedzeniu i sam przybliżył usta do jego ucha.
- Śmiałe założenie, że przy tym, jak często to robi, nie mamy ustalonego grafiku - szepnął Claude'owi. - Ja go pilnuję w poniedziałki - przytaknął przekonująco, zupełnie jak wtedy, gdy wmawiał Victorii, że będzie musiał zostawić ją w sklepie. - I w co drugą środę.
Powstrzymali śmiech, ucięty kolejnym spojrzeniem Cosmo patrzącego na nich z lusterka, ale i on - już spokojniejszy - uśmiechnął się samym kącikiem ust.
- To Moritz chyba nie pełni dzisiaj dyżuru. Dzisiaj ma inne... - Claude znów lekko uniósł trzymaną na kolanach rękę, ale Ralf przytrzymał ją własną.
Oparci jeden na drugim znów spletli ze sobą dłonie. Na ich nadgarstkach dalej świeciły się fluorescencyjne bransoletki - tylko nieco bledziej, niż dotychczas.
Nucąc pod nosem tekst lecącej akurat piosenki Cosmo jakiś czas kiwał palcem w rytm jej melodii, przerywanej tylko monotonnym głosem lektora GPS: za - czterysta - metrów skręć lekko w prawo. Potem, przymknąwszy opadające powieki na sekundę zbyt długo, musiał przysnąć - bo kiedy otworzył je ponownie i spojrzał na Ralfa i Claude'a w lusterku, wydało mu się, że to nie ich tam zobaczył.
Przez tę nieskończenie krótką chwilę, w której poczuł na sobie spojrzenie obcych - choć jakby znajomych - oczu, błyszczących z samego środka dwóch cienistych sylwetek na tylnych siedzeniach, miał wrażenie, że obok człowieka, który już tylko przypominał Ralfa, widział siebie. Chciał zobaczyć co szpeciło tę skrytą w ciemności twarz - jakby jego własną, choć nie do końca - lecz gdy tylko zerknął przez ramię, omiotło ich oślepiająco białe światło nadjeżdżającego z naprzeciwka samochodu.
Czołowe zderzenie z potworną jasnością.
Lou wcisnął klakson.
Cosmo poderwał na siedzeniu, jakby wyrwany ze snu. Zobaczył dwóch nastolatków, blondyna i bruneta - splecione ręce, zamknięte oczy. Ralf rozchylił je tylko na moment - miał siedemnaście lat, był szczęśliwy, a pod językiem czuł drut aparatu retencyjnego.
- Co za kretyn nie przygasza... - Cosmo usłyszał głos Lou, który też zmrużył oczy.
Obrócony do tyłu Cosmo przez chwilę patrzył na Ralfa i Claude'a - przysypiających nastolatków, bratanka i jego chłopaka - aż z wciąż walącym sercem rzucił się znów na fotel. Nie mogło opuścić go wrażenie, że coś było nie tak, to samo, które towarzyszyło z rzadka nawiedzającym go koszmarom.
Było tak, jakby nie do końca wybudził się z jednego z nich.
Nagle zdał sobie sprawę, że w głośnikach od jakiegoś czasu było słychać tylko pusty szum eteru oraz niepokojące trzeszczenie, jak w wykrywającym promieniowanie liczniku Geigera.
Cosmo dwukrotnie uderzył dłonią o radio, chcąc to ukrócić.
- Pogięło cię? - Lou przegonił jego rękę z deski rozdzielczej. - Wjechaliśmy na wzgórze. Ono zawsze traci tu sygnał. Zaraz wróci.
Paręset metrów dalej szum radia ponownie zaczęły przytykać fragmenty melodii, aż ta, jeszcze kawałek dalej, na dobre popłynęła z głośników. Miejsce docelowe, odezwał się lektor GPS, jest po prawej stronie.

Hamowanie delikatnie wyszarpnęło ich z półsnu, ale nawet skrzypnięcie zaciągniętego hamulca, ani szczękanie rozpinanych pasów nie zachęciło ich do szerszego otwarcia przymrużanych raz za razem oczu.
Cosmo pstryknął palcami tuż przed ich nosami, raz, drugi i trzeci. Bransoleta jego zegarka znów zagrzechotała na jego nadgarstku.
Spojrzeli na niego, najpierw sennie, potem przytomnie, natychmiast ocuceni - jakby rzeczywistość, do której ich tym samym ściągnął, chlusnęła im prosto w twarz wszystkimi swoimi dźwiękami i żółtym światłem żarówki.
- Budzimy się, raz dwa, jeden z drugim - Cosmo ponaglił ich donośnie. - Idziecie teraz prosto pod prysznic, osobno, słyszysz, Claude? Osobno - przesylabizował. - Pozabijacie się w tym stanie. Rozumiesz, co do ciebie mówię?
- Tak, Cosmo.
- Te ubrania idą do pralki - wskazał brodą na ich pogniecione koszule. - Daj mu coś do spania. Nastawisz pranie i idziecie prosto do łóżka, rano będziecie martwić się ich suszeniem. I żadnego - słyszysz? - żadnego seksu.
- Cosmo...
- Żadnego, kurwa, ruchania za moją ścianą. Jesteście najebani - mówiąc to znów uderzał dłonią o dłoń, jakby kroił te zdania na pojedyncze słowa. - Jeżeli usłyszę chociaż skrzypnięcie twojego łóżka, chociaż jedno, jebane, stuknięcie jego ramy o ścianę, jedziesz prosto do Tuluzy. Rozumiesz?
- Rozumiem.
Trzask zamykanych drzwiczek.
- Idziecie grzecznie spać, jeden z drugim, z rączkami na kołderce. Przysięgam ci, Claude, że sprawdzę, a jeśli pokusi cię, aby przekręcić klucz w drzwiach sypialni, to obiecuję, że obudzisz się już u rodziców. I nie obchodzi mnie, że Uber ma awarię: obudzisz się w jebanej Tuluzie, choćbym miał samodzielnie naprawić ich zasrane serwery. Rozumiemy się?
- Tak, Cosmo.
Szczęk klucza w zamku.
- To dobranoc. I nie żartuję: sprawdzę, a jeśli myślisz, że coś mnie powstrzyma przed zajrzeniem wam pod pościel, to się mylisz. Widziałem gorsze rzeczy, więc dobrze ci radzę: nie pozostawiaj mi żadnych - żadnych - wątpliwości. Ręce na kołdrze.
Uginające się pod ich ciężkimi krokami schody na piętro trzeszczały tak, jakby za którymś razem ich drewno miało pęknąć na dwoje.
Odprawiwszy ich Cosmo skierował się z Lou do kuchni.
- A ty, Lou? - Usłyszeli jeszcze jego odległy głos. W oddali mlasnęły uszczelki otwieranej lodówki. - Może jakieś piwko w ogrodzie za tę całą fatygę?
Kiedy dotarli na górę, przepuściwszy Ralfa w progu Claude ostrożnie zamknął za sobą drzwi swojego pokoju. Oparł się o nie plecami i dopiero wtedy spojrzeli sobie w oczy, nadal szeroko otwarte.
Odetchnęli z ulgą i cichym śmiechem, jakby właśnie wymknęli się samej śmierci.
- Kurwa, przepraszam cię za niego - Claude znów nerwowo odgarnął włosy.
- Może jednak byłoby lepiej, jakbyśmy wrócili z moim ojcem. On przynajmniej nie odezwałby się słowem przez całą drogę. Ani jednym. Cosmo tak zawsze?
- Jak się wkurwi - przytaknął Claude. - Ale nie wiem co by było gorsze, milczący gestapowiec czy ten terrorysta. Sama, jebana, Al-Ka'ida.
Zaśmiali się cicho, aż przetoczyli się po ścianach pokoju Claude'a tak, że znów stanęli naprzeciwko siebie. Ralf uczepił się dłońmi kołnierza jego koszuli; Claude zahaczył palcami o krawędź jego spodni; roztrzęsione nerwowym śmiechem oddechy splotły się ze sobą między ich twarzami.
- Takiego potulnego cię jeszcze nie widziałem. Podobno nie przyjmujesz rozkazów - zauważył Ralf i szeptem przedrzeźnił Claude'a, na moment przyciągając go bliżej: - Ja nie reaguję na komendy... Dobrze, Cosmo. Tak, Cosmo. W porządku, Cosmo.
- Z terrorystami się nie dyskutuje - Claude wzruszył lekko ramionami. - Jestem tu na jego łasce i niełasce, a musisz zrozumieć, że on nie żartował z tą Tuluzą. I nie dysz mi tak w szyję, proszę, bo-
Zaśmiali się miękko. Ralf oderwał dłonie od jego miętolonej między palcami koszuli, ale spłynął nimi w dół jego ramion tak, że chwilę później trzymali się luźno za zwisające wzdłuż ciała ręce.
Claude podniósł na niego opuszczony na moment wzrok.
- Poszukam ci zaraz jakiejś piżamy. I Ralf...
- Tak?
Claude nachylił się do jego ucha.
- Bądź grzecznym chłopcem i wrzuć to wszystko do pralki - tym razem to on przedrzeźnił Cosmo.
Obaj powstrzymali śmiech.
- Nie do końca o to mi chodziło, kiedy mówiłem, że zrobiłbym wiele.
- Nie...? - Claude przechylił głowę, ale po chwili puścił Ralfa, by otworzyć drzwi szafy. Obejrzał się na niego grzebiąc wśród poskładanych ubrań. - Już myślałem, że to na taki finał tej nocy skrycie liczyłeś. Nazwał cię dobrym chłopcem, Ralf. Masz nawet jego numer, no prawie, musiałbyś tylko zapytać o niego mamę. Tu masz piżamę. - Podał Ralfowi podkoszulek i szorty. - Do łazienki chyba już trafisz? Twój ręcznik powinien gdzieś tam wisieć.

Samemu wziąwszy prysznic Claude wrócił do pokoju, jeszcze po drodze dosuszając umyte włosy ręcznikiem, który byłby przewiesił przez krzesło, gdyby widok Ralfa nie sprawił, że przekroczywszy próg zaraz mimowolnie przystanął.
Kiedy leżący na jego łóżku Ralf oglądał się na niego przez ramię - nagie, kościste i muskularne zarazem, z bielą jego skóry przeciętą tylko przez czarne pasmo podkoszulka - Claude zrozumiał, że w jego miejscu równie dobrze mogła leżeć ubrana w samą bieliznę dziewczyna. Niespodziewanie pojął, że te dwa obrazki - chłopak w podkoszulku, dziewczyna w staniku - miały na niego dokładnie ten sam wpływ, że stał pomiędzy nimi jakiś rodzaj znaku równości, ale kiedy Ralf pytająco uniósł brwi, Claude zaraz otrząchnął się z zamyślenia.
- Myślałem, że będziesz już spał.
Odwiesił ręcznik.
- Co ty, nie dam rady - Ralf przesunął się, robiąc mu miejsce na łóżku.
- Dlaczego?
Ale Claude, zbyt odważnie rzuciwszy się na materac, natychmiast zrozumiał przyczynę tej odpowiedzi. Poderwał się z poduszki, bo kiedy tylko ugięła się pod nim jej pierzyna, poczuł zawrót głowy tak silny, że niemal przyprawiający o mdłości.
- Dlatego - pokrzepiająco uśmiechnął się Ralf i jeszcze kiedy Claude podnosił się do siadu, oparł jego poduszkę o ścianę i uklepał jej pierze dłonią. - Usiądź. Zaraz ci przejdzie. Wszystko okej?
- Tak. Tak, tylko - Claude zakręcił palcem w powietrzu, obrazując to wirowanie, które czuł pod czaszką. Coś kotłowało się w niej jak ich ubrania w nadal pracującej pralce. - Tylko mi się zakręciło.
Śladem Ralfa oparł plecy o poduszkę i tył głowy o chłodną ścianę. Zrównawszy się z nim spojrzeniem uśmiechnął się blado, zanim na moment spuścił wzrok.
- Pewnie trochę inaczej to sobie wyobrażałeś.
- Ale co?
- Tę noc - Claude przewrócił oczami. - Chyba zdążyłeś przywyknąć do czegoś innego. Normalnie wróciłbyś z kimś, przespalibyście się, potem poleciałbyś się przebadać, a zamiast tego masz... Mnie i tego terrorystę za ścianą.
Ralf nadal patrzył na niego zdziwiony, jakby potrzebując czasu na zrozumienie wszystkiego, co właśnie usłyszał. Prawie wstrzymał przez to oddech.
- Claude... - poprawił się wreszcie na swoim miejscu i podważył jego brodę tak, by Claude uniósł na niego spojrzenie ciemnych i zupełnie niepotrzebnie posmutniałych oczu. Ralf uśmiechnął się do niego łagodnie. - Przecież gdybym wolał tak ją spędzić, to by mnie tu nie było. Naprawdę chętniej przesiedziałbym tak z tobą choćby i całą noc, niż pieprzył się teraz z kimkolwiek innym. Poza tym... Ja naprawdę chciałem tylko miło spędzić z tobą ten czas. Nawet nie liczyłem, że do ciebie wrócimy, a teraz oprócz własnej szczoteczki i ręcznika mam tu nawet... Piżamę - zaśmiał się miękko, pociągając za materiał podkoszulka.
- Po prostu już myślałem, że może gdyby nie Cosmo, to, no wiesz.
- Ale on ma rację. To byłby kiepski pomysł. On naprawdę wiedział, co mówił, chociaż w życiu nie spodziewałem się usłyszeć, że czuć ode mnie... Seksem. Gdy się umyłem zrozumiałem, że z tą gorzelnią i fajkami to prawda, ale to? To coś nowego.
Claude poczuł, jak linię jego ust wreszcie przełamał cichy, powstrzymywany śmiech.
- Chyba wiem, co miał na myśli - przyznał po chwili. - Ale ty zazwyczaj tak pachniesz. Saint Laurent i seks.
- Chyba ci to nie przeszkadza...?
- Nie. Lubię ten zapach - Claude znów spuścił wzrok i przyjrzał się swoim rękom, nerwowo skubiącym sznurki ściągacza własnych bokserek.
Oczy Ralfa podążyły za jego spojrzeniem. Wyciągnął do Claude'a otwartą dłoń i kiedy ten zdecydował się ją chwycić, pogładził wierzch jego własnej kciukiem.
- Wiesz, z tymi badaniami...
- Zapomnij, że to powiedziałem - Claude mu przerwał. - To nie miało zabrzmieć tak kąśliwie. Po prostu mam to teraz gdzieś w tyle myśli i- Samo mi się wyrwało.
- Może nie powinienem był z tym przy nim wyskakiwać - Ralf uśmiechnął się lekko, po raz pierwszy jakby zawstydzony. - Ale nie chciałem, żebyś na domiar złego zaczął martwić się tym, czy nie powinniśmy byli być... Ostrożniejsi. Po prostu widziałem, jaki byłeś spięty, i bałem się, że to tylko pogorszyłoby sytuację. Masz o mnie wystarczająco fatalne zdanie i jak połączyłem to, co o mnie myślisz, z tym, co zasugerował Cosmo- Wolałem ci powiedzieć, żebyś się tym nie przejął.
Claude pokiwał głową i odgarnął w tył skręcające się od wilgoci włosy, które przez ten ruch posypały się mu na czoło. Ze słabym uśmiechem przyjrzał się Ralfowi: własnym szortom na jego nogach, swojej ręce splecionej z jego własną, czarnemu podkoszulkowi, temu złotemu łańcuszkowi, którego Ralf zdawał się nie zdejmować nawet do snu, jego łagodnemu uśmiechowi, oczom, których spojrzenie graniczyło z przepraszającym i złotym, mokrym lokom.
- Nie myślę o tobie źle - wyjaśnił Claude, przeczesując jego włosy. - Przecież wiesz, że cię nie oceniam, tu zresztą nie ma nic do oceniania.
- Uznałeś, że Moritz to mój sugar daddy - Ralf zaśmiał się lekko na wspomnienie tamtej sugestii. - Najdosłowniej w świecie byłeś gotów urządzić sobie ze mną całą rozmowę na ten temat. Byłeś... Może nie wściekły, ale zdenerwowany, trochę zły.
- Ale nie na ciebie - zarzekł się Claude. - Ralf, nie na ciebie, przysięgam. Po prostu... Nie chcę, żeby to zabrzmiało źle, ale myśl, że on mógł cię- Że ktokolwiek cię wcześniej- Że ty się już... Badasz, a ja- - Claude zrezygnował z prób ubrania tego w słowa i zamiast tego z przepraszającym uśmiechem wzruszył poddańczo uniesionymi rękoma.
- Wolałbyś, żebym nie musiał się badać.
- Tak, to znaczy nie... Może trochę. Po prostu... Ty już do czegoś przywykłeś, a dla mnie to wszystko jest tak strasznie nowe, że nawet nie wiem już co myślę i czuję. Bierze mnie agresja, gdy ktoś się za tobą ogląda, albo ty za kimś, do tego stresuje mnie myśl, że mógłbyś być... Rozczarowany, bo masz już jakiś punkt odniesienia-
- Claude - jeszcze z jego imieniem w ustach Ralf znów obrócił go do siebie tak, aby spojrzał mu w oczy. - To zabrzmi trochę dziwnie, jeśli mi przerwiesz, więc daj mi rozwinąć myśl, zanim coś wtrącisz. Nigdy w życiu nie czułem się źle z tym, że przespałem się z taką... Liczbą osób. To nie jest powód ani do wstydu, ani do dumy, ani coś, czym bym się przechwalał, ani coś, co bym ukrywał, szczególnie przed tobą, bo cię lubię, tak naprawdę bardzo, i chcę być z tobą szczery. Ale teraz po raz pierwszy jest mi z tym trochę głupio, bo mam wrażenie, że to niesprawiedliwe - tak względem ciebie, bo jestem w stanie wyobrazić sobie, że ta myśl może cię zwyczajnie męczyć. Mnie by męczyła, a ona- Ona nie męczyła mnie wcześniej, z kimkolwiek, bo po prostu mnie to nie obchodziło. A z tobą... To też jest dla mnie coś nowego. Wiesz, już wcześniej zauważyłeś, że czasem... Wzdycham na same pocałunki lub zwykły dotyk - zaśmiał się krótko i cicho, czując gorąc rozlewającego się po policzkach rumieńca. - Ale to nie do końca dlatego, że nikt mnie tak nigdy nie całował, albo nie dotykał. To dlatego, że robisz to... Ty. A ja- Ja tak strasznie cię lubię, całego. Dlatego na twoim miejscu zupełnie bym się nie martwił tym, że może już do czegoś przywykłem. Bo to też jest dla mnie... Nowe. Zupełnie.
Claude jeszcze przez chwilę patrzył na Ralfa w milczeniu, od jakiegoś czasu słuchając go z tym samym łagodnym uśmiechem, z którym to mówił. Spojrzał na ich złączone ręce i ścisnął jego dłoń odrobinę mocniej.
- Też cię lubię. Może to byłoby łatwiejsze, gdybym nie lubił, a przynajmniej nie aż tak bardzo, ale na to nie mamy już żadnego wpływu - uśmiechnął się szerzej po raz pierwszy od dłuższej chwili. - W innym wypadku bym się tak nie przejmował, a z tobą... Po prostu chcę, żebyś był zadowolony, ale to nie będzie twój pierwszy raz i-
- W pewnym sensie będzie - poprawił go Ralf. - Bo to będzie pierwszy raz z kimś, kto jest moim chłopakiem - lekko uniósł ich złączone ręce, aż te znów opadły na pościel. - Wiesz, zrozumiem, jeżeli tylko żartowałeś i nie mówiłeś tego na poważnie-
- Mówiłem poważnie - przerwał mu Claude. - Mówiłem poważnie, serio, chyba że jednak nie chcesz, ale to byłby dobry moment, żeby mnie o tym poinformować. Wtedy rzeczywiście musiałbym obrócić to w żart żeby wyjść z tego z twarzą, ale wolałbym-
- Nie, nie obracaj. Naprawdę chcę.
- No to naprawdę nim jestem - kolejny szerszy uśmiech.
Przyjrzeli się sobie, obaj z wrażeniem, że to za sprawą grawitacji cala krew spłynęła im do zaczerwienionych od jej nagłego napływu twarzy - jakby ściana, o którą wspierali głowy, zamieniła się miejscem z podłogą. Kiedy na siebie patrzyli ten pozorny obrót świata o równe dziewięćdziesiąt stopni, jak przekręcenie jednego z poziomów kostki Rubika, był na tyle odczuwalny, by mieli wrażenie, że jeszcze chwila, a opadające im na czoła włosy rozsypałyby się dwiema aureolami - jasną i ciemną - wokół ich głów.
Ralf pogładził Claude'a po policzku, aż zerknąwszy kontrolnie na drzwi obaj zsunęli się na poduszki, mimowolnie nasłuchując kroków na korytarzu pomiędzy paroma wymienionymi wtedy pocałunkami, wolniejszymi i słodszymi niż poprzednie.
Twarz przy twarzy spojrzeli sobie w oczy. Tym razem to Ralf spuścił wzrok.
- Poza tym... - odezwał się po chwili milczenia. - To nie tak, że nie masz punktu odniesienia. Ty też zdążyłeś do czegoś przywyknąć.
- Do czego?
- Do dziewczyn - Ralf wypowiedział to na głos z niechęcią, na moment uciekając wzrokiem w bok. - Przecież to do nich będziesz mieć porównanie. Możesz jeszcze uznać, że pewne rzeczy wolisz robić tylko z nimi. Może nawet trochę liczysz, że będzie jak ze mną i Ritą i jeszcze się okaże, że to nie dla ciebie, i to w porządku, jeżeli chciałbyś to ze mną tylko sprawdzić-
- Teraz to ty odleciałeś - przerwał mu Claude. - Ralf, ja... Nic nie sprawdzam. Okej? Nic nie sprawdzam, już nie. Już prędzej boję się, że- Że to może zadziałać w drugą stronę. Że będzie - nie wiem - lepiej, niż dotąd z dziewczynami. To zdążyło trochę namieszać mi w głowie już wcześniej, ale może to również kwestia tego, że chodzi akurat o... Ciebie.
Ralf uśmiechnął się lekko.
- Mówiłem ci, że po prostu bardzo się staram. Też chcę, żebyś był zadowolony. Nie chciałbym cię rozczarować, albo znowu skończyć z wrażeniem, że jakkolwiek bym nie próbował, pod pewnymi względami nadal nie zastąpię... Dziewczyny.
- ...jesteś o nie zazdrosny?
Ralf spuścił wzrok, musząc chwilę zastanowić się nad odpowiedzią.
- Trochę - przyznał wreszcie. - To nie do końca tak, że o nie. Bardziej zazdroszczę... Im. To trochę frustrujące, że czasem niezależnie od tego, jak bardzo bym się nie starał, w ostatecznym rozrachunku i tak przegrywam z kimś kto... Po prostu ma- - Spojrzał w dół, aż poczuł, jak własna broda niemal wbiła mu się w mostek i z lekkim śmiechem położył obie dłonie na swojej klatce piersiowej. - Nie jestem pewien, czy już zauważyłeś, ale tu nic nie ma.
- Nic...? - Claude zmarszczył brwi i sam zahaczył palcem o dekolt jego podkoszulka, aby zerkając przez jego krawędź spomiędzy zmrużonych powiek przyjrzeć się odsłoniętej tym samym skórze. Puszczony materiał odskoczył na swoje miejsce. - Ja tam widzę miły dla oka zarys mięśni. I całkiem podoba mi się ten widok. I ten... - powiódł palcem po jego boku, ale zaraz zabrał rękę. - I chyba pora, abym przestał udawać, że parę innych widoków mnie nie rusza, ale znając życie gdy tylko cię tam dotknę, te drzwi wyważy Cosmo.
Zaśmiali cię cicho.
- Nie musisz niczego zazdrościć dziewczynom - Claude wyjaśnił Ralfowi. - Nie musisz traktować ich jak konkurencji.
- Nie traktuję- Może trochę.
- Traktujesz - Claude przechylił głowę. - Tamto z tą z Rosji...?
- Gapiłeś jej się na biust.
- Nie gapiłem- Może trochę - powtórzył z rozbawieniem w ślad za Ralfem. - Może zdarzyło mi się zerknąć, raz lub dwa. Wiesz, ja... Tylko chciałem się upewnić, czy to też nadal mi się podoba. Albo czy nadal jestem w stanie... Poderwać to za duże słowo, bo naprawdę z nią nie kręciłem, ale rozumiesz, o co mi chodzi?
Ralf przytaknął.
- I jak? - Zapytał. - Wszystko dalej działa?
- Dalej działa - potwierdził Claude z lekkim śmiechem. - To głupie, ale wtedy trochę bałem się, że mogło przestać.
W nieśmiałym świetle jutrzenki wszystko było bladoniebieskie - jak pod wodą. Przez chwilę Ralf patrzył na niego w milczeniu, ale to Claude odezwał się pierwszy, ponieważ z drobnej zmiany w wyrazie jego twarzy sam zdołał wyczytać przyczynę tej ciszy.
- Wiem, że bałem się to słabe określenie. Bałem się tamtego, boję się tego, choć i to, i tamto, tak naprawdę sprowadza się do... Jednej rzeczy. Pracuję nad tym - podniósł wzrok na Ralfa, znowu uśmiechniętego, zarazem kojąco i sennie. - Chcesz się położyć?
- Jeszcze nie - Ralf pokręcił lekko głową. - Może za chwilę. Tobie już przeszło?
Claude kontrolnie przymknął oczy, ale zaraz odkrył, że nie powinien był tego robić. Zamrugał raptownie i podciągnął się w górę, aby na powrót oprzeć potylicę o ścianę. Ralf obrócił się na bok i wbiwszy łokieć w materac wsparł skroń na luźno zaciśniętej pięści. Przypatrywali się sobie zmęczonymi oczami, aż zerknąwszy jeszcze raz na drzwi Claude zapraszająco uniósł ramię.
- Chodź - szepnął i przygarnął do siebie Ralfa, tak aby ten mógł się na nim oprzeć.

Daniela przebudziła się za sprawą nieokreślonego ruchu w grafitowej ciemności ich sypialni, ale to szczęk wyciąganych z kieszeni kluczyków do auta - to uderzenie metalu o metal i metalu o plastik - kazał jej otworzyć oczy. Kiedy gdzieś obok miękko zaszeleściła bluza, którą Marzell wsuwał akurat przez głowę, jej dłoń po omacku odnalazła telefon na szafce nocnej.
Było późno - czy raczej: wcześnie. Tylko za sprawą ciężkich, zaciemniających zasłon w pomieszczeniu nadal panował ciemnoszary półmrok. Jasna linia pobrzasku od jakiegoś już czasu wypełniała przesmyk pomiędzy zaciągniętymi kotarami.
Światło ekranu padło na jej twarz, ale to nie sprawdzona godzina, a otrzymane wiadomości zaskoczyły Danielę na tyle, by ospale podciągnęła się na łóżku. Jedna z nich była od Ralfa. Drugą, podpisaną Cosmo Bailly, przysłał obcy numer.
- Marzell? - Daniela obróciła się na materacu. Marzell zerknął na nią spod przesuwanego skrzydła szafy, którą starał się cicho domknąć. - Jedziesz po Ralfa?
- Jeszcze nie wrócił?
- Nie - Daniela pokręciła głową i zmrużonymi oczami jeszcze raz spojrzała na otrzymane smsy. - Jest u Claude'a.
- To dlaczego mam po niego jechać? - Zdziwił się Marzell. Również jego głos był nadal zaspany. Daniela usłyszała jak jego suche dłonie powoli przesunęły po szczecinie zarostu, gdy ze zmęczonym westchnieniem przecierał oczy. - Pewnie już śpi.
- To gdzie ty się wybierasz?
- Do Marsylii.
- Po co?
Marzell wciągnął i wypuścił powietrze.
- Po kogo. - Wsunął na nogi sportowe buty i zawiązawszy je, z trzaskiem nierozruszanych stawów podniósł się z klęczków. - Moritz tam utknął.
Daniela zapaliła lampkę nocną, aby odnaleźć okulary. Dopiero w jej świetle cienista sylwetka w progu sypialni okazała się być Marzellem - gotowym do wyjścia, w czarnej bluzie i w tym samym dresie, w którym spał. Gdyby nie kluczyki, które trzymał w dłoni, wyglądałby jakby szedł pobiegać. Uniosła lekko brew.
- Wrócę za jakąś godzinę, może półtorej.
Przytaknęła na to dwukrotnie.
Kiedy Marzell ostrożnie zamykał za sobą drzwi ich sypialni, ona sama odpisywała na otrzymane wiadomości: Dziękuję i...
...najmocniej przepraszam Pana za kłopot, doczytał Cosmo, wsuwając się przez uchylone drzwi do pokoju Claude'a. Wcisnął telefon w tylną kieszeń spodni i chociaż cisza pozwoliła mu domyślić się, że zdążyli zasnąć, podnosząc na nich wzrok mimowolnie przystanął - nawet jeśli mgliście pamiętał, że już ich takich widział.
Ralf i Claude spali, przytuleni jeden do drugiego - jednocześnie jak przyjaciele i kochankowie; jak dzieciaki i dorośli. Cosmo uśmiechnął się pod nosem, już tylko z namiastką przekąsu, z jakim zrobiłby to jeszcze godzinę lub dwie temu.
Zostawił im przy łóżku przyniesioną przezornie miskę, butelkę wody i listek tabletek przeciwbólowych, pamiętając te wszystkie razy, gdy mu samemu ich zabrakło.

Claude spodziewał się zastać Cosmo w kuchni, ale mimo to posłane mu znad kubka spojrzenie wystarczyło, aby przekroczywszy jej próg przystanął i spuścił głowę, licząc, że kiedy podniesie ją ponownie, z jego oczu zniknie poirytowanie.
Tylko, że go dawno w nich nie było - to ich zwyczajny, zblazowany wyraz, jedynie nieco bardziej zmęczony niż zazwyczaj, można było uznać za nieprzychylny. I być może taki właśnie był, być może odprawiwszy Lou na wspomnienie tamtego powrotu w Cosmo znów wezbrało rozgoryczenie - cierpkie jak odbijające się piwo - ale i ono nie było czymś, na co nie pomogłaby zapita kawą tabletka. Prawda była taka, że gdyby zeszłej nocy spędził w towarzystwie godzinę lub dwie dłużej, obudziłby się w znacznie gorszym stanie - a tego poranka z miłym zaskoczeniem przypomniał sobie, że dzień można było zacząć bez kaca. To uczucie było niemal orzeźwiające. Przez ten urlop prawie zdążył zapomnieć, jak to było.
Ze zrezygnowanym westchnieniem Cosmo odstawił kubek na stół i oparłszy łokcie o blat beznamiętnie wskazał Claude'owi miejsce na stołku. Drewniane nogi zaszurały o posadzkę, kiedy Claude osowiale się do niego dosiadał, nadal unikając jego wzroku jakby z chwilą, w której ich spojrzenia by się spotkały, z ust Cosmo padłyby czekające go słowa reprymendy.
Cosmo milczał.
- Przepraszam, że zepsułem ci wieczór - odezwał się Claude, przerywając ciszę, ale Cosmo jedynie machnął na to ręką. - Po prostu naprawdę tam utknęliśmy i-
- Już nieważne - z westchnieniem przerwał mu Cosmo. - Dobrze się czujesz?
Claude przytaknął niemrawo.
- Ten twój kolega też?
- Tak, on... Rozmawia teraz z mamą - mówiąc to Claude obejrzał się na próg kuchni, jakby lada moment spodziewał się go tam zobaczyć.
Przechyliwszy głowę Cosmo zauważył, jak pod blatem Claude nerwowo bawił się splecionymi ze sobą dłońmi, nadal patrząc wszędzie, tylko nie w jego oczy.
- Naprawdę nie wnikam, co robiliście w nocy - postanowił go uspokoić. - Cokolwiek tam się działo, nic nie słyszałem.
- Bo... - Claude podniósł na niego wzrok. - Tam nic się nie działo.
- Nie musisz mi ściemniać - Cosmo zmarszczył się lekko, ale zaraz pytająco uniósł jedną brew. - Naprawdę? Nic...? Trudno mi uwierzyć, że wystarczyło na was trochę pokrzyczeć, aby wybić wam ten pomysł z głowy.
- Ale to nie dlatego - westchnął Claude, uciekając spojrzeniem w bok.
- Nie dlatego - powtórzył za nim Cosmo. - Więc o co chodzi?
- Nie wiem - Claude wzruszył ramionami, jakby nie miał właściwej odpowiedzi na samym końcu języka. Kolejne spojrzenie Cosmo zmusiło go do jej udzielenia. - Trochę się tym stresuję, i tyle. On jest... Bardziej doświadczony. Boję się, że mnie wyśmieje.
Tym razem to Cosmo westchnął.
- Dlaczego miałby cię wyśmiać? - Zapytał spokojnie. - Zdążyłeś obiecać mu nie wiadomo co i teraz boisz się, że nie urośniesz do tych oczekiwań?
Znał Claude'a. Mniej więcej tego by się po nim spodziewał - przecież w ten sam sposób zachowywał się niegdyś sam.
- Nie, ja- Może trochę tak, ale on wie, że ja jestem... Mniej. Rozmawialiśmy już o tym i o całej reszcie.
- Rozmawialiście - więc w czym problem? Przeszkadza mu to?
- Nie.
- Wywiera na tobie jakąś presję?
- Nie - Claude pokręcił głową. - Nie, w ogóle, on... Jest cierpliwy, bardzo, ze mną i ze... Wszystkim. Zwyczajnie nie chciałbym, żeby był zawiedziony.
Cosmo przyjrzał mu się i ponownie westchnął.
- Lubisz go?
- Tak.
- A on ciebie?
- Też.
Cosmo spojrzał na niego wymownie.
- Nie masz czym się martwić. Lubicie się - to najważniejsze. Skoro rozmawialiście, powinien wiedzieć, czego się spodziewać. Nie wyśmieje cię. A gdyby wyśmiał... - Cosmo rozejrzał się i przez chwilę wydawało się, że gdyby w zasięgu jego wzroku znalazł się odpowiedni rekwizyt - może nóż, którym mógłby pogrozić, może butelka, którą mógłby zbić o kant stołu - dokonałby demonstracji. Ściągnął usta, rozczarowany. - Gdyby wyśmiał, to pies go jebał. Ale nie sądzę, by to zrobił. Przecież widziałem, jak na ciebie patrzy.
Claude pokiwał głową na znak, że przyjął to do wiadomości, ale nie przestał skubać pod blatem kciuka i kiedy podniósł na Cosmo pytające spojrzenie, które zaraz wybiegło w bok śladem galopujących dokądś myśli, ten znów jedynie westchnął.
- Claude - przywołał go imieniem i nachylił się nieco nad blatem. - Nic na siłę. Bez pośpiechu.
Claude uśmiechnął się słabo.
- Powiedział to samo.
- Więc raczej wie, co robi. Rozumiem, że może ci się to wydawać żenujące, ale nie ma nic złego w tym, że czasem zdasz się na drugą osobę. W znakomitej większości przypadków ludzie, z którymi będziesz się spotykał, będą mieli inny niż ty bagaż doświadczeń. Może to i lepiej, że jeden z was pewne rzeczy ma już za sobą. Pomyśl o ile gorsza byłaby sytuacja, w której obaj nie wiedzielibyście jak się za to zabrać, mhm - Cosmo upił łyk kawy. - Nie tylko dla was. Dla mnie. Przede wszystkim dla mnie.
Zamilkli, słysząc skrzypienie drewnianych stopni. Być może gdyby nie ono nie zorientowaliby się, że Ralf zdążył zakończyć rozmowę i zejść z piętra. Claude obejrzał się na drzwi i uśmiechnął do niego jeszcze kiedy on sam jedynie mignął mu w plamie światła na zacienionym korytarzu, aż z którymś z tych cichych kroków zachowawczo wychynął zza progu kuchni.
- Bonjour - zauważywszy Cosmo Ralf przywitał się z nim z pewnym skrępowaniem. Jego usta obronnie rozciągnęły się w przepraszającym uśmiechu, którym zwykł torować sobie drogę przez niezręczne sytuacje.
Wszedł niespiesznie do środka ze splecionymi za plecami rękoma - w ten sam sposób, w jaki robiła to Daniela - zaraz jednak objął nimi Claude'a, za którym przystanął, przechylając się tak, by cmoknąć go w skroń.
Kiedy na to ponowne powitanie - jeszcze z jego wilgotnymi ustami tuż przy powiece - Claude zmrużył oko, patrzący na to Cosmo równie dobrze, co ściągnąć z powątpieniem brwi, mógłby zastukać palcem o czoło. On? - zdawało się pytać jego spojrzenie - On miałby cię wyśmiać? Spójrz na niego.
Cosmo odstawił kubek na blat i uśmiechnął się do Ralfa.
To był pierwszy alarmujący znak, ale Claude go przeoczył.
- Dzień dobry, Rafael.
- To Ralf - Claude poprawił go, zanim sam Ralf zdążyłby to zrobić.
- Tak? - zdziwił się Cosmo i spojrzał Claude'owi w oczy, zanim z ociąganiem przeniósł całą swoją uwagę na obejmującego go blondyna.
Już wtedy do Claude'a zaczęło docierać, że chociaż Cosmo zakopał topór wojenny, to przysypując go demonstracyjnie ziemią - mało tego, na ostateczny znak pokoju zasadzając w niej kwiaty - sięgnął po zupełnie inną broń. W tym krótkim spojrzeniu niebezpiecznie mignęło coś gorszego, niż jawna niechęć.
- To dziwne. Przysiągłbym, że Rafael. To imię by do ciebie pasowało, Ralf. Jesteś zjawiskowy jak jego rzeźby - podjął mrukliwym głosem, przypatrując się Ralfowi tym samym wzrokiem, jakim koneserzy podziwiali dzieła sztuki. - Masz taką posągową urodę. Wręcz anielską - to w końcu był też archanioł.
Mówiąc to wstał ze swojego miejsca i przysiadł na blacie niemal naprzeciw Ralfa, zrównując się z nim spojrzeniem - lecz tylko na moment, bo zaraz przyjrzał się mu całemu, stojącemu za Claudem z przewieszonymi wokół jego szyi rękoma.
Już wtedy Ralf był trochę zmieszany - lecz bardziej przyjemnie zaskoczony, niż speszony.
- Zapomnij proszę, co powiedziałem wczoraj. To bardzo dobrze, że się badasz - Cosmo spojrzał mu ponownie w oczy i poklepał go w sposób, który mógłby zostać uznany za aprobujący, gdyby nie przytrzymał dłoni na jego ramieniu o ułamek sekundy dłużej, niż normalnie by to zrobił. - Ale mimo wszystko postaraj się na siebie uważać.
- Zawsze na siebie uważam - Ralf usłyszał własny głos i mimowolnie sam mu się przyjrzał.
Cosmo miał na sobie tylko szorty. Nic więcej. Ralf patrzył na nie, na umięśniony tors i na uśmiech, ten sam, który zwrócił jego uwagę już dużo wcześniej.
Cosmo uniósł kącik ust w dyskretnym sygnale, że zauważył to spojrzenie - choć prawda była taka, że jeśli nie liczyć rozbawienia łatwością, z jaką udało mu się sprawić, by w oczach Ralfa zawitało graniczące z pożądaniem zaciekawienie, nie mogłoby być mu bardziej obojętne.
Po pierwsze - Ralf był mężczyzną, choć nawet nie: on był chłopakiem. Po drugie - był młody na tyle, by Cosmo jeszcze niedawno nazwał go tylko chłopcem.
Cosmo dobrze wiedział, jaki wpływ bez krzty wysiłku potrafił wywierać na ludzi - choć go samego interesowały wyłącznie kobiety. W imię zagrania na nerwach Claude'a mógł jeszcze chwilę poudawać, że mogłoby być inaczej, a przynajmniej sprawić, by ten gorliwie dziękował Bogu, że pociągały go wyłącznie one.
- Byłbym zapomniał, Claude - Cosmo przechylił się tak, by to na jego twarz spojrzeć. - Oddałeś mi perły, prawda?
Claude przytaknął, czując, jak każdy jeden z jego mięśni spiął się niczym rażony prądem. Miał wrażenie, że jeszcze chwila, a zęby pękłyby mu w zaciskającej się szczęce - i poraniłyby mu dziąsła ostrymi kawałkami szkliwa, zanim i ono zostałoby zmiażdżone na pył.
- To dobrze - uśmiechnął się Cosmo, znów patrząc na Ralfa i byłby na tym zakończył, ale odbiwszy się biodrem od stołu wpadł na kolejny pomysł.
Przeszedł parę kroków, kątem oka widząc, jak Ralf wiódł za nim wzrokiem.
Potem przytrzymał się i z namysłem wyjrzał na korytarz.
- A zwróciłeś uwagę na te zdjęcia...? - zwrócił się do Ralfa i kiedy ten pytająco uniósł brwi, przywołał go do siebie tym samym dwukrotnym zgięciem palców, które naśladował Claude. - Chodź, pokażę ci je.
Claude ze zgrozą patrzył, jak Ralf za nim ruszył - jak przyglądał się Cosmo tymi pytająco zmrużonymi oczami, jak kącik jego ust unosił się coraz wyżej, zadarty niby za sprawą haczyka ukrytego w połkniętej przez niego przynęcie.
Pięści Claude'a mogłyby podzielić los napierających na siebie niebezpiecznie zębów - bo i jego dłonie spięły się tak, że jeszcze chwila, a w niemal bolesnym zacisku pogruchotałyby własne kości. Już wtedy czuł na twarzy zalewające ją gorąco, tę mieszankę zazdrości, gniewu i wstydu, chociaż za chwilę miały się w nim zagotować jeszcze bardziej.
- Spójrz - usłyszał głos Cosmo, na którego sam obejrzał się ze stołka. - To zdjęcie ze ślubu jego rodziców. To jestem ja, wtedy w mniej więcej w waszym wieku.
Ralf zauważył, że naprawdę byli do siebie podobni. Nie licząc drobnych różnic, kiedy Cosmo był nastolatkiem, z powodzeniem można byłoby pomylić go z Claudem.
- To jego rodzice, a to moi - kontynuował Cosmo. - O, popatrz - zastukał wierzchem paznokcia w szybkę kolejnego zdjęcia. - To też ja - wtedy byłem na studiach. Minęło już trochę lat, odkąd je skończyłem, ale sam przyznasz, że nie zmieniłem się aż tak mocno. - Uśmiechnął się do Ralfa, którego wzrok raz za razem skakał od tej fotografii do jego twarzy, doszukując się pomiędzy nimi kolejnych różnic. - Ten obok to mój brat, a jego ojciec: Arnaud.
Arnaud w niczym nie przypominał Cosmo, ani własnego syna. Miał jaśniejsze od nich obu włosy, bardziej pociągłą od nich twarz i oczy w zupełnie innym odcieniu brązu - choć krył się w nich jakiś błysk, przez który ciężko było oderwać od nich spojrzenie. Był przystojny, lecz za sprawą zupełnie innych cech, niż Claude i Cosmo.
- A ten tutaj - Cosmo aż się uśmiechnął, robiąc krok w stronę kolejnej ramki. - Ten klopsik w beciku... Poznajesz?
Claude nie musiał wstawać od kuchennego stołu by wiedzieć, które zdjęcie Cosmo wskazał Ralfowi. Leżał na nim jako niemowlę - w dziecięcej piżamce, z czarnym lokiem wystającym spod wciśniętej na głowę czapeczki i z pulchnymi policzkami ściśniętymi przez jej lekko wrzynające się w skórę sznurki, tuż pod brodą zaplecione w kokardkę.
- Ten słodki, pyzaty pączuś to Claude - wyjaśnił Cosmo. - Nie znajdziesz lepszego argumentu przeciwko posiadaniu dzieci, a przynajmniej mi wybił je ostatecznie z gło-
- Cosmo.
Ralf poznał lekko ochrypły głos Quentina jeszcze zanim on sam wyrósł w progu salonu. Cosmo potrafił sprawić, że Claude milknął, ale to Quentin potrafił uciszyć go samego - jakby nadal był jego nastoletnim synem, a nie trzydziestoparolatkiem.
- Daj mu spokój zanim przypadkiem przypomnę sobie o incydencie, które te ściany pamiętają lepiej niż ja - mówiąc to Quentin podszedł do Cosmo.
- Tylko pokazuję Ralfowi zdjęcia.
- Oczywiście. A odzywałeś się ostatnio do Arnaud? Może powinieneś to zrobić. Jestem pewien, że chciałby usłyszeć jak bawi się jego syn.
Równie dobrze mógłby kazać Cosmo iść do swojego pokoju.
- No cóż... - Cosmo westchnął. - Do zobaczenia, Ralf, bo pewnie zobaczymy się później? - Obejrzał się na Ralfa i kiedy ten przytaknął z lekko rozchylonymi ustami, nadal wodząc wzrokiem to od niego, to do zdjęć, Cosmo uśmiechnął się i już prawie skierował swoje kroki na górę. To wtedy postanowił dać Claude'owi ostateczny pstryczek w nos. - I Ralf... Wiedziałem, że to Ralf. Trudno byłoby nie zapamiętać.
Odprowadzony zmęczonym spojrzeniem własnego ojca Cosmo posłał Ralfowi przepraszający uśmiech i wzruszywszy ramionami znikł w cieniu prowadzących na piętro schodów.
- Najmocniej cię za niego przepraszam - Quentin zwrócił się do Ralfa po niemiecku, samemu zerkając na wszystkie zdjęcia.
To był drugi raz, gdy rodzice Cosmo przepraszali Ralfa za jego zachowanie - wcześniej zrobiła to Lina, teraz on. Ale Ralf ponownie nie rozumiał tych przeprosin.
- Przecież nie ma za co. To ładne fotografie - uśmiechnął się Ralf, kontynuując tę krótką wymianę zdań w ojczystym języku. - Chociaż zdjęcie Claude'a można byłoby już wymienić na bardziej aktualne.
- Ależ po co? - przeciągle zdziwił się Quentin. - Jest na nim uroczy. Lina uwielbia to zdjęcie, ja zresztą też - westchnął i podpierając się pod boki spojrzał na Ralfa. - Weź poprawkę na Cosmo. Odbija sobie na Claudzie te wszystkie razy, kiedy to Arnaud gnoił go jako dzieciaka, a musisz wiedzieć, że nie miał z nim lekko. Gdyby tu był- Cóż, ciężko mi powiedzieć, czy nie lepiej, że siedzi w Tuluzie, bo w przeciwnym wypadku w najlepsze skakaliby sobie do gardeł gdy tylko spuściłbym ich z oczu. Nie ma go, więc to jego syn musi to znosić.
Obaj zerknęli na obramowanego we framugę kuchennych drzwi Claude'a, który nadal siedział na stołku, lecz już od dłuższej chwili nie patrzył w ich stronę. Został tam sam ze skrzyżowanymi ramionami i spuszczoną głową, niemal drżąc od noszącego go gniewu.
- Sprawdź, proszę, co u niego - Quentin poprosił Ralfa i kiedy ten przytaknął, sam wrócił do własnych zajęć.
Ralf ostatni raz zerknął na wiszące w korytarzu zdjęcia, zanim wrócił do kuchni i ponownie oplótł Claude'a ramionami, opierając brodę na jego ramieniu tak, by spojrzeć mu w oczy.
Ale Claude uciekł wzrokiem w bok. Dopiero wtedy Ralf zauważył, że poczerwieniał na twarzy na tyle mocno, by krew, która rozsadzała naczynia jego policzków, spłynęła i w dół zaróżowionej szyi.
- Mówiłeś, że będzie niemiły - zauważył wciąż zaskoczony tą uprzejmością Ralf.
Claude nie mógł patrzeć na jego zadowolony uśmiech. Wystarczyło, że słyszał to zadowolenie w jego głosie; to samo, które pojawiło się w nim już wcześniej.
Ralf promieniał - Claude nie nazwałby tego inaczej. Wprost jaśniał, szczerząc bielące się w uśmiechu zęby, z oczami roziskrzonymi tak, że jeszcze chwila, a jedna z tych iskier wznieciłaby pożar. On sam przypominał raczej rozgrzany zbiornik paliwa, który niewiele dzieliło od samozapłonu. Nie potrzebował dodatkowej zachęty, by stanąć w ogniu.
Cosmo byłby wniebowzięty, gdyby go takim zobaczył, choć z pewnością wiedział, że właśnie tak teraz wyglądał. Gdyby tylko mógł, obserwowałby tę scenę jak bombardier oglądający się z samolotu na zmiecione z powierzchni ziemi miasto: sam czarny dym i gruzy, rozżarzone policzki i wstyd w oczach.
Claude powoli wciągnął powietrze, usiłując uspokoić oddech.
- On był niemiły - uśmiechnął się kwaśno. - Jakie szczęście, że nie dla ciebie. Bo dla ciebie był przesympatyczny.
Wreszcie spojrzeli na siebie nawzajem - Ralf na wyraźnie wzburzonego Claude'a, Claude na rozanielonego Ralfa, który dopiero wtedy zaczął powoli rozumieć przyczynę tego napięcia.
Claude ponownie zacisnął pięści i zęby. Miał wrażenie, że gdyby tego nie zrobił, zapytałby Ralfa, czy krew aż tak odpłynęła mu od mózgu do zgoła innego narządu, by myślenie nadal nie przychodziło mu z łatwością. Miał to na samym końcu języka - to paskudne, palące go w gardło pytanie - ale bał się tego, co mogłoby się stać, gdyby wypowiedział je na głos.
Był zazdrosny.
- Claude...
Był też wściekły - i zażenowany.
- Claude, hej - Ralf przyłożył wierzch zimnych palców do jego rozpalonych policzków i uśmiechnął się do niego łagodnie. Tylko, że tym razem ten uśmiech nie pomógł.
Claude spuścił wzrok, aż zamknął oczy, walcząc ze sobą, by nie odtrącić gładzących go po twarzy dłoni.
- Poczekaj chwilę.
Claude zerwał się na nogi.
Zanim Ralf zdążył się za nim obejrzeć, Claude zniknął za progiem kuchni.
Zanim Ralf zza niego wyjrzał, Claude zdążył przeciąć korytarz.
Zanim Ralf w nim przystanął, Claude, przesadzając długimi krokami po dwa, trzy stopnie, zdążył wspiąć się na piętro.
I kiedy Quentin zerknął na Ralfa z salonu, kiwając głową jakby chciał mu powiedzieć, że właśnie o tym mówił - a zarazem uprzedzić, że nie było to nic nadzwyczajnego - obaj usłyszeli łomot pięści dobijającej się do drzwi pokoju Cosmo.
- O t w i e r a j! - ochrypły ryk rozdarł gardło Claude'a między kolejnymi uderzeniami. - Otwieraj te pierdolone drzwi.
-...chyba słyszę to twoje "świetnie"... - jednocześnie w telefonie Cosmo zatrzeszczał niemal rozbawiony głos Arnaud, zanim uciszyła go czerwona słuchawka.
Potem Cosmo musiał otworzyć drzwi, bo łomot ustał - ale nie zdążył się odezwać, kiedy tykająca bomba, którą w tamtej chwili stał się Claude, wybuchła mu prosto w twarz.
- Musiałeś? Czy to było, kurwa, konieczne? - Claude wysyczał spomiędzy zębów, charcząc gdzieś z głębi trzewi. - Dobrze się bawiłeś?
- Claude-
- Wielkie, kurwa, dzięki! Wsadź sobie w dupę te swoje złote rady!
- Claude!
- Pierdol się!
Claude zleciał w dół schodów, Cosmo za nim - i byłby dogonił go przy wyjściu, gdyby Claude, wypadłszy z chwyconymi po drodze butami na zewnątrz, nie zatrzasnął drzwi prosto przed jego twarzą.
Quentin ponownie wyjrzał z salonu. Cosmo poddańczo uniósł ręce, jakby nie miał nic wspólnego z wybuchem złości, który zatrząsł całym domem.
W tym czasie Ralf zdążył wsunąć buty i minąwszy bez słowa Cosmo wyślizgnąć się na zewnątrz. Lekkim truchtem dogonił Claude'a, ale ten, choć zauważył go kątem oka, dalej parł przed siebie. Potem jego długie i szybkie kroki stopniowo straciły swój pęd, skróciły się i zwolniły, ale rozedrgany oddech dalej świszczał mu w płucach, kiedy dłońmi - nadaremne - usiłował zetrzeć z twarzy wykrzywiający ją wyraz.
Ralf dotrzymywał mu kroku, ale w tamtej chwili Claude był zbyt zamroczony gniewem, by zdać sobie z tego sprawę.
Chyba spodziewał się, że kiedy spojrzy w bok, Ralfa tam nie będzie. Lub że kiedy to zrobi, Ralf - co najwyżej - powie mu, że zachowuje się jak dziecko, którym był, jeżeli tylko porównało się go do kogoś starszego - jak Cosmo; że teraz, kiedy Ralf miał okazję zobaczyć uśmiech Cosmo, zrozumiał, że uśmiech Claude'a był zaledwie jego kopią; że sam Claude, ten, któremu udało się zwrócić uwagę kogoś takiego, jak Ralf, był tylko podróbką człowieka, w którym upatrzył sobie autorytet.
Był podróbką - tak myślał - i nie istniał powód, dla którego ktoś jak Ralf miałby się za nim oglądać, skoro należał do ludzi mogących pozwolić sobie na oryginał. Wtedy naprawdę myślał, że w tym wszystkim dał Ralfowi tylko prawo do tego samego oburzenia, które czuli nabywcy sfałszowanych obrazów.
- Claude...
Claude nie zatrzymał się, choć Ralf ponownie mignął mu w polu widzenia.
Cosmo potrafił dodać mu skrzydeł, ale i podciąć je tak, by przypadkiem nie zapomniał, że to mu zawdzięczał znaczną część ich piór. W tamtej chwili Claude'owi wydawało się, że został z nich oskubany do samej krwi - z tych wszystkich barwnych i aksamitnych piórek, którymi mógł machać Ralfowi przed twarzą, dopóki Cosmo nie rozłożył swojego pawiego ogona, pokazując mu skąd tak naprawdę pochodziły. Część z nich Cosmo dał mu sam, część Claude podebrał mu samodzielnie - albo niepostrzeżenie je wyrywając, albo podnosząc z ziemi te, które zgubił - lecz kiedy Cosmo upomniał się o ich zwrot, zabrał je wszystkie, pozostawiając go nagiego.
I z niczym, za czym mógłby się przynajmniej schować.
- Mogłeś tam zostać, wiesz? - Claude wreszcie odezwał się, choć najchętniej zatkałby własne usta dłonią, byle tego nie mówić. - Zawsze na siebie uważam, czy ty- Czy ty masz pojęcie, jak on okręcił cię sobie wokół palca? Tyle wystarczy, żeby-
Ralf znów mignął mu w polu widzenia.
- Żeby co? - zapytał bez pretensji, dalej łagodnie uśmiechnięty. - Dokąd idziemy?
- Ja...
Claude prawie powiedział, że on sobie idzie - po prostu, a Ralf może tam jeszcze wrócić. Że on zajmie się sobą, a Ralf może sprawdzić, czy Cosmo nie ma wszystkiego, czego szuka. Cosmo był starszy - przecież do tego przywykł Ralf. Cosmo był doświadczony - to również bardziej by mu odpowiadało. Cosmo wiedziałby co z nim zrobić.
Dopiero lekkie szarpnięcie za ramię wyrwało Claude'a z tego zapętlającego się zamyślenia. Dłoń Ralfa przedarła się między jego skotłowanymi myślami i dosięgnęła go ponad wszystkim, co wtedy czuł, aż wreszcie sam Ralf wyjrzał na niego tak, jakby w końcu udało mu się do niego przecisnąć przez cały tłum niemilknących osób - i kiedy Claude spojrzał mu w oczy, wszystkie nagle zamknęły usta.
Byli zupełnie sami - już nie na drodze, a na prowadzącej do klifów ścieżce.
- ...nie wiem - dokończył Claude.
- To może na chwilę zwolnimy? - zaproponował Ralf.
Claude zwolnił, aż się zatrzymał.
- Tak... Ja- Przepraszam. Daj mi chwilę.
Ralf przystanął przed nim i kiedy Claude znów przecierał twarz, tym razem chcąc ukryć płonące na niej rumieńce, on sam parę razy przechylił głowę, próbując złapać jego wymykające się mu spojrzenie. Wyciągnął do niego ręce - zrobił to niemal pytająco - i ponieważ chwilę później Claude pozwolił mu się do siebie przyciągnąć, zamknął go w objęciu.
Claude oparł czoło o jego bark.
- Kurwa, przepraszam - wymamrotał w jego ramię.
- Nic się nie stało.
- Kurwa, ja-
- Nic się nie stało - Ralf pogładził jego plecy. - W porządku?
Claude przytaknął i zaraz potem odsunął się od Ralfa, nadal luźno przytrzymującego go przy sobie za nadgarstek. Jeszcze przez chwilę nie potrafił spojrzeć mu w oczy. Kiedy wreszcie to zrobił, dostrzegł w nich tylko stroskanie.
Przez chwilę myślał, że byłoby łatwiej, gdyby Ralf patrzył na niego z tą niechęcią, którą mimo wszystko spodziewał się w nich zobaczyć.
- To skoro nie wiesz, dokąd zamierzałeś pójść, może moglibyśmy się na chwilę zatrzymać? - Ralf zasugerował lekkim tonem, rozglądając się za miejscem, gdzie mogliby usiąść. - Na przykład tutaj.
Claude przysiadł na skale. Gniew zdążył się w nim wypalić, ale teraz, kiedy jego wygasające płomienie odsłoniły zgliszcza podsycającego je dotąd zażenowania, czuł już tylko wstyd - chociaż i w tych zgliszczach coś nadal niebezpiecznie skwierczało; coś wystarczająco gorącego, by poparzyć.
Wtedy Claude jeszcze nie wiedział, że Ralfowi nie przeszkadzały te temperatury.
Claude opuścił głowę. Nie chciał, by Ralf widział go w takim stanie, więc ponownie potarł twarz, łudząc się, że przynajmniej tym ruchem mógłby jeszcze ulepić w niej zupełnie inny wyraz, jak gdyby była stworzona z gliny - a nie skóry, mięśni i kości, choć wtedy nadal była rozgrzana tak, jakby tworzyła ją wyłącznie plątanina purpurowych żył, trzymających się w miejscu tylko za sprawą przeźroczystego naskórka.
Surowe mięso pod folią spożywczą. Tak się czuł - choć ono, pomyślał, ono przynajmniej byłoby zimne.
Ale kiedy ze zrezygnowaniem pozwolił rękom opaść między kolanami, Ralf tylko szturchnął go pokrzepiająco ramieniem. Zdążył usiąść obok niego i dalej przypatrywał się Claude'owi z łagodnym uśmiechem.
Claude westchnął i oparł brodę na wnętrzu swojej dłoni.
- Naprawdę nie musiałeś za mną iść - wymamrotał niewyraźnie, wreszcie zdecydowawszy się spojrzeć Ralfowi w oczy. - Nie musisz na to patrzeć.
- Na to - czyli na co?
- Sam nie wiem. Na... - Claude niedbale wskazał na siebie, jeszcze lekko roztrzęsionego i zaczerwienionego; na to oderte ze skóry, surowe mięso - ...to.
- Na ciebie? I co jest w tobie złego? - Ralf przekrzywił głowę.
- Przyjrzyj mi się dobrze. Tak naprawdę, bo nie wierzę, że tego nie widzisz. Patrzysz na... Dzieciaka, który nie ma pojęcia, co robi. Na kogoś, kto ciągle musi udawać, ale to już wiesz. Na kogoś kto... Właśnie trzasnął za sobą drzwiami jak gówniarz.
- Patrzę na ciebie.
- Patrzysz na-
Na podrobione pieniądze. Na imitację. Na kopię obrazu. Na-
- Na ciebie. Na mojego chłopaka. Który się wkurwił, po części przeze mnie.
- Nie przez ciebie. To przez tego dupka. Ja pierdolę, po prostu nie wierzę, że to zrobił. Już nawet nie wiem, czy chciał tylko zrobić mi na złość, czy to tak... Naprawdę. Czy ty wiesz jak mi jest... Głupio?
Claude potarł usta, jakby mógł z nich zetrzeć to ostatnie słowo. Przez cały ten czas patrzył pod swoje nogi lub na horyzont, ale nie na Ralfa.
- Ale... - Ralf zmarszczył brwi. - Dlaczego?
- Bo na dodatek zachowałem się jak-
- Jak ty?
- Tak. Jak... Ja. Możesz to wszystko jeszcze rozważyć, wiesz? Może wolałbyś kogoś- Nie wiem. Starszego. Dojrzalszego. Bardziej doświadczonego i bardziej opanowanego. Kogoś, kto wie, co robi - bo ja naprawdę nie wiem co robię, Ralf. Naprawdę, kurwa, nie wiem. Potrzebujesz kogoś kto umiałby cię... Zabawiać. I sprawić, że się uśmiechniesz. Kogoś kto... Nie ma takiego mętliku w głowie.
- I kto to miałby być? - w głosie Ralfa przebrzmiała pierwsza nuta rozbawienia.
- Na przykład... Cosmo.
- Twój wujek.
- To nie mój- Tak. Czemu nie. Mój... - Claude wybiegł wzrokiem przed siebie, aż sam prawie zaśmiał się pod nosem na tę myśl. - Wujek. Kurwa, Ralf, nie masz pojęcia, co ja mam teraz w głowie.
- Chyba będziesz musiał mnie olśnić.
- Ty i on.
- Tak...?
- Ty i on w kuchni - Claude pokręcił głową, jakby nie mógł uwierzyć w obraz, który zobaczył przed oczami. - Przecież on- On tak cię omotał, że jeszcze chwila, a dałbyś mu się przegiąć przez ten pierdolony stół.
- Tak? - Kolejna nuta rozbawienia, tym razem śmielsza. - I co potem?
- On by cię... Tak bez niczego. Ślina i jazda. I ty byś mu po prostu na to pozwolił - śmiech, wtedy jeszcze nieśmiało, zagrzechotał głosem Claude'a. Zaczęło do niego docierać, że to było niedorzeczne.
Claude spojrzał na niebo - potem na Ralfa.
- To naprawdę bardzo... Zachęcająca wizja - Ralf wysilił się na powagę. - Wręcz kusząca, nie zrozum mnie źle, ale mimo wszystko naniósłbym na nią drobną korektę.
- Słucham.
- To ciebie musiałbym mieć za plecami.
- Takiego...? - Claude znów wskazał na siebie. Zdążył się trochę uspokoić.
- Choćby i takiego.
- Jesteś pewien?
- Jestem pewien - potwierdził Ralf, dalej z tym łagodnym uśmiechem. - Przecież wiesz, że cię lubię. Całego - przypomniał mu. - Takiego też. W porządku?
Claude przytaknął parę razy, aż przygarnięty przez Ralfa oparł głowę na jego ramieniu. Zamknął oczy jeszcze na moment, nadal z oddechem rozedrganym od hamowanego śmiechu.
- Poniosło mnie, co? - wreszcie podniósł wzrok na Ralfa.
- Odrobinę - Ralf przyznał w odpowiedzi. - Nie będziesz miał przez to problemów?
- Z Cosmo? - Claude zastanowił się przez chwilę, ale zaraz pokręcił głową.
- Jeszcze parę godzin temu wyskakiwał z Tuluzą.
- Nie zrobi tego. Nie sądzę. Rozmawiał akurat z moim starym i jeśli on zdążył cokolwiek z tego usłyszeć, a przypuszczam, że usłyszał... Kogo ja oszukuję, na pewno usłyszał.
- Ciężko byłoby nie - zauważył Ralf. - Nie wiedziałem, że tak umiesz.
- Szczerze? Ja też nie. To chyba przez tę chrypę - Claude zaśmiał się, ale zaraz wrócił do tematu. - W każdym razie, odesłanie mnie do domu teraz, gdy mój stary wie, że Cosmo sobie ze mną nie radzi, byłoby przyznaniem się do porażki. Cosmo... Próbuje udowodnić mojemu ojcu, że potrafi zapanować nad sytuacją i dogadać się ze mną lepiej, niż on. I może tak jest, bo normalnie ja i Cosmo jesteśmy w lepszych stosunkach: to do niego mogłem odezwać się z każdym problemem, to on mnie przygarnął po tym, jak zniknąłem rodzicom, to on umiał mnie przekonać, że... Cokolwiek przechodziłem wiosną, było normalne. To on pożyczył mi perły - to już wiesz, ale to również on dał mi wtedy gumki. I dlatego nie wierzę, że... Że teraz się tak zachował, chociaż mniej więcej tego powinienem był się po nim spodziewać.
- Przynajmniej o ich zwrot się nie upomniał.
- Ja pierdolę, i całe szczęście, bo już to widzę. "Claude, jeszcze jedno: a tamte prezerwatywy?" - Claude przedrzeźnił Cosmo. - "Bo chyba z nich nie skorzystałeś, a mi mogą się zaraz przydać. Rafael? Chodź, pokażę ci moją sypialnię." I ty byś za nim poszedł.
- Nie poszedłbym.
- Poszedłbyś jak zahipnotyzowany. Już ja widziałem to twoje spojrzenie, ten twój... Uśmiech. Przecież wiem, że on ci się podoba.
- Rozmawialiśmy już o tym. Nie poszedłbym.
- Nawet byś się nie zorientował, kiedy leżałbyś z twarzą w jego poduszce.
- Claude...
- Dupa w górze - Claude przytaknął przekonująco. - I tylko "Tak, Cosmo, dobrze, Cosmo, och, Cosmo!". Tak by było, bo on pewnie upewniłby się, żebym to słyszał. Bawiłbyś się wyśmienicie.
- Jestem pewien, że on się z tobą tylko droczył.
Claude pokręcił na to głową.
- Nie znasz go. On jest mściwy. Mściwy - powtórzył. - Zapamiętaj to sobie. Cosmo Bailly, mściwy dupek. Zapisz go tak sobie w kontaktach, gdyby kiedyś pokusiło cię, by się do niego odezwać. Chociażby to z perłami - wiedział, że już mu je oddałem. Nie musiał się o nie upominać. Potem będzie twierdził, że o tym zwyczajnie zapomniał, ale one nadal leżą u niego na widoku. Pewnie nawet zobaczyłbyś je, gdybyś skorzystał z tego zaproszenia.
- Ono nie padło.
- Dobrze wiesz, że padło. Może naprawdę mu się spodobałeś, choć muszę cię uprzedzić, że on raczej szybko traci zainteresowanie ludźmi.
- Nie wierzę, że tak przeżywasz te perły.
- I podrywanie cię. Na moich oczach. I... Nieważne.
- On był tylko miły - Ralf odrzucił głowę w tył z udręczonym westchnieniem.
- Usprawiedliwiasz go tylko dlatego, że jest przystojny. Pierdolony przywilej ludzi pięknych. Za tą ładną buzią może kryć się najgorsze gówno, ale skoro są atrakcyjni, można wybaczyć im wszystko. Nie przejedź się kiedyś na tym - Claude obejrzał się na Ralfa, tym razem mówiąc poważnie. - Chociaż tą twarzą sam mógłbyś wybronić się ze wszystkiego.
Ustami Ralfa rozlał się dokładnie ten uśmiech, który Claude chciał na nich zobaczyć - wtedy nie tylko dlatego, że sam jego widok sprawiał mu przyjemność, ale i przez męczącą go od dłuższego czasu potrzebę uzyskania jakiegoś potwierdzenia, że nadal potrafił go u niego wywołać.
Do tego momentu naprawdę myślał, że coś mogło się zmienić. Być może Ralf wiedział, że tak było, bo w jego oczach, choć uśmiechniętych, zawitało zrozumienie.
- Jesteś niemożliwy - Ralf stwierdził na głos. - To wszystko przez te perły? Wiem, że nie tylko, nie musisz mi przerywać - ale to przecież do nich to wszystko się sprowadza. Nawet nie zakładałem, że były twoje, poza tym to tylko ładna ozdoba. Miły dodatek. Nic więcej. A ty... Naprawdę nie musisz się dla mnie stroić, bo w cokolwiek byś się nie ubrał - i nie chodzi mi wcale o ubrania, ale chyba już wiesz, do czego zmierzam - i tak najbardziej będzie podobać mi się przede wszystkim to, co jest pod spodem. I nie mam na myśli... - Wskazał dłonią na jego tors. - Tego. Żadnej z tych rzeczy. Rozumiesz, co próbuję powiedzieć?
Claude pokiwał głową z ulatującym z ust westchnieniem, jakby mimo wszystko liczył, że Ralf tego nie skomentuje.
- Zawsze rozumiem - potwierdził. - Chociaż pewne rzeczy naprawdę mógłbyś mówić bardziej bezpośrednio - lub przynajmniej mniej zagadkowo.
- Nie jestem pewien, czy zniósłbyś usłyszenie tego wprost.
- Prawdopodobnie nie - Claude przyznał z cieniem rozbawienia. - Poniekąd jestem ci wdzięczny, że nie mówisz tego bardziej dosadnie. Zastanawia mnie tylko co ty w tym wszystkim widzisz, bo ja... Ja widzę przede wszystkim bałagan. Mam w głowie pierdolony bajzel i czasem sam boję się o coś potknąć. A ty... Nie musisz w tym brodzić.
- Już to mówiłem - Ralf wzruszył ramionami. - Widzę ciebie, może jeszcze nie całego, bo kryjesz się w tym wszystkim całkiem nieźle, ale cię widzę. I takiego też cię lubię, choć może też to niewłaściwe słowo, bo lubię cię przede wszystkim takiego: porywczego i z temperamentem, intensywnego, pełnego życia i... Chaotycznego - bo to chaos, a nie jakiś pospolity bałagan.
Minęła chwila zanim Claude się odezwał.
- To pewnie powiew egzotyki dla kogoś, kto jest tak poukładany.
Kiedy Ralf powoli uśmiechał się na te słowa, Claude przypomniał sobie, że to także już mówił - że on również udawał. I kiedy Ralf odezwał się ponownie, Claude niemal wiedział, co powie.
- Raczej czegoś znajomego - mrugnął do Claude'a. - Niemal nostalgicznego, choć prawie ci zazdroszczę, że potrafisz tak po prostu... Wyjść. Trzasnąć drzwiami. Powiedzieć komuś, od kogo jesteś na dobrą sprawę zależny, żeby spierdalał. Nadal nie wierzę, że to zrobiłeś. U mnie to by nie przeszło.
Claude nagle zdał sobie z czegoś sprawę.
- Nie umiem sobie wyobrazić cię mówiącego komuś, żeby spierdalał - wypowiedział tę myśl na głos. - Komukolwiek.
- Umiałbym-
- Nie umiałbyś - Claude przerwał Ralfowi. - Nie umiałbyś, kropka. To ważna umiejętność, wiesz? Niezależnie od tego, czy chodzi o obcych, czy o rodzinę, bo będą po tobie deptać tak długo, jak się tego nie nauczysz. Powiedziałem to Cosmo, żeby nie myślał, że może pluć mi w twarz.
- Po czymś takim chyba nie mógłbym pokazać się w domu. A ty...
- Ja tam wrócę i powiem mu to ponownie, gdy tylko się do mnie odezwie. Tuluza? Niech próbuje, jeśli jednak wymięknie. Najpierw musiałby mnie złapać, a ja naprawdę szybko biegam. Będzie się jeszcze cieszył, że chociaż zerwałem się ze smyczy, trafiłem do domu.
- Podobno to popierdolone porównanie - przypomniał mu Ralf.
- Wycofuję się z tego. Jest trafne - przyznał Claude. - Mogę być psem, który zrywa się ze smyczy, niech będzie. Ciebie ktoś wsadził w kaganiec. Ja... Najchętniej bym ci go odpiął.
- To nie kaganiec - westchnął Ralf. - To lata tresury. I coś ci powiem: jeśli przykryjesz własną twarz cudzą na zbyt długo, ona może przyrosnąć. Ty zmieniasz je często - i może to lepiej, bo gdzieś między nimi wszystkimi miga jeszcze ta prawdziwa. Naprawdę ją lubię, więc wietrz tę buzię często. To, co widzisz, już prawie do mnie przyrosło - ale to nie znaczy, że nie rozumiem. Ty... Sam podejmujesz wybór, którą kartą zagrasz. Ja go nie miałem. Tę twarz starzy doczepili mi nićmi do szycia akt i biurowymi zszywaczami, ale jeśli dobrze się przyjrzysz, ja tu nadal jestem - Ralf uśmiechnął się lekko. - Być może pomagał chirurg plastyczny, bo byli u jednego.
- Są po liftingu.
Ralf przytaknął.
- Żeby tylko. W każdym razie... Nie myśl, że nie rozumiem. Ja też udaję, ale to już wiesz. I nie boję się chwil, w których nikogo nie grasz. Wiem, że to bywa wyczerpujące i... Nie musisz się przy mnie z tym męczyć, jeśli nie chcesz. Lubię twoje towarzystwo, nawet jeżeli akurat walczysz ze sobą, by to na mnie przypadkiem nie warknąć. Nic się nie stanie, jeśli kiedyś to zrobisz.
Claude przyjrzał mu się ponownie - i nagle zrozumiał.
On zależnie od humoru przywdziewał cudze perły; Ralf nie pokazywał się nigdzie bez złotego łańcuszka na szyi - bez tego spokojnego uśmiechu, którego łagodność kryła coś zupełnie innego.
- Przysiągłbym, że jesteś kimś, kto się nigdy nie unosi - Claude powiedział to prawie szeptem. - Jesteś zawsze taki... Wyciszony. To prawie nieznośne, kiedy we mnie samym coś się dosłownie gotuje.
Ralf wzruszył ramionami.
- Musiałem nauczyć się nad tym panować. Też nie do końca wiem, co robię, kiedy próbuję cię uspokoić, ale- Potem myślę, czego sam bym potrzebował. I chyba działa.
- Działa - Claude uśmiechnął się do niego. - Co z twoimi rodzicami? Miałem cię zapytać, ale... - rozłożył przepraszająco ręce, wskazując na okolicę. - Trafiliśmy tutaj.
- Niedługo będę musiał przynajmniej pokazać się im na oczy. Mamę... Trochę zdziwiło, że tak ochrypłem.
- To przez tę muzykę.
- Oczywiście - krótko zaśmiał się Ralf. - Ale powiedziała, że porozmawiamy, jak wrócę. Chciałbym złapać Moritza jako pierwszego, bo- No właśnie. Trochę boję się, że będzie bałagan.
- No to idziemy.
Claude podniósł się na nogi. Ralf spojrzał na niego z poziomu skały, na której dotąd siedzieli - jednej z wielu na zarośniętej drodze do klifów.
- Przecież cię odprowadzę - wyjaśnił Claude. - Sam muszę się jeszcze przejść. Potem... Pomyślę.
- Najchętniej zaprosiłbym cię na śniadanie, ale raczej dawno je zjedli. Poza tym... Chyba nie chciałbyś tam być. Sam się z nimi męczę.
Claude machnął na to ręką. Pamiętał to wołanie o pomoc sprzed paru dni - i teraz rozumiał je nieco lepiej.




Edytowane przez Choo dnia 13-09-2022 14:13
 
Choo


- DZIEŃ 5 -
- południe -

Mon coeur est a toi et tu le sais
Car en t'aimant je n'ai aucun regret
Car avec toi je me sens mieux dans ma peau
Avec toi j'veux construire la maison de mes reves







Żar lał się z nieba niby rozgrzana do białości stal, sunąca jarzącymi się wałami ze wschodu na zachód i stopniowo zalewająca wszystkie szczeliny skalistego wybrzeża - jak gdyby ostygnąwszy z nadejściem wieczoru miała zamienić się w wierny odlew linii brzegowej. Powietrze było gęste i rozedrgane od skwaru, a ponieważ zachęcone upałem cykady nieprzerwanie wygrywały jedyną znaną sobie melodię, wyglądało to tak, jakby cały krajobraz tańczył w jej rytm.
Był to jeden z tych dni, w które nie mówiło się o przyjemnym cieple słońca, lecz o jego śmiertelnym i bezlitosnym promieniowaniu. Ralf czuł, jak przeżerało się przez jego nieposmarowaną filtrem skórę - wtedy już nieco opaloną, choć nadal bladą przy Claudzie - i to przez nie wyrwał lekko do przodu, ciągnąc go za chwyconą rękę.
Spod ich butów usypywał się drobny żwir na skalistym odcinku między morzem a ulicą.
Świat niemal rozpuszczał się w tym białym świetle, jakby bezchmurne niebo atom za atomem pochłaniało wszystko, co tylko znalazło się w zasięgu ich wzroku: falujący od gorąca morski horyzont, zdające się parować głazy, oraz drzewa, z których wraz z ostatnimi cząsteczkami wody ulatniało się życie.
Claude wpatrywał się w ich złączone dłonie, jakby i Ralf po którymś z tych kroków miał rozpłynąć się w oślepiającej jasności, zmuszającej ich do przymrużania oczu.
- Czyli... - Claude przerwał milczenie. - Nadal mnie chcesz?
- Claude, ja nigdy nie chciałem cię bardziej - Ralf obejrzał się na niego przez ramię i gdyby nie uśmiech, z którym to powiedział, Claude pewnie uznałby jego słowa za żart. W cudzych ustach to zabrzmiałoby jak szyderstwo - ale w ustach Ralfa to było szczere wyznanie.
Lekkie szarpnięcie za rękę wystarczyło, aby zrównali się krokiem.
- To dobrze. Spróbowałbyś mnie po tym wszystkim nie chcieć - Claude mruknął wyniośle, bo potrzebował zaledwie momentu, aby zmienić ton swojego głosu: i tak niepewność przykryła arogancja, coś jak skórzana kurtka narzucona na odsłaniający zbyt wiele podkoszulek.
Równie dobrze Ralf mógłby patrzeć na to, jak Claude się przebierał. Dyskrecję, z którą robił to dotychczas, zastąpiła demonstracyjna teatralność - jak przypomnienie, że Ralf mógł obserwować tę zmianę charakteryzacji tylko dlatego, że trafiwszy za kulisy, przyłapał go w negliżu. Rozpoznawał wiszące na tym zapleczu kostiumy i obserwował ich zmiany już nie tyle z zaciekawieniem, co z żywą fascynacją.
- Takiego też - na potwierdzenie tych słów Ralf spojrzał na Claude'a kątem oka w ten otwarcie pożądliwy sposób, który niemal potrafił wybić go z rytmu. Claude zamilkł, nieoczekiwanie speszony. - I takiego.
Przez chwilę Claude z błąkającym się po linii ust uśmiechem patrzył tylko pod nogi. Białe jak pogruchotane kości skały coraz częściej przetykały kępki wyschniętej trawy. Wkrótce i je miał zastąpić roztapiający się w tym upale asfalt.
- Jak bardzo? - zapytał wreszcie, podnosząc wzrok na Ralfa, ale ponieważ odpowiedział mu tylko jego pytający pomruk, zrobił to ponownie. - Zastanawia mnie jak bardzo mnie chcesz.
Spojrzenie Ralfa powędrowało w dół i górę Claude'a, zanim wbił je przed siebie, wtedy jeszcze myśląc, że w ten sposób mógłby uniknąć udzielenia odpowiedzi - ale Claude dalej patrzył na niego nagląco, choć bardziej na same usta, zdające się przeżuwać i smakować właściwą odpowiedź.
- Widzisz te drzewa...? - zdecydował się odezwać Ralf, wskazując je podbródkiem. Claude przytaknął. - Nie masz pojęcia, jak wiele samokontroli wymaga ode mnie to, by po prostu cię do któregoś z nich nie przycisnąć.
- W jakim celu...?
- Musiałbym ci pokazać.
- Zrób to.
Mimo wszystko nie spodziewał się, że Ralf go posłucha; że sam - pchnięty - zamiast postawić kolejny krok w przód, będzie stawiał je w tył, aż napotka plecami szorstki pień jednego z tych drzew. Ralf naparł na niego w pocałunku tak żarłocznym, jakby rozognione od tych temperatur usta kęs za kęsem wgryzły się w jego własne, scałowując je niemal do żywego mięsa, nabrzmiałego od nagłego napływu krwi.
- Tak bardzo.
Kiedy Claude z westchnieniem otworzył wreszcie oczy, Ralf stał w pewnej odległości od niego, serdecznym palcem ocierając skrzącą się tuż poniżej linii warg ślinę; był to ruch, jakim po wymierzonym w nie ciosie zapaśnicy sprawdzali, czy nie pękły. W tym pocałunku było coś surowego, jak widok zdartych do czerwieni kolan po upadku na boisku; coś równie zdumiewającego jak to nagłe zrozumienie, że pod skórą - choć przecież to wiedział - naprawdę kryły się ścięgna, chrząstki i kości.
Ralf obrócił się z niewinnym uśmiechem i niespiesznie ruszył przed siebie, ale minęła chwila, zanim - złapawszy oddech - Claude zdecydował się go dogonić.
Żwir dalej chrzęścił, cykady nieprzerwanie cykały, rozedrgane od upału powietrze drżało i falowało, a od intensywności tego pocałunku aż mrowiły go usta. Z szybko bijącym sercem Claude przypatrywał się idącemu obok niego Ralfowi.
Miał wrażenie, że udało mu się zahaczyć o któryś ze szwów trzymających jego spokojną twarz na swoim miejscu; że te dwa słowa - zrób to - wystarczyły, aby ten pękł jak pod naporem krawieckiego przecinaka. Claude wytężał wzrok, jakby naprawdę zamierzał doszukać się tych nici i zszywaczy, lecz kiedy myślał o tym, że mógłby je spruć i powyrywać, choćby te zdążyły już wrosnąć Ralfowi w skórę, coś zupełnie innego zwróciło jego uwagę.
Gdyby wracali z plaży, pomyślałby, że Ralf otarł się szczęką o piasek, bo te jasne i szarawe włosy do złudzenia przypominały jego ziarnka, obsypujące się z linii żuchwy na szyję. Słońce świeciło wystarczająco mocno, by mógł zauważyć przebijający przez jego skórę zarost.
Ralf zauważył to wodzące po jego szczęce spojrzenie i wysunąwszy ją lekko w przód, sam kontrolnie pogładził ją wierzchem obu dłoni. Gdy odsunął je od twarzy przelotnie zerknął na nie w odruchu, którego źródła nie umiałby wskazać, jakby spodziewał się, że okażą się zabrudzone.
- Będę musiał się ogolić - przyznał z zakłopotanym śmiechem.
Dopiero wtedy Claude zdał sobie sprawę z natarczywości własnego spojrzenia.
- Nie musisz - przewrócił oczami, ale ponieważ Ralf powątpiewająco pokręcił na tę sugestię głową, zaniechał śmielszych prób odwodzenia go od tego pomysłu. - Serio...? Ja dałbym temu jeszcze z dzień lub dwa.
Ralf i tak sceptycznie ściągnął wargi.
- Myślisz?
- Czemu nie? To wygląda całkiem dobrze - Claude jeszcze raz powiódł spojrzeniem po jego żuchwie, tym razem z bliska, bo w międzyczasie zdążył przerzucić Ralfowi ramię przez szyję i korzystając z tego, że jego szczęka znalazła się w zasięgu jego ust, na moment wpił się nimi w jej ostre załamanie. - Ale zrobisz jak uważasz. Chcesz mi coś w międzyczasie wyjaśnić?
- Tak?
- Te nici do szycia akt nie dają mi spokoju. O co z nimi chodzi?
- A - Ralf uśmiechnął się. - Też tego nie rozumiałem jako dzieciak. Teraz już się tak nie robi, ale kiedyś akta sądowe zszywano igłą i nicią, więc możesz sobie wyobrazić mnie, lat - powiedzmy - sześć, zastanawiającego się co mama ma na myśli, kiedy mówi, że ktoś pamięta czasy, gdy akta były szyte; albo że po kimś widać, że nigdy nie musiał ich zszywać; albo mnie zastanawiającego się gdzie była, bo przecież nie w sądzie, skoro wracała do domu z ciężką walizką.
- Walizką?
- Pełną tych teczek. To też zrozumiałem dopiero później, choć w mojej głowie ona ciągle podróżowała, bo skoro tata pakował się do podobnej wybierając się gdzieś w delegację, to może ona też, ale tak na parę godzin. Wiesz, jak wzdychała mówiąc "znowu Panama...", myślałem, że ma dosyć latania do Ameryki Południowej.
- Ja pomyślałbym, że miała na myśli Paryż.
- Ja już wiem, że raczej karuzelę podatkową - zaśmiał się Ralf.

W tym świetle trudno było stwierdzić gdzie kończył się jasny korpus domu Ralfa, a gdzie zaczynało się rozjarzone bielą niebo. Kiedy spacerowym tempem zbliżali się do ogrodzenia, po twarzach na zmianę smagały ich cienie liści bujających się ponad ich głowami oraz ciepłe plamy słońca przeciskającego się przez korony drzew.
- Posłuchaj... - w ostatniej chwili Claude postanowił się odezwać. - Serio przepraszam za tamto wcześniej. Wiem, nic się nie stało, ale i tak- Przepraszam. Nie mam pojęcia co się ostatnio ze mną dzieje.
Ralf spojrzał na niego wymownie.
- Nie masz za co przepraszać. Poza tym - z zadzierającym się w górę kącikiem ust Ralf przeniósł spojrzenie przed siebie - ja chyba mam.
- To może zechcesz mnie olśnić? Naprawdę chciałbym to zrozumieć.
- Zobaczysz.
- Coś sugerujesz...?
- Nic ponad to, że nie nosiłoby cię tak, gdybym rano przetrzymał cię w łóżku te parę chwil dłużej - Ralf swobodnie rozwinął myśl, przypatrując mu się z niewinnym uśmiechem. Zatrzymali się pod bramką, choć gdyby powiedział to gdziekolwiek indziej, pewnie i tak przystanęliby w miejscu, co uczyniłoby ten niezobowiązujący ton - właściwy przypadkowym uwagom, a nie stwierdzeniom tego rodzaju - zupełnie zbytecznym. - Ale gdybyś chciał... Może jeszcze mógłbym coś na to poradzić? Zajmę się teraz tym wszystkim - Ralf przelotnie spojrzał na budynek - ale potem mógłbym... Tobą.
- Tak...? - zainteresował się Claude i kiedy Ralf luźno oparł się plecami o ogrodzenie, on sam niemal opadł rękoma na barierkę po obu stronach jego ciała. Między nim a Ralfem znajdowało się dużo miejsca, ale równie dobrze mogłoby nie być go tam wcale. - W takim razie powiedz mi, proszę: w jaki zrobiłbyś to sposób?
- W jaki tylko byś zechciał.
Claude niemal poczuł na skórze spojrzenie Ralfa, które z tymi słowami leniwie przesunęło od jego ust do samej krawędzi spodni - jak dotyk dłoni lub języka.
Zaraz znów patrzyli sobie w oczy z powstrzymywanymi uśmiechami rwących się do pocałunku ust, utrzymanych na wodzy już tylko przez pamięć o tym, że gdzieś w pobliżu znajdowali się Voigtowie. Claude na moment spuścił wzrok, bo już samo nieprzerwanie tego spojrzenia groziłoby tym, że w kolejnej chwili któryś z nich by się zapomniał.
- To do zobaczenia, Ralf - Claude podniósł głowę - bo pewnie zobaczymy się później? - Wiernie odtworzywszy słowa i ton, jakim wcześniej powiedział to Cosmo, Claude porozumiewawczo mrugnął do Ralfa, pozwalając mu podpatrzeć tę częstokroć powielaną po nim sztuczkę.
Prawie się na to zaśmiali, ale zostali tak jeszcze przez chwilę: Ralf z łokciami na ogrodzeniu, Claude z dłońmi centymetry od jego rąk, patrząc na siebie oczami przymrużonymi tyleż pytająco, co przez trzymające się ich niedojrzałe rozbawienie - obaj naelektryzowani tak, że najmniejszy dotyk groziłby kopnięciem prądu.
Już krótkie cmoknięcie w kąciki ust, którym się pożegnali, wystarczyło, by przeszły ich dreszcze - coś równie nagłego i intensywnego jak początek letniej burzy, raptem dwie błyskawice poprzedzające moment, w którym niebem rozeszłyby się dziesiątki rozświeconych spękań.

Ralf obejrzał się za Claudem tak, że chociaż kolejny krok stawiał przez pchniętą biodrem bramkę, obróciwszy się przed siebie zobaczył korytarz - i kiedy jego twarz owiewał chłód klimatyzacji, zamiast furtki to drzwi zamykały się za jego plecami. Na zewnątrz było na tyle gorąco, by wentylacja nastroszyła włosy na jego przedramionach i karku jak podmuch zimnego oddechu kogoś, kto sunął za nim niczym cień odkąd przekroczył próg domu. Nie licząc jej szumu w środku przez chwilę było na tyle cicho, by zdążył uznać, że wszyscy zdążyli wyjść pod jego nieobecność. Potem usłyszał ruch na piętrze, a postąpiwszy w głąb pustego salonu przez jego szyby zauważył rodziców i Moritza, siedzących przy stole na zacienionym tarasie.
Ralf cicho przesunął przeszklone drzwi i wychynął na zewnątrz.
- Już jestem - zameldował półgłosem, po części nie chcąc alarmować ich chrypą przydającą jego brzmieniu szorstkości, po części zaś nie chcąc budzić Moritza, który zdawał się spać z kapeluszem panamskim przykrywającym mu twarz.
Tylko, że kiedy Moritz go usłyszał, wolną ręką nasunął go z powrotem na czubek głowy, którą zaraz skinął mu w niedbałym powitaniu, nie dając po sobie poznać w żaden sposób, że pamiętał o okolicznościach, w jakich widzieli się ostatnio.
Na szklance schłodzonego piwa, którą ściskał w dłoni, skraplała się przypominająca szron para. Krople wody skapywały na ekran tabletu z włosów schnącej po kąpieli w basenie Victorii, która pod białym ręcznikiem zwinęła się w kłębek na jednym z foteli. Wcześniej Ralf jej nie zauważył i być może zupełnie umknęłaby jego uwadze, gdyby na moment nie podniosła na niego wzroku.
Daniela zsunęła okulary przeciwsłoneczne by przyjrzeć się mu znad ich oprawek, ale zaraz ponownie poprawiła je na nosie. Marzell spojrzał na niego przelotnie, zaledwie sygnalizując tym, że przyjął jego powrót do wiadomości.
- To gardło - odezwała się po chwili. - Jesteś pewien, że tylko je zdarłeś?
Ralf przytaknął.
- Zaraz mi przejdzie.
Zlustrowała go jeszcze raz.
- W mojej kosmetyczce, tej dużej, są tabletki - przypomniała mu w sposób, który oznaczał, że powinien je wziąć. - Przynieś również tamte na zgagę, wiesz chyba które?
- Wiem - potwierdził Ralf.
- Nie mam zgagi - westchnął Marzell.
- Masz, nie pierdol - wciął mu się w słowo Moritz.
- Moritz - Daniela go uciszyła. Zza ciemnych szkieł nie było widać, jak przewróciła na niego ciężkim, karcącym spojrzeniem, jakby nadal uważała, że przy dzieciach nie powinien przeklinać; Moritz obronnie uniósł ręce, ale ona zdążyła przenieść uwagę na syna. - Poczekaj, Ralf.
Ralf zatrzymał się w progu.
- Dlaczego nie zadzwoniłeś po tatę? Nie było potrzeby, abyś fatygował obcych.
Na to pytanie zdążył przygotować sobie odpowiedź.
- Wujek Claude'a był w pobliżu - wyjaśnił, choć podobnie jak Claude'owi, nazywanie Cosmo wujkiem wydawało mu się dziwne - więc uznaliśmy, że się z nim zabierzemy. Przecież nie będę do was bez potrzeby wydzwaniał środku nocy - i przepraszam, jeśli obudziłem cię wiadomościami. Przynieść coś jeszcze?
Marzell spojrzał na Danielę jakby chciał powiedzieć, że właśnie tego oczekiwał - Daniela zaś na niego, ale tylko na moment, bo zaraz pokręciła na ostatnie pytanie głową i przyzwalającym skinięciem na drzwi oddelegowała Ralfa na górę.
Kiedy wspiął się schodami na piętro, Suse - zapinając kolczyki - wyjrzała z pokoju, który dzieliła z Moritzem, a jej ciemne włosy rozbujały się z tym ruchem jak na wietrze. Spod jej letniej sukienki przebijał strój kąpielowy.
- A, to ty - uśmiechnęła się lekko do Ralfa. - Jak było?
- W porządku - odpowiedział odruchowo, ale ponieważ ona zdawała się oczekiwać ciągu dalszego, w drodze do sypialni rodziców rozwinął myśl, jednocześnie starając się nie zastanawiać nad tym, czy wiedziała o wyjściu Moritza. - Szczerze? Powiedziałbym, że nigdy się tak dobrze nie bawiłem, ale prawda jest taka - mijając Suse obrócił się do niej na pięcie - że mam z nim tak za każdym razem, chociaż to już chyba wiesz.
- Wiem - potwierdziła, dalej z tym uśmiechem, choć to było jak odpowiedź na pytanie, które Ralf miał w głowie.
Z nawilżającą tabletką na gardło klejącą się do podniebienia wrócił na dół, lecz kiedy położywszy przed Marzellem leki od zgagi chciał wrócić do środka, podnoszący się ze swojego miejsca z pustą szklanką Moritz gestem dał mu znać, by nie zasuwał za sobą drzwi tarasu. Chwilę później sam wsunął się przez nie do środka, a te zamknęły się, odcinając podwórze od salonu.
- Nie wychodziłeś przypadkiem w czymś innym...? - zagadał Ralfa z lekkim rozbawieniem w głosie. - To mi wygląda na twoją koszulkę.
Ralf wymownie obejrzał się na niego spod otwartej lodówki, w której szukał czegoś, co mógłby zjeść na śniadanie.
- Bo to jest moja koszulka - przyznał, z trudem powstrzymując się przed dodaniem, że tym razem wrócił także w bieliźnie, a nie bez, bo i ją zdążył poprzednio zostawić u Claude'a. Zerknął ponad opakowaniami jogurtów. - Nie widziałeś tu może takiej małej miski? Zostały w niej resztki z kolacji.
W szklance, którą Moritz przystawił do kostkarki, jedna po drugiej zagrzechotały kostki lodu. Zza ramienia Ralfa odruchowo zajrzał do środka, ale zaraz coś sobie przypomniał.
- Były twoje? Mój błąd, nie myślałem zbyt wiele zaglądając do kuchni o świcie - szum wody zagłuszył jego zakłopotany śmiech. - Naprawdę niepotrzebnie namawiałem twojego tatę, by chociaż spróbował, bo oprócz tego, że zjadł mi prawie połowę, teraz do końca dnia będzie uskarżał się na zgagę przez to chorizo - to chyba było chorizo?
Ralf przytaknął powoli, ale milczał. Moritz kontynuował, rozkrajając cytrynę:
- W naszym wieku to nienajlepszy pomysł na pusty żołądek, ale było naprawdę smaczne. Prawdę mówiąc mieliśmy cię zapytać skąd to zamawiałeś.
Ralf cicho zatrzasnął drzwiczki lodówki.
- Tylko, że... - zaczął niepewnie, ale udało mu się zachować spokój. Poza nimi, nadprogramowymi przyprawami i rachunkiem za zakupy na saldzie jego konta nic nie zdradzało, że Claude tu był. - To nie było zamawiane. Claude to ugotował.
- Poważnie? Równie dobrze mogło być z restauracji. Ile on ma lat?
- Tyle co ja - no, prawie. Jest rok młodszy.
Moritz zagwizdał krótko.
- Dobrze gotuje.
- Wiem - uśmiechnął się Ralf, znów prawie dodając, że śniadania także robił smaczne. - Właściwie to chciałem cię o coś zapytać, bo... On to ugotował u nas.
- I co w związku z tym? - zdziwił się Moritz, ponieważ w tonie Ralfa dała się słyszeć obawa, której źródła w tamtej chwili nie potrafił określić.
Ralf rzucił okiem na drzwi tarasu.
- Myślisz, że mogę go tu zapraszać?
- Czemu nie?
Ralf jeszcze raz zerknął za siebie.
- Normalnie rodzice nie pozwalają mi nikogo przyprowadzać do domu.
- Ach, o to chodzi - Moritz powoli zaczął rozumieć, do czego dążył Ralf i również obejrzał się na oddzielające ich od Voigtów przeszklenie. Rozmawiali, ale ponieważ szkło zupełnie tłumiło ich głosy, zdawało się, że jedynie poruszali ustami jak dwie złote rybki w akwarium. - Gdybym ich nie znał sam uznałbym to za idiotyczne, bo potrzebujesz znajomych, poza tym - bądźmy szczerzy - po co im taki wielki dom, skoro stoi pusty? Ale musisz zrozumieć, że kiedy twoi rodzice wracają z pracy, obcy ludzie to ostatnie, co chcieliby widzieć. Natomiast tutaj, teraz, w wakacje? Nie widzę przeciwwskazań. Przecież zawsze możesz ich zapytać.
- Chodzi o to, że nie mogę - sprecyzował Ralf. - Pewnie powinienem był to wcześniej z nimi skonsultować, ale podejrzewam, że wiesz, jak to by się skończyło, gdyby mieli coś przeciwko.
Moritz otarł ręce w ścierkę i z westchnieniem odłożył ją na blat. Przecież ich znał.
- Oni nigdy nie mówią po prostu "nie" - przytaknął ze zrozumieniem.
Ralf uśmiechnął się słabo.
- Nie wiem co z tym zrobić - wzruszył ramionami. Tabletka na gardło obiła się mu o zęby, bo nerwowo przerzucał ją językiem. - Nie wiem jak to rozegrać.
Słysząc zrezygnowanie w jego głosie Moritz zaparł się rękoma o wyspę kuchenną.
- Zrobimy tak - zaczął po chwili namysłu, odrobinę cichszym głosem, niż dotychczas. - Gdyby pytali: to ja powiedziałem ci, abyś go tu zaprosił, zresztą zapomnij o tym, bo tą kwestią zajmę się sam. Ale tym razem im powiedz. Miej na uwadze to, że twoi rodzice trochę zbyt mocno przywykli do tego, że wszyscy pytają ich o pozwolenie. To trudni ludzie. Z nimi trzeba umieć rozmawiać.
- Oni nie chcą ze mną rozmawiać.
Moritz jeszcze raz uniósł wzrok na szklane drzwi tarasu.
- Wiem, Ralf. Wiem, że nie chcą, choć może to zbyt dużo powiedziane, bo z tego co zdążyłem zauważyć: oni przede wszystkim nie potrafią. Posłuchaj... Wyobraź sobie, że nie rozmawiasz z nimi - zdradził konspiracyjnie, choć zarazem od niechcenia, jakby sam robił to przez cały ten czas. - Nie rozmawiasz z mamą, lub tatą, ani z wysokim sądem, ani z panem dyrektorem. Musisz mówić nie do nich, a do czegoś, co posłucha. Nie do ludzi, a do tego, co nimi kieruje. Czasem jest to jedna rzecz, czasem wiele, mało tego, one nieraz się wzajemnie wykluczają, nieważne. Ważne jest to, że jeśli chcesz, aby naprawdę cię posłuchali, musisz zwracać się nie do nich, a bezpośrednio do tej sterującej nimi potrzeby - i nie obraź się, ale to, czym kierujesz się w tym wieku, prawdopodobnie jest znacznie prostsze niż to, czym kierowałby się ktoś starszy. Co kieruje twoimi rodzicami, kiedy chodzi o ciebie?
- To, co pomyślą o nich inni ludzie - Ralf odpowiedział bez namysłu, bo nie mógł pozbyć się wrażenia, że kiedy Daniela proponowała mu tabletki na gardło i sugerowała, by oszczędzał głos, silniej niż troska o jego zdrowie przemawiała przez nią obawa, że gdyby ktoś usłyszał, jak bardzo ochrypł, uznałby to za efekt jej zaniedbań.
- Między innymi - niechętnie zgodził się z nim Moritz. - A co pomyślą o nich ludzie, którzy ciągle przyjmują cię pod swój dach, ale nie mogą liczyć na podobną uprzejmość ze strony twoich rodziców? - uniósł szklankę jak do toastu, ale wzrokiem już śledził podnoszącego się z krzesła Marzella. - Spróbuj odbić w te tony. Uwiniesz się w pół godziny ze śniadaniem?
- Hmm? - Ralf uniósł głowę by na niego spojrzeć, ale zaraz musiał ją obrócić.
- Uwiniesz się w pół godziny ze śniadaniem? - Marzell zapytał Ralfa, przepuszczając przed sobą Danielę i Victorię, aż sam wsunął się do środka.
Moritz uśmiechnął się pod nosem, kiedy zasuwały się za nimi drzwi. Ralf, przez ten czas zajęty skrajaniem owoców, podniósł wzrok na ojca.
- Tak - potwierdził zdawkowo i odłożył nóż. - Jedziemy dokądś?
Mógł się domyślić odpowiedzi. Byli prawie gotowi do wyjścia: ojciec i Moritz w koszulkach polo i skórzanych butach żeglarskich, mama w lnianej koszuli, Victoria w stroju, który zdążył już wyschnąć w tym upale, była też Suse, która przecież szykowała się na górze.
- Do przystani - poinformował go Marzell. - Potem się przepłyniemy, ale weź ze sobą coś na zmianę, bo jeszcze nie ustaliliśmy gdzie zatrzymamy się na obiad. Może jednak ośmiorniczki? Jak sądzisz? - zwrócił się do Moritza, ale ten pokręcił głową.
- Ani słowa o ośmiorniczkach.
Już pomysł wypłynięcia na morze przy trzymającym się go kacu Moritz potraktował jako przyjacielską złośliwość, którą w imię wyświadczonej mu przysługi był zmuszony znieść z honorem.
- Smakowały ci.
- Jak zgaga?
Marzell, uciszony tym pytaniem, westchnął poddańczo.
- Właściwie... - odezwał się Ralf, zaparty dłońmi o wyspę kuchenną jakby ta była mównicą. - Wolałbym zostać dzisiaj w domu.
- Ponieważ...?
- Padam z nóg.
- Zdążysz wypić kawę - Marzell skinął głową na ekspres. Już wtedy coś nie pasowało Moritzowi w tonie, którym to powiedział.
- Tato... Wróciliśmy późno. Przetańczyłem pół nocy, drugie pół przegadałem, mam zakwasy i zdarte gardło - wymienił Ralf. - Wolałbym dziś odpocząć. Posiedzę tu, wymoczę się w basenie, może przejdę się później na plażę, nie wiem - Ralf wzruszył lekko ramionami. - Właściwie myślałem, żeby zaprosić Claude'a.
Ponieważ Marzell i Daniela milczeli, jedynie na niego patrząc, Ralf kontynuował.
- Pewnie też przesiedziałby dzisiaj pół dnia u siebie.
Odpowiedziała mu cisza. I Ralf, i Moritz już ją znali - to była szansa na rozmyślenie się, na dodanie czegoś zdolnego przekreślić każdą rzecz, która została już powiedziana. Istniało co najmniej kilka rodzajów wyniosłego milczenia, składających się na język, którym operowali Voigtowie, jakby ważniejszym niż to, co mówili, był czas upływający pomiędzy poszczególnymi z ich wypowiedzi, podobnie jak pusta przestrzeń - te niezagospodarowane dziesiątki metrów kwadratowych - stanowiła największą dekorację ich domu pod Hamburgiem; zarówno długie momenty ciszy, jak i te ciągnące się bez końca odległości między meblami i pomieszczeniami pełniły tę samą funkcję.
Sekundy czy metry, przestrzeń w czasie czy otoczeniu - Marzell i Daniela zwyczajnie mogli sobie na to pozwolić.
- Byłoby miło, gdyby dla odmiany to on mógł spędzić tu trochę czasu - kontynuował Ralf, wtedy jeszcze niezrażony tym brakiem reakcji. - Jadam u nich śniadania, obiady i kolacje, mogę tam nocować, jestem... Podwożony i-
- I nie wydaje ci się to odrobinę dziwne? - zapytała wreszcie Daniela, którą zaczęła przemawiać nieufność. - Ralf, to mimo wszystko obcy ludzie.
- To Francuzi - Ralf przypomniał mamie, jakby to wyjaśniało wszystko. - Są gościnni. Chciałbym tylko móc odwdzięczyć się za tę uprzejmość, bo to nie wygląda dobrze, gdy-
- Gdy nadużywa się cudzej gościnności? Robisz obcym ludziom problem, a potem-
- Oni nie traktują mnie jak problemu.
- Nie podnoś głosu - Marzell upomniał Ralfa.
Tylko, że Ralf go nie podniósł. To był prawie ten sam monotonny głos, którym mówił przez cały czas.
- Marzell - włączył się Moritz, przewracając na niego oczami. - Ralf nie podnosi głosu. Poza tym ma rację. Jak to wygląda? Danielo, proszę cię, poznałaś przecież Claude'a, ja zresztą także miałem okazję to zrobić. To sympatyczny chłopak, dba o Ralfa. Naprawdę nie widzę powodu, dla którego miałby nie być tu mile widziany. Jestem pewien, że pan Bailly doceniłby parę chwil spokoju w domu, skoro sam wracał z nimi w środku nocy. Przysługa za przysługę - Moritz wzruszył rozłożonymi ramionami i nadpił rozbujałą od tego gestu wodę z cytryną. - Co wam szkodzi, że tu wpadnie?
Na to pytanie nie istniała sensowna odpowiedź. Marzellem czasem przemawiała zakrawająca o zwierzęcą terytorialność, przydatna w interesach, tam, gdzie dbał o swój sektor, o swoje konta, o swój biznes, wszędzie gdzie moje zawsze stawało się naszym, jego i Moritza - lecz nieraz trudna do zniesienia gdy chodziło o cokolwiek innego. Jego zaborczości Moritz nie nazwałby inaczej niż drapieżną - nie przy ostrzegawczym błysku, który pojawiał się w jego oczach, gdy ktoś naruszał jego terytorium. Sam polubił ją przy pierwszym to moje miejsce, jeszcze na studiach, które zaraz stało się ich miejscem: na auli, na parkingu, najpierw na terenie kampusu, potem osiedla, wreszcie siedziby pierwszego biura. Nawet faceci Moritza, którzy dekady temu przewinęli się przez ich mieszkanie nie stanowili dla niego problemu - przynajmniej póki nie zajmowali jego miejsca na kanapie, lub nie pili rano kawy z jego kubka, albo nie dysponowali zbyt odważnie czasem, który miał być ich wspólnym. Te tendencje dawno zdążyły przekierować się na zupełnie inne sfery życia, ale teraz Moritz usłyszał ciągnące się za nimi echo.
- Poza tym, przecież Claude już tu był. - Moritzem pokierował ten sam zdrowy odruch, przez który zdecydował się zaczepić Ralfa zanim sam zauważyłby go w klubie.
- Kiedy?
- Wczoraj - Moritz zmarszczył się, jakby już to mówił. - Nie odczuliście tego w żaden sposób.
- Ralf - Daniela ścięła go upominającym wzrokiem, tym, w którym rozczarowanie okazywało się gorsze do gniewu.
- Żadne Ralf - poprawił ją Moritz, aż to na niego przeniosło się to spojrzenie. - Wybacz, Victorio, ale czy wy myślicie, że on się nie nudzi pilnując młodszej o tyle lat siostry? Zasugerowałem mu, żeby zaprosił Claude'a. I nie patrz tak na mnie, Marzell. To też mój dom - sam przypomniał mu ostrzegawczo. - Poza tym śniadanie ci smakowało. Ty wiesz, że on to ugotował?

(...)




Edytowane przez Choo dnia 22-09-2022 21:48
 
Przejdź do forum:
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Aktualnie online
· Gości online: 2

· Użytkowników online: 0

· Było użytkowników: 211
· Ostatni użytkownik: Acanthi
1,769,978 unikalne wizyty