Kiedy ojciec Claude'a rozwiódł się z Gaelle, nadal witano ją w jego rodzinnym domu z otwartymi ramionami. Sam Arnaud stał się w nim nieproszonym gościem, którego obecność w najlepszym wypadku kwitowano wrogim milczeniem - ta jednak znacznie częściej prowadziła do głośnych zatargów, ponieważ w domu Liny i Quentina nigdy nie było cicho.
Jakiś czas temu naszła nas myśl, że gdyby Ralf i Claude rozstali się w świecie, który się nie skończył, Ralf - podobnie jak Gaelle - byłby milej widziany przy świątecznym stole niż Claude. W tym krótkim opowiadaniu Claude podziela los Arnaud, a ze wszystkich, z Ralfem i Claudem na czele, wychodzi to, co najgorsze - i najlepsze.
~*~
Claude nie umiałby przywołać z pamięci słów, przez które Ralf, z właściwym sobie spokojem - tym spokojem, który go samego wytrącił wtedy z równowagi - zsunął z palca pierścionek. Nie pamiętał ich nie dlatego, że miesiące później minęło wreszcie wystarczająco dużo czasu, aby przestał żałować wymiany zdań zakończonej dźwięcznym i dobitnym uderzeniem złota o drewniany blat wyspy kuchennej, ponieważ żałować, choć nigdy by się do tego nie przyznał, nie przestał - nawet teraz, gdy śnieg, zamiast topnieć, znów zaczął nawarstwiać się na ulicach, a blond loki, zamiast znikać za zatrzaśniętymi drzwiami, znów łaskotały jego twarz.
Nie pamiętał tamtych słów, po których Ralf chwycił pierścionek w chłodne obcęgi swoich palców i pociągnął, niby za zawleczkę granatu, ponieważ wykrzykując je Claude nie różnił się od zaskoczonego hukiem strzałów żołnierza, który zbyt późno zrozumiał, że to on niezamierzenie nacisnął na spust odbezpieczonego karabinu. Może gdyby nie nagła zmiana w wyrazie twarzy Ralfa mógłby oszukiwać się, że wystrzelone na oślep kule przeorały jedynie ziemię, dalece omijając najważniejsze organy; mógłby pokonać dzielącą ich odległość, zamknąć jego dłonie we własnych i ponownie wsunąć pierścionek zaręczynowy na jego palec serdeczny, jakby mogło ich to uchronić przed eksplozją, której wybuch pchnął go aż za drzwi; mógłby liczyć na wybaczenie, nawet jeżeli uniósłszy się dumą nie powtórzył przeprosin, choć wtedy, zanim znalazł się na klatce schodowej, powtarzał je bez przerwy.
Ralf jednak, ogłuszony, zdawał się ich w ogóle nie słyszeć.
- Wyjdź - zwrócił się do Claude'a, a ten zastygł.
Znał słowa, które miały paść, ponieważ nie był to pierwszy raz, kiedy Ralf wydawał to polecenie; lata temu wydał je innej osobie. Później kolejnej. I kolejnej.
Aż wreszcie i jemu.
- Nie chcę cię tu widzieć - kontynuował Ralf, a on zacisnął powieki, owiany przez falę duszącego gorąca. Równie dobrze, co przez napływającą do policzków krew, mógł poczuć ją w nieuniknionym następstwie detonacji aktywowanego ładunku. Przysiągłby, że gdyby otworzył oczy, okazałby się stać twarzą w twarz z pędzącą ku niemu chmurą ognia i zobaczyłby jak ta, niby w zwolnionym tempie, pochłania każdy dzielący ich dwójkę metr.
Aż wreszcie i jego.
- Zabierz swoje rzeczy, gdy mnie nie będzie. Klucz zostaw w recepcji. Czego nie zabierzesz, wyrzucę. - Ralf wskazał brodą na biżuterię, jej złoto stopniowo tracące temperaturę noszącego je dotąd ciała. - To również.
Parę dni i nieodebranych połączeń później Claude zastał pierścionek w tym samym miejscu. Większość rzeczy czekała na niego na klatce: ramy plakatów zdjęte ze ścian, kartony książek i bibelotów ustawione jedne na drugich, walizka z - jak przypuszczał - ubraniami. Przeszło mu przez myśl, że pod każdym innym adresem wszystkie te przedmioty zostałyby rozkradzione i sprzedane; tu nie miały wartości dla żadnego z mieszkańców. Najwyraźniej także nie dla Ralfa, którego mieszkanie znów wyglądało tak, jakby nie mieszkał w nim nikt.
Wyglądało jak ich koniec. Pachniało detergentami, podobnie jak zdezynfekowane dłonie zamożnych trąciły środkiem antybakteryjnym, używanym na osobności z tą charakterystyczną, ostentacyjną dyskrecją, ilekroć ludzie jak Ralf uścisnęli ręce komuś uboższemu od nich o parę posiadłości, jacht, czy choćby rocznik samochodu. I może właśnie tym był dla niego ten związek - miłą uprzejmością, zakończoną odkażaniem dłoni po to, by kolejna osoba nie natrafiła na najmniejszy ślad bytności poprzedniej.
W gruncie rzeczy, czy sam tego nie zrobił?
A jednak nawet dziś, obserwując z okna pierwsze z rzadkich opadów śniegu w Tianjinie, z brodą wbitą w ramię obejmowanego w pasie blondyna, nie pamiętał słów, przez które święta miał spędzić z nim, zamiast z Ralfem. Claude'owi zostało udawać, że nie zbierało się mu na mdłości ilekroć pierścionek zaręczynowy na palcu Vide stukał o uniesiony do jego ust kubek, ponieważ ilekroć słyszał ten dźwięk, to przeklęte, dźwięczne - stuk-
Znów stał z ostatnim kartonem przy długim blacie recepcji budynku Ralfa, naciągając daszek czapki na oczy i walcząc z podjeżdżającą krawędzią przyciasnej bluzy, obserwowany przez kolejkę osób kupujących bilety na taras widokowy, a kiedy wyciągał z kieszeni klucz, trzymany w niej pierścionek wypadał na marmurowe panele foyer, odbijając się od nich z tym przeklętym, dźwięcznym stukotem-
Claude wyjął kubek z dłoni Vide, cudownie nieświadomego irytacji ukrytej za jego uśmiechem.
Cały bowiem urok Vide sprowadzał się właśnie do tego - mógł widzieć świat dokładnie takim, jakim ten wydawał się na pierwszy rzut oka, a nade wszystko takim, jakim przedstawił mu go Claude.
~*~
Dopiero na lotnisku udało mu się ustalić, że jeśli Arnaud nie zdążył wylecieć z Pekinu którymś ze wcześniejszych samolotów, musiał zdecydować się na spędzenie świąt w pojedynkę. Claude nie miałby mu tego za złe - na jego miejscu po wszystkim, co zostało powiedziane wiosną, również nie chciałby widzieć się na oczy, ponieważ wiosną, kiedy tuż przed jego twarzą zatrzasnęły się drzwi mieszkania Ralfa, to ojciec wpuścił go do własnego.
"Co zrobiłeś?", zapytał Arnaud, wciągając syna przez próg, a Claude zaniósł się płaczem:
"Spieprzyłem to. Spieprzyłem wszystko.", choć może było inaczej, może to Claude powtarzał te słowa od samego wejścia i może wcale nie musiał na niego naskakiwać, kolejny raz słysząc to samo pytanie.
"Co j a zrobiłem? Co zrobiłem! Że niby Ralf jest święty, tak? Dlaczego to zawsze musi być moja wina? To, że t y rozwiodłeś się z mamą przez twoje błędy nie znaczy, że j a też je popełniam, słyszysz?", warczał przez łzy, a Arnaud słuchał go ze splecionymi dłońmi, to przytakując, to kręcąc z rozczarowaniem głową, to przecierając twarz ze zmęczenia, jakby mniej więcej tego się spodziewał.
"I pewnie wydaje ci się, że mnie kurwa znasz-, przecież dokładnie tak było,
-że - że..."
Ile razy wydarł się na Arnaud zanim ten oznajmił mu, że powinien rozejrzeć się za innym miejscem?
"Czujesz się z tym lepiej? Będziesz teraz jak Cosmo", zarzucił mu Claude.
"I tak jak Cosmo wziął stronę mamy, tak ty weźmiesz stronę Ralfa? Nie ma znaczenia, co mu powiedziałem, nie wiem, kurwa, nie wiem, ale cokolwiek to było, najwyraźniej sobie zasłużył! Najwyraźniej tak miało być!"
Tamtej wiosny dopiero w drodze powrotnej do Tianjinu, na łączącej go z Pekinem ekspresówce Jingtang - ubrany w tę przycisną bluzę, która mogła pamiętać wczesne lata jego studiów i przechowana na dnie szuflady ojca zdawała się czekać na moment jak ten - zrozumiał, że nie powinien był tego mówić.
Ani tego, że to było do przewidzenia: że wolałby syna jak Ralf, więc nic dziwnego, że bierze jego stronę.
Ani tylu innych rzeczy, przez które nawet Arnaud wreszcie zaczął milczeć. Wyświetlał wiadomości od Claude'a, w znakomitej większości pozostawiając je bez odpowiedzi innej niż
tak,
nie, z rzadka
ok. Ostatnią, z zapytaniem o lot, zignorował w całości.
Tego, że nie leciał wraz z nimi, Claude stał się pewien dopiero na pokładzie. Jeszcze wcześniej, wyglądając ponad kolejką do otwartego gate'a, wypatrywał znajomej twarzy w frankofońskim tłumie, ponieważ nie wpadli na siebie w strefie bezcłowej, ani na kontroli bezpieczeństwa, ani wszędzie tam, gdzie odruchowo szukał go wzrokiem, po prawdzie obawiając się, że za którymś razem napotka spojrzenie nie jego, lecz Ralfa.
Ponieważ to Ralf, jeżeli nie zdążył wylecieć z Pekinu którymś ze wcześniejszych samolotów, musiał zdecydować się na spędzenie świąt w pojedynkę.
Ralf jednak mógł wylecieć miesiące temu.
Do Londynu, może Hamburga.
Może w zupełnie inne miejsce.
~*~
Gdy Vide - z trudem nadążając za Claudem - przemknął wzrokiem po rozświetlonym ekranie jego telefonu, ten poczerniał, natychmiast zgaszony, nie różniąc się przy tym od rzuconego pod nogi i naprędce rozgniecionego podeszwą papierosa po kolejnej złamanej obietnicy skończenia z nałogiem.
Przetrzymując w płucach dym, a w pamięci wyświetlony sekundy temu obraz, Claude wyrwał do przodu; przepędzając zaś sprzed twarzy wydmuchniętą chmurę i spalinowe wyziewy paryskich taksówek, gestem przywołał jedną z tych, które zataczały kółka przy zajętych miejscach postojowych i kolejnym ruchem ponaglił przeciskającego się między ludźmi Vide.
- Dworzec? - powtórzył ten, prawie podskakując, gdy niedbale rzucona walizka odbiła się od dna bagażnika. - Z tym bagażem trzeba ostrożniej.
- Wierz mi, że to najmilsze co spotka twoje rzeczy przez najbliższą godzinę. Gdybyś był wcześniej w Paryżu- podjął Claude, ignorując poprzednie pytanie.
Trzasnęły drzwiczki.
- Ale dworzec? Czy nie mówiłeś, że mieliśmy jechać samochodem?
- Że to jedna z możliwości - Claude poprawił go, choć planując wyjazd nie wspominał o innej.
W normalnych okolicznościach pojechałby w kierunku Marsylii z Cosmo, lub z tamtejszego lotniska złapałby transport wraz z ojcem, nie żałując pieniędzy na lot z przesiadką tak długo, jak te płynęły z cudzego portfela.
Wyjątek stanowiły poprzednie święta i te, które je poprzedzały - spędzone z Ralfem w Tianjinie, a następnego roku w Cassis. Tej zimy z kimś innym.
- Mówiłem ci, że moglibyśmy podjechać z Cosmo - Claude rozwinął myśl, rozdrażniony kolejną ze zignorowanych wiadomości. - Ale może tak jest lepiej.
Arnaud miał prawo milczeć, im bardziej uparcie jednak to robił, tym szybsze i obszerniejsze stawały się odpowiedzi Cosmo, który zawsze węszył okazję do chełpienia się lepszymi relacjami z bratankiem niż te, które łączyły Claude'a z własnym ojcem.
Dziś jednak nawet Cosmo mu nie odpisywał.
- Widzisz, Cosmo jest... - zastanowił się Claude, choć wcale nie musiał. Bagaże podskoczyły na progu zwalniającym. - Cosmo nie ma zbyt dobrej pamięci. Nie dlatego, że jest stary; wiele rzeczy po prostu go nie obchodzi. Mylą mu się daty, imiona, obietnice z luźnymi propozycjami. Obiecał, że pojedziemy razem, ale to nie przeszkodziło mi w kupieniu biletów na pociąg.
Vide wydał jeden ze swoich przeciągłych odgłosów, które oznaczały, że zrozumiał; brzmiały jak
ach, to by się zgadzało, jednocześnie sygnalizując, że uznał poruszony temat za zamknięty. Przespawszy większość lotu był wystarczająco rześki i przytomny, by przejeżdżając zakorkowanymi ulicami miasta co rusz postukiwać palcem w przykurzoną od zewnątrz i zaparowaną od wewnątrz szybę taksówki, cokolwiek jednak uważał o architekturze miasta i o filmach, które w nim nakręcono, Claude kwitował znużonym przytakiwaniem.
Zdawała się bowiem nie istnieć ilość snu, która uczyniłaby Vide wystarczająco spostrzegawczym, aby w odbiciu szyby po stronie Claude'a zauważył nie tylko to, że ten dopiero kupił bilety na TGV, ale i wrócił do nawyku równie natrętnego, co palenie.
Niewyraźne odbicie twarzy, która rozświetliła ekran jego telefonu, Vide mógłby uznać za własne - i może właśnie w ten sposób tłumaczył sobie każdy raz, gdy w kąciku oka mignęły mu blond loki.
~*~
Przez krótką sekundę, zanim pozornie radosny uśmiech otwierającego im drzwi Cosmo nie rozciągnął się w wyrazie niepohamowanego rozbawienia, Claude uległ słodkiemu złudzeniu, że przekroczywszy próg domu dziadków - już tylko Liny, choć do niedawna i Quentina - wbrew własnym przewidywaniom odetchnie z ulgą.
- Kogoż to moje oczy widzą, Claude! - zakrzyknął Cosmo w powitaniu, choć jednocześnie obejrzał się przez ramię na zacieniony korytarz, z trudem walcząc z cisnącym mu się na usta parsknięciem i chęcią przywołania wszystkich, którzy zdążyli zebrać się w salonie. - Oraz Ralf - dodał natychmiast, krótkim uściskiem usuwając Claude'a za swojej drogi - bo jakże mielibyśmy spotkać się bez R a l f a!
Zamarkowawszy głośnymi cmoknięciami powietrze po obu stronach purpurowiejącej twarzy Vide, Cosmo poczynił dwa kroki w tył, aby przyjrzeć się towarzyszącemu Claude'owi blondynowi od stóp do głów, na potrzeby sprawianych pozorów zmuszony tłumić śmiech przyciśniętymi do warg palcami.
- Cosmo, proszę- - zaprotestował Claude, lecz został zbyty machnięciem ręki.
- Niesamowite, co rok czasu potrafi zrobić z człowiekiem - kontynuował Cosmo, obserwując jak wyswobadzający się z płaszcza Vide szuka wzrokiem pomocy u Claude'a, zdolnego jedynie przepraszająco pokręcić głową podczas walki z rękawami własnego. - Niesamowite. Arnaud! Arnaud, przerwij cokolwiek robisz. Musisz to zobaczyć. Nie szamotałbym się tak z tym płaszczem, Claude. Być może wcale nie musisz zdejmować butów.
W chwili potrzebnej Arnaud na przerwanie prowadzonej w salonie rozmowy, niechętne dźwignięcie się z kanapy i przystanięcie w progu, Vide zdążył z uśmiechem wyciągnąć do Cosmo dłoń, którą ten uścisnął dopiero pod naporem ponaglającego spojrzenia Claude'a, obracając się już przez ramię na brata.
- Nie sądziłem, że zacznie mi się dwoić w oczach po raptem jednej butelce wina - Cosmo zwrócił się do Arnaud.
- Tato...
Ale Arnaud, zupełnie jak Cosmo, uniósł palce do ust - powstrzymując śmiech, próbując ukryć własne zdziwienie, lub starając się nie wypowiedzieć tych samych myśli, które Cosmo wygłaszał na głos bez choćby cienia skrupułów:
- Musisz przyznać, że podobieństwo jest uderzające.
- Co oni mówią? - Vide szepnął do Claude'a.
- Nic takiego - uciszył go Claude. - Są tobą zachwyceni.
Vide zdawał się nie dopuszczać do siebie myśli, że za radosnym wydźwiękiem słów Cosmo mogłoby stać cokolwiek innego, niż ciepłe powitanie i uprzejmy komplement. W przeciwieństwie do Ralfa nigdy nie nauczył się posługiwać francuskim. Nigdy nie rozważył nawet takiej możliwości, a może został odwiedziony od tego pomysłu przez samego Claude'a, doskonale zdającego sobie sprawę, że błędy w wymowie czy gramatyce, które rozczulały go, dopóki popełniane były przez Ralfa, w ustach Vide okazałyby się niemożliwe do zniesienia.
- Claude - Arnaud oderwał wreszcie wzrok od Vide, który powitalnie skinął mu głową. - To dosyć niezapowiedziana wizyta, nie sądzisz?
- Myślałem, że polecisz z nami samolotem.
- Z tobą, owszem, ale miałem inne plany. Ty najwyraźniej również. Co to ma być?
- To mój-
Ale Cosmo zdążył chwycić dłoń Vide i unieść zdobiący ją pierścionek na wysokość wzroku. Zafascynowanie, z jakim przyjrzał się biżuterii, był równie szczery co rozbawienie, z jakim wskazał ją także Arnaud.
- Nowy narzeczony - Cosmo przerwał Claude'owi. - Moje gratulacje. W przyszłym roku mamy spodziewać się trzeciego?
- Tato-
Arnaud jednak jedynie pokręcił głową.
- Gaelle! Znalazłabyś chwilę...? - zakrzyknął, wbijając wzrok w Claude'a. - Idź przywitać się z mamą. Później porozmawiamy.
Nie poświęcając im więcej uwagi skierował się z powrotem do salonu.
- Strasznie cię przepraszam - już od progu pomieszczenia powrócił do prowadzonej po angielsku rozmowy - telefonicznej, jak przypuszczał Claude - którą przerwało przybycie jego oraz Vide.
- Twój ojciec nie wydaje się zadowolony - zauważył Vide, pozwalając Claude'owi poprowadzić się za nadgarstek w kierunku kuchni, z której przelotnie wyjrzała wycierająca dłonie w ścierkę Gaelle.
- Posprzeczaliśmy się przed świętami, to tyle.
- ...jakby nie dostarczył mi wystarczająco wielu powodów do wstydu - Claude usłyszał jeszcze głos ojca, zanim zagłuszyło go ujadanie psów, które wypadły z pokoju dziennego, przepchnęły się pod nogami Cosmo i na wyścigi ruszyły w kierunku jego oraz Vide, uprzedzonego, że te mogą się na niego rzucić, a mimo to całkowicie nieprzygotowanego na moment, w którym to nastąpiło. Jego okrzyk zaskoczenia przeszedł w niezręczny śmiech.
- Możesz coś z nimi zrobić? - Claude obejrzał się na Cosmo, który przystanął w pewnej odległości od nich, nawet nie próbując udawać, że robił cokolwiek, aby Espresso i Cortado się uspokoiły. - Mamo...? Mamo, ja-
Przynajmniej Gaelle przyjęła jego przybycie z troskliwym uśmiechem, jednak i w nim zagościł niepokój gdy tylko spojrzała ponad ramieniem objętego Claude'a. Od ich rozwodu Arnaud z pokorą nauczył się, że wzywanie jej imienia i oczekiwanie reakcji było przywilejem czasów małżeństwa i wychowywania Claude'a, co w znakomitej większości przypadków oznaczało radzenie sobie z dziesiątkami nieprzyjemnych sytuacji w sposób, który nie wzbudzał paniki ani jej dziecka, ani przechodniów, i już w chwili, gdy ją zawołał, powinna była wiedzieć, że była to jedna z nich.
- Wszystko wam zaraz wyjaśnię - zapewnił ją Claude, gestem wskazując aby Vide, wokół którego wciąż krążyły psy Cosmo, podszedł bliżej. - To jest Vide, mój-
Przytaknęła z uśmiechem i uścisnęła dłoń Vide, nie słuchając niczego, co dodał Claude. Naiwnością byłoby sądzić, że jej syn wkrótce po rozstaniu nie wejdzie w kolejną nienazwaną relację z jedną z tych osób, których imiona zmieniały się zbyt szybko, aby kiedykolwiek się nimi interesowała, jednak patrząc tego dnia na Vide - na pierścionek, który jeszcze rok temu pobłyskiwał na palcu Ralfa - myślała tylko o wszystkich świętach, które spędziła w domu Liny i Quentina po rozwodzie z Arnaud. Pomimo ich najserdeczniejszych zaproszeń nie mogła pozbyć się wrażenia, że nie powinno jej tu być, a w tych wszystkich razach, kiedy Cosmo odbierał ją z dworca w Marsylii, przez wiele lat widziała nie tyle wystosowaną wobec niej samej uprzejmość, co kolejny ze sposobów, na które ten dokuczał swojemu bratu. Spodziewała się, że któregoś z tych razów Arnaud wróci z Chin z nową osobą, jednak nigdy nie obawiała się tego równie silnie co pierwszego roku po ich rozstaniu. Rozwód był nieunikniony, uzasadniony, w końcu sama go chciała - a jednak myśl, że ktoś miałby ją zastąpić, dopiero wiele lat później przestała wywoływać u niej mdłości. Ostatecznie Arnaud nigdy nie postawił jej w tym położeniu, ale dziś okazało się, że to, czego nie dopuścił się ojciec, zrobił jego syn.
- Bardzo miło mi cię poznać, Vide - oznajmiła po angielsku wbrew samej sobie. - Wybacz ten chaos, nie spodziewaliśmy się żadnych dodatkowych gości. Usiądź, proszę. Napijesz się herbaty? - Przeniosła wzrok na Claude'a i przeszła na francuski. - Idź porozmawiać z ojcem.
- Dopiero co mnie tu przysłał.
- Idź. W tej. Chwili.
- Ale Vide-
- Vide wypije teraz herbatę i poczęstuje się czymś przed kolacją. Cosmo! Zabierz psy.
Proszę.
Claude pamiętał panikę, z jaką rozejrzał się wtedy po kuchni.
- Gdzie jest babcia? - zapytał, cofając się do przedpokoju, ale ani na chwilę nie odwracając się od Gaelle.
- Przebiera się - uspokoiła go i natychmiast przeniosła uwagę na Vide. - Musisz być głodny po tej podróży. Minie jeszcze chwila, zanim usiądziemy do stołu, więc jeśli mogę ci coś podać...
- Wystarczy herbata - zapewnił ją Vide, a ona włożyła całą swoją energię w przywołanie na twarz serdecznego uśmiechu.
- Czyli... Vide, tak? - Obejrzała się na niego, przeszukując szafkę z herbatami jedynie po to, by zyskać na czasie. Nieszczególnie interesowało ją jaką pijał. - Wybacz, ale Claude nigdy nam o tobie nie wspominał. Od dawna się znacie?
- Od paru lat.
Nigdy nie spodziewała się, że gniew, w jaki zwykły ją wprowadzać myśli o Arnaud, kiedykolwiek zostanie przekierowany na jej syna. Nalewany do kubka wrzątek prawie przelał się przez jego krawędź zanim dotarło do niej, jak typowy był to rodzaj odpowiedzi dla par, które spędziły ze sobą zbyt mało czasu, aby w ogóle się poznać.
- Jeżeli chodzicie ze sobą od paru lat, musisz wiedzieć, że przez ostatnie dwa lub trzy Claude przyjeżdżał tu na święta z zupełnie innym chłopakiem - oznajmiła mu głosem tak lekkim, jakby był to drobiazg, którym nie powinien się martwić. Brakowało naprawdę niewiele, aby ugryzła się w język. - Taki już jest. Kiedy zaczęliście się ze sobą spotykać?
Nigdy nie kochała Liny bardziej, niż w pierwsze święta po rozwodzie, kiedy ta - już nie jako teściowa, choć nadal jako babcia jej dziecka - oznajmiła jej, że jeśli Arnaud ośmieli się przybyć tu w czyimkolwiek towarzystwie, nadmiarem łaski będzie już samo niewyrzucenie go na dwór razem z tą osobą. W porównaniu z tym podejściem reakcja Gaelle była łagodna, choć nie nazwałaby jej niegroźną.
- Cóż - Vide zmieszał się jedynie odrobinę. - Można powiedzieć, że wróciliśmy do siebie po dosyć długiej przerwie. Chodziliśmy ze sobą wiele lat temu. Zeszliśmy się, ponieważ... - zastanowił się chwilę. - Cóż, ponieważ oboje musieliśmy dojrzeć do tej decyzji.
- Oczywiście - przytaknęła mu Gaelle. - Piękny pierścionek. Kiedy się zaręczyliście?
- Miesiąc temu.
- Miesiąc - powtórzyła z zachwytem, jak po dziecku. - To piękny czas na świętowanie pierwszego miesiąca narzeczeństwa. Wybacz to przesłuchanie, ale zdaje się, że mamy bardzo wiele do nadrobienia. Lecieliście z Pekinu?
- Czy ty zupełnie postradałeś zmysły? - Arnaud zagrodził Claude'owi drogę do salonu, palcem wskazując na prowadzące do garażu drzwi. Zwalczył chęć trzaśnięcia nimi, gdy przekroczyli ich próg. - Nie będziemy kłócić się przy gościach. Co to ma być?
- A jak sądzisz? - zamiast odpowiedzieć zapytał go Claude. - Miałem poukładać sobie życie i to zrobiłem. Jeżeli chodzi o to, co powiedziałem ostatnio, przepraszam, w porządku? Czy możemy już wrócić na górę?
- Nie. Nie możemy. Dlaczego nic nam nie powiedziałeś?
- Nie zmieniłoby to nic poza daniem Cosmo kilku dodatkowych tygodni na obmyślenie wszystkich sposobów, na jakie mógłby mnie po tym wszystkim upokorzyć.
- Upokorzenie to właściwe słowo. Czy ty masz pojęcie, jak bardzo jest mi-
- Wstyd? Och, słyszałem, ale niby przed kim? Kim ty, kurwa, jesteś, żeby wstydzić się mnie przed jakimiś obcymi ludźmi, którzy nie wiedzą nawet o moim istnieniu? Mogłeś być kimś,
Claude, mogłeś być
kimkolwiek, ale nie jestem, więc pozwól mi skorzystać z tego przywileju bycia
nikim, pogratuluj mi i zapomnij o mnie na kolejny rok. Nie musisz przyjeżdżać na ślub.
- Nie żartuj sobie. Nie zamierzasz go przecież poślubić.
- Może zamierzam, może nie, kto wie. Zawsze można się rozwieść, a ty, zdaje się, masz w tym już pewną wprawę.
Przez chwilę Arnaud wydało się, że znów miał przed sobą nastolatka. Doskonale pamiętał ostatni raz, kiedy Claude wyprowadził go w ten sposób z równowagi, a chociaż jego syn bywał nieznośny także jako dorosły, nigdy nie zdarzyło mu się doprowadzić go do stanu, w którym zaczynał z większą wyrozumiałością patrzeć na samego siebie jako ojca, który jednego z tych odległych dni podniósł na niego rękę. Nigdy sobie tego nie wybaczył, ale dziś rozumiał, dlaczego to zrobił.
- Claude... - Arnaud wziął głęboki oddech. - Nie chodzi o obcych ludzi. Zacznijmy od mojej mamy, bo to ona nas tu gości. Co zamierzasz powiedzieć babci? Ona jeszcze nie dopuściła do siebie myśli, że ty i Ralf się rozstaliście, a ty przyjechałeś tu z zupełnie obcym człowiekiem, kiedy ona nadal rozgląda się za odpowiednią sukienką na
wasze wesele. Nie liczysz chyba, że się nie zorientuje? Ona go
uwielbiała.
- Wy wszyscy go uwielbialiście.
- Włącznie z tobą. Włącznie z tobą, Claude.
- Teraz to i tak bez znaczenia. Nienawidzi mnie.
- Nie sądzę, aby cię nienawidził, chociaż przypuszczam, że po tym numerze może naprawdę nie chcieć widzieć cię na oczy. Dlaczego ty to sobie robisz? Kogo próbujesz oszukać?
- Nikogo nie próbuję oszukać.
- Czyżby? On nawet używa tych samych
perfum. I pewnie sam mu je kupiłeś! Naprawdę wydawało mi się, że dałem ci lepszy przykład. Przecież wiesz, że pewnych rzeczy zwyczajnie się nie robi.
- O czym ty mówisz?
- O czym
ja mówię? Nie myślisz chyba, że przez bite paręnaście lat od rozwodu ani razu nie spotkałem osoby, którą tak, jak niegdyś twoją mamę, chciałbym móc przedstawić swojej rodzinie? Z którą przynajmniej chciałbym spędzić święta? Jeżeli ten chłopak naprawdę tym dla ciebie jest, w porządku, ale nie oczekuj, że ktokolwiek w tym domu będzie tolerował sytuację, w której zmuszona jest na to patrzeć ta sama osoba, z którą zaledwie rok temu planowałeś spędzić przyszłość.
- Nie.
- Tak. Nie miał innych planów na święta i zanim uznasz, że się tu wprosił, rozważ możliwość, że to
my nalegaliśmy na jego przyjazd. Nawet nie próbuj wpędzać go w poczucie winy, że przyjął to zaproszenie.
- Kiedy tu będzie?
- On już tu jest - uświadomił go Arnaud. - Albo już go nie ma, bo zamiast przekonywać go, aby został, jestem
tutaj.
Drzwi trzasnęły za Claudem szybciej, niż Arnaud zdążyłby go zatrzymać.
- Nie chciałabym zabrzmieć nieuprzejmie, ale nie jestem pewna, czy nie powinniśmy rozejrzeć się za jakimś miłym hotelem, gdzie moglibyśmy was przenocować - Gaelle uprzedziła Vide. - Wszystkie łóżka są już zajęte przez pozostałych gości, włącznie z kanapą w salonie, a o ile Claude'owi pozwoliłabym spać choćby i na podłodze, nie sądzę, aby Lina chciała zrobić tak złe wrażenie na kimś spoza rodziny. Póki co odezwij się do rodziców. Zaraz do ciebie wrócę.
Z kubkami wciąż gorącej herbaty przemierzyła jadalnię łączącą kuchnię z salonem. Dopiero tam, nie musząc więcej silić się na uprzejmy i przesłodzony ton, który w niczym nie przypominał jej zwykłego głosu, odetchnęła wreszcie z ulgą.
- Gdyby to była dziewczyna, uznałabym, że zaliczył wpadkę - oznajmiła, przysiadając na moment na podłokietniku zajętego przez Ralfa fotela, by korzystając z okazji, że przyniosła mu herbatę, przytulić go do piersi i pogładzić pocieszająco po głowie. Nie była pewna, czy próbując zrobić cokolwiek, aby się rozchmurzył, nie usiłowała w rzeczywistości uspokoić samej siebie. - Tylko z tym mi się to kojarzy. Ciąża, szybki ślub i wielkie udawanie, że w którejkolwiek z tych rzeczy była choć krztyna celowości.
- Naprawdę sądzisz, że stanąłby na wysokości zadania? - prychnął Cosmo, przenosząc na nią pełne powątpienia spojrzenie. - Będziesz wiedziała, że zostałaś babcią, gdy któregoś dnia uciekając przed alimentami skończy na Bahamach. Był taki jeden raz-
- Chunhua - wspomniał z gorzkim uśmiechem Ralf.
- Mówił ci?
- Miałem nawet okazję ją poznać - potwierdził. - Jeszcze na studiach, ponad dziesięć lat temu, na wymianie w Pekinie. Wolałem nie liczyć ile czasu minęło od mojego wyjazdu.
Gaelle pokręciła głową z dezaprobatą. Dotarł do nich niewyraźny głos rozmawiającego przez telefon Vide. Po blisko dwunastogodzinnym locie i czterech godzinach spędzonych w pociągu pędzącym przez pozbawione zasięgu pola, z wdzięcznością skorzystał z okazji, by zameldować rodzinie, że dotarł na miejsce. Pewnie opowiadał im właśnie, że wszystko było w porządku, nie wiedząc jeszcze, jak dalekie od prawdy miało okazać się to twierdzenie.
- To Szwed - wspomniała jeszcze konspiracyjnie, ale sam sposób, w jaki Ralf uniósł na nią wbity dotąd w choinkę wzrok zdradził jej, że wiedział. - Nie mów mi, że go znasz.
- Nie osobiście, ale wiem, kim jest.
- Powinnam traktować to wszystko na poważnie?
- Nie - zapewnił ją, a jego zęby wreszcie błysnęły w uśmiechu. - Boże, nie.
Wbrew słowom własnego ojca Claude nie spodziewał się, że naprawdę zastanie tu Ralfa, a z pewnością nie z Gaelle poprawiającą mu fryzurę po tym, jak złożyła na samym czubku jego głowy pocałunek tak matczyny, jakby to on był jej jedynym synem. Usadowiony wygodnie na fotelu Ralf przypominał raczej urządzającego audiencję monarchę, niż gościa, przez co nawet wylegujące się u jego stóp rodezjany afrykańskie wyglądały jak dwa oswojone lwy, a nie psy gończe, które miały na nie niegdyś polować. Najgorszy był jednak moment, w którym Ralf wreszcie go zauważył - ta szalona myśl, że uśmiech, z którym to zrobił, mógłby być wywołany obecnością Claude'a, nie zaś rozbawieniem, które przynajmniej wtedy musiało okazać się silniejsze od niechęci, z jaką patrzył na niego ostatnim razem. Przez te długie miesiące zmieniło się wiele, ale czy nie bardziej alarmujące były wszystkie rzeczy, które nie uległy zmianie?
- Co ty tu robisz? - Claude'owi wyrwało się wreszcie z ust. Był to jeden z niewielu razów, gdy nie wiedział co powiedzieć. - Nie powinno cię tu być. Nie możesz-
Gaelle posłała Claude'owi ostrzegawcze spojrzenie.
- Nie możesz- Dlaczego nikt mi nie powiedział? - Świat zakręcił się wraz z winem wirującym w kieliszku roześmianego Cosmo, gdy z zawrotem głowy Claude rozejrzał się po ich twarzach. Chciał krzyknąć, aby wszyscy wyszli, ale oni patrzyli na niego, jakby już to zrobił. - Czy możecie zostawić nas na moment samych?
Poklepując lekko przedramię Gaelle Ralf dał jej do zrozumienia, że może zostać pozostawiony sam na sam z Claudem, ale dopiero gdy ona sama ponagliła Cosmo nieznoszącym sprzeciwu wzrokiem, ten przywołał do siebie gwizdnięciem psy i wstał z zajmowanego dotąd miejsca. Claude'a nie obchodziło, czy będą go w stanie usłyszeć, ale nie chciał, aby ktokolwiek widział go w stanie, w którym przed opadnięciem na mięknące kolana powstrzymywał go tylko gniew.
- Czy masz jakiekolwiek pojęcie, ile razy próbowałem się do ciebie dodzwonić? Ile godzin ślęczałem pod twoim blokiem, licząc, że za którymś razem wreszcie zechcesz mnie przynajmniej wysłuchać? I po tym wszystkim przyjeżdżasz tutaj... Dlaczego?
Ralf popatrzył na niego w sposób, który kazał mu uznać, że nie doczeka się odpowiedzi. Pod jego spojrzeniem Claude powoli zaczynał zdawać sobie sprawę nie tylko z tego, jak wyglądał on sam - z podkrążonymi oczami, nieogolony, w wymiętym przez podróż dresie - ale i z tego, jak wyglądało to wszystko. Jakby przez cały ten czas wsłuchiwał się w jego myśli, Ralf wreszcie uśmiechnął się lekko.
- Naprawdę sądzisz, że to moja obecność jest tu najbardziej zastanawiająca? - zapytał Claude'a z łagodnością, która w tamtej chwili wydała mu się jedynie patronizująca. - W przeciwieństwie do ciebie nie muszę się nikomu z niczego tłumaczyć.
Było wiele rzeczy, które Claude chciał zrobić w tamtej chwili - zanieść się szlocham i paść na kolana, ale i wykrzyczeć coś, przez co to Ralf zacząłby płakać; rzucić się biegiem do kuchni i uratować z jego związku z Vide wszystko, co jeszcze się dało, ale i wybiec samotnie przez drzwi i liczyć, że zanim wróci, w domu zostaną tylko jego rodzice, babcia i Cosmo, a może nawet Ralf, choć tego ostatniego nie był pewien; pokazać Ralfowi Vide, ten żywy dowód na to, jak dobrze sobie bez niego radził i z jaką łatwością mógł go w każdej chwili zastąpić, ale i zasłonić Vide całym sobą, powtarzając Ralfowi
nie patrz, Boże, błagam, nie patrz - przez co nie zrobił niczego. Przedłużająca się cisza wreszcie przywołała do salonu ostatnią osobę, którą chciał tam widzieć.
- Chyba znalazłem jakiś hotel - oznajmił z progu jadalni Vide.
Ralf z wymownym wzruszeniem ramion napił się herbaty.
- Hotel - powtórzył Claude. - Jaki hotel? Po co ci hotel?
- Musimy gdzieś przenocować.
- Przenocujemy tutaj.
- Twoja mama mówiła-
- Mamo! - krzyknął Claude, zerkając z przestrachem na Ralfa w drodze do Vide, którego chwycił pod ramię i zaprowadził do kuchni, zyskując tym samym parę dodatkowych minut, przez które ani on, ani Ralf, nie mogli zamienić ze sobą słowa. - O co chodzi z tym hotelem...? Przecież wystarczy sypialni.
- Ja śpię w pokoju gościnnym - Gaelle zaczęła wymieniać na palcach. - Cosmo w swoim, Ralf w starym pokoju twojego taty, a on na kanapie w salonie.
- Nie możecie się jakoś, nie wiem, zamienić? Przecież
Ralf dosłownie ma gdzie spać.
- Nie będzie spał tam w pojedynkę - kategorycznie zaoponowała Gaelle.
- Nie możesz wziąć go do siebie? - Claude zwrócił się do Cosmo.
- Och, Ralf będzie
wniebowzięty. Nigdy nie zapomnę tego, jak patrzył na mnie jako gówniarz, ale ty też nie, co, Claude? Jesteś pewien, że nie zejdziesz na zawał widząc go wychodzącego z
mojej sypialni? - Cosmo zapytał go w odpowiedzi i lekko wychylił się z kuchni, by było go lepiej słychać w salonie. - Ralf, co ty na to?
- Zawsze i wszędzie.
- Będziesz spał na podłodze!
- Nikt nie będzie spał na podłodze! - warknęła Gaelle.
Schody skrzypnęły raz i drugi, gdy śladem zbiegającej z piętra Liny ruszył ojciec Claude'a. W drodze do kuchni posłała Ralfowi współczujący uśmiech, który świadczył o tym, że usiłujący nadążyć za jej rześkim krokiem Arnaud skorzystał ze sposobności zrelacjonowania jej zawczasu sytuacji, nawet jeżeli konieczność podbiegnięcia za tą smukłą osiemdziesięciolatką zdradzała zarazem, że nie zdążył opowiedzieć jej wszystkiego, zanim postanowiła zobaczyć swojego jedynego wnuka i jego niezapowiedzianego gościa na własne oczy.
Ubrana w dres w panterkę i z założonymi w locie kolczykami nie dostała nawet zadyszki.
- Claude - już w progu kuchni otworzyła ramiona, którymi objęła go jakby nadal był dzieckiem, chociaż już dawno przerósł ją o dwie głowy. - Zaczynałam myśleć, że poza Gaelle nie będę tu miała przed świętami żadnej pomocy. Szkoda mi rąk na to wszystko.
- Artretyzm...?
- Nie żartuj. Paznokcie, spójrz - uniosła dłoń na wysokość jego wzroku, pokazując świeży, różowy manicure. - Z
efektem szronu, widzisz? A teraz powiedz mi: kto to jest?
Wbiła wzrok w Vide siedzącego przy kuchennym stole z Gaelle, ale oparty o blat nad zmywarką Cosmo odezwał się szybciej, niż Claude zdążył się nad tym ponownie zastanowić.
- Claude pomylił go z Ralfem na lotnisku i od paru dni czekaliśmy, aż się zorientuje.
Lina skarciłaby go wzrokiem, ale Gaelle pierwsza, choć nie bez rozbawienia, trzepnęła go lekko ściągniętą z krzesła ścierką.
- Zaraz odeślę ich do hotelu - z ciężkim westchnieniem powiedziała Linie.
- Nie ma mowy. Claude nie będzie spał w żadnym hotelu - oznajmiła ta w odpowiedzi, ściskając go za ramię, pod które ją chwycił. - Na poddaszu powinno dalej stać stare łóżko. Chodź, maleńki. Znajdziemy ci jakąś pościel.
- Ale-
-
Idziemy. Naprawdę szkoda, że nie przyjechałeś trochę wcześniej. Ralf jest przekochany, nie zrozum mnie źle, ale w swojej zachowawczości zgodził się jedynie, aby moja pani od paznokci nałożyła mu na nie trochę brokatu. Ledwo go widać, poza tym przy Ralfie naprawdę nie miała co robić, ale cóż, czasem klasyka jest najpiękniejsza, prawda, aniołku? - Zawołała jeszcze, gdy minęli salon w drodze do prowadzących na górę schodów. Ze swojego miejsca na fotelu Ralf posłał jej blady uśmiech. - Zawsze uwielbiałam mężczyzn z tak pięknie zadbanymi dłońmi, ale ciebie nawet nie musiałabym namawiać na coś odważniejszego. Moglibyśmy nawet nosić takie same... I jesteśmy. Nie zaszkodziłoby tu trochę odkurzyć i w nocy może zrobić się chłodno, ale to nie powinno być problemem.
(...)